- Naprawdę musimy tam iść? - zajęczałam przeciągle, idąc za Kalisą w stronę Kodo. Zoro za to szedł z przodu ciągnięty przez Emme za rękę.
- Tak, bo chcę zobaczyć piracki statek i zobaczyć po co przypłynęli. - odparła hardo, na co ponownie zajęczałam pochylając głowę.
Ja naprawdę nie chcę tam iść. Kapitan Ewans, ojciec Eza bardzo mnie lubi i niezbyt chcę go rozczarowywać tym, że nigdzie z nimi nie popłynę. Poza tym wszystko mnie boli i najchętniej wróciłabym już na swój statek. Jednak z tą wariatką nie da się inaczej. Musi postawić na swoim i być, tak jak chce Kalisa. Czyli wszyscy ładnie i grzecznie idziemy do Kodo.
Wszystkie moje nadzieje rozpadły się gdy tylko przekroczyłam granicę wioski. W pierwszej kolejności zahaczyliśmy o targ, na którym kupiłam nam różne owoce. Jakby nie patrzeć jest już późne popołudnie, a my nie jedliśmy jeszcze obiadu. Emma zażyczyła sobie jej ulubione khaki, co podkreślała głośnym krzykiem szczęścia. Zoro odparł, że odpowiada mu liczi. Kalisa natomiast zdecydowała się na mango i smoczy owoc. Ja klasycznie boróweczka i truskawki. Wspólnie stwierdziliśmy, że usiądziemy na pobliskim murku przy uboczu głównej ulicy, żeby tylko Emma nie przewróciła się z jedzeniem lub zachłysnęła. Siedzieliśmy w ciszy nasłuchując pobliskich przetargów cen towarów. Wiadomo. Każdy chce coś sprzedać,jak najdrożej.
- AAAaaa!!! - krzyk kobiety nagle rozległ się po całej wiosce. - Potwór!!!
Spojrzałam w niebo, gdzie coś przykuło moją uwagę. Stary wrak statku, pokryty pąklami i glonami spadał w stronę domów.
- Musimy się stąd zbierać. - odparłam pewnie i we trójkę wstaliśmy na równe nogi.
- Do Risel! Tam będzie… - Zaczęła Kalisa, ale wrak rozbijający się o pobliskie budynki przerwał jej wypowiedź.
Chwyciłam pobliską miotłę. Podniosłam ją, aż nad głową i całą siłą uderzyłam w ziemię tworząc drugą falę uderzeniową, aby ta powstała od statku nas nie dosięgła. Miotła oczywiście roztrzaskała się w drobny mak. Cała wioska zatrzęsła się, a ja czułam skok adrenaliny w swoim ciele. Cały wcześniejszy ból zniknął. Odwróciłam się, aby spojrzeć na przyjaciół. Zoro i Kalisa osłaniali małą swoim ciałem przed falą, która nas nie dosięgła.
- Idziemy! - zarządziłam, wyrywając ich ze wcześniejszego transu.
Chwyciłam Kalise za rękę i ruszyłam w stronę Risel. Jednak stawiając pierwszy krok. Poczułam to… Przebudzenie wizji Mekiru. Tak samo, jak pierwszego dnia w Risel. Obraz zrywanych łańcuchów i lin. Świadczyć to musiało tylko o jednym. Coś nie gra w porcie.
- Kori! Na co czekasz?! - krzyknęła przerażona Kalisa, potrząsając mną. Strach jasno dało się wyczytać z jej oczu i wyrazu twarzy.
- Muszę coś sprawdzić. Później do was przyjdę. Idźcie przodem. - Zaczęłam mówić, stopniowo krokami cofałam się w stronę potu.
- Zgłupiałaś! Nigdzie sama nie pójdziesz. - przyznał stanowczo Zoro. - Idziemy z tobą. Niezależnie, jak nam się później za to oberwie.
