- Kori! - krzyk Kalisy sprawił, że podniosłam spojrzenie na rudowłosą, która właśnie biegła w moją stronę. Mam jeszcze z pięćset metrów do szkółki jej wuja, ale najwidoczniej była zbyt niecierpliwa, żeby poczekać w środku. - W końcu jesteś! Martwiłam się, że się zgubisz. - przyznała z uśmiechem, lekko zdyszana, kiedy stanęła przede mną.
- A skąd myśl, że mogę się zgubić? - spytałam zaciekawiona. Obie ruszyliśmy powolnym krokiem w stronę budynku.
- A no, bo... - zaczęła przeciągle, masując się po karku. - Mamy takie przypadki, że nawet mieszkając tu całe życie, gubią się na prostej drodze. - Spojrzałam na nią zdumiona, przez co się zaśmiała. - Taki przypadkiem jest między innymi Zoro. Droga, co normalnie zajmuje mi pięć minut to jemu dwadzieścia. Więc nie zdziw się kiedyś, jak będzie się spóźniał.
Zaśmiałam się i pokręciłam głową z niedowierzania. Pośmiałyśmy się jeszcze z kilku przykładów, o których mi opowiedziała. W końcu dotarliśmy do szkółki. Kalisa zaczęła od oprowadzania mnie po górnych piętrach, gdzie znajdowała się ich część mieszkalna. Skromne mieszkanko. Trzy pokoje, niewielka łazienka, salonik połączony z kuchnią. Ale przyznać muszę, że całkiem tu przytulnie. Kalisa pokazała mi swoja kolekcje muszelek i zdjęcie swoich rodziców. Bardzo była podobna do swojej mamy, ale złociste oczy odziedziczyła jednak po ojcu. W końcu po jakiś dwudziestu minutach Kalisa stwierdziła, żebyśmy zeszły na dół zobaczyć trening starszej grupy. Tak też zrobiłyśmy. Hala była naprawdę duża, cała pokryta matami tatami, a jednej ze ścian nie było. Zamiast niej rozsuwane drewniane ścianki na szynach. Wszystko idealnie odzwierciedlało Kendo. Grupa piętnastu chłopców i Qina, właśnie powtarzała serię ruchów. Wszyscy poruszali się równocześnie, a przy tym głośno krzycząc. Typowe „okrzyki bojowe" jakoś nigdy mnie nie kręciły i niezbyt za nimi przepadam. Tuż przed nimi stał mężczyzna w średnim wieku, ubrany w kimono. Stał o lasce, a na jego nosie znajdowały się grube szkła. Tak jak wcześniej wspominała mi Kalisa, stara kontuzja i problemy ze wzrokiem nie pozwoliły mu na dołączenie do marynarki. Gdy nas dostrzegł w wejściu, podniósł rękę, na co grupa zaprzestała ćwiczenia. Zrobili sobie przerwę, a mężczyzna do nas podszedł.
- Koshiro-lno*. To jest Kostarika, o której ci mówiłam. Jest w wieku Qiny i przypłynęła do nas zza oceanu. - zaczęła Kalisa, gdy mężczyzna zatrzymał się przed nami. - Kori. To mój wujek Koshiro, dyrektor akademii Kendo i w sumie jedyny nauczyciel. Qina jest jego córką.
- Miło mi poznać. - oznajmiłam, wyciągając rękę do mężczyzny, którą przyjął. - Jest Pan naprawdę młody. Ja mam dużo starszych rodziców. - przyznałam zakłopotana.
- Bez przesady. Mam już czterdzieści lat. - przyznał z lekkim rozbawieniem. - Skoro twoim zdaniem młodo wyglądam to, w jakim wieku są twoi rodzice?
- Mój tata obecnie sześćdziesiąt siedem. Mama natomiast pięćdziesiąt trzy. Dzieci po czterdziestce to duże ryzyko, a szczególnie nieplanowane i niespodziewane. Ale obyło się bez większych problemów. - stwierdziłam niepewnie, a Kalisa wpatrywała się we mnie ze zdumieniem.
- Doprawdy, dużo szczęścia. - dodał mężczyzna. Jednak nie wyglądał na przejętego moją historią. - Kalisa wspominała, że znasz się nieco na walce. - Wskazał dłonią na swoich uczniów.
- Brat po prostu uczył mnie podstaw. - oznajmiłam, a Koshiro przytaknął głową. Spojrzałam na Kalise, która nagle jakby otrząsnęła się ze swojego wcześniejszego zdumienia.
- Aa...? To może pokazałabyś, co potrafisz?- spytała w końcu rudowłosa, spoglądając na wuja. - Sama też chciałabym zobaczyć, jak silna jesteś.
- Nie, dziękuję. Nie jestem zainteresowana. To nie moja bajka. Zwyczajnie używam tego bardziej do samoobrony. - odparłam pewnie. - Najlepiej to i tak mi nie wychodzi.
- Skoro tak. To wyzywam cię na pojedynek! - krzyk Qiny dotarł do moich uszu. Wszyscy przenieśliśmy na nią spojrzenie. Stała na środku sali z bambusowym mieczem.
- Podziękuję, nie jestem chętna. - uparłam się w swojej decyzji.
- To nie jest propozycja. - dodała pewnie czarnowłosa. Podniosła drugi bambusowy miecz, który leżał na ziemi w uboczu sali. Podeszła do mnie i wepchnęła narzędzie w moje ręce. - Rzucam ci wyzwanie, którego nie możesz odmówić. To ma tylko dowieźć temu, że na tej wyspie nie ma lepszego szermierza ode mnie. Na chwilę obecną pokonałam każdego ucznia tej szkoły. Nikt mnie do tej pory jeszcze nie pokonał. A jakaś lalunia jak ty, obca... Nawet sobie nie myśl, że mogłabyś być lepsza ode mnie. - zakpiła „wykwintnie" z mojej osoby. Spojrzałam na nią przymrużonym spojrzeniem.
- Nadal nie jestem zainteresowana. - oznajmiłam z rozbawieniem i chciałam odłożyć bambus, gdy dziewczyna nagle przeszła do ataku. Poziomo zablokowałam jej „ostrze" i wpatrywałam się prosto w oczy. - Nie zamierzasz pozostawić mi wyboru?
- Dokładnie.
