- Buzi, Buzi. - skrzeczał szczęśliwy Miko. To papuga żako mojego ojca, którą przysłał do mnie z listem. - Kocham Cię, ma. - oznajmił, cmokając mnie w policzek.
- Ja ciebie też kocham, Miko. - odparłam i dałam mu kawałek jabłka.
Jestem na wyspie Casalis już od trzech dni. Kalisa odwiedza mnie co jakiś czas na mojej łodzi i sobie plotkujemy. Od pana Willa to mam zakaz zbliżania się do jego kuźni. Dosłownie przed wejściem jest ustawiona tabliczka z informacją, że mam nawet nie próbować.
Z ciężkim wyschnięciem wzięłam list do ręki. W skrócie moi rodzice chcą wiedzieć, czy dotarłam cała i zdrowa. Jak tu jest. Czy mi się podoba. Znalazłam przyjaciół. Takie typowe pierdoły, o które zawsze pytają rodzice. Chociaż jak tak pomyślę, to raczej normalni rodzice nie puszczają jedenastolatki samotnie na otwarte morze.
Moja sytuacja jednak wyglądała inaczej. Od zawsze byłam przygotowana na to, aby stawić czoła przeszkodom, które uniemożliwiają mi spełnianie marzeń. Morze było jedną z nich. Dlatego nauczyli mnie na nim przetrwać nawet w najgorszych warunkach. A nawet i w przypadku, jakbym została zaatakowana.
Odwróciłam kartkę na drugą stronę i maczając pióro w atramencie, odpisałam na ich pytania. I tak nie mam nic do ukrycia. Moją uwagę jednak przykuły dopiski, że za pół roku odbędzie się święto Mare. Jest to pirackie święto, które przypada 15 września na wyspie Holmes, raz na cztery lata. Akurat z Casalis nie mam daleko, bo z jakieś pół dnia płynięcia moją łodzią przy spokojnym wietrze. Rodzice chcą się wtedy spotkać i porozmawiać o moim postępie. O ile taki w ogóle nastąpi. Nie mam pomysłu, jak dotrzeć do tego mężczyzny. Nigdy nie zostanę uczennicą Willa, jeśli czegoś nie wymyślę.
- Intruz! Intruz! - Podniosłam gwałtownie głowę, słysząc skrzek papugi.
- Spokojnie Miko. To nie intruz. - przyznałam rozbawiona i uspokajająco pogłaskałam ptaka po głowie. Wzdłuż brzegu biegła Kalisa i ku mojemu zdziwieniu nie była sama. Żako wleciał mi na ramię, a ja podeszłam bliżej burty. - Hej.
- Hej! Czy ty masz papugę na ramieniu?! - odpowiedziała rudowłosa na moje przywitanie, kiedy zatrzymali się przed łodzią.
- Tak, mojego taty. Wysłał ją z listem do mnie, więc za niedługo wraca do niego z powrotem. - odparłam na spokojnie i zeszłam z łodzi, aby nie górować nad tą dwójką.
- Mega, jest taka urocza! - przyznała podekscytowana i obeszła mnie z każdej strony, aby tylko przyjrzeć się Miko.
- Wścibska małpa. - zaskrzeczał żako, a ja po chwili wybuchłam śmiechem.
- To gada… - Kalisie, aż szczęka opadła ze zdumienia.
- Nie to, tylko on. A dokładniej Miko. - oznajmiłam jej rozbawiona. Zaskoczyłam się, widząc niewzruszoną twarz towarzysza mojej nowo poznanej przyjaciółki. Chłopak wątłego posty, o szarych oczach i krótki ściętych zielonych włosach. Na moje oko mniej więcej w podobnym wieku do mnie.
- Bajer. Niczym na pirackim statku. - wtrąciła podekscytowana. Gdy nagle złotooka jakby się ocknęła. - No właśnie. Zapomniałam was sobie przedstawić. - wyjaśniła, wskazując na chłopaka. - Kostarika to jest Zoro Orone. Zoro to jest Kostarika. - Chłopak jedynie skinął do mnie głową, więc oddałam gest. Od razu poczułam od niego dystans. Jakby nie chciał się zapoznawać, a jego oczy niczym wyprane z emocji skanowały moją łajbę.
