Dźwięk i szum przecinanych fal pieści moje uszy. Jednak dzisiejszy skwar i blask słońca odbijający się od tafli wody, nie dają mi spokoju. W końcu po dwóch miesiącach rejsu mój cel ukazał się na horyzoncie. Chwyciłam odpowiednie liny, aby złapać lepszy wiatr w żagiel i przyspieszyć łódź. Wyspa Cesalis posiada dwa nieaktywne kratery wulkaniczne, a cała porośnięta jest lasami liściastymi i palmami. Z tego, co słyszałam z historii ludzi, to są tam wyjątkowe plaże, na których piasek łączy się ze skałą wulkaniczną, tworząc piękne dwukolorowe połączenie. Już nie mogę się doczekać, aż tam dopłynę.
Będąc już kilka metrów od plaży nie zamierzam się zatrzymać. Czekałam cierpliwie, aż w końcu moja łódź wyskoczyła na brzeg, a tył osiadł na mieliźnie. Szybkim krokiem wzięłam się za zwijanie żagla. Po czym zrobiłam lekki rozbieg i rzuciłam się na płyciznę. Zimna woda od zaraz przyjemnie opatuliła moje ciało, przez co nie mogłam się powstrzymać od uśmiechu, kocham to. Po jakiejś minucie wynurzyłam się z wody i spojrzałam w stronę lądu. Ogromny las ciągnął się po całej długości widocznej dla mnie plaży. Jednak dość wyraźne były szczeliny między drzewami, które wyznaczały leśne ścieżki. A w przypadku tej plaży, nie było nic nadzwyczajnego, przez co lekko się zawiodłam.
Wspięłam się na łódź, aby ze swojej kajuty zabrać torbę z pieniędzmi, prowiantem i wodą do picia. Jakże by inaczej, nie mogę zapomnieć o założeniu uprzęży na plecy, w której noszę mój młot z długą rękojeścią. Energicznym krokiem wybiegłam na brzeg, kierując się pierwszą lepszą ścieżką przez las. A moimi stopami poczułam zmianę gruntu z piasku, na glinianą ścieżkę. Dookoła rosło mnóstwo krzewów i różnorodnych kwiatów. A porozrzucane głazy dodawały przyjemnego klimatu.
Kolejny mój cel to znalezienie jednego gościa. Nie wiem za wiele odnośnie jego osoby, ale… Uznawany jest za jednego z trzech najlepszych kowali obecnie na Elix. To właśnie go wybrałam sobie na nauczyciela. Szczerze, nie wiem dlaczego, ale jakaś wewnętrzna energia pokierowała mnie właśnie do niego. I niezależnie od jego decyzji to pozostanę tu na wyspie, dopóki nie zmieni zdania.
W końcu dotarłam do jakieś portowej wioski, gdzie rozstawione były liczne stragany. Spojrzenie ludzi często spadało na mnie. No tak, w końcu moje ubrania nadal są mokre. Sięgnęłam do kieszeni spodni i jakże inaczej mogło być, kartka, na której miałam zapisane imię i nazwisko poszukiwanego przeze mnie mężczyzny, została przemoczona, a pismo rozmyte. Przymrużyłam oczy, aby spróbować się rozczytać z tej plamy atramentu. Oczywiście wpadłam na coś, a raczej na kogoś i wylądowałam na ziemi.
Uniosłam swoje spojrzenie na dziewczynę stojącą przede mną. Jej bujne rudo-czerwone włosy idealnie pasowały do jej złotych oczu. Burza loków opadała na twarz przyozdobioną lekko widocznymi piegami. Jest naprawdę urocza. Ubrana w lawendową sukienkę wpatruje się we mnie wystraszona.
- Przepraszam, nie patrzałam, jak idę. - przyznałam i szybko wstałam z ziemi, otrzepując się z piasku. - Jesteś cała?
- He?! A! Tak! Nic mi nie jest! - odparła energicznie, jakbym wybudziła ją z jakiegoś transu. - Nie jesteś stąd, prawda? Pierwszy raz widzę cię tutaj, a na Cesalis znam wszystkich. Jesteś kupcem?