- Wolałabym nie. - odparłam niepewnie.
- Emme zostaw nam. Idziemy z tobą. - poparła go Kalisa.
Uwagę całej trójki przykuła ogromna fala zbliżającą się do nich. Kostarika niewiele myśląc wzięła całą trójkę na swoje ręce. Z siłą, jaką posiada, nie sprawiało jej to żadnego trudu. Od razu ruszyła w bieg, kierując się w stronę przeciwną do fali. Wskoczyła na pobliskie duże Zgłupiałaś skrzynie, dzięki czemu mogła wskoczyć na dach niższego budynku. Dostrzegła przed sobą najwyższy budynek Kodo i oszacowała, że w tej chwili jest ich jedynym ratunkiem. Przyśpieszyła kroku wybiła się z krawędzi ostatniego z dachu. Jednak to było niewystarczające, aby dotrzeć na dach najwyższego budynku. Wyrzuciła więc całą trójkę do góry, przez co znaleźli się na samej górze. Kostarika jednak zawisła na ścianie budynku nieco potłuczona od uderzenia. Sprawnym ruchem zaczęła wspinać się po ścianie budynku, a przy końcu Zoro pomógł jej podając dłoń.
- Złapcie się szybko czegoś! - krzyknęłam zapobiegawczo.
Na szczęście Kalisa była już przytulona do komina, a Emma przytulała się do niej i za sobą miała komin. My chwyciliśmy się krawędzi dachu, a fala nadeszła, z wielkim hukiem uderzyła budynek. Woda nas ochlapała, ale na szczęście nie dosięgła.
- Cali? - Kalisa spytała dla pewności. Widziałam, jak jej ciało trzęsie się, a dłonie zaciskają na cegłówce. Z Zoro wymieniliśmy się spojrzeniami.
- Tak. - odpadliśmy jej jednocześnie.
Podniosłam się z ziemi, gdy nagle po całej wyspie rozległ się ryk morskiej bestii. Spojrzałam w stronę potu wstając i dostrzegłam jej posturę. Ewidentnie jego szarpania wskazywały, że zajęła się nim wataha. Jednak coś nadal nie dawało mi spokoju. Coś jest nie tak. Do tego jeszcze ta wizja.
- Zostańcie tu. Zaraz wracam.
Nie mówiąc nic więcej zaczęłam biec po dachach pobliskich budynków w stronę portu, uwielbiam parkur, ale w tej chwili ważyły się losy wioski. Co prawda przeze mnie spadło kilka dachówek, ale w obecnej sytuacji wszyscy pewnie uciekli z wioski. Będąc bliżej portu wiedziałam już z czym mamy do czynienia. Lumia, jeden z najtrudniejszych do zabicia potworów morski. Powód prosty, bardzo twarda skóra. Na tyle twarda, że żadne kule, ostrza, harpuny nie są w stanie go zranić. Jedyny znany nam sposób to przestrzelenie głowy będąc w gardle. Szczerze powiedziawszy sama spotykam się z nim dopiero drugi raz.
- Ez! W tej chwili! Musisz to zrobić! - Ewans wrzeszczał na syna, potrząsając nim. Zeskoczyłam z ostatniego z budynków i obserwowałam przebieg sytuacji.
- Nie ma mowy! Nie dam się pożreć tej bestii!! - protestował stanowczo, wystraszony Ez.
- Ten Lumia jest za mały, żeby ktoś inny poza tobą zmieścił się do jego paszczy i miał swobodę strzału. Do cholery, bierz to i do pyska! - warczał na niego kapitan wciskając broń do rąk.