- Po co przyszliście? - spytałam po dłuższej ciszy, która zaczynała być już dla mnie męcząca i niekomfortowa.
- A, tak o. Tylko Zoro był ciekawy, gdzie ostatnio znikam na pół dnia. A dokładniej do ciebie. - odparła Kalisa próbując pogłaskać Miko. Papuga jednak nie miała z tym problemu i dała się dotknąć. - Wczoraj robiłaś kontrole stanu technicznego łodzi. Jakie są twoje plany na dzisiaj?
- Dzisiaj chciałam zacząć swój trening. Myślałam nad wspięciem się na najwyższy szczyt wyspy. - przyznałam na spokojnie.
- Nie! - krzyknęli równocześnie z lekkim przerażeniem. Zdziwienie od razu pojawiło się na mojej twarzy.
- A wam co? - dopytałam, kiedy nic nie mówili, wymieniając się tylko porozumiewawczo spojrzeniami.
- Nie możesz wejść na Aeter. - oznajmił Zoro patrząc mi prosto w oczy. - Znajduje się tam siedziba marynarki. Każdy, kto tam wszedł, był aresztowany i rzadko kiedy zdarzało się, żeby wrócił.
- Najlepiej trzymaj się z daleka od tamtego miejsca. - dodała stanowczo Kalisa. - Ci, którzy wrócili to tylko wyłącznie, ci ponad prawem.
- Piraci? - spytałam z uniesioną lewą brwią. Oni jedynie skinęli głowami, dając mi pozytywną odpowiedź. - Dziwne, że ścigani, tak łatwo mogli opuścić takie miejsce. Najwidoczniej musieli mieć jakieś interesy w tej sprawie.
- Wcale mnie to nie dziwi. - prychnął zirytowany Zoro. Spojrzałam na chłopaka niezrozumiale. - Marynarce nie podoba się położenie Risel. Chcą nas wykurzyć z wioski. A to dlatego, że pod nią znajdują się dawno zamknięte kopalnie. Zapewne jest tam jeszcze coś do wydobycia, ale wznowienie wydobycia grozi zapadnięciu się wioski. Marynarka nie może podjąć działania, kiedy zagraża to mieszkańcom wioski.
- Czyli w pewnym stopniu wioska nie jest bezpieczna. Jeżeli marynarka próbuje podstępem wypędzić was z wioski, to różnie może się to skończyć. Nieuniknione może być, że ktoś zginie w tej sytuacji. - podsumowałam całość. Teraz choć trochę rozumiem brak zaufania innych w stosunku do mnie. A tym bardziej postawę Willa, że nie chce uczyć obcych. W końcu to on zarządza wioską i najbardziej jest ostrożny, co do ludzi, którzy chcą się do niego zbliżyć.
- No, ale teraz nie ma, co się tym przejmować. - krzyknęła Kalisa zagarniając mnie pod siebie swoim lewym ramieniem, który owinęła wokół mojej szyi. Wystraszona papuga wzbiła się w powietrze i usiadła na krawędzi burty. Zoro zrobiła to samo, co mi, co najwidoczniej mu się nie spodobało. - Teraz pora iść do zatoki Memo. Reszta już tam pewnie na nas czeka. - Wypuściła nas ze swojego uścisku i ruszyła w stronę lasu.
- Ona tak zawsze? - spytałam zerkając na Zoro.
- Niestety. - odpowiedział i westchnął ociężale. W odpowiedzi napotkał moje parsknięcie śmiechem.
Nakazałam Miko pozostać na łodzi i oczekiwać mojego powrotu. Zoro czekał na mnie i razem ruszyliśmy biegiem, żeby dogonić starszą rudowłosą. Trochę nam to zajęło, ale dogoniliśmy ją jeszcze przed pierwszym skrzyżowaniem ścieżek.
- Od kiedy planowaliście iść do zatoki? - spytałam po chwili marszu, kiedy uświadomiłam sobie wcześniejsze słowa Kalisy.
- W sumie to od tygodnia. Dzisiaj pomyślałam, że mogłabyś pójść z nami i poznać resztę. - przyznała czerwonowłosa i puściła mi oczko. - A no właśnie, Zoro. Poszedłeś ty w końcu do domu? Z tego, co słyszałam, to Will chciał z tobą o czymś porozmawiać.