- Nie. - zaśmiałam się, ale postanowiłam przejść do konkretów. - Jestem Kostarika. Szukam kowala i planuję zostać tu na dłużej. Niestety kartka z imieniem i nazwiskiem przemokła. Teraz nie mogę się rozczytać. - podsumowałam załamana.
- Will Orone? - zapytała, a mi w oczach aż zabłysło. To imię to dokładnie to, które zapisywałam. Teraz już pamiętam!
- Tak! To chyba on! - krzyknęłam, chwyciłam ją za dłonie. Od niej bije tak pozytywna energia, że ciężko przy niej nie zachować się swobodnie. Coś czuję, że może znalazłam już pierwszą przyjaciółkę. - Masz chwilę? Zaprowadziłabyś mnie do niego?
- Jasne… - odparła niepewnie, przyglądając mi się przenikliwie. - Kalisa jestem. - przedstawiła się, wyciągając rękę w moją stronę, kiedy już odsunęłam się nieco od niej.
- Miło mi cię poznać. - Od razu przyjęłam jej rękę. - Szczerze już myślałam, że zgubię się na tej wyspie i nie będę wiedzieć, co z sobą zrobić. - podsumowałam, a ona wybuchła śmiechem.
- Wątpię! - krzyknęła przez śmiech i ruszyła w tylko sobie znanym kierunku. - Raczej ktoś by zwrócił uwagę na obcą nastolatkę, która błądzi po wyspie i ostatecznie wskazałby ci właściwy kierunek. Masz po prostu szczęście, że na mnie wpadłaś.
- Wybacz… - przeciągnęłam, drapiąc się desperacko po karku. - Mam nadzieję, że nie zakłócam twoich planów?
- Nie… No co ty? I tak się nudziłam, bo muszę czekać, aż te smarki skończą szkołę. - prychnęła i weszliśmy na leśną ścieżkę prowadzącą w głąb wyspy. - Że też muszę być najstarszą małolatą na wyspie… A ty? Ile masz lat?
- We wrześniu skończę dwanaście. - przyznałam zgodnie z prawdą. Kalisa stanęła jak wryta i odwróciła się przodem do mnie, skanując wzrokiem od stóp po czubek głowy.
- Niemożliwe… Wyglądasz mi na co najmniej szesnaście! - wrzasnęła, trzęsąc moimi ramionami. - Masz chyba z metr sześćdziesiąt wzrostu. Twoje piersi są praktycznie trzy razy większe od tych mojej kuzynki i prawie jak moje, ja mam osiemnaście lat. Jesteś zdecydowanie najbardziej dojrzałym fizycznie osobnikiem ludzkim w wieku dwunastu lat, jaki kiedykolwiek widziałam. – tłumaczyła, energicznie gestykulując, gdy mnie puściła. Z rozbawienia pokręciłam głową i prychnęłam śmiechem. – Mówię serio! - Po chwili jednak odpłynęła gdzieś myślami. - Qina będzie niemiła… - wyszeptała bardziej do siebie. Bez mówienia czegoś więcej zaczęła dalej podążać ścieżką, więc ruszyłam za nią.
Rozglądam się wokoło. Co jakiś czas miałyśmy jakieś strumyki. I całkiem sporo głazów pokrytych mchem znajdowało się w różnych częściach wyspy. Przypuszczam, że było to spowodowane dawnymi erozjami nieaktywnego już wulkanu. Czytałam nieco o Cesalis i dowiedziałam się, że znajdują się tu dwa wulkany pozbawione magmy. Za to naturalnie wytworzone korytarze tworzą niezbadany dotąd labirynt pod wyspą. Jestem tym tak podekscytowana, że na pewno tam zajrzę.
- Mieszkasz tu z sama? - zapytałam w końcu. Droga w ciszy potrafi być uwłaczająca.