Jej ojciec i Kalisa odsunęli się na ubocze sali. Nawet nie zauważyłam kiedy. Westchnęłam ciężko i odepchnęłam dziewczynę na tyle mocno, że ponownie znalazła się na środku sali. Na jej twarzy pojawiło się zdumienie, że odrzuciłam ją na dystans jakiś ośmiu metrów, może lekko dalej. W dalszym ciągu jednak stała na ugiętych kolanach. Spokojnym krokiem ruszyłam w jej kierunku. Skoro nie pozwoli mi odejść, to niestety muszę stanąć do tego pojedynku. A więc pora się wyciszyć. Wyłączyć dla otoczenia. Zwolnić czas i przewidzieć jej ruchy.
Qina ruszyła do ataku z głośnym okrzykiem. Agrestwnie wykonywała każdy swój ruch, aby udowodnić swoją przewagę nad rywalką. Ku zaskoczeniu wszystkich Kostarika z łatwością przewidywała każdy ruch dziewczyny i wykonywała unik. Z każdym ruch gniew rósł w Qinie coraz bardziej. Sprawiło to, że jej ruch stawały się coraz mnie przemyślane i bardziej agresywne.
- Przestań się bawić! Walcz! - wrzasnęła piskliwie, gotując się niemal ze złości. - Ty głupia małpo!
- Nie chce się z tobą bawić. Nie chciałam walczyć od samego początku. Ty się uparłaś. - odpowiedziałam, unikając kolejnej szarży. - Czy jesteś pewna? Ale pewna, pewna, że mam odpowiedzieć na twoje ataki?
- Tak! - krzyknęła, atakując mnie od lewej. Skrzyżowałam z nią bambusy, które zadrżały od nacisku jej siły. Całe jej ciało trzęsło się z gniewu.
Kostarica odetchnęła ją przełamując wcześniejszy blok. Qina zachwianie zrobiła dwa kroki w tył, ale szybko poprawiła swoją pozycję. W tym czasie Kori zdążyła znaleźć się przy niej, zrobiła obrót podchodząc do parteru. Nogą rozchloną uderzyła w piszczel Qiny, wytrącając ją ponownie z równowagi. Kiedy ta upadała, Kori końcówką rękojeści wytrąciła bambusowy miecz z ręki przeciwniczki. Zwinym ruchem chwyciła go w locie i oba "ostrza" zbliżyła do szyi Qiny stając nad nią.
- I nie żyjesz. - skomentowałam, przejeżdżając bambusem wzdłuż jej szyi, jakbym pozbawiała ją głowy. - Bynajmniej tak by było, jakby zamiast tego badyla było prawdziwe ostrze.
- To nie była szermierka. - odparła pogrubionym tonem. Cały czas wpatrywała się we mnie morderczym spojrzeniem.
- Od samego początku nie miała być. - przyznałam pewnie. - Nie chciałam walczyć, więc zamiast szermierką pokonałam cię podstępem. - Puściłam jej oczko i odsunęłam się od niej. - Nie jestem twoją marionetką do ćwiczeń. Poza tym przypuszczam, że jesteś jedną z tych osób, które nigdy nie opuściły wyspy. Dzisiaj dałam ci jedną cenną lekcję. - stwierdziłam, pokazując palcem na wyjście z budynku. - Kiedy opuścisz mur tego budynku, możesz natrafić na ludzi, którzy nie będą tańczyć tak, jak im zagrasz. Nie będą trzymać się tradycji i zasad szermierki. Tam nie każdy je zna. Walczyć mogli się nauczyć na własną rękę, a twoje podejście trzymania się zasad może spowodować, że zginiesz. Świat kieruje się własnymi zasadami, a nie tymi ustalonymi odgórnie.
- Brzmisz, jak typowy człowiek spoza prawa. - zakpiła sobie ze mnie Qina.
- I tu masz rację. - przyznałam się, bo nie widziałam sensu dłużej zatajać prawdę. Na moje słowa czarnowłosa spojrzała na mnie z lekkim lękiem w oczach. - Jestem córką piratów. Wychowana na morzu. Życie na pirackim statku nie jest łatwe. Powoduje to bardzo dużo bolesnych wspomnień, które stają się lekcją na całe życie.
- To jakie niby jest twoje najboleśniejsze wspomnienie, pani Silna i Niezależna? - zadrwiła, podnosząc się z ziemi. Moje spojrzenie ani na chwilę nie schodziło z jej błękitnych tęczówek.
- Piwne oczy. Przepełnione strachem. Wpatrzone we mnie. Należą do mojej siostry bliźniaczki. Takim spojrzeniem obdarowała mnie tylko raz w życiu. Jak myślisz, co to mogła być za sytuacja? - spytałam, a moja twarz wyrażała pustkę. Żadnych emocji. Wszystko już dawno przetrawione przez czas.
- Może zabiłaś kogoś, a ona to wszystko widziała. - prychnęła pewnie i z kpiną.
- Nie. - odpowiedziałam i zrobiłam dłuższą przerwę. - W tamtym momencie znajdowała się w objęciach marynarza niskiego sortu. Złapał ją, gdy zrozumiał, że jesteśmy dziećmi piratów. Bezradnie patrzyłam w oczy siostry, gdy ten śmieć przebił jej serce sztyletem. - przyznałam. Nie wiem dlaczego, ale poczułam złość i zacisnęłam pięść. - Jej spojrzenie sprawiło, że czułam dokładnie ten sam ból, co ona. Aż w końcu pustka. Jej ciało stało się bezwładne, spojrzenie puste. Straciła życie na moich oczach, a ja nie mogłam nic zrobić. Też bym zginęła, gdyby nie mój brat. Widział, co się stało. Czuł dokładnie to, co ja. Ale był w stanie się otrząsnąć z tego szoku i rozpaczy, aby ocalić chociaż mnie!
Na sali zapadła cisza. Nikt nie raczył tego skomentować. Dobrze wiedziałam, że część tu zgromadzonych rozumiała mój ból. Pamiętam, jak Zoro wspominał mi, że niektórzy też widzieli śmierć swoich bliskich. Nie potrzebowałam współczucia, ale myśl, że ktoś rozumie moją sytuację, dawała mi pewność. Mogłam wyrazić tu siebie, bo nie tylko ja znam ten ból.
- To co mówisz, jest częściową prawdą. - podsumował pan Koshiro. - Ale teraz jesteśmy tutaj i przestrzegamy tych zasad. - Słysząc jego słowa zdziwiłam się.
