Mozolnie otworzyłam oczy. Moje spojrzenie napotkało turkusowe niebo dzisiejszego dnia. Delikatny wietrzyk mierzwił moją skórę, przyjemnie ją ochładzając. Odbiłam się nogą od dachu kajuty, wprowadzając tym samym w ruch hamak, w którym leżę. Szum fal przyjemnie uspokaja. Dosłownie mogłabym leżeć tak i wygrzewać się w słońcu cały dzień.
- Kori, jak myślisz? Uda mi się kiedyś opuścić tę wyspę? – Słysząc to pytanie, spojrzałam na Kalise, która siedziała na lewej burcie, wpatrując się w morski horyzont.
- Jasne. Dlaczego niby nie masz takiej możliwości? – spytałam i założyłam ręce za głowę.
- Szczerze. Sama się boję. Odkąd zamieszkałam z wujem, nigdy więcej nie opuściłam Cesalis. – przyznała i zaśmiała się pod nosem. – Zazdroszczę ci. W każdej chwili możesz opuścić to miejsce.
- A co w nim takiego złego? Mnie się tu podoba. Poza tym muszę w końcu znaleźć sposób na Willa. – Dodałam, kiedy rudowłosa milczała już dłuższą chwilę. – Zastanawiam się, czy może dzięki Zoro i Emmie uda mi się go przekonać. Z Zoro pewnie wystarczy, że się dogadam. Gorzej z Emmą. Wątpię, żeby tak po prostu ludzie zgodziliby się zbliżyć do niej, w końcu jestem obca.
- Masz jeszcze masę czas. Jesteś tu dopiero czwarty dzień, więc nie marudź. – prychnęła kpiąco i spojrzała na mnie. – Chociaż... – zamyśliła się na jakiś czas, przyglądając mi się szczegółowo. – Raz w miesiącu Will musi płynąć na Ląd Centralny. W pałacu Sprzymierzonej Ligi odbywają się narady dotyczące zmian prawnych i różne takie pierdoły. Pani Erima ma jednak coraz większe problemy zdrowotne i nie jest w stanie pilnować sama Emmy, a co dopiero bawić się z nią.
- Sugerujesz, żebym zgłosiła się na jej nianie? – spytałam z uniesioną brwią.
- Dokładnie. – przyznała z uśmiechem.
- A nie będzie to wyglądać podejrzanie? – dopytałam ironicznie. – Jeszcze kilka dni temu naciskałam na zostanie jego uczennicą, a teraz tak nagle do niego pójdę z informacją, że chcę opiekować się jego córką. Już po tamtej sytuacji z głazem wiem, że Emma jest dla Willa wszystkim. Ot, tak obcemu nie pozwoli się zbliżyć do swojego dziecka.
- Chyba że sama będzie chciała tylko ciebie. – wtrąciła się, przerywając mi. Widząc moje zdezorientowanie, kontynuowała. – Co jakiś czas Zoro ma się opiekować Emmą. On tego nie lubi i przeważnie ja się nią wtedy zajmuję u nas w szkole. Wystarczy, że Zoro ją do nas przyprowadzi. Willowi powie się, że akurat do mnie przyszłaś i Emma z nami się bawiła. Przecież to proste.
- W takim razie pozostawiam to tobie. – oznajmiłam, schodząc z hamaka, a chwilę później z łodzi.
- Gdzie idziesz? – krzyknęła za mną Kalisa.
- Na spacer! – odkrzyknęłam i zniknęłam z jej pola widzenia, wchodząc do lasu.
Cieszę się, że mam po swojej stronie kogoś takiego, jak Kalisa. Jest dużo starsza, więc mogę też się od niej czegoś nauczyć, czy prosić o radę. W sumie to ona lepiej zna tych ludzi, więc wie, jak z nimi się komunikować. Jak tak teraz o tym myślę... Bez Kalisy chyba w ogóle nie dałabym rady. Co prawda jej łatwowierność, na pewno kiedyś będzie dla niej zgubne. Dlatego muszę ją chronić. Nie chce, żeby ktoś ją wykorzystał i ją tym zranił.
Nagły, zbliżający hałas wzbudził w Kostarice instynkt. Odruchowo wspięła się na drzewa. Przeszła na drugą stronę, aby ze ścieżki nie łatwo było ją dotrzeć. Na jej szczęście duża ilość liści ułatwiła jej ukrycie się przed ewentualnym niebezpieczeństwem.