- Nie. Mieszkam u wujka oraz jego córką. Przygarnęli mnie. - odparła na spokojnie. Postanowiłam nie wnikać w szczegóły. - Wujek uczy szermierki dzieciaki z wyspy. Kiedyś chciał być w marynarce, ale jednak z powodu swoich młodzieńczych kontuzji nie kwalifikuje się do służby. Qina, moja kuzynka, jest w twoim wieku. Kocha szermierkę i jak na razie jest najlepszym szermierzem w szkółce. Jednak myślę, że to tylko kwestia czasu, aż chłopcy podrosną, staną się od niej silniejsi i pokonają ją.
- Dobrze się z nią dogadujesz? - spytałam, a ona skierowała na mnie swoje spojrzenie, które po chwili wróciło z powrotem na ścieżkę.
- Różnie bywa. Zależy od sytuacji. - wzruszyła ramionami. - A zresztą. Czemu cię to interesuje?
- Mam być szczera? - Kalisa posłała mi spojrzenie informujące, że mam nawet nie próbować kręcić. - Od pierwszego momentu myślałam, że możemy zostać dobrymi przyjaciółkami, co myślisz?
- He? - Zaskoczona stanęła w miejscu i wpatrywała się we mnie. - Naprawdę…? - Jej głos załamywał się.
- No tak. Chcę zostać twoją przyjaciółką. Pozwolisz mi? - Kalisy twarz zadrżała, tworząc grymas. W ułamku sekundy zamknęła mnie w swoim uścisku.
- Cieszę się… - mówiła drżącym głosem przez płacz. Zacisnęła dłonie na moich plecach. - Do tej pory otaczali mnie sami chłopcy. W sumie nigdy nie miałam przyjaciółki, a Qina nie pozwala mi się do siebie zbliżać. Dziękuję, że tu przypłynęłaś… - wyszeptała, a ja poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Jej emocje są naprawdę zaraźliwe. Odwzajemniłam więc jej uścisk i tak stałyśmy przez krótką chwilę.
- To takie dziwne. - przyznałam rozbawiona i odsunęłam się od dziewczyny. Otarła swoje łzy i spoglądała na mnie z zaciekawieniem. - Moja mama zawsze się ze mnie śmieje, że nieważne gdzie się pojawię, od razu znajduję zaufaną osobę.
- Dziwna jesteś. - wyśmiała mnie dokuczliwe i ruszyłyśmy dalej ścieżką. - A tak poza tym, dlaczego akurat Willa szukasz?
- Chcę zostać jego uczniem. - oznajmiłam, a ona spojrzała na mnie krzywo z uniesioną brwią. - Tak wiem, nie wyglądam, ale jestem wystarczająco silna, żeby już się tego uczyć. Mój brat jest szermierzem i w sumie nauczył mnie podstaw. Jednak wiem, że to nie dla mnie. Niestety zapalało to we mnie miłość do ostrzy i pragnę stworzyć ostrze idealne. Z rudy, która będzie niespotykana i wyjątkowa, coś perfekcyjnego. To moje marzenie, dlatego chcę zostać kowalem.
- Wow… Nieźle. - skomentowała zdumiona. - Teraz się zastanawiam czy bardziej nienormalna jesteś ty, czy moja kuzynka. - Spojrzałyśmy na siebie. Nie potrzebowałyśmy więcej niż jednej sekundy i wybuchłyśmy gromkim śmiechem. Ledwo powstrzymuję się od łez. - Jest jeszcze coś, co powinnam ci powiedzieć. Pan Will jest właścicielem kuźni i przywódcą wioski Risel. Co prawda cała wyspa jest pod zarządem Lądu Centralnego, ale wioska Risel została przy tradycji posiadania dowódcy. To ostatnia wioska na wyspie pilnująca się tradycji. – opowiadała, a ja ją uważnie słuchałam. – Nie wystrasz się, bo czasem występują tu trzęsienia ziemi. Musisz uważać, bo w szczególności wioska Risel znajduje się u podnóża wulkanu, a tam najczęściej występują osunięcia ziemi i skały spadają. Chociaż na szczęście lawiny jakieś większej jeszcze tam nie mieli.
- A ty, z której wioski jesteś?
- Z Mawik. To wioska na północ od Risel. Mieszkamy w centrum szkoleniowym. – odparła z uśmiechem, zerkając na mnie. – Wioska, w której byliśmy przed chwilą to Kodo. Tam jest najwięcej straganów i najczęściej tam spotkasz handlarzy. - podsumowała, mam nadzieję, że jeszcze mi pomoże z odnalezieniem się na Cesalis. - Na chwilę obecną mamy tylko trzy wioski i świątynie. Jednak w planach jest rozbudowa wyspy.
W końcu przekroczyliśmy próg wioski, co za tym idzie, zrobił się tłok. Każdy miał jakieś zajęcie. Niektórzy roznosili wodę do domów. Inni wyciągali wodę ze studni. Jeszcze inni ciągnęli wozy pełne zakupów lub zbóż. Gdzieniegdzie między dorosłymi biegały dzieci młodsze ode mnie.
Już po kilku minutach zatrzymaliśmy się pod kuźnią. Sięgnęłam do swojej torby i wybiórczo zanurzając palce w sakwie, wyciągnęłam kilka monet.
- Proszę, to dla ciebie w podzięce. – oznajmiłam, wpychając jej monety w dłoń. Otworzyła szeroko oczy na ich widok, a szczęka opadła nisko. Z niedowierzaniem spojrzała na mnie.
- Zwariowałaś?! Dwa złote win i pięć lino?! Przecież to za dużo. Poza tym nie chcę od ciebie żadnych pieniędzy! – skarciła mnie, wciąż nie dowierzając.
- Nawet mi tego nie oddawaj. Ja pieniądze jeszcze mam i mi starczy na miesiące. Uznaj moja wdzięczność i przyjmij te pieniądze. – odparłam spokojnie, posyłając jej uśmiech.
- Czy ty jesteś arystokratką? Te pieniądze to nie mała kwota. Przecież to wartość dziewięćset brązowych ziko. – zaszlochała aktorsko, a w jej oczach pojawiło się wzruszenie, które mnie rozbawiło. - Następnym razem mi nie dawaj żadnych pieniędzy.
- Dobrze, po prostu będę stawiać ci jedzenie, co myślisz przyjaciółko? – spytałam, wyciągając dłoń w jej stronę.
- Zgoda! – krzyknęła z zadowolenia i uścisnęła moją dłoń, a drugą objęła mnie. Po chwili jednak obie wybuchłyśmy śmiechem.
- Jeszcze raz dziękuję, że mnie tu przyprowadziłaś.
- Żaden problem. Ja będę już uciekać, ale jakbyś mnie szukała to raczej będę nad wodospadem Shin. Wystarczy, że pójdziesz w stronę Mawik. – przyznała oddalając się. Pomachałam za nią, aż zniknęła w tłumie ludzi.
Odwróciłam się w stronę kuźni. Przyznać muszę, że złapała mnie lekka trema. Poprawiłam torbę i wzięłam głębszy oddech, a moja noga postawiła pierwszy krok w stronę wejścia. Już w progu spotkałam się z duszącym, gorącym powietrzem z pieców hutniczych. Dzisiaj był naprawdę upalny dzień, ale temperatura w tej kuźni to prawdziwe piekło. Zatrzymałam się w wejściu i rozejrzałam dookoła. Kilka mieczy wystawowych wisiało na ścianach, a kawałek dalej znajdował się blat, który chyba miał udawać kasę. Zaraz za tym znajdowała się ogromna sala hutnicza. Trzy pięciometrowe piece były rozgrzane do czerwoności. Po lewo od nich przejście z klatką schodową prowadzące w górę i w dół. Na prawo natomiast stanowiska do rzeźbienia i hartowania metali. Przy jednym z kowadeł stał mężczyzna w średnim wieku, ubrany w strój hutniczy. W jednej dłoni mieścił młot, a w drugiej zaś szczypce, którymi przytrzymywał kuty metal. Dźwięk spalania, jaki i uderzeń drażnił me uszy. Jednak było w tym coś głębszego. Niczym rytm, który zapraszał do tańca. Zahipnotyzowana tkwiłam spojrzeniem w piecach, wsłuchiwałam się w dźwięki kuźni. Dosłownie wołała mnie, a ja pragnęłam jej odpