Czas zapiernicza tak szybko, że dzisiaj mija pół roku od dnia bankietu. Zaplanowałam, że wypłynęła jutro rano. Szczerze bardzo nie chce opuszczać Cesalis, ale moja siostra za niedługo urodzi i potrzebuje kogoś na zastępstwo, kto będzie dostępny dwadzieścia cztery na siedem. Z racji, że amazonki żyją tylko w damskich koloniach bez mężczyzn to nie ma szans, że ktoś inny może się tym zająć. Szczególnie moja mama, która będąc mężatka nie może spać nocą na terenie Kelons. Więc jedynym rozwiązaniem jestem ja.
W ostatnim czasie udało mi się chociaż trochę panować nad mocami Oblivion. Jak na razie potrafię tylko przywoływać i kontrolować ogniki. Są naprawdę przeurocze. Ifer uważa, że jak na początek to całkiem dobrze sobie radzę. Sama jestem ciekawa do czego będę zdolna na bardziej zaawansowanych poziomach. Oczywiście wszystko z rozsądkiem i ostrożnością, bo jakby nie patrzeć tą mocą mogłaby pozbawić kogoś życia od tak.
W międzyczasie, a dokładniej we wrześniu zabrałam Kalise i Zoro na wyspę Homles, aby razem z moimi rodzicami świętować Suimas. Takie małe pirackie dożynki organizowane przez Rogera Kin’a w celu polepszenia swoich stosunków z sojusznikami. Całkiem dobrze się bawiłam. Szczególnie, jak mogłam zatańczyć z mamą tradycyjny zsynchronizowany taniec Amazonek. Byłam wniebowzięta i bawiłam się jak nigdy. Moja mama dużo rozmawiała z Kalisą i na pewno się polubiły. Miałam też wrażenie, że traktowała ją jak swoją nową córkę, szczególnie gdy dziewczyna wspomniała o stracie rodziców. Zoro natomiast cały wieczór przesiedział z moim ojcem i Rogerem wysłuchując ich pirackich historii. Obserwując go od czasu do czasu widziałam, jak oczy świeciły mu z ekscytacji i chciałby przeżyć coś podobnego. Wiem też, że podjął się jakieś poważniejszej rozmowy z moim ojcem o rzeczy, o których ciężko było mu porozmawiać z Will’em czy Ifer’em. Bardzo cieszę się, że moi rodzice tak ciepło ich przyjęli i zaopiekowali się nimi. Ale chyba jeszcze bardziej nie mogłam powstrzymać się od śmiania z Załogi Wilczego Szpona. Ta banda wilkołaków niemal rozniosła swój statek na strzępy przez głupią pomyłkę. Ponoć przemytnicy czarnego rynku podrzucili im młode kociątko tygrysa. Jak to psy na zapach kota zaczęli szaleć jak oszaleli i ich statek ledwo dopłynął do portu na Homles. Za zgodą kapitana Ewans’a przeszukałam ich ładownie i tam właśnie znalazłam tą przesłodką kruszynkę. Blackclaw oczywiście nie miał nic przeciwko, żebym to ja przygarnęła małą tygrysicę, którą zamieszkała razem ze mną na północnym wybrzeżu Cesalis. Trochę posprzeczałam się z Kalisą odnośnie imienia dla tygryski, ale ostatecznie wygrała propozycja Zoro i mała Mirai spędza ze mną praktycznie cały czas.
- Wydajesz się dzisiaj czymś przytłoczona. Wszystko w porządku? - spytał Ifer wyrywając tym samym z przemyśleń. Spojrzałam na zmartwioną twarz staruszka, a ja posłałam mu uśmiech.
- Tak. Po prostu później ci o tym powiem. - odparłam i chyba zabrzmiałam mało przekonująco.
Nie dziwię się, że dla nich zachowuje się dziwnie. W końcu jeszcze nikomu nie powiedziałam, że znikam z Cesalis na dobre kilka lat, a potem wrócę na mniej więcej rok. Ale co się dziwić. Jeżeli nie wyjdę za mąż przed osiemnastką to będę musiała na stałe zamieszkać na Kelons, czego nie chce. A nie zamierzam też wychodzić za pierwszego lepszego mężczyznę, żeby tylko pozbyć się tego durnego obowiązku. Nie tylko jako księżniczka, ale te zasady przypadają na każdą z amazonek. Jeżeli mam podać jeszcze jedną durną zasadę z Kelons to jest to na pewno zasada szesnastki. Dokładniej chodzi o to, że amazonka po ukończeniu szesnastu lat nie może tańczy przed żadnym mężczyzną z jednym wyjątkiem, czyli jej narzeczonym bądź mężem. Jest to ze względu na oddanie swojego ciała tylko temu jedynemu. W sumie Kelons jest strasznie nastawione na to, że albo masz tylko jednego mężczyznę na całe życie, albo żadnego i całkowicie poświęcasz się pracy na rzecz cesarstwa.
- Mam tylko nadzieję, że to nic poważnego. - wymamrotał po dłuższej chwili milczenia. Dalej szliśmy ścieżką prowadzącą do Risel.
- Nie jest. Dlatego odkładam to na później. Mam tylko nadzieję, że nie będziesz siedział z Will-ano za długo przy tych papierach. Ja rozumiem, że Pino nie może się tym zajmować, ale nie możecie siedzieć nad tym, aż do piątej nad ranem, tak jak ostatnio. - burknęłam niezadowolona na co staruszek odpowiedział mi śmiechem.
Poczułam jak mokry nos Mirai dotyka mojej dłoni, więc spojrzałam w jej rozweselone oczy. Przez te kilka miesięcy dość szybko urosła i kłębem sięga mi już ona za kolano. Doprawdy szybkość wzrostu innych zwierząt jest imponująca. Pogłaskałam ją łagodnie po głowie, na co zamruczała.
W końcu dotarliśmy do Risel. Ja usiadłam na ziemi zaraz przy wejściu do kuźni, a Ifer wszedł do środka, aby pomóc Will’owi z całą tą dokumentacją, z którą opornie mu szło. Mirai od razu zaczęła się do mnie przytulać i delikatnie podgryzać, żebym się z nią bawiła. Słysząc nas na dworze Emma wybiegła przed kuźnie rzucając się radośnie na tygryske. Na szczęście nie przeszkadzało to jej ojcu, bo w dalszym ciągu miał na nią oko, chociaż z początku nie popierał obecności tygrysa na Cesalis. W międzyczasie zdarzało się, że wołali mnie do środka, żebym wyjaśniła im typowo urzędnicze określenia, które oni nie rozumieli. Ja się dziwię, że niektórych tych rzeczy on nie rozumiał, kiedy mnie uczyli tego od najmłodszych lat. A potem znowu wracała do Emmy i Mirai bawiących się na dworze. Lecz po pewnym czasie zmęczyły mnie one niemiłosiernie. Dysząc usiadłam ponownie przy wejściu. Te dwa małe demony mają masakrycznie dużo energii.
- Rozmawiałem ostatnio z Zoro. - usłyszałam Willa. Uniosłam brew zaskoczona, że mówi to z takim spokojem. Raczej nie za często zdarza mi się rozmawiać. Staruszek też musiał być zdziwiony, bo nic nie odpowiedział. Wiem, że nie ładnie tak podsłuchiwać, ale zaciekawił mnie tymi słowami. - Przyznał, że znalazł kandydatkę na narzeczoną. - Zamarłam, a oczy prawie wyskoczyły mi z orbity. Nawet mi, czy Kalisie o tym nie powiedział! Co z niego za przyjaciel?! - Nie zapytał jej jednak jeszcze, bo nie czuje się pewny tej decyzji. Nie powiedział mi jednak o kogo chodzi. Próbowałem na różne sposoby, ale nie wydusiłem tego z niego.
- Noo… Ciężko w to uwierzyć. - dodał tylko staruszek, co troszkę mnie rozbawiło. Zdecydowanie odebrało mu mowę i nie wie, co powiedzieć w tym temacie.
- Ifer-jno… Jeżeli on wybrał sobie kogoś, kto mi nie podpasuje to zorganizuję mu rendez-vous z kilkoma różnymi kandydatkami i nie będzie miał wyboru, mieszkańcy Cesalis wybiorą za niego. - warknął zdenerwowany. Pokręciłam z niedowierzaniem głową. Nie rozumiem, jak ten człowiek miesza się w życie tego chłopaka. Jedyne czego Zoro naprawdę potrzebuje to wolność. Wiem o tym doskonale, bo dużo rozmawia ze mną o pływaniu po oceanie i nie może się doczekać, aż nadam u tytuł szermierki z racji, że jestem jego nauczycielką. - Jednak jak już dojdzie do małżeństwa. Jestem na sto procent pewien, że ten Gnojek będzie chciał zwiać z Cesalis. Ale ja mu tak łatwo nie odpuszczę. Będzie musiał spełnić chociażby ten jeden warunek. Jednak nie powiem mu dokładnie o co chodzi, a jego żonie. Zobaczymy, jak sobie poradzą.
- O czym ty mówisz? - wymamrotał zdezorientowany słowami zięcia. Po chwili miałam jednak wrażenie, że się przesłyszałam. Zignorowałam więc następne słowa Willa.
- Tato! Chcemy pić! - krzyknęła Emma padając bezsilnie na moje kolana. Zaśmiałam się na jej zachowanie i pogłaskałam ją po głowie.
- Księżniczko zaprowadź ją na górę. Woda jest w kuchni i mogłabyś położyć ją spać? - zapytał się Will wychylając głowę z kuźni.
- Oczywiście. - odparłam spokojnie i wstałam biorąc małą na ręce.
Weszłam do środka i skierowałam swoje kroki na górę. Zauważyć muszę, że od czasu bankietu Will nie nazywał mnie już ONA lub TY, a zaczął używać mojego tytułu, co podłapał też Zoro, który zwracał się tak do mnie lub moim pełnym imieniem, nigdy nie zdrobniale, jak robiła to Kalisa. Ciężkie życie z tymi Orone.
Zaniosłam więc Emmę do jej pokoju i położyłam na łóżku. Mirai usiadła obok i położyła swoją głowę na materacu wpatrując się w dziewczynkę. Wyjęłam piżamę z szafy i nakazałam jej się przebrać. W tym czasie ja wyszłam, aby przynieść picie z kuchni. Otworzyłam jedną z górnych szafek i wyciągnęłam z niej dwie szklanki. Zamknęłam drzwiczki, żeby się nie uderzyć i z parapetu zabrałam miskę, którą Emma trzymała tu dla tygryski. Do każdego naczynka nalałam wody z dzbanka. Szklanki wzięłam w jedną rękę, miskę w drugą i wróciłam do moich dziewczyn. Pani Erima zapewne już spała do dłuższego czasu patrząc na to, w jakim jest wieku, więc starałam się zbytnio nie hałasować.
- Opowiesz mi bajkę? - rzuciła od razu Emma widząc mnie w wejściu do pokoju. Uniosłam jedną brew, na co się zaśmiała.
- Bajkę? Czy jakaś moją piracką lub amazońską przygodę? - dopytałam, a na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Zaczęła skakać po łóżku, żeby nie krzyczeć z radości.
- Już. Już. Spokojnie, bo nic nie powiem. - zagroziłam jej, żeby się uspokoiła. Upadła więc na materac i szybko wczołgała się pod kołdrę.
Odstawiłam miskę na podłogę, a szklanki na szafkę nocną przy łóżku małej. Przeszłam się do salonu, żeby zabrać z niego pufę do siedzenia. Wracając zauważyłam, że jednak ze szklanek stoi już pusta na co zaśmiałam się pod nosem. Ta to ma pragnienie. Położyłam więc siedzisko przy łóżku dziewczynki i zaczęłam jej opowiadać. Moje spotkanie z syrenami, wspinaczka górska z trollami, poszukiwanie lasu wróżek. Sama wciągnęłam się w opowiadanie, że nie zauważyłam kiedy zasnęła. Dopiero szturchnięcie Mirai uświadomiło mnie w tym. Postanowiłam posprzątać po sobie i pocałowałam małą w czoło na pożegnanie. Z tego wszystkiego zapomniałam jej powiedzieć, że jutro już mnie tu nie będzie. Serce mi pękło na samą myśl, że będzie płakać z tego powodu. Z ciężkim sercem wyszłam z jej pokoju i smutnym uśmiechem na twarzy zeszłam do kuźni, gdzie obaj mężczyźni nadal siedzieli przy dokumentach.
- Emma już śpi. - poinformowałam, zwracając tym samym ich uwagę. Will przeniósł na mnie swoje spojrzenie.
- Dzięki. Jeszcze jedna rzecz. Mogłabyś skoczyć jeszcze do Mawik? Zoro wspomniał, że przyjdzie szybciej, czyli godzinę temu. Wolałbym, żeby dzisiaj jednak spał tu. - wyjaśnił, a ja skinęłam głową ze zrozumieniem.
- Jasne… Ale najpierw chciałaby o coś spytać. - oznajmiłam, a mężczyzna zmarszczył brwi. Skinął głową, abym kontynuowała. - Jaką da mi Pan cenę?
- Jaką cenę? - spytał całkowicie zbity z tropu moim pytaniem. Odszedł od zawalonego biurka i stanął przede mną.
- Chcę zostać obywatelem Cesalis. Tylko Pan może nadać mi nowe obywatelstwo. Chcę wesprzeć Cesalis, dlatego chcę wiedzieć, jaką mi da Pan cenę, którą będę musiała zapłacić. - oznajmiłam ze spokojem nie spuszczając spojrzenia z szarych oczu mężczyzny.
- Pięciokrotność twojej głowy. - wymamrotał niepewnie. Cholera… Trochę sporo. Szczególnie, że mam nowy list gończy z zwiększoną nagrodą. Będę musiała na to jeszcze zapracować.
- Zgoda. Zapłacę, gdy tylko wrócę. - zatwierdziłam stanowczo, a on zmarszczył ponownie brwi.
- Jak wrócisz? - spytał niezrozumiale. Słysząc to Ifer odszedł od biurka i stanął po prawicy zięcia. Pochyliłam się więc do przodu w ukłonie, a spojrzenie wbiłam w podłogę.
- Cesarskie obowiązki zmuszają mnie do natychmiastowego opuszczenia Cesalis na czas trzech, a może nawet czterech lat. Jeszcze tu wrócę. Wypływam z samego rana. Dlaczego też dziękuję za obecnie spędzony czas na Cesalis. Proszę również o przeproszenie Emmy w moim imieniu, że się z nią nie pożegnałam. Spełnię Pana prośbę i przyprowadzę Zoro z Mawik. Do zobaczenia. - wyrecytowałam ułożoną w głowie przemowę i wyprostowałam się. Nie jestem w stanie spojrzeć w oczy tym mężczyzną. Odwróciłam się więc w stronę wyjścia i po prostu wyszłam.
Razem z Mirin ruszyliśmy ścieżką do Mawik. A nawet przebiegłyśmy się, bo potrzebowałam oczyścić umysł. A wszystko przez smutek, który we mnie narasta ze względu opuszczenia mojego… Domu? Tak, zdecydowanie ta wyspa została moim kolejnym domem. A tym bardziej teraz czas na jedną z najtrudniejszych rozmów. Powiedzenie Kalisie, że odpływam. Obecnie widywałyśmy się codziennie, a ja tak po prostu ją teraz opuszczę. Cholernie boję się jej reakcji.
Dobiegłam w końcu do budynku szkoły szermierskiej Melson. Zdyszana spojrzałam w stronę budynku. Raz kozie śmierć. Weszłam więc do środka bez pukania. Przyjaciółka nie raz mnie zbeształa, żebym po prostu wchodziła i nie stała przed drzwiami, bo i tak nikt mi nie otworzy. Swoje kroki skierowałam w stronę sali treningowej. Moje przeczucie mnie nie okłamało, bo czerwonowłosa siedziała na macie, a cała składana ściana na ogród była otwarta. Dzisiejszej nocy pełnia idealnie rozświetla wszystko, takie uwielbiam najbardziej.
- Kori? - spytała dziewczyna, kiedy odwróciła się w moją stronę. Najwidoczniej wyczuła moją obecność.
- Hej. - przywitałam się z nią po raz setny tego dnia i podeszła bliżej, aby usiąść przy niej.
- Co tu robisz? - spytała spoglądając na mnie z uniesioną brwią.
- Will poprosił, żebym przyprowadziła Zoro do domu. Pomagałam im z tymi dokumentami, więc zrzucił na mnie zbędną robotę. - przyznałam wzruszając ramionami. Wzrok wbiłam w matę, na której siedziałyśmy i palcem zaczęłam bawić się wypukłościami na niej. Cholernie ciężko mi zebrać się na odwagę, żeby jej powiedzieć.
- No to sobie jeszcze poczekasz. - wymruczała pod nosem niezadowolona. - Znowu rzucił Qinie wyzwanie na prawdziwe ostrza. Koshiro-lno wyszedł dzisiaj do Kodo na pokera. Więc korzystają z tego, jako okazja do złamania zakazu. - westchnęła i machnęła ręką co przykuło moją uwagę, więc wzrokiem podążyłam jej śladem. - Sama tylko zobacz na tych gówniarzy. Mam już ich dość… Ciągle to samo.
Moim oczom ukazały się niezbyt wyraźne postury Qiny i Zoro na wzgórzu, jakiś kilometr od nas. Dobrze, że wokół Mawik same łąki, bo żaden las nie zasłania nam ich. Akurat zaczęli się pojedynkować. Przyjrzałam się dokładnie ich ruchom. Uświadomiło mnie to, że Zoro nie stosuje się do moich zasad walcząc z nią. Czyżby w ten sposób starał się zrozumieć jej sposób walki i oddaje pojedynek? Dziwne… Nie spodziewałam się tego po nim, bo na naszych treningach jest tym najbardziej zawziętym w szkolenie. Dlatego też zdecydowałam, że to co ich dotychczas nauczyłam jest wystarczające i powtarzając to podczas mojej nieobecności dojdą do takiej perfekcji, że późniejsze kroki będą łatwiejsze niż się to wydaje. Mam nadzieję, że Zoro będzie zadowolony przejmując pałeczkę trenera nad resztą chłopaków.
- Co jest? - zapytała nagle, a ja dopiero spostrzegłam, że obserwuje mnie od dłuższego czasu. - Gryzie cię coś i nie chcesz mi powiedzieć? - wymamrotała naburmuszona i skrzyżowała ręce na piesi.
- Dokładnie… - westchnęłam zawiedziona sobą, a jej mina spoważniała i ręce opadły wzdłuż ciała.
- Ej… - wyjęczała i wyciągnęła do mnie rękę, kładąc ją na moim ramieniu. Podniosłam na nią niepewnie wzrok. - Przecież możesz mi o wszystkim powiedzieć. Jesteśmy przyjaciółkami.
- Jutro rano płynę na Kelons. Nie będzie mnie max cztery lata. - wyrzuciła z siebie tonem bez emocji.
Kalise zamurowało, nerwowo zaczęła mrugać. Tak jakby moje słowa z trudem do niej docierały. Wzrokiem zaczęła gonić wokół siebie robiąc zmieszane miny. Rozchyliła usta próbując coś powiedzieć, ale żadne słowa nie zostały wypowiedziane w moja stronę. Zauważyłam, jak jej oczy się zaszkliły. Przelotnie spojrzała mi w oczy, po czym nerwowi podniosła się na równe nogi i pobiegła prawdopodobnie do swojego pokoju. Podciągnęłam nogi do ciała i wtuliłam się w kolana. Łzy napłynęły mi do oczu. Nie płacz do cholery!! Nie mogę płakać! Przecież nie odchodzę na zawsze i jeszcze tu wrócę. Nie mogę przecież płakać, jakby to wszystko miałoby zniknąć na zawsze. Jednak to tak strasznie boli… Mirai zaczęłam zlizywać spływające po mojej twarzy łzy, co tylko podrażniło mi skórę. Jej szorstki język jest stworzony do rozrywania skóry ofiar, dlatego zdecydowanie będzie trzeba ją oduczyć lizania, żeby nikomu nie zrobiła przypadkiem krzywdy w przyszłości. Posłałam więc pupilce smutny uśmiech i podrapałam ją za uchem powodując mruczenie. W końcu westchnęłam i otarłam oczy, aby więcej nie płakać. Zeszłam z podwyższenia do ogrodu, aby po kilkunastu metrach przeskoczyć ogrodzenie i znaleźć się przy pojedynkującej się parze. Akurat dotarłam na miejsce, kiedy Qina wyrzuciła ostrza Zoro w powietrze, a jego ciało bezwładnie opadło na ziemię. Schyliłam się, żeby podnieść bronie, które upadły niedaleko mnie.
- Zadowolona!? Wygrałaś! - wściekły krzyk wydobył się z jego gardła. Nie podniósł się jednak i nie odrywał spojrzenia od jej twarzy.
- To i tak nie ma znaczenia. - wymruczała bezsilnie. - Jestem tylko kobietą. Jeszcze trochę, a staniecie się silniejsi ode mnie. Wtedy będę nikim. - Jej głos jakby zaczął drżeć. - Moje marzenie o tym, że ja jako kobieta, mogę zostać najlepszym szermierzem Elix nie ma sensu… Jestem żałosna i wszyscy mieliście racje.
- Głupia! Jeśli naprawdę uwierzysz w sumie będziesz w stanie dopiąć swego! - wrzasnął podnosząc się do siadu. Qina stała oszołomiona. Mojej uwadze nie umknęło, że zauważyła mnie za pleców chłopaka, bo jej oczy skakały między nami. - Kostarika jest tego najlepszym przykładem! Nie wiesz tego, bo ani razu nie poszłaś z nami do niej. Ile wyście się widziały do jej przypłynięcia? Dwa razy? A ona jest tu prawie rok! Wszystko dlatego, że się od niej odsuwasz. Wiesz dlaczego cię wtedy poniżyła? - zapytał, ale widząc strach na twarzy dziewczyny chyba nawet nie chciał czekać na odpowiedź. Ja tylko stałam dobre kilka metrów za nim z tygrysem przy nodze. - Ona nigdy nie użala się nad sobą, że nie da rady. Zawsze stawia na swoim. Kilkukrotnie poświęcając swoje życie zdobyła tytuł szermierki w dwa lata. Rozumiesz? Tylko dwa lata… Potrafi dokonać czegoś niemożliwego, ale się nie poddała i pokazała, że się da. Nie jest też słaba, bo nie raz wyrwała drzewo z korzeniami, gdy ją denerwowało bez powodu. - wyśmiał moje zachowanie, a ja przewróciłam oczami na jego słowa. - Dlatego ja nie widzę powodu, żebyś zaczęła tu teraz przede mną beczeć. Tym bardziej, że jesteś starsza, a zachowujesz się jak nieporadny pięciolatek. Weź się w garść i uwierz, że możesz stać się lepszą od nas! Obiecaj mi, że gdy dorośniemy staniesz przede mną w pojedynku o tytuł mistrza szermierki! - zażądał dumie, chociaż dziwnie wyglądał siedząc na ziemni, co trochę mnie rozbawiło. Qina chyba nie wytrzymała, bo opadła na kolana, a jej twarz zalała się łzami.
- Obiecuję! - wykrzyczała w ziemię zaciskając pięści i zaczęła uderzać nimi o trawę.
Szybko jednak zaczęła ocierać swoje łzy, aby nie pokazywać tej swojej słabości. Posłałam do niej Mirin, aby ją pocieszyła. Sama jednak powolnym krokiem podeszła do chłopaka siedzącego na ziemi i kucnęłam przy nim podając mu ostrza, a głowę oparłam na dłoni wolnej ręki. Od razu zauważyłam, że siedzi zesztywniały niczym w paraliżu, a na twarzy miał jednego wielkiego buraka.
- Schowasz w końcu te katany do pochwy, czy ile mam czekać? - spytałam po chwili szturchając go rękojeściami.
- Ja… jak… jak dłu… długo tu… jesteś? - wydukał wbijając spojrzenie w trawę przed sobą. Szybkim ruchem przejął ode mnie ostrza, ale ułożył je na swoich kolanach i zacinał jedną z dłoni na rękojeści. Mruknęłam pod nosem udając, że myślę nad odpowiedzią.
- Od momentu, aż tu upadłeś. - przyznałam bez skrupułów. Mam wrażenie, że jego twarz zrobiła się jeszcze bardziej czerwona. Bezradnie westchnęłam z powodu tej bezsensownej sytuacji. - Wstawaj Gnojku. Ojciec każe ci wracać do domu. W końcu sam mu mówiłeś, że wrócisz szybciej. - pogoniła go i delikatnie poklepałam po ramieniu, po czym wstałam. - Nie mam zamiaru długo czekać, a obiecałam, że cię odprowadzę.
Wiedziałam, że to nie będzie takie proste, bo musi przetrawić swoje głupie zawstydzenie. Rzuciłam spojrzenie na Qine, ale coś mi się nie podobało. Przymrużyłam oczy i podeszłam do niej bliżej, aby tracić nogą leżąca przy niej katanę.
- Pozbądź się tego i nigdy więcej nie używaj. - ostrzegłam poważnym tonem. Na mojej słowa smutek na jej twarzy przerodził się w wściekłość.
- Nie będziesz mówić mi co mam robić! To pamiątka rodzinna przekazywana z pokolenia na pokolenie! - wrzasnęła wstając na równe nogi, żebym nad nią nie górowała. Przytaknęłam tylko głową.
- To wiele wyjaśnia. - zakpiłam, bo w sumie nie widzę sensu, żeby używać łagodniejszego tonu. Do jej pustego łba i tak nie dotrze nic, co jej powiem.
- Że co niby?! - krzyczała wściekła i chwyciła za mój kołnierz grożąc mi spojrzeniem.
- Ta katana jest przeklęta przez potężnego demona, który chce twojej śmierci idiotko! Zakładam, że przez to badziewie twój ojciec został kaleką! Jeszcze nigdy nie widziała tak morderczej aury, jak przy tej katanie! Jeśli chcesz umrzeć to proszę bardzo! - wysyczałam jej prosto w twarz. Ale sądząc po jej minie zakładam, że nie słuchała żadnego słowa, które jej powiedziałam. Zwyczajne posyła mi groźne spojrzenie. Prychnęłam nie odwiedzając wyrywając się jej. Naprawdę woli się bawić w pojedynek na spojrzenia?! Ona jest niedorzeczna. - Zoro, Mirai idziemy i to już!
Rozkazałam i ruszyłam w kierunku Risel szturchając Qine w ramię, gdy ją wyminęłam. Doprawdy żałosna. Z głębi serca cieszę się, że Kalisa nie jest w ogóle do niej podobna. Zatrzymałam się na skraju lasu i opierając głowę o pobliskie drzewo wzięłam głęboki oddech, aby się uspokoić.
- Kostarika, nie musisz mnie odprowadzać. - wysapał Zoro, gdy tylko mnie dogonił. Nie da się ukryć, że nadal był speszony swoimi słowami na mój temat. W końcu oderwałam się od drzewa i spojrzałam na niego.
- Muszę, bo musimy pogadać. Mam mało czasu… - westchnęłam zrezygnowana widząc, jak ucieka ode mnie wzrokiem. - Ogarnij się Gówniarzu, bo nie mam już siły psychicznej na nic! Wystarczy mi, że Kalisa już mnie nienawidzi. Błagam cię ogarnij mózgownice. Ja doskonale wiem, że mnie podziwiasz, bo to widać podczas naszych treningów. Proszę przestań się tym krępować, bo nie wytrzymam. Mamy teraz ważniejsze rzeczy do omówienia.
- Co niby jest takiego ważnego, że zaczynasz krzyczeć na wszystkich?! - krzyknął uświadamiając mnie, że przestałam panować nad swoimi emocjami. Wzięłam jeszcze kolejny głęboki oddech uspokajając się.
- Płynę na Kelons. - powiedziałam bez emocji z kamienną twarzą. - Wrócę za max cztery lata. - dokończyłam, a on spojrzał na mnie zszokowany.
- Dlaczego…? - wydusił z siebie. Nasze oczy w końcu się spotkały, a ja dostrzegłam w nich zagubienie.
- Moja Siostra jest w ciąży. Niedługo urodzi dziecko. Muszę przejąć jej obowiązki cesarzowej. Nie mamy innego wyjścia. Kiedy wrócę zostanie mi rok wolności. - wyjaśniłam ze spokojem, a jego ręce opadły bezsilnie.
- W ciąży? - wymamrotał i zaśmiał się pod nosem. - Czyli wiedziałaś o tym wcześniej? - spytał, a ja przytaknęłam niewzruszona. - Dlaczego dopiero teraz o tym mówisz?
- Zoro… Ja nie… Ja nie lubię pożegnań. Wolę stawiać ludzi przed faktem dokonanym, żeby nie próbowali zmieniać mojego zdania. Ale ja w tej sytuacji nie mam innego wyboru. Kelons mnie potrzebuje. - zawahałam się lekko. Przymrużył oczy i przeskanował moją twarz.
- Dlaczego zostanie ci tylko rok? - dopytał po ponownym przeanalizowaniu moich słów. Zacisnęłam dłonie w pięści i przygryzłam dolną wargę odwracając wzrok.
- W skrócie to samo, co w twoim przypadku. - wymamrotałam i spojrzałam na niego przelotnie. Patrzał na mnie niezrozumiale, więc postanowiłam kontynuować. - Tylko wychodząc za mąż nie będę miała już żadnego powiązania z Kelons. - wypowiedziałam zrezygnowana.
Nawet na niego nie patrząc ruszyłam ścieżką w stronę wioski. Usłyszałam za sobą kroki jego i Mirai, więc nie muszę się oglądać, żeby sprawdzić czy na pewno idą za mną. Duszące uczucie smutku i zawodu samą sobą otuliły moje serce. Ja naprawdę chcę zostać, ale nie mogę.
- Jeżeli chodzi o nasze treningi. Zajmiesz się się grupą. - powiedziałam głośniejszym tonem, żeby na pewno mnie słyszał. - Będziecie ćwiczyć wszystkie podstawy, których was do dzisiaj nauczyłam. Krok po kroku, a dojdziecie do perfekcji. Kiedy wrócę ocenie wasz postęp, a potem wprowadzę bardziej zaawansowane rzeczy. A potem… Już tylko nadam wam tytuł. - przyznałam i ciężko westchnęłam. - Mirai zostaje. Mój dom też jest do waszej dyspozycji, tylko nie roznieście go w drobny mak.
- Wyjdź za mnie. - Zatrzymałam się i gwałtownie odwróciła się w jego stronę. Mina Zoro okazywała powagę, ale oczy strach.
- O czym ty mówisz? - wyszeptałam niepewnie. Co niby próbuje przez to powiedzieć.
- Przyjacielska obietnica. Tylko my będziemy wiedzieć, że to tak naprawdę umowa między nami. Kiedy wrócisz będziemy udawać zakochanych w sobie, a nawet wymusimy na moim ojcu to małżeństwo jeżeli będzie trzeba. - kontynuował, a ja potrafiłam jedynie patrzeć na niego z niedowierzaniem. - Sama zobacz. Kochasz tą wyspę i widzę, jak zżera cię to, że rano już cię tu nie będzie. Jeżeli zostaniesz moją żoną już nikt cię nigdy stąd nie wyrzuci. A mój ojciec straci wymówkę, żeby cię nie uczyć. A nawet kiedy ja opuszczę wyspę to wiem, że zadbasz tu o wszystko. A to dlatego, że nie jesteś córką pierwszego lepszego szlachcica zadufaną w sobie i zakochanej w pieniądzach, żeby wydawać je na prawo i lewo. - westchnął ciężko i tym razem spojrzał bezpośrednio w moje oczy. - Tylko my jesteśmy kluczem do naszej wolności. Zrozumiałe jest to, że jako Divinarii możesz zakochać się w kimś innym. Jeżeli tak się stanie po naszym ślubie to bez problemu rozwiodę się z tobą. Nie chcę zamykać cię w żadnej klatce, ani ograniczać.
Słowa Zoro jakoś z trudem do mnie docierały. Potrzebowałam dobre kilka minut, aby całkowicie zrozumieć ich sens. W tym czasie nasze spojrzenia, ani na chwilę się nie rozstały. Słyszę jedynie dudnienie mojego serca, bo te emocje to prawdziwy wulkan pozbawiający mnie częściowo myślenia.
- Wiesz, że będziemy musieli przekroczyć wszystkie granice, żeby być wystarczająco wiarygodnym w naszych uczuciach, które będą fałszywe? - spytałam uświadamiając go, że na pewno nie będzie to proste.
- Domyślam się… Ale widzisz jakieś lepsze rozwiązanie? - wysapał niepewnie. Nie, nie widzę. Więc pokręciłam przecząco głową. - Kostarika… Ja naprawdę. Jeżeli miałbym już kogoś wybrać to wolałbym ciebie, bo jesteś moją przyjaciółką. Te wszystkie inne idiotki będą mnie używać, jak służącego nie licząc się z moim zdaniem. Tak naprawdę… Chciałem ci to zaproponować wcześniej, ale nie wiedziałem kiedy, a teraz jest moja ostatnia szansa, skoro ma ciebie już nie być.
- Czyli dlatego nie powiedziałeś ojcu, kogo wybrałeś? Wiesz, że mnie nie lubi i pewnie nie zgodzi się na to. - uświadomiłam go, że wiem o tym. Przez chwilę patrzał na mnie nie dowierzając, ale po chwili chyba zrozumiał.
- To prawda. Nie wiem, jak ojciec zareaguje na ciebie. - westchnął ciężko. Pokiwałam głową i również westchnęłam. Z trudem sięgnęłam ręką pod moje uprzęże na wysokości łopatek. - Co robisz? - zapytał niezrozumiale, a ja wyczułam rękojeść sztyletu i wyjęłam go. Nikt nie wiedział, o tym, ale zawsze miałam go tam, żeby się obronić w razie czego. Zdjęłam moją bandanę z głowy i rozłożyłam ten kwadrat. Sprawnym ruchem rozcięłam ją na dwa równe trójkąty. Jeden z nich podałam Zoro. - Po co mi to?
- Pierścionek zaręczynowy. - oznajmiłam i puściłam mu oko. Złożyłam swoją część chusty i znowu zawiązałam ją na głowie.
- Czyli zgadzasz się na nasze małżeństwo? - pyta nie dowierzając. Mam wrażenie, że nie brał pod uwagę, że jednak się zgodzę.
- Zgadza się, Gówniarzu. - rzuciłam dokuczliwie z cwanym uśmiechem.
- Możesz przestać mnie tak nazywać?! - wrzasnął buntowniczo na co się zaśmiałam. - Eh… A tak z innej beczki. Kiedy ty masz urodziny, bo ich z nami nie obchodziłaś
- Jak to nie? - prychnęłam przez śmiech. - Na moje urodziny popłynęliśmy na Homles. - przyznałam rozbawiona. A go zamurowało.
- Dlaczego nie powiedziałaś od razu? - protestował zły, a ja tylko śmiałam się z niego. - Uspokoisz się wreszcie?
- Nie. - palnęłam od raz. Ale i tak uspokoiłam śmiech. Podeszłam do niego bliżej i wyciągnęłam mały palec w jego stronę. Trochę się zdziwił, ale od razu zahaczył o niego swój. - Ja Kostarika Neo Shirsu a’n Miklor obiecuję, że oddam ci wolność gdy nasza sytuacja małżeńska będzie ustabilizowana.
- Ja Zoro Usus Orone obiecuję ci dokładnie to samo. - zapieczętował obietnicę i posłał mi uśmiech. - Zajmę się Mirin pod twoją nieobecność.
- No ja nie dowierzając. - prychnęłam i kucnęłam, żeby przytulić się do kotki. - Pilnuj ich Mała. - wysapałam w jej sierść i odsunęłam się, aby spojrzeć w jej smutne oczy. - Ja też będę tęsknić, ale wrócę.
- Wiesz, że zaraz będzie wschodzić? - zapytał Zoro, a ja spojrzałam w niebo. Naprawdę zaczęło już świtać. - Nie musisz mnie, a w sumie to nas odprowadzać do Risel. Leć po rzeczy i nie zwlekaj z odpłynięciem.
- Już się chcesz mnie pozbyć? - spytałam marszcząc brwi i wstałam.
- Nie… Po prostu im szybciej popłyniesz to szybciej wrócisz. - wyjaśnił kpiąco. Przewróciłam oczami na jego słowa. Chwyciłam go za nadgarstek i przyciągnęłam go do siebie, że go przytulić.
- Dzięki za wszystko. Za tobą też będę tęsknić, więc nie myśl sobie, że nie. - wydusiłam z siebie szepcząc mu do ucha. Po chwili odwzajemnił mój uścisk. - Wrócę tu na pewno i zadbam, żeby nasza obietnica została spełniona.
Odsunęliśmy się od siebie, dałam Zoro zapasowy klucz od mojego domu i posyłając sobie ostatni uśmiech rozbiegliśmy się w przeciwne strony. On do Risel, a ja do mojego domu na północnym wybrzeżu. Kilkanaście minut biegu zajęło mi, abym znalazła się pod domem. Otworzyłam drzwi zaczęłam wynosić zapakowane po brzegi skrzynie na moją łódź, która była przycumowana przy plaży kilka metrów od mojego dom. Wszystko poukładałam pod pokładem tak, żeby zrobić jak najwięcej wolnego miejsca, chociaż i tak nie było go tu jakoś dużo. Do domu weszłam po ostatnią rzecz, czyli kulę śniegową, która stała na moim kominku. Wzięłam ją do ręki i spojrzałam, jak te białe pierdółki opadają na dół. A może jednak ją tu zostawię?
Rozejrzałam się po drewnianym saloniku i ciężko westchnęłam. Od razu do mojej głowy trafiły wspomnienia, kiedy to Kalisa i Zoro zostawali u mnie na noc, a my prawie zniszczyliśmy wszystkie meble podczas naszej bitwy na poduszki. Zaśmiałam się pod nosem i jednak odłożyłam pamiątkę po Rosse na kominek. Spojrzałam jeszcze w stronę kuchni, która była oddzielona pół-ścianką z salonem. Zoro wyśmiał nas, kiedy pomalowałyśmy szafki do niej na miętowy kolor i dodałyśmy, że dodamy białe zdobienia i będzie idealnie. On jednak jęczał, że nie będzie pasować. Mi się jednak bardzo podoba. Poszłam jeszcze do pokoju. Na wprost okno, a po prawo szafa wbudowana w ścianę z rozsuwanymi drzwiami i obecnie jest pusta, bo wszystko zabrałam. Przed nią rozwieszany hamak do leniuchowania, bo materac imitujący łóżko leżał pod oknem. Natomiast z lewej stała toaletka z lustrem, przy której przeważnie czesałam włosy. Sapnęłam ociężale i odpychając się od futryny, o którą byłam oparta, wyszłam z domu. Jednak przekraczając próg wyjścia zatrzymałam się nie dowierzając.
- To co? Płyniemy? - Kalisa posłała mi cwany uśmiech, a ja zerknęłam na torbę wiszącą na jej ramieniu.
- Chyba nie myślałaś, że tak łatwo odpuszczę ci twoje treningi? - zapytał Ifer śmiejąc się pod nosem. - Chodź bym miał te cztery lata spędzić na łodzi nie odpuszczę ci.
- Ale… - Chciałam coś powiedzieć, ale przerwał mi ich krzyk.
- Płyniemy z tobą! - wrzasnęli równocześnie tonem nie znającym wymówek i sprzeciwu.
Bez namysłu podbiegłam do nich rzucając się w ich ramiona. Ciągle nie mogę uwierzyć, że postawili mnie w takiej sytuacji i mi nie odpuszczą. A gdy się od nich odsunęłam we trójkę weszliśmy na moją łódź zaraz po tym jak upewniłam się, że zamknęłam dom. Słońce już pojawiło się na horyzoncie. Rozłożyłam żagiel, przewiązałam liny i chwyciłam za ster. Kalisa w kajucie odkładała swoje rzeczy i staruszka. Ifer natomiast wypchnął nas z mielizny i dopiero wtedy znalazł się na pokładzie. Skierowałam nas na zachód, więc jeszcze mieliśmy okazję podziwiać nabrzeże Cesalis, a nawet zatokę Memo, która zawsze będzie moim ulubionym miejscem.
- Młody przyszedł się pożegnać. - prychnął Ifer spoglądając w stronę zatoki. Miał rację, bo zielonowłosy stał przy łuku skalnym razem z Mirin.
- Pewnie jest zły, że jego z sobą nie zabrałaś, a nas już tak. - zaśmiała się Kalisa. Ja jednak ze zdziwienie przyglądałam się zachowaniu chłopaka, co nie umknęło ich uwadze. - Co jest? - wyszeptała zdziwiona widząc jak Zoro klęka na jedno kolano, lewą rękę chowa pod siebie i chyli głowę a geście ukłonu. Prawą rękę wyciągnął przed siebie trochę tak, jak mężczyźni gdy proszą o taniec. - Po cholerę on to robi?
- Co robi? - dopytał Ifer, który tak jak ja nie bardzo rozumiał ten gest.
- Na Cesalis używają tego, jako najwyższej przysięgi wierności i dotrzymania obietnicy. Głównie to wódz składa ten ukłon kapłance. - wyjaśniła sama nie bardzo rozumiejąc. A mnie olśniło.
- Może to przez te zaręczyny. - rzuciłam bez namysłu i wzruszyłam. Oboje natychmiast na mnie spojrzeli.
- Jakie zaręczyny? - wydusiła z siebie.
- No Zoro mi się oświadczył. - przyznałam i ponownie podeszłam do steru.
- Zgodziłaś się? - wysapał Ifer.
- No tak, bo czemu by nie. - powiedziałam bez żadnego oporu.
- CO?! - krzyknęli donośnie i równocześnie. Jestem pewna, że całe Cesalis na pewno ich słyszało. Ja tylko wybuchłam gromkim śmiechem, chwyciłam linę i nakierowałam łódź na szybszy prąd morski oraz silniejszy wiatr.