- Mam pytanie. Otrzymał Pan imię szermierza? - spytałam podejrzliwie. To imię otrzymuje każdy, kiedy ich nauczyciel uzna, że więcej nie jest w stanie go nauczyć, albo jest gotowy znaleźć swoj styl i jest godzien bycia szermierzem. Tylko wtedy może przekazywać swoje nauki innym.
- Nie. - odparł i zmarszczył brwi. Tego się spodziewałam. Ten człowiek niczego ich nie nauczy. To są tylko puste słowa. - Ale to mało ważne. Szczególnie takie dziecko nie ma prawa mnie osądzać.
- Neo. - odparłam stanowczo i z pogardą spojrzałam na mężczyznę, który patrzył na mnie niezrozumiale. - To moje szermierski imie. - Słysząc to mężczyzna wpatrywał się we mnie z szokiem. Wszyscy inni stali w ciszy, prawdopodobnie nie rozumieją sytuacji, o której rozmawiamy.
- Kalisa! - krzyk Zoro, który wpadł na salę, przerwał tę ciszę. Spojrzenie wszystkich zatrzymało się na nim.
- Czego? - mruknęła niezadowolona. Nie rozumiem tylko z jakiego powodu.
- Zgubiłem Emme. - przyznał lekko zdyszany, opierając się o futrynę drzwi.
- Co?! - krzyknęłam równocześnie z rudowłosą. Obie podeszłyśmy do niego, a moja konfrontacja z Qiną i jej ojcem odeszły w niepamięć.
- Jak to zgubiłeś ją? Wytłumacz, w jaki sposób zgubiłeś prawie pięcioletnie dziecko? - dopytała Kalisa łapiąc szarookiego za ramiona.
- No miała iść za mną. Nawet nie wiem, kiedy zniknęła i poszła w innym kierunku. - tłumaczył, nerwowo drapiąc się po karku.
- Na Terre... Kiedy ty w końcu się ogarniesz? - zapytała ironicznie i ruszyła w kierunku wyjścia. - Musimy ją znaleźć.
- W takim razie wy przeszukajcie las i wioski. Ja rozejrzę się na nabrzeżu. - zaproponowałam, podążając za dziewczynką.
- Nabrzeże?! - spytał zdezorientowany Zoro.
- Nigdy nie wiadomo. Ostatecznie spotkajmy się na Memo. - odparłam i pobiegłam w stronę najbliższej plaży.
Gdy tylko usłyszałam, że Zoro ją zgubił na myśl przyszła mi rozmowa bandy piratów, których spotkałam. Rozmawiali o porwaniu jakiegoś dziecka na zlecenie marynarki. Skoro wioska Risel ma na pieńku z marynarką to zdecydowanie mogło im chodzić o Emme. A jak wiadomo, piratów znajdzie się na statku, a statek na nadbrzeżu. Dlatego postanowiłam iść i ich odnaleźć.
Idąc plażą, w pierw natknęłam się na moją łódź. Wspięłam się po drabince na pokład i zgarnęłam swój młot, który pasami przypięłam sobie do pleców. Szybko opuściłam moje miejsce zamieszkania i poszłam dalej przy granicy z lasem, jakby jakieś echo w lesie dało mi znak, że dziewczynka tam się znajduje. Poruszam się lekkim truchtem, bo nigdy nie wiadomo. Jeżeli wypłynęli, a zdołam ich jeszcze zobaczyć, to jest nadzieja, że dałabym radę jakkolwiek ich dogonić.
Moja droga po plaży została przerwana klifem. Musiałam się wspiąć, aby dalej iść wzdłuż wody. Idę nad krawędzią i spoglądam w dół, aby przypadkiem nie ominąć wgłębienia, w którym mógł być skryty statek.
- Mark! Ty skończony idioto! Ile razy trzeba ci powtarzać, że zgniłe ryby masz wywalać za burtę, a nie do wychodka?! Bierz za szmaty i sprzątaj to! - Męskie krzyki rozeszły się echem. Tak jak przypuszczałam. Gdyby nie krzyk to bym ich nie znalazła, bo statek skryty jest pod skałą. Zgaduje, że na pokład dostają się przy użyciu szalupy, bo innym sposobem, żeby na sucho się tam dostać, to nie widzę.
Hymn... No w sumie wydaje się dość głęboko, a też jakoś nie widzę, żeby pod wodą znajdowały się jakieś skały. Zrobiłam dwa duże kroki w tył, żeby mieć lekki rozbieg i wyskoczyłam z krawędzi klifu.
Widząc, że to typowy dwumasztowiec podejrzewam, że sam klif miał około czterdziestu metrów. Spadałam dłuższą chwilę, nim zanurzyłam się w słonej wodzie. Nurt jak przeważnie zaczął wciągać mnie coraz to niżej. Ja jednak zaczęłam wypływać, aby móc złapać wstrzymywany oddech.
- Zi... zi... Zimna... - zaklekotałam zębami. W tym miejscu przepływał naprawdę zimny prąd wody.
Już chciałam odwrócić się w stronę pirackiej łajby, gdy nagle sieć z lin obezwładniła mnie i wciągnęła pod wodę. Uchyliłam powieki i dostrzegłam, że zbliżam się do łodzi. Czyli mnie zauważyli od razu. No w sumie, kto by nie widział? To plus dla mnie, bo nie musiałam tam dopływać o własnych siłach. W końcu wynurzyłam się z wody i zostałam wrzucona na pokład.
- Dobra robota Iloizy. - Kapitan zwrócił się do podwładnego, który jak dobrze pamiętam, ostatnio prawie mnie postrzelił. Złapałam za liny w sieci i je rozerwałam, uwalniając się z pułapki. - Silna. Nie każdy Gówniak jest w stanie czegoś takiego dokonać.
- Kapitanie, a może to ta smarkula, co ją uprowadzić mieliśmy? - spytał mężczyzna, którego krzyki usłyszałam z klifu. Od razu poznałam ten głos. Wstałam i odcisnęłam wodę z włosów. Ci piraci są jacyś niedorobieni. Ja się uwolniłam, a oni nic. Idioci.
- Zaraz się tego dowiemy. - odrzekł kapitan i podszedł do mnie pewnym krokiem. Następnie schylił się na moją wysokość, aby spojrzeć mi w oczy. - Czy to ty jesteś tym bachorem od Orone?
- Nie. - odpowiedziałam od razu. - A mogę wiedzieć, z kim mam zaszczyt? - spytałam z lekką ironią. Skoro o to pytają, to Emmy raczej tu nie ma. No i dobrze. Piraci natomiast wybuchli śmiechem.
- Naprawdę nie wiesz, z kim masz do czynienia? - zarechotał jeden z mężczyzn z opaską na oku. Pokręciłam przecząco głową. - Dziwna jesteś, że się nie boisz stać przed Czarnym Wilkiem rejonu Aurum. To właśnie Kapitan Luke rządzi na tych wodach. Nagroda za niego to dwadzieścia tysięcy Win. Mało to nie jest Smarku.
- A więc! - przerwał Luke i w końcu odsunął się ode mnie, gdy zobaczył, że wypowiedź jego majtka nie zrobiła na mnie wrażenia. - Skoro nie jesteś tą, której szukamy to, jak się stało, że spadłaś z tego klifu? A może najpierw. Sama powiedz, kim ty jesteś?
„Czarny Wilk" coś mi mówi ten przydomek. Jednak skąd? Ale chwila... Pamiętam, jak pomagałam mojej mamie z jej księgowością. Ona zawsze dawała pożyczki piratom.
- Shirsu. - Na dźwięk wypowiedzianego przeze mnie nazwiska, włosy Luke zjeżyły się. - Masz dług pieniężny u Seye Shirsu. Panie Blackwood, wydaje mi się, czy twój termin już dawno minął i Seye chętnie by się dowiedziała o miejscu twojego pobytu.
- Skąd to wiesz?! - wrzasnął i złapał za mój kołnierz, przyciągając mnie do siebie bliżej. Jego śmierdzący oddech zabierał mi tlen, którym chciałam oddychać. - Gadaj!
- Mam dobry kontakt z rodziną Shirsu i dobrze wiem, że jeśli coś mi zrobisz, a dowiedzą się o tym... Marnie skończysz Luke. Ci, którzy zadzierają z załogą Demona Śmierci, źle kończą. I muszę cię rozczarować, bo Kapitan Roger Kin bardzo mnie lubi. Radziłabym go nie wkurzać. - zagroziłam. Wiedziałam, że ukrycie tego, że jestem córką Seye i Reylona jest najlepszy rozwiązaniem. W innym przypadku mogliby mnie wykorzystać do szantażu mojej rodziny i odwołania spłaty długu. - Ale jednak nie muszą się dowiedzieć, gdzie teraz jesteś.
- Co próbujesz przez to powiedzieć? - wycharczał gniewnie Luke. Ścisnęłam dłoń na jego nadgarstku sprawiając, że mnie puścił. Cofnął się nawet o dwa kroki. Po czym zaczął rozmasowywać bolące miejsce.
- Sprawa jest prosta. Opuścicie Casalis i tu nie wrócicie, a Roger i Seye nie dowiedzą się, że tu jesteście. A wasza sprawa dotycząca Orone pójdzie w niepamięć. - odparłam, pewnie poprawiając swoją koszulkę.
- I myślisz, że Hersh, kapitan tutejszej marynarki tak łatwo da mi spokój, jeżeli pójdę na ugodę z tobą? - warknął wkurzony. Jego pięści już i tak od dłuższego czasu były zaciśnięte ze złości.
- Marynarkę możesz zostawić mnie. - przyznałam pewnie. Nie wiem jeszcze, jak ale na pewno znajdę rozwiązanie, aby bezkonfliktowo wypędzić ich z wyspy. Może ich nastraszę udając duchy, upiory, albo jakieś jaskiniowe gobliny. Piraci jednak wybuchli na to śmiechem.
- Ty?! Gówniaro, ty doprawdy zabawna jesteś! Naprawdę myślisz, że sobie poradzisz z tymi śmieciami. - wyśmiał mnie Iloizy. Reszta natomiast mu przytaknęła.
- Możecie się śmiać, ale ja również mam swój list gończy i jest nagroda za moją głowę tak jak każdego z was. Na marynarkę mam swoje sposoby, a wam radzę spadać, zanim sama się wami zajmę. - wyznałam ironicznie. Co prawda, mój list jest utajniony, ponieważ mój brat poszedł na ugodę z marynarką i teraz po części przyjmuje od nich różne misje do wykonania.
- Ach tak?! To niby, ile jest za twoją głowę?! - spytał prześmiewczo mężczyzna z przepaską na oku. - Sto Ziko?!
- Nie. - odparłam stanowczo. - Pół miliona Win za pannę Devon. - przyznałam, ale w tym przypadku użyłam fałszywego nazwiska mojego brata. Piraci zamarli, a oczy prawie wypadły im z orbit.
Zapadła cisza. A moja nagroda była spowodowana moim szałem Divinarii. Było to tydzień po zamordowaniu Rossy. Dopiero wtedy do mnie dotarło, że moja bliźniaczka nie żyje. Tydzień trwał szok, z którego nie mogłam się wybudzić. Tamtego dnia uciekłam ze statku i udałam się do siedziby jednostki, które była odpowiedzialna za ten mord. Moje cierpienie obudziło moje Divinarii, po raz pierwszy. Straciłam tego dnia nad sobą kontrolę. Nie pamiętam nic, co wtedy zrobiłam. Z tego, co mówił mi brat, który był świadkiem... Dokonałam straszliwego mordu ponad dwudziestu tysięcy ludzi i nikt nie był w stanie mnie zatrzymać. Sam też próbował, prawie tracąc życie. Powstrzymało mnie dopiero omdlenie z wycieńczenia i zabrał mnie z powrotem na statek. Potem udał się do głównej siedziby marynarki i zgodził się dla nich pracować, jeżeli mój list gończy nie będzie publiczny. Zgodzili się.
- Skoro nic więcej do was nie mam. To ja wracam do siebie. Daję wam czas do wieczora, żeby zniknąć całkowicie z Casalis. Żegnam. - podsumowałam rozmowę.
Podeszłam do burty i się na nią wspięłam, aby od razu zeskoczyć i odbić się od tafli wody przy użyciu Mekiru. Doskonale wiem, że długo tak nie wytrzymam. Szybkimi podskokami zniknęłam im z pola widzenia, chowając się za rogiem groty. Przytrzymałam się skał z trudem. Używanie Mekiru wciąż jest dla mnie czymś wyczerpującym. Dlatego częściej muszę jej używać, aby móc się przyzwyczaić i lepiej ją wykorzystać.
- Kapitanie! Jak ona chodziła po tej wodzie?! - Dotarł do mnie echem niesiony krzyk Marka. Najwyraźniej skończył swoją brudną robotę po mojej wypowiedzi. Postanowiłam zaczekać i zobaczyć, co mają sobie jeszcze do powiedzenia.
- To Mekiru. - odparł zachrypniętym głosem Iloizy.
- Mekiru?! - zdumienie Marka dało się wyczuć w barwie głosu. - Pierwsze słyszę.
- To energia, którą ma w sobie każda żyjąca istota. Działa to trochę jak instynkt. Jednak, kiedy nauczysz się to kontrolować... Wtedy jest to bardzo silna umiejętność. - skomentował Luke. O dziwo jego ton był całkiem spokojny. - Twoje zmysły mogą się wyostrzyć do takiego stopnia, że będziesz w stanie widzieć i słyszeć to, co się dzieje nawet w odległości kilkunastu kilometrów. Możesz być w stanie przewidzieć ruchy wroga podczas walki. Albo nawet przewidzieć przyszłość. Jednak innym też udaje się uwalniać tę energię i wytwarzać nią takie fale uderzeniowe jak ta mała Smarkula przed chwilą. Inni zaś skupiają energię i tworzą coś na pozór przypominające zbroje. Tylko mistrzowie używania Mekiru są w stanie używać tego wszystkiego jednocześnie. A z tego, co mi wiadomo jest tylko piętnastu ludzi na świecie, którzy są uznani za mistrzów Mekiru. - Co ciekawe, nikt nie przerwał jego wypowiedzi. Sama zastanawiałam się, czy zaczną się rzucać, że muszą pozostać na Casalis. Jednak cisza była dla mnie zaskoczeniem.
- Co robimy Luke? - zapytanie gościa, dzięki któremu odnalazłam łajbę, przerwało ciszę. Ja natomiast zaczęłam chwytać się wystających skał i wspięłam się nieco po klifie.
- Odpływamy stąd. Jeśli jej słowa są prawdziwe i piraci Demona Śmierci tu przepłyną, to będzie po nas. Co prawda, mogła kłamać, ale już wolę mieć zadzior z marynarką niż z Kin'em. Odpływamy, jak tylko Rei i Gam wrócą z zapasami z Kodo. A skoro ona jest spokrewniona z Devonem... Na pewno marynarka coś z nią zrobi. - podsumował i sądząc po szumie, jaki rozchodził się echem po grocie, zapewne zajęli się przygotowaniami do rejsu.
Nie pozostało mi nic więcej jak wspięcie się po klifie i wrócenie do poszukiwań Emmy. W końcu chwyciłam za krawędź i podciągnęłam się na szczyt. Co prawda nieco dysząc, opadłam na trawę. Mekiru... Muszę w końcu wrócić do treningu. Przerwa spowodowana podróżą była zdecydowanie złym pomysłem. Podparłam się na rękach i uniosłam wzrok na las. Lecz zamiast pobliskich krzewów moje oczy napotkały widok, którego bym się nie spodziewała.
Niedźwiedź... Ale nie jest on zwyczajny, a widzę go za pewnie jedynie dzięki Divinarii. To jest dusza. Chociaż niedźwiedź jest niemal krystaliczny i niemożliwy do dotknięcia przez człowieka. Jej brązowe futro jednak wyróżniało się na tle lasu poprzez plemienne symbole ognia, gór i leśnych pnączy, które płoną jasnym blaskiem w różnych kolorach. Jest naprawdę piękna. A skąd wiem, że to ona? Oczy mówią mi prawdę i chce, żebym za nią podążyła. Tak też zrobiłam i zaczęłyśmy biec przez las.
Chociaż jestem Divinarii od dobrych sześciu lat to jeszcze nigdy nie napotkałam się z żadną duszą zmarłego człowieka. Co prawda, widziałam dusze przeklętych przedmiotów, ale taka sytuacja przydarzyła mi się pierwszy raz.
Biegnę, ile sił w nogach, aby tylko nadążyć za niedźwiedzicą. Już całkiem zapomniałam o zmęczeniu, które ogarnęło mnie po użyciu Mekiru i wspinaczce. Jestem ciekawa, dokąd mnie zaprowadzi. Odbijając się od kory drzew, skakałam niczym mała małpka. Było to znacznie szybsze niż przeskakiwanie nad wystającymi korzeniami, które są tu dosyć częstym przypadkiem.
- Nie! - Nagle piskliwy krzyk dziecka dotarł do moich uszu. Instynktownie, nawet nie myśląc, ruszyłam w tamtym kierunku.
W tym właśnie momencie Kostarika utraciła swoja świadomość przyjmując postać bestii Divinarii. Z racji braku umiejętności kontrolowania jej, traci świadomość i kontrolowana przez bestię osiąga swój cel. Divinarii podążając za duchem kapłanki Cesalis w błyskawicznym tempie odnalazł zaginione dziecko i oddał kontrolę nad ciałem.
Mam wrażenie, że trwało to zaledwie sekundę, a już po chwili dziewczynka znajdowała się w moich ramionach. Mój przyspieszony oddech nie ułatwiał mi przypomnienia sobie, w jaki sposób tak właściwie się tu znalazłam. Ból w lewym przedramieniu dał mi do zrozumienia, że coś jest nie tak. Przeniosłam tam swoje spojrzenie. Ostre zęby dzikiego psa przebiły moją skórę, co powodowało obfite krwawienie. Niewiele myśląc, uniosłam lewą rękę, aby zrobić zamach i odrzuciłam psa od siebie. Zwierzę uderzyło w ziemię z taką siłą, że grunt zaczął się załamywać.
- Cholera... - mruknęłam pod nosem. Objęłam dziewczynkę mocniej prawym ramieniem i zaczęłam biec, aby oddalić się od zapadającej się ziemi.
Serce zaczęło dudnić mi w uszach, gdy nagle poczułam, że nie mam w ogóle gruntu pod nogami. Strach, że małej może, się coś stać sprawił, że od razu wyciągnęłam dłoń ku górze z nadzieją, że uda mi się jeszcze czegoś złapać. Gdy nagle silny zryw sprawił, że zatrzymałam się w locie i uderzyłam plecami o ścianę. Mój oddech drżał, a dziewczyna wydała z siebie krótki pisk. Spojrzałam na korzeń, który udało mi się chwycić. Jest on dosyć solidny, ale nie wiem, jak długo dam jeszcze tak radę. Szczególnie że po tej ręce zaczęła spływać mi dosyć obficie krew z rany.
- Emma... - wyszeptałam z trudem. Może zdołam ją, chociaż wrzucić na górę. Spojrzałam w dół i napotkałam różane spojrzenie małej. Jest przerażona i doskonale to po niej widzę. - Posłuchaj mnie teraz. Podrzucę cię delikatnie do góry i wylądujesz tam na miękkim mchu. Widzisz go, prawda? Nic ci się nie stanie. Zaufasz mi? - Poczułam, jak lewa ręka zaczęła drżeć. Trzymałam nas dosłownie ostatkiem siły.
Mała przez chwilę wpatrywała się we mnie z przerażeniem. Aż w końcu przytuliła mnie i przytaknęła głową.
- Dobrze to teraz przytul się do swoich nóżek, a nie do mnie. - wydusiłam, a lewa ręka powoli zaczęła zsuwać się z korzenia. Czas mnie naglił. Przesunęłam prawą rękę, tak aby mała na niej usiadła i odsunęłam od siebie. - A więc... Raz... Dwa... I Hop! - krzyknęłam i wyrzuciłam ją pod takim kątem, że opadła na wcześniej wskazany przeze mnie mech.
W tym właśnie momencie moja dłoń całkowicie ześliznęła się z korzenia. Skuliłam się podświadomie i dałam się ponieść przepaści. Nie trwało to długo, bo zaledwie kilka sekund, aż odbiłam się od podłoża. Kręgosłup strzyknął mi w uszach, a ja wydałam z siebie cichy jęk i przeturlałam się po skałach.
Cel misji osiągnięty. Emma znaleziona, cała i zdrowa... Chyba, bo w sumie jeszcze nie pytałam. Otworzyłam oczy i spojrzałam w kierunku, w którym powinna się znajdować. Oczywiście jest tam. Klęczy nad krawędzią, z przerażeniem wpatrując się we mnie, a jej rozwiane zielone włosy wyglądają, jak wiosenna trawa tańcząca na łące.
- Emma, jesteś cała?! - wydusiłam z siebie krzyk i kaszlnęłam, żeby „nastawić" sobie płuca.
- T..Ta..Tak. - odpowiedziała płaczliwie, zapewne powstrzymuje się od płaczu. Zmierzyłam wyrwę wzrokiem i na moje oko to spadłam może z ośmiu metrów. Co prawda bywało gorzej, ale mogło być lepiej.
- Siedź tam spokojnie. Zaraz do ciebie przyjdę. - zapewniłam ją i powolnym ruchem podniosłam się do siadu.
Mam nadzieję, że nic sobie nie połamałam. Zrobiłam obolałą minę, gdy tylko zaczęłam rozmasowywać krzyż. Cholera... To tak boli. A no właśnie, jeszcze moja ręka. Sięgnęłam po moją bandanę, którą zawsze noszę na głowie i zrobiłam nią prowizoryczną opaskę uciskową na lewym przedramieniu. Na tę chwilę powinno wystarczyć, aż wrócę do domu i sobie to opatrzę.
Przyznać muszę rację Zoro, że te kopalnie nie są zbyt stabilne, aby prowadzić wykopaliska. To było zapewne powodem tego zapadliska. Dziwne, że pierwsze tunele były robione tak blisko powierzchni.
Podniosłam się więc na proste nogi i otrzepałam z pyłu. Kilka zadrapań na plecach, rękach i nogach. Obolałe mięśnie i pewnie tam porobią mi się jeszcze siniaki. No bardzo piękne będę wyglądać przez następne kilkanaście dni.
Rozejrzałam się dokładnie, aby znaleźć najłagodniejsze wejście. Chociaż nie wiem, czy ręka pozwoli mi na swobodnie wejść. Spojrzałam przez swoje ramię i westchnęłam smutno. Zaczęłam odpinać swoje pasy i zdjęłam z siebie młot. Jest ciężki, bo sama jeszcze do końca nie przyzwyczaiłam się do tego obciążenia. Będę musiała wrócić po niego za kilka dni, jak tylko mi się polepszy. Nie chcę teraz ryzykować kolejnym upadkiem z tej wysokości. Delikatnie odłożyłam go na ziemię i przykryłam liśćmi, które spadły razem z nami. W razie, gdyby spadł deszcz to chociaż trochę uchronię go przed korozją. No cóż, nie pozostało mi nic innego jak podejść do ściany i wspiąć się na górę.
Mozolnym ruchem zaczęłam chwytać się skał. Powoli, ale jednak dałam radę wspinać się po tych skałach. Całe szczęście, że nie są mokre. Dzięki temu uniknę poślizgnięcia się i kolejnych ran. W końcu dostałam się na sam szczyt i podtrzymałam się krzewu, który znajdował się tuż nad krawędzią. Gdy nagle skały, na których stałam, zaczęły osuwać się pode mną. Lewym ramieniem podparłam się krawędzi. Nogami zaczęłam szukać punktu zaczepienia, żeby łatwiej było mi się wspiąć. Na marne, bo ziemia pod moją ręką też zaczęła się osuwać. Wtem gałąź krzewu zaczęła pękać.
- Cholera... - przeklęłam pod nosem. Podciągnęłam się na rękach z nadzieją, że dam radę. Na próżno.
Gałąź zerwała się, a grunt osunął pode mną. Zamknęłam oczy wiedząc, że czeka mnie kolejny upadek z tej wysokości. Nagły zryw. Zawisłam w powietrzu. Zdziwiona spojrzałam w górę. Jedyne, co widziałam to dłoń trzymającą mój nadgarstek.
- Mam cię. - wysapał znajomy głos właściciela trzymającej mnie ręki.
Drugą ręką chwyciłam się ściany i podparłam się nogami. Policzyłam do trzech i odbiłam się od skał. Dzięki temu znalazłam się na szczycie stojący nad osobą, która mi pomogła. Zmarszczyłam brwi i posłałam mu groźne spojrzenie.
- Co ty tu robisz? - spytałam groźnym tonem i wyrwałam rękę z jego uścisku.