Dźwięk pękających lin i łańcuchów przykuł moją uwagę. Niewiele myśląc wbiegłam w Eza zabierając mu harpun. Bestia zerwała się z uwięzi. Nie mogłam czekać, aż złapią ją ponownie. W tym czasie zniszczyłaby całą wioskę. Wskoczyłam na skrzynię, a z nich na maszt latarni pomostowych. Zahuśtałam się na rękach i wyskoczyłam, sięgając jednej z zerwanych lin uwiązanych na bestii. Lina wyrzuciła mnie w powietrze, tuż nad bestią. Zagwizdałam, aby zwrócić jej uwagę na sobie. Oczywiście udało się, jej wściekłe ślepia uniosły się ku górze i już chwilę później wyskoczyła zamykając mnie w swoim pysku. Mrok ograniczył moją świadomość położenia. A ślina jest czymś obleśny i fuj… ble… coś czego nienawidzę. Smród paszczy jest nie do zniesienia. Nie pozostaje mi nic innego, jak wstrzymanie oddechu. Lumia poruszyła językiem wpychając mnie sobie głębiej do gardła. Dłonią z ledwością chwyciłam za języczek i oparłam na nim harpun, kierując strzałką w górę. Nacisnęłam spust i już po sekundzie zalała mnie metaliczna błękitna krew bestii. Dostrzegłam światło, gdy pysk zaczął się otwierać. Za pewne upada na ziemię. Szybko odbiłam się od wnętrzności pyska, co nie było łatwe z powodu śliny bestii i przeciskając się przez zęby w ostatniej sekundzie dosłownie wylądowałam na pomoście. W pierwszej kolejności złapałam wdech świeżego powietrza i usiadłam na drewnianych deskach. Moje spojrzenie utkwiło w członkach załogi pirackiej Wilczych Szponów.
- O proszę proszę. Kogo my tu mamy? - zaczął rozbawiony Sebastian. Jest głównym nawigatorem ich załogi i rywalem mojego brata. Bardzo przyjazny blondy z okularami na nosie i niezbyt muskularnej posturze. - Kostarika. Jak się tu znalazłaś dziewczyno? - spytał kucając przede mną. - Ładna robota. - przyznał skinając głową w stronę martwej bestii za mną. Zaśmiałam się i powoli wstałam.
- Wyczułam Mekiru, że nie poradzicie sobie bez mojej pomocy. Dlatego tu przybiegłam. Żeby nie było. Przekazuję ją wam. - oznajmiłam, a swoje spojrzenie skierowałam na Eza, który ewidentnie był rozczarowany sobą. Powolnym krokiem podeszłam do niego i kapitana. - Skąd on się tu w ogóle wziął?
- Jakby to ująć… - zaczął rozbawiony Ewans, drapiąc się po głowie. - Jest taka szansa, że znaleźliśmy jego jajo dryfujące i wrzuciliśmy na nasz statek, aby je sprzedać. Myśleliśmy, że jest porzucone. W końcu różnie to bywa z Lumiami. Bardzo często porzucają swoje młode. Ten najwidoczniej miał inne zdanie.
- Kori! - Kalisa podbiegła zdyszana i mnie przytuliła, ale dosyć szybko się odsunęłam. - Ble… Co to za ohydztwo?! Ale cuchniesz.
- Wali, aż w całej wiosce czuć. - przyznał drwiąco Zoro, a Emma siedziała u niego na barkach.
- A to ciekawe… - stwierdził zamyślony Ewans. - Kostarika, co ty robisz na Cesalis? To raczej nie jest region Kin’a. Roger, Reylona i Seya wypuścili cię samą taki kawał drogi?
- Co?! - wrzasnęła Kalisa. Spoglądała to na mnie, to na kapitana. Zoro swoją miną okazywał, że również jest zaskoczony tą informacją. - Jak to piraci Demona Śmierci? Kapitan Roger? Wice-kapitan Reylona i była cesarzowa Amazonek z Kelons?!