- Tak, byłem dzisiaj rano. - odparł beznamiętnie. - Był wkurzony, bo go jakaś dziewczyna wkurzyła i nadal naciska, żebym się od niego uczył. - sapnął zirytowany.
- Wybacz, to moja wina. - przyznałam od razu. - Od dłuższego czasu marzę o zostaniu kowalem. W rejonie Mel usłyszałam, że twój ojciec jest najlepszy i chciałam, żeby mnie uczył. Jednak uparł się i nie zgodził.
- Szkoda. Może by mi dał spokój, jakby ktoś inny został jego uczniem. Ja nie chcę być kowalem. W tym roku kończę dopiero jedenaście lat. Ale zdecydowanie wiem, że nie chce gnić na tej wyspie. - zapewnił Zoro. Kopał jeden z kamieni znajdujących się na ścieżce, który wzniósł się w powietrze, uderzając w korę pobliskiego drzewa. - Tak naprawdę nienawidzę kuźni. Wolę zostać szermierzem i podróżować po świecie.
- Wtedy też nie rozstaniesz się z kuźnią. - zaśmiałam się, a oni spojrzeli na mnie niezbyt zrozumiale. - Jeżeli chcesz być szermierzem, musisz chodzić do kuźni, żeby dbać o swoje ostrza.
- Masz rację. - przyznała Kalisa zastanawiając się nad czymś przez chwilę. - Zoro. Może tobie uda się namówić ojca, żeby przyjął Kori zamiast ciebie na ucznia.
- Spróbować zawsze mogę. Ale jeżeli się uparł, co do swojej decyzji to niewiele mogę zrobić. - stwierdził beznamiętnie. Spojrzałam na nich i zdałam sobie sprawę, że chłopak cały czas się we mnie wpatrywał. No tak, klasyka. Jestem tu obca, więc jestem atrakcją dla tubylców. Szczególnie, że mają dużo ciemniejszą karnację niż moja oliwkowa cera.
- Kalisa, czy ty przed chwilą zdrobniłaś moje imię? - spytałam, wskakując na pobliską skałę, która leżała przy ścieżce. Mech, którym obrastał, przyjemnie zaczął gładzić moje gołe stopy przy każdym kroku.
- Naprawdę?! Nawet nie zwróciłam na to uwagi. Przeszkadza ci to? - spytała jakby zmieszana i lekko wystraszona. Posłałam jej delikatny uśmiech i wróciłam na ziemistą ścieżkę.
- Nie, żaden problem. Po prostu mało osób to robi. A “Kori” tylko ty tak powiedziałaś. - przyznałam. Swoje spojrzenie wbiłam w ścieżkę i unikałam gałęzi leżących na niej. - A jedynie moja siostra mówiła mi po prostu “Ko”.
- Masz siostrę? Nieźle. Dlaczego nie przypłynęła z tobą? - dopytała zaciekawiona, wybiegając przede mnie. Nie podniosłam na nią jednak spojrzenia, które wbiłam w ścieżkę.
- Nie żyje. - odparłam beznamiętnie. Dziewczyna zatrzymała się, torując mi tym samym drogę. Spojrzałam na nią, a w jej oczach widziałam wyrzuty sumienia. - Nie przejmuj się. Była moją bliźniaczką, nierozłączną, ale już przywykłam, że jej nie ma. Zabiła ją dwójka marynarzy, sześć lat temu. Mam jeszcze starszego brata, ale on chodzi swoimi ścieżkami. No i drugą siostrę… - Jej smutne spojrzenie nie opuszczało mojej twarzy. Zoro tylko stał z boku przyglądając się. - Nie musisz mnie przepraszać Kalisa. Po prostu już chodźmy.
Wyminęłam ją, kierując się dalej ścieżką. Po chwili słyszałam jedynie kroki, co dało mi jasno do zrozumienia, że idą za mną. Żadne jednak nie chciało zaczynać nowej rozmowy.
Kalisa szła przodem, prowadząc nas, w sumie bardziej mnie. Zoro natomiast dotrzymywał mi kroku, lecz w dalszym ciągu bez słowa.
Po kilku minutach rudowłosa zatrzymała się na wzgórzu u skraju lasu. Stanęłam po jej prawicy, a obok mnie chłopak. W oddali dostrzegłam lagunę z lazurową wodą. Łatwo można było zauważyć, że od morza odcina ją jedynie rafa koralowa, której najwyższe koralowce wystawały ponad powierzchnię wody. A nad jej skrajem wysoko na jakieś trzydzieści metrów łuk skalny łączył ze sobą dwa brzegi. U brzegu czarnego piasku bawiła się grupka pięciu chłopców i kawałek dalej kłócąca się z nimi dziewczyna.
- Jesteśmy na miejscu. - oznajmiła w końcu Kalisa i ruszyła biegiem w dół zbocza. - Qina! - wykrzyczała, rzucając się na stojącą dalej czarnowłosą.
- Każdy z nas kogoś stracił. - powiedział nagle Zoro. Spojrzałam na niego niezbyt zrozumiale, ale jego wzrok wbity był w przyjaciół. - Kalisy rodzice zginęli podczas sztormu, byli kupcami. Mama Qiny zginęła z powodu choroby. Rim i Samuel widzieli, jak ich starszy brat został przygnieciony przez skały podczas trzęsienia. Gina ojciec wypadł z łodzi, kiedy byli na połowach. Nie umiał pływać, a nikt nie zdążył go wyciągnąć. Morisa matka została postrzelona przez bandytów na jego oczach, schowała go pod łóżkiem, aby nie zrobili mu krzywdy. Erni został porzucony przez rodziców, nigdy ich nie poznał. - wyjaśniał bez chwili zawahania się. W końcu spojrzał na mnie. - Moja mama zmarła z powodu powikłań poporodowych, gdy urodziła Emme. Na tej wyspie nie ma osoby, która nie znałaby smaku straty kogoś bliskiego. Kalisa doskonale rozumie jak się czujesz. Ja też, dlatego woleliśmy się nie odzywać.
- Strata jest częścią życia. Czymś, czego nie da się uniknąć. Chociaż już nigdy nie spotykamy tych osób, to zostaną w naszych sercach na zawsze. - odpowiedziałam niewzruszona. - Tak sobie to zawsze tłumacze. Czas na tęsknotę miną. Czasu się nie da odwrócić. Więc, kiedy mówię o stracie siostry, nie przeszkadza mi to. Chociaż wraz z nią straciłam część siebie to mój płacz, czy smutek nie przywróci jej życia. Doskonale rozumiem to wszystko, nie jestem dzieckiem.
- Racja. - mruknął pod nosem i ruszył w stronę przyjaciół. - Chodź, bo inaczej będą gadać, że cię podrywam. Irytujące dupki. - warknął, wypowiadając ostatnie słowa, na co się zaśmiałam i podbiegłam do niego. - Nie, żeby coś, ale nie lubię dziewczyn. Dziwne jesteście.
- Spoko. Nie myślę nawet o tych sprawach. - przyznałam szczerze i z lekkim rozbawieniem.
Zoro przedstawił mnie reszcie chłopaków. Wszyscy się zdziwili, kiedy się dowiedzieli, że w tym roku skończę dopiero dwanaście lat. Pewnie myśleli, że jestem w wieku podobnym do Kalisy. Cała szóstka po chwili pobiegła do wody. Ja postanowiłam jednak dołączyć do dziewczyn, które siedziały na trawie przed plażą.
- Qina to jest Kostarika. Kori to moja młodsza kuzynka, o której ci wspominałam Qina. - zaczęła Kalisa, gdy tylko się do nich zbliżyłam. Czarnowłosa przeskanowała mnie spojrzeniem. Po jej minie łatwo dało się zauważyć, że nie spodobałam jej się.
- Robisz za dziwkę, że tak się ubierasz? - spytała z kpiną czarnooka. Na jej pytanie szczęka mi opadła. Kalisa również wyglądała na mocno zdziwioną.
Z wrażenia, aż spojrzałam na swoje ubrania. Czarny top z dekoltem halter, odsłaniający brzuch lekko nad pępek. Na to ogrodniczki, których nogawki sięgały mi prawie do kolan. Dodatkowo kilka pasków i szelki na narzędzia oraz mój młot, który obowiązkowo znajdował się na moich plecach. Makijażu zero, bo się nie maluje. Moje czarne włosy spięte w wysokiego kucyka. Na głowie zawiązana czarna chusta, która jest moim nierozłącznym symbolem.
- Chyba masz strasznie spaczone podejście do ubioru. Jestem ubrana normalnie i wcale nie jest to wyzywające. Nie jestem dziwką i nigdy nie zamierzam być. - odparłam w końcu stanowczo na jej zaczepkę. Zauważyłam, że jej dłonie zaciskają się w pięści.
- Pff… Każda tak mówi. A potem wrabia chłopa w dziecko. Znam takie jak ty. - prychnęła, wstając z ziemi. Patrzałam na nią z niedowierzaniem. Posłałam mi jedynie wrogie spojrzenie i ruszyła w stronę lasu, prawdopodobnie wracając do domu.
- Co to było? - spytałam, gdy dziewczyna zniknęła z naszego pola widzenia.
- Nie mam zielonego pojęcia. - przyznała Kalisa. Sama ponownie przeskanowała mój ubiór. - Wybacz za nią. Podejrzewam, że to przez to, iż cały swój czas spędza z chłopakami i wychowuje ją ojciec. Może się czegoś boi i bardzo się pilnuje przy nich.
- Nie daje to jej jednak prawa mówić takich głupot. - zakpiłam, siadając na trawie przy czerwonowłosej. - Nie spędzasz za dużo z nią czasu?
- Nie. - westchnęła ciężko. - I masz rację. Nie ma takiego prawa. - Zamilkła na chwilę, aż spojrzała na mnie. - Dla niej liczy się szermierka, bo tylko to jej najlepiej wychodzi. Sprzątanie, gotowanie, taniec, malowanie, gra na instrumentach to nie jej bajka. Na pewno zdaje sobie sprawę, że ciężko jej będzie znaleźć męża w przyszłości, dlatego walczy o coś, co jej wychodzi. - podsumowała i położyła głowę na moim ramieniu. - A ty? W czym jesteś najlepsza?
- Samodzielność. - odpowiedziałam. Dziewczyna ze zdziwienia podniosła głowę i utkwiła we mnie swoje niezrozumiałe spojrzenie. Zaśmiałam się, widząc jej minę. - Dobrze, już ci tłumaczę. Szczerze myślę, że nie mam jakiegoś wrodzonego talentu. Zawsze wkładam dużo pracy w to, co robię i w to, czego się uczę. Od dziecka miałam przy sobie kogoś, kto był specjalistą w jakiejś dziedzinie. Dbania o siebie, włosy, ubiór nauczyła mnie mama. Chciałam się nauczyć walczyć, nauczył mnie tego tata i wujek Roger. Gdy chciałam nauczyć się gotować, poszłam do Kolina. Nauka gry na instrumentach wystarczy, że poszłam do Sebastiana. Tańczyłam razem z mamą i siostrą. Brat uczył mnie podstaw szermierki. Wystarczy, że każde z nich raz mi pokazało jak coś mam zrobić. Ja to powtarzałam do skutku, aż osiągnęłam swoją perfekcję. Nie poddałam się w żadnej sytuacji i teraz też nie zamierzam. Muszę tylko znaleźć sposób, aby przekonać do siebie Willa Orone. A tak na ogół to nie lubię, jak ktoś mi pomaga i gada „daj, pomogę ci, bo w końcu ty jesteś kobietą i nie dasz rady”.
- Jesteś wyjątkowa. - stwierdziła po chwili namysłu. - Szczerze, jeszcze nigdy nie spotkałam takiej kobiety jak ty, masz w sobie tyle pasji. Ja nie mam celu i nie wiem, co bym chciała robić. Poza tym jesteś jedyną kobietą, jaką znam, co chcę zostać kowalem. I wiesz co? - spytała, posyłając mi cwany uśmiech. - Mam przeczucie, że na pewno ci się to uda.
- Dziękuje. – posłałam jej delikatny uśmiech. – Jestem pewna, że razem na pewno znajdziemy ci coś, w czym znajdziesz swój cel.
Dziewczyny siedziały przez dłuższą chwilę obserwując otoczenie. Aż Kostarika wstała na równe nogi i wzięła Kalisie na ręce, wbiegają z nią do wody. W ten sposób zaczynając wojnę na chlapanie się wodą, a chłopcy po krótkim czasie do nich dołączyli.