- Kapitanie Luke! Naprawdę się Pan na to zgodził?! – krzyknął jeden z podwładnych.– Interesy z kapitanem marynarki Hershem to nie przelewki.
- Mark. Do cholery. Jeśli nadal mamy handlować EVE w tym rejonie... Tylko to nam pozostało. – odparł mężczyzna z siwizną na swojej rudej brodzie. Przytuliłam się bardziej do kory z nadzieją, że mnie nie zauważą, przechodząc obok drzewa, na którym się znajduję. – Zresztą, co nam szkodzi porwanie jednego bachora. HAHA-haha... – Roześmiał się chropowatym, gardłowym głosem. Nie podoba mi się przebieg tej historii. Głośno przełknęłam ślinę, a po skroni zaczął spływać mi pot. Mimo wszystko uwielbiam ten skok adrenaliny.– Na tej wyspie i tak sami słabi ludzie mieszkają. Nikt na pewno nie jest w stanie mnie pokonać. W końcu za moją głowę jest, aż dwadzieścia tysięcy Win.
W końcu zniknęli z mojego pola widzenia, a za nimi echem jedynie roznosił się rechotliwy śmiech. Gwałtownie spięłam się, gdy do moich uszu dotarł odgłos wystrzału, a do nozdrzy palone drewno. Ciarki przeszły całe moje ciało, a serce wali w uszach. Adrenalina skoczyła na najwyższy poziom.
- Iloizy... Co jest? – usłyszałam głos tego całego Marka, który się wrócił. Serce wali mi nadal jak szalone, a nawet nie wiem, kiedy wstrzymałam oddech. W dalszym ciągu pozostałam w bezruchu.
- Zdawało mi się. – odparł dosyć wysoki męski głos. – Miałem wrażenie, że coś jest na drzewie. Jednak to tylko moja wyobraźnia.
- Idiota. – mruknął pod nosem Mark, ale było to tak głośne, że nawet ja to słyszałam, będąc dziesięć metrów nad ziemią. Od razu usłyszałam dźwięk uderzenia. – Auł... to bolało.
Marudzenia mężczyzny zaczynały cichnąć, tak jak dźwięk kroków, które się oddalały. Wypuściłam zalegające w sobie powietrze i szybko wyciągałam świeże. Z każdym wdechem próbowałam go unormować, aby się uspokoić. Odwróciłam głowę i spojrzałam na pień drzewa. Moje przypuszczenia były trafne, bo ślad przelatującej kuli tuż przy mojej głowie został wypalony w korze.
Jeszcze przez dobre kilka minut wypatrywałam się w wypalenie, aż w końcu się uspokoiłam. Chwyciłam się gałęzi i powoli zaczęłam schodzić z drzewa. Aż w końcu stawiając nogę na ziemi, prychnęłam śmiechem. Nic tak dawno nie spowodowało u mnie takiego skoku adrenaliny i lekki lęk. A najśmieszniejsze w tym wszystkim, że nie bałam się tych ludzi, nie bałam się tej wysokości. Ani tego, że mogę zginąć. Bałam się, że naprawdę mnie znajdą. To jest takie głupie.
Chwilę mi zajęło, zanim wzięłam ten ostateczny wdech, żeby się uspokoić. Oparłam się o drzewo za mną i spojrzałam w korony. Wiatr delikatnie kołysze szczytami drzew. Co jest dosyć hipnotyzujące.
Nawet nie wiem, ile tak stałam, aż w końcu odepchnęłam się od pnia i ruszyłam w dalszy spacer. Nie chcę jeszcze wracać do Kalisy, a wiem, że jest część lasu po tej stronie wyspy, której nie znam. Dlatego zapobiegawczo postanowiłam obejść cały las, co zajęło mi dobre kilka godzin. Dopiero wtedy wróciłam na moją łódź. Chwytając się drabinki na tyle łajby, weszłam na jej pokład. Kalisa spała w moim hamaku. Wygląda naprawdę śmiesznie, bo z otwartych ust po policzku spływa jej ślina. Prychnęłam cichym śmiechem i ruszyłam w stronę kajuty. Nim jednak weszłam do środka coś, a raczej ktoś przykuł moją uwagę.
Na środku kajuty po lewej stronie od wejścia na ścianie wisi mapa świata, na której czerwonym sznurkiem miałam zaznaczoną przebytą przeze mnie trasę z Kelons do Cesalis. A także podoczepiane notatki z wydarzeniami, które mnie spotkały na danym odcinku trasy. Na wprost mapy stał chłopak wpatrujący się w nią.
- Długo już tu jesteś? – spytałam, aby uświadomić go o mojej obecności. Mojej uwadze na pewno nie umknęło to, jak wszystkie jego mięśnie spięły się, a twarz przybrała czerwoną barwę. Niczym drewniana lalka łamanym ruchem obrócił głowę, aby na mnie spojrzeć.
- Ni... ni...niczego nie dotykałem. Przysięgam... – wybełkotał z trudem. Wzruszyłam tylko ramionami, bo tak naprawdę w ogóle mnie to nie interesowało.
Ruszyłam w stronę łóżka, mijając chłopaka. Doskonale sobie zdawałam sprawę z tego, że szare oczy Zoro za mną podążają. Z podskoku wylądowałam na miękkim materacu wśród moich osiemnastu poduszek. Spojrzałam w stronę okna, gdzie na półce pod nim leżała śniegowa kula, którą wzięłam do ręki. Po czym ułożyłam się wygodnie na łóżku. Bez potrząsania patrzałam jak śnieg, powoli się po niej przemieszcza.
- O co chodzi z tą mapą? – spytał w końcu po dłuższej chwili. Moje szmaragdowe spojrzenie od razu skierowało się na zielonowłosego.
- Do nawigacji? – spytałam ironicznie. – Bez mapy raczej bym tu tak łatwo nie przypłynęła. – Odwróciłam się na drugi bok i wróciłam do kuli.
- A ten sznurek? Te historie są niezwykłe. To, co jest na kartkach to bajki? Morskie potwory. Złodzieje złota. Zamach na sierociniec. Ciekawe, co dokładnie w tych historiach się stało, bo tu są chyba tylko streszczenia. – mówił jakby z ekscytacją w głosie. Odstawiłam bibelot na miejsce i usiadłam na łóżku, spoglądając na niego.
- Widać, że jeszcze dziecko z ciebie. – oznajmiłam, a Zoro gwałtownie na mnie spojrzał. Na jego twarzy dostrzegłam złość i urazę. – Ten sznurek to trasa, którą tu przypłynęłam. A te twoje bajki to po prostu moje notatki. – przyznałam poważnym tonem, krzyżując ręce na klatce piersiowej. – A tak dokładniej. Trzy potwory morskie chciały zatopić moją łajbę, ale je zabiłam i holowałam do najbliższych portów, gdzie je sprzedałam. Raz zrabowano moją łódź. Dwa dni zajęło mi odzyskanie wszystkich rzeczy. W międzyczasie okazało się, że ta grupa marnych bandytów zastraszała i notorycznie okradała sierociniec. Zajęłam się nimi. Zmusiłam do tego, aby zaczęli normalnie pracować i wspierać sierociniec. Za połowę moich pieniędzy kupiłam do sierocińca wszystko, co potrzebowali. Nowe łóżka, poduszki, pościele, ubrania, ręczniki. A nawet zapłaciłam karczmarzowi, żeby część dostaw jedzenia oddawał do sierocińca przez najbliższe dwa lata.
Skończyłam swoją wypowiedź. Doskonale wiem, że normalna nie jestem. Córka piratów, która od małego była świadkiem śmierci. Uczona jak przetrwać w świecie dorosłych, finansów, władców i walki. Zdaję sobie sprawę, że w rejonie Mei większość mniejszych załóg pirackich po prostu się mnie boi, ale nadal są ludzie, z którymi od razu bym przegrała. Mają mnie dosłownie na jedno uderzenie. Miałam zwyczajnie szczęście, że na nikogo takiego nie wpadłam podczas tego rejsu.
- Jesteś inna... – Głos Zoro wybudził mnie z zamyślenia. Wpatrzony we mnie tymi szarymi oczami, które w tej chwili wydawały się być wypełnione podziwem.
- Ludzie przeważnie się mnie boją, kiedy zdają sobie z tego sprawę. – stwierdziłam, a on się zaśmiał. Uniosłam lewą brew zaskoczona jego reakcją.
- Nie powiedziałbym... – wysapał rozbawiony przez śmiech. – Ojciec mówi, że jesteś irytująca, ale też coś. Coś, czego nie jest w stanie opisać. Masz w sobie sekrety, bo ciebie nie znamy. Ale to nie jest powód, by się ciebie bać.
- Okej... – wymamrotałam przeciągle, bo sama mam wrażenie, że z nas dwoje to on jest ten dziwny. – Po co przyszedłeś? – Na moje pytanie zesztywniał, obrócił się wokół własnej osi i chwycił znany mi materiał.
- Twoja torba. Zostawiłaś ją w kuźni... – Wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale sam do końca nie wiedział, co. – No właśnie... Dlaczego ją tam w ogóle zostawiłaś?
- Z początku próbowałam negocjować sprzeciw Willa. Ale wtedy doszło do trzęsienia i jeden z głazów zaczął staczać się z góry. Instynktownie odrzuciłam balast na bok i pobiegłam na główną ulicę. Emma upuściła zabawkę, prawie została zgnieciona przez głaz...
- Głupia! Tyle razy jej mówiłem, że jak coś jej upadnie podczas trzęsienia, to ma tego nie podnosić, dopóki się nie uspokoi. – przerwał mi widoczne zirytowany zachowaniem swojej siostry. – I co? Ojciec w ostatniej chwili zabrał ją?
- Nie zdążyłby. – powiedziałam ze spokojem, a chłopak ponownie zamarł, ale tym razem wystraszony o dobro siostry. – Przechwyciłam. I rozłamałam skałę, zanim do niej doleciała. A mimo to... Twój ojciec uważa, że jestem zbyt słaba. Nawet jeśli uratowałam życie twojej siostry, to nie zmieniło jego decyzji. A ty pytałeś się?
- Tak... – odparł niepewnie i przeciągle. Cały czas skanował mnie swoim spojrzeniem. Jakby próbował, zrozumieć kim jestem. – Nie zmieni decyzji. – dokończył, na co westchnęłam przeciągle. Opadłam na materac i przetarłam twarz dłońmi. – Wspominał też coś o Divinarii.
- Powiedziałeś, że się mnie nie boisz. – zaczęłam mówić i wstałam z łóżka. Powolnym krokiem ruszyłam w jego stronę. – Jestem Divinarii. A one przyjmują różne formy i mają przeróżne zdolności. Nie mam jednak potrzeby tego ujawniać. Co, jeśli jestem zabójczym demonem żądnym krwi? – zatrzymałam się, tuż przed nim wpatrując się prosto w jego oczy. Zrobił mały krok do tyłu. A ujawnić i tak się nie mogę, bo nie umiem. Nie wiem, jak mam kontrolować to co we mnie siedzi. – Gdyby to wszystko było tylko kłamstwem do zabicia wszystkich na wyspie? Nadal byś się mnie nie bał?
- Nie. – odpowiedział z nutką niepewności. Trochę zdziwiłam się tym. – Nie bałbym się ciebie, nawet jeśli okaże się to prawdą. Już dawno byś to zrobiła. Aby zabić nie potrzeba podstępu. Można to zrobić od razu.
- Racja... – prychnęłam i minęłam go, żeby wyjść na pokład. Słysząc kroki za sobą, wiedziałam, że Zoro podąża moim śladem. – Kalisa. Wstawaj! – powiedziałam nieco podniesionym tonem. Wystraszona chrumknęła i zakrztusiła się śliną, podnosząc się do siadu. – Spokojnie dziewczyno. Nie umieraj mi tu. Bez ciebie nasz plan nie ma sensu.
Kostarika dała Kalisie szklankę wody i czekała, aż będzie z nią już wszystko w porządku. Następnie obie zaczęły wyjaśniać Zoro plan, o którym rozmawiały rano. Chłopak słuchał ich uważnie i nie przerywał. Sam miał nadzieję na pozytywny przebieg tego planu. W końcu to też było korzystne dla niego. Nie musiałby dziedziczyć kuźni po ojcu, której nie chce. Dopracowali jeszcze kilka szczegółów. Postanowili zacząć swój plan za dwa dni, kiedy Emma zostanie pod opieką Zoro, tak jak ojciec prosił go o to wcześniej. Kiedy skończyli wszystko omawiać słońce już dawno schowało się za horyzontem. Jednak pełnia księżyca dawała wystarczającą jasność, żeby widzieć, co znajduje się wokół. Zoro postanowił wrócić z Kalisą do szkoły, w której tak jak większość uczniów pozostanie na noc. Dwójka przyjaciół zniknęła w mroku lasu, pozostawiając Kostarike samą sobie.