- Aa! Czyli jeszcze nie mówiła wam? No tak, skromność Kostariki nie pozwala jej ujawniać tych informacji. - stwierdził Ewan śmiejąc się. - Pozwólcie, że zrobię to za nią i przedstawię wam Kostarika Shirsu, córka Reylona i Seya. Przyszła wice-kapitan załogi Demona Śmierci i druga w kolejce do tronu cesarzowej Kelons. Powinnaś być dumna ze swojej rodziny Baranie. W końcu jesteś młodszą siostrą cesarzowej Hanao Bony i Migela Devona. - Mężczyzna wybuchł śmiechem, a Kalisie szczęka opadła.
Ewans nagle z otwartej dłoni klepnął mnie w plecy. Nie było to mocne uderzenie. Jednak wystarczające, aby dreszcz bólu sparaliżował moje ciało i zabrakło mi tchu w piersi. Opadłam na kolana, a później na ziemię. Rękami opatuliłam klatkę piersiową i z trudem łapałam oddech.
- Co się stało? - spytał zaskoczony kapitan. Najwidoczniej nie spodziewał się takiej reakcji.
- Prawdopodobnie złamałeś jej żebra i możliwe, że nawet przebiłeś płuco. - wyjaśnił ze spokojem Ez kucając przy mnie. - W sumie się nie dziwię. Spadła dzisiaj z dziesięciu metrów na łyse skały i to prawie dwa razy. Tego ci zazdroszczę Kostarika. Na twoim miejscu, gdybym się dowiedział, że jestem nieśmiertelny to też nie bałbym się zranić. Ale mniejsza. Do lekarza i tak trzeba cię zabrać. Macie tu jakiegoś?
- Tak, w Mawik. Zaraz koło mojego domu. - odparłam drżącym głosem Kalisa. Chociaż nie mogę dostrzec jej twarzy mam wrażenie, że płacze.
- W takim razie zabiorę ją tam. - przyznał stanowczo Ez. - Jakby tu ją wziąć… - Poczułam jak niepewnie kładzie dłonie na moje łopatki. - Tak chyba nie. - Zabrał ręce i czuwał nadal na de mną.
- Kapitanie! Marynarka się zbliża! - ostrzegł nas Milos, foretopman ich załogi.
Nagle poczułam szarpnięcie za ramię i podniosłam się z ziemi. Zasyczałam z bólu, a moja ręka wylądowała na karku Zoro. Jedną ręką objął mnie. Lekko przykucnął, drugą ręką zahaczył o moje kolana i podniósł mnie. Ja nadal walczyłam z ciężkim oddech, z trudem łapiąc powietrze. Nie mam nawet siły, aby utrzymać głowę.
- Nie podejmuj się czegoś, czego nie potrafisz zrobić. - warknął zielonowłosy w stronę młodego wilka. - Dziewczyny, idziemy. - zarządził i ruszył drogą prowadzącą do Mawik.
- Kalisa… - sapałam, tak ciężko mi cokolwiek powiedzieć. A oczy same zaczynały mi się zamykać. Cholera… zaraz odlecę. - Zoro… Prze… Przepraszam… Nie powiedziałam… Wam.. kim.. jest…
Ciemność… No jasne! Bo nigdy nie dadzą człowiekowi powiedzieć wszystkiego do końca. Nienawidzę tego! Kiedy chcesz przekazać coś dla ciebie ważne lub jakieś istotne informacje. To nie! Nigdy ciało nie da dokończyć tego, co chcesz.
- Ko.. - Co jest? Ktoś mnie tu woła? - Ko. Kostarika! - Nie możliwe…
- Rossa! - krzyknęłam, gdy nagle wszystko wokół pokryło się bielą. Łzy zapłonęły mi do oczu, gdy tylko ujrzałam przed sobą posturę bliźniaczki. - Ro!! - krzyknęłam ponownie rzucając się na nią i zamknęłam w ramionach. - Tak… Tak bardzo za tobą tęskniłam… - Nagle zniknęła. Znowu jej nie ma…
- Witaj Kostarika. - Odwróciłam się słysząc obcy głos.
Moim oczom ukazały się dwie postaci. Były to bliźnięta o białych włosach, skórze, ubraniach i czarnym spojrzeniu. Na moje oko nie mają więcej jak szesnaście lat. Włosy dziewczyny zasłaniały większą część twarzy, mimo to byłam w stanie od razu określić, że to bliźnięta.
- A więc w końcu możemy się poznać. - dopowiedział chłopak, który wcześniej się do mnie zwrócił.
- Kim jesteście? Dlaczego znasz moje imię? - spytałam niepewnie. Łzy nadal spływały mi po policzkach, więc szybko je otarłam.
- To my cię wybraliśmy. - oznajmiła dziewczyna, a ja… Dosłownie szok. O co im chodzi? - Ja jestem Terra.
- A ja Astra. Jesteśmy bogami Cesalis, którzy wybrali cię i obdarowaliśmy Divinarii. - dokończył chłopak. Czuję się jakby całe moje ciało było sparaliżowane. Nie rozumiem tego, co się dzieje…
- Ale w pierwszej kolejności musimy wyjaśnić ci jedną rzecz. Rossa nigdy nie istniała. - oznajmiła bez oporów. Bez żadnych uczuć. Łzy ponownie wypłynęły z mych oczu.
- Co? Niemożliwe… - Moje drżące nogi nie wytrzymały. Opadłam na podłogę. - Nie wierzę wam…
- Ale taka prawda. To my ją stworzyliśmy. Daliśmy ci połączenie naszych mocy. Jesteś strażnikiem świata żywych i umarłych, Necrosius. Jednak ta moc była zbyt potężna dla noworodka. Podzieliliśmy więc twoją duszę na dwie części. W ten sposób powstała Rossa. Była pieczęcią twojej duszy. Tak samo, jak dusza Necrosiusa dzieli się na dwóch obrońców Oblivion i Sentinel. - Zszokowana wpatrywałam się w Astrę, gdy wypowiadał każde słowo. - Kiedy tamten marynarz zniszczył Rosse to przebudziłaś w sobie Oblivion. Kostuchę zagłady, która zaprowadza dusze umarły do zaświatów. Nie bez powodu ściągnęliśmy cię na Cesalis. Tylko tutaj jesteśmy w stanie komunikować się z tobą bezpośrednio.
- Twoja dusza, która była zapieczętowana w Ross wróciła do ciebie i aktywowała twoje Divinarii. Gdy się obudzisz pamięć o niej zniknie z świadomości ludzi. Tak jakby nigdy nie istniała. - Terra przejęła pałeczkę. Ja już nie chce. To co do mnie mówią to za dużo. Pozwólcie mi już wrócić. - Co gorsze… Nie wyczuwamy w tobie obecności Sentinel. A to bardzo zły znak. Jednak pozostaw to nam, nie jest to problem, którym obecnie powinnaś się zajmować.
- Powód, dla którego wezwaliśmy cię na Cesalis jest poważniejszy. - mówił Astra z całkowitą powagą. Ja otarłam łzy i wstałam. Nie mogę się teraz załamywać. - Jak pewnie już wiesz na wulkanie Aeter znajduje się baza marynarki. Kalisa jednak nie wspomniała ci, że jest to świątynia poświęcona bogom. Bogini matka Celestis i bóg ojciec Aeternis umierają. Ich moce słabną, a to może spowodować zniszczenie Cesalis. Wyspa zniknie, tak jakby nigdy nie istniała. Łącznie ze wszystkimi mieszkańcami. - Co? Ale jak?! Nie chcę… nie mogę na to pozwolić.
- Jak mam wam pomóc? - spytałam stanowczo, a na twarzach bliźniąt po raz pierwszy ukazał się delikatny uśmiech. Wymienili się spojrzeniami, a chwilę później ponownie wzorkiem wrócili na mnie.
- Musisz okiełznać swoje Divinarii. Wciąż go nie kontrolujesz i nie pamiętasz jego aktywacji. Dlatego przydzieliliśmy ci opiekuna. - oznajmiła Terra i wyciągnęła rękę przed siebie. W tym momencie przed nimi ukazała się niedźwiedzica, która doprowadziła mnie do Emmy. - Oto ostatnia kapłanka Cesalis, Umeri. - Po słowach bogini niedźwiedzica przybrała ludzką formę duszy. Jest naprawdę piękna. Długie falowane włosy i ciepłe spojrzenie. Ubrana w rytualne szaty wpatruje się we mnie z uśmiechem. - Wskaże ci ona drogę, gdy będziesz tego potrzebować.
- Gdy w końcu zdołasz opanować Oblivion będziesz w stanie odrodzić wyspę. Sama wylądowałaś dzisiaj w zapadlisku. Wyspa umiera. Musisz odzyskać świątynie. Przywrócić wiarę ludzi w nas bogów. Tylko tak można ocalić wszystkich. - podsumował Astra. Ale tym razem jego ton był łagodny i milszy od tego, co było na początku.
- Kostarika. - Zwróciłam spojrzenie na Terre. - Przepraszam, że obciążyliśmy cię tym zadaniem. Ale w zamian znając twoją przyszłość pozwól nam podejmować decyzje, a doprowadzimy cię do twojego szczęśliwego zakończenia.
- Co masz przez to na myśli? - spytałam marszcząc brwi.
- Każdy człowiek ma wiele linii życia, którymi podąża w zależności od swojego wyboru. Wiemy wszystko, co ci się przydarzy na każdej z nich. Są takie, w których stajesz się bronią, zapieczętowaną bestią, czy wygnaną samotniczką. Ze względu na twoje poświęcenie w naszym imieniu, chcemy w nagrodę wskazać ci drogę do twojego szczęścia. Jeżeli ci to odpowiada oczywiście. - Głos Astry wydawał mi się jakoś dziwnie znajomy. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie skąd. Ale jakby nie patrzeć ich propozycja jest dla mnie naprawdę korzystna. Jeżeli to będzie najlepsza moja droga życia. To dlaczego by nie. Skinęłam głową w ich stronę zgadzając się na warunki. - Wyleczyliśmy twoje najgorzej rany. Pora, abyś wróciła do żywych.
Terra pstryknęła palcami. Znowu zapanowała ciemność. Poczułam, jak bardzo moje ciało jest ociężałe. Zdecydowanie ta rozmowa musiałam być wyczerpująca dla mojej duchowej energii.
- Wyjdźcie stąd natychmiast! Mam masę rannych po tym, co wydarzyło się w Kodo! Nie mam czasu zajmować się zdrowym dzieckiem z opatrzonym zadrapaniem! Przyjdźcie kiedy indziej! - Męski głos pomógł mi wrócić do świadomości. Otworzyłam oczy i wyrwałam się z objęć. Opadłam na podłogę i dłonią chwyciłam się za głowę. Cholera, ale mam karuzelę.- Wynocha!
Spojrzenie skierowałam na lekarza, który latał między pacjentami. Był bardzo zdenerwowany, a w poczekalni czekało osiem innych osób, kiedy on zajmował się trzema naraz. Podpierając się o kolano wstałam na równe nogi. Odwróciłam się z nadzieją opuszczenia pomieszczenia. Drogę zastawili mi moi przyjaciele, o ile jeszcze mogę ich tak nazwać. Na pewno nie będą chcieli przyjść się z kimś takim jak ja. Ich twarze są zdumione. No tak, nikt w przeciągu piętnastu minut nie wraca całkowicie do zdrowia. Westchnęłam ciężko i spróbowałam ich wyminąć, co nie jest trudne.
- Wracam do siebie. - oznajmiłam bez emocji. Nie mam zamiaru się odwracać. Po prostu ruszyłam ścieżką, która prowadzi na plażę.