- A już się cieszyłem, że będziesz dla mnie miła. Aż tak bardzo nie chcesz zostać moją żoną? - zaśmiał się ironicznie i wstał, jak tylko się od niego odsunęłam.
- Pierwsza spytałam, Ez. Co ty tu robisz? - ponowiłam pytanie, gdy nagle Emma podbiegła do mnie i wtuliła się w moje biodro.
- A tak... Zwiedzałem teren. Chwilę temu nasz statek przybił do brzegu Kodo. - przyznał w końcu, a ja spojrzałam na Emme. Jej ciało drżało, więc kucnęłam, odsuwając ją od siebie. Jej zapłakane spojrzenie skupiło się na mnie, a lewą ręką podcierała swoje łzy.
- Jesteś cała? - spytałam dziecka i całkowicie zignorowałam obecność Eza. Mała jedynie przytaknęła mi głową, że nic jej nie jest. - Chodź ze mną. Zoro bardzo się zmartwił, gdy zobaczył, że ciebie nie ma.
- Pseplasam... - pociągnęła noskiem, a ja posłałam jej ciepły uśmiech i pogłaskałam po włosach.
- Nie przejmuj się. Ważne, żebyś pamiętała i nie oddalała się bez informowania o tym kogoś. Nikt nie chce, żeby stała ci się krzywda, albo ktoś cię porwał. - wyjaśniłam i tapnęłam jej nos. - Zdążyłam również zauważyć, że jesteś najcenniejszym skarbem swojego taty tak jak każda córka. Gdyby coś ci się stało zapewne byłby w stanie zniszczyć caaałą wyspę, żeby tylko znaleźć sprawcę. - wyolbrzymiłam ostatnie zdanie, na co się zaśmiała. - O proszę. Co za uroczy uśmiech. Teraz tylko musisz przypilnować, żeby nie znikną z twojej buźki, zgoda?
- Tak! - krzyknęła z uśmiechem. Wyprostowałam się i wyciągnęłam dłoń w jej stronę.
- Chodź do zatoki Memo. Tam spotkamy się z Zoro i Kalisą. - w odpowiedzi tylko szeroko się uśmiechnęła i chwyciła moją dłoń od razu ciągnąć we wskazanym przeze mnie kierunku. - A ty, po co z nami idziesz? - warknęłam w stronę Eza.
- Po prostu. Nie mam co robić kiedy oni prowadzą handel w Kodo. - odparł, wzruszając ramionami. - Kim jest ta mała księżniczka? - dopytał, skinieniem głowy wskazując na małą.
- Emma, młodsza siostra kolegi. - Mała spojrzała na mnie lekko zaskoczona. No tak, jedyna sytuacja, w jakiej wcześniej się spotkaliśmy to Will był wrogo na mnie nastawiony i nie zdążyłam się jej przedstawić, gdyż zalana była łzami. - Emma, jeśli chcesz możesz do mnie mówić Kori, tak jak Kalisa.
- Dziękuję Koli, znowu mnie ulatowałaś. - sepleniła z uśmiechem, co i mnie lekko rozbawiło.
- A ty Kostarika nadal mi nie odpowiedziałaś. - Wtrącił Ez, na co przewróciłam oczami.
- Nie. - odparłam od razu stanowczo.
- Dlaczego?! - krzyknął z lekka poirytowany, ale nie zły. Brzmiał bardzo na zrezygnowanego i smutnego z tego powodu.
- Bo jesteś tchórz. A ja nie mam zamiaru niańczyć i ochraniać dorosłego wilkołaka, który boi się nawet swojej przemiany w wilka. - przyznałam, on nie uraczył mnie nawet spojrzeniem. - Zawsze tak ci odpowiadam i to się nie zmieni. Jesteś alfą, a zachowujesz się jak bezbronna omega.
Prawda boli, ale wolę to od kłamania. Niektórzy pewnie stwierdzą, że ukrywanie mojej tożsamości jest sprzeczne z tym, co teraz mówię. Ale jednak robię to dla swojego własnego bezpieczeństwa i używam fałszywego nazwiska Migela. Dlatego też podczas przedstawienia się Kalisie czy Zoro nie podałam żadnego nazwiska, ponieważ duża jest szansa, że oni dowiedzą się o mnie prawdy. Nie zamierzam ich okłamywać, bo to na pewno sprawi, że stracą do mnie zaufanie. Po prostu zaczekam, aż sami o wszystko mnie zapytają.
- Wilkowak? - spytała nagle Emma wpatrując się w Eza. - Nie jesteś cłowiekiem?
- Nie, potrafię przemieniać się w wilka. - odpowiedział małej na spokojnie.
- Pokazes?! - krzyknęła podekscytowana. Ez posłał mi przerażone spojrzenie i głośno przełknął ślinę.
- Nie... Jestem jeszcze za młody. Nie umiem tego robić. - tłumaczył się, masując swój kark. Pokręciłam jedynie głową z dezaprobatą.
- Śkoda... - jęknęła smutno. Nadęła swoje policzki, przez co wyglądała uroczo.
Resztę drogi przeszliśmy w ciszy, aż w końcu dotarliśmy na wzgórze, z którego wyłonił się widok na zatokę Memo. Muszę przyznać, że chyba zakochałam się w tym miejscu. Dwa skalne łuki tworzyły bramę oddzielającą rafę od otwartego oceanu. Lazurowa woda odbijała od siebie promienie słoneczne i wyglądała niczym usłana diamentami. Pojedyncze ptaki latały nad taflą łapiąc wyskakujące ryby. I czarno-biały piasek, który swój wygląd zawdzięczał skruszonej skale wulkanicznej.
- Kostarika! - usłyszałam za sobą stłumiony krzyk Zoro. Odwróciłam się za siebie i od razu dostrzegłam jego sylwetkę. Biegł tą samą ścieżką, którą przyszliśmy.
- AAaa..! - wrzasnął wystraszony Ez, który automatycznie schował się za mną. Uderzyłam się dłonią w czoło. Mam dość tego wilka, niech już wraca na statek.
- Zoro-yno*! - krzyknęła Emma, wyrywając się z mojej dłoni i pobiegła prosto do niego. Zatrzymał się, a dziewczynka wpadła w jego nogi przytulając się. - Pseplasam... - wysapał w końcu łamiącym się głosem. Zoro w zamian zaczął głaskać ją po włosach.
- A teraz powiedz mi, co się stało? - spytał siostry, a ja oparłam się o pobliskie drzewko. Ból w kręgosłupie dał o sobie znać. Najwidoczniej zmalał mi poziom adrenaliny i wszelki ból zaczyna do mnie docierać.
- Gonił mnie pies malynalki. Uciekłam mu. Ale przewlóciłam się. Plawie mnie uglyzł. Ale wtedy... - zawahała się i podniosła swoje spojrzenie na mnie, odsuwając się od Zoro. - Była tam mama, a potem Koli. Helwit ją golyzł. Koli go odepchnęła, a ziemia spadła i my tez. - opowiadała dalej. Jedno jej zdanie jednak przykuło moją uwagę. Dziwne, że zobaczyła najpierw swoją matkę, a potem ja się przy niej znalazłam. Nic z tego nie pamiętam...
- A ten to kto? - warknął w końcu Zoro, kiedy Emma skończyła opowiadać i dopiero wtedy zauważył wilka.
- Jestem narzeczonym Kostariki. - odparł wystraszony, chowając się za drzewem.
- Że co?! - wrzasnęłam, wstając na równe nogi. Z każdym krokiem Ez kulił się przede mną coraz bardziej. - Nigdy nie zgodziłam się na żadne zaręczyny. A już w szczególności z tobą. Rossa pewnie by na to przystała, ale nie ja! Nigdy nie będę moją siostrą i pogódź się z tym do cholery! Ez! Najlepiej idź już sobie. Nie chcę cię widzieć. - Ostatnie słowa wypowiedziałam na spokojnie. Wilk skulony przemknął obok rodzeństwa. - Wybaczcie moje zachowanie. Trochę mnie poniosło... - wydusiłam z siebie po chwili.
- No może troszkę. - dopowiedziała Kalisa, która nawet nie wiem kiedy stanęła przy mnie. - A teraz powiedz nam, kim on był?
- Eh... - westchnęłam przeciągle i ponownie oparłam się o pień drzewa. Zsunęła się na dół i usiadłam na korzeniu. - Ez Blackclaw, syn kapitana Wilczych Szponów, Edwarda. Tchórzliwy kundel, który uważał moją siostrę za swoją mate. Od jej śmierci widzi ją we mnie i nie chce się odczepić.
- Chwila. Chwila. Chwila. - powtórzyła się Kalisa, tak jakby moje słowa dotarły do niej z opóźnieniem. - Wilcze Szpony? Masz na myśli tą załogę z wielkiej piątki najsilniejszych załóg pirackich na Elix? Naszej tej konkretnej planecie Elix? I są obecnie tu na Cesalis?
- Dokładnie ta. - odpowiedziałam od razu. Dla mnie to nic niezwykłego, ale dla tak przyziemnej istoty jak ona to zapewne jest coś niezwykłego.
- Dlaczego?! - wrzasnęła niby z przerażenia, niby z ciekawości lub zdumienia. Nie wiem w sumie, bo jej twarz zdaje się wyrażać wszystko na raz.
- Nie wiem. Ez wspominał o handlu. Pewnie przepływali tędy i przy okazji zahaczyli do portu Casalis w Kodo. - broniłam się, gdy Kalisa przyparła moje ramiona do drzewa. Przy okazji zacisnęłam zęby, żeby tylko nie zajęczeć z bólu, jaki mi sprawiała tym naciskiem.
- I co zamierzasz zrobić, żeby się odczepił? - wtrącił Zoro, nim Kalisa zaczęła swoje dalsze maltretowanie mojej osoby.
- Obecnie nie mam powodu by cokolwiek robić, o ile trzyma się ode mnie z daleka. - westchnęłam i to z ulgą, bo Kalisa mnie puściła. Dreszcze bólowe przeszły moje ciało, a ja w końcu mogłam się rozluźnić.
- A dlaczego nie chcesz spróbować dać mu szansy. Na moje oko wydaje się naprawdę uroczy? - spytała, nadymając poliku. Z lekkim strach spojrzałam Kalisie prosto w oczy. Przyciągnęłam kolana do siebie siadając pod drzewem.
- Nie chcę, nie przepadam za nim. A tym bardziej nie chce by przez niego dosięgła mnie klątwa Divinarii. - przyznałam ze spokojem i uciekłam spojrzeniem w stronę laguny.
- Cio to za kolntfa? - zapytała zaciekawiona Emma, która podeszła do mnie i swoimi małymi rączkami chwyciłam mnie za przedramiona.
- Nazywają ją "Wieź przeznaczenia". - odpowiedziałam i posłałam małej smutny uśmiech. - Dotyczy takich potworów jak ja. Divinarii zakochują się tylko raz w życiu. I tylko od tej osoby zależy, czy będzie żyć w szczęśliwej miłości z Divinarii. Albo skarze Divinarii na wieczne cierpienie łamiąc mu serce.
- Ciągle nie rozumiem. - przyznała Kalisa, po dłuższej chwili przerywając ciszę. - On ewidentnie jest w tobie zakochany. Uważa cię za swoją mate, czy jak to tam było. Gdybyś się w nim zakochała to byłby w siódmym niebie.
- Nie do końca. To wilkołak. Oni prawdziwe kochają tylko swoich mate. On jeszcze swojej nie znalazł, albo nie żyje. Nigdy nie zaznała bym prawdziwego szczęścia, z kimś takim jak on. Poza tym życie w sforze wilków nie da mi tego, co ubóstwiam najbardziej. - podkreśliłam posyłając jej ciepłe spojrzenie i lekki uśmiech. - Wolności. O nią walczyć będę zawsze. A sfora wszystko kontroluje. Tam nigdy nie mogłabym być sobą. Ale szkoda gadać. - zaśmiałam się i wstałam na równe nogi. Ruszyłam drogą prowadzącą do Kodo. - Pora wracać, żeby inni się nie martwili zaginięciem Emmy.
Nic nie odpowiedzieli. Równym krokiem ruszyli za mną. Tylko mała Emma szła razem ze mną pośpiwujac i zaczepiając mnie. Co prawda wszystko cholernie mnie boli, ale staram się tego nie okazywać. Mam nadzieję, że nie zwrócą na to uwagi. A teraz pora wracać do dojo.
***
Słownik:
-lno - oznacza "Wujek"
-yno - oznacza "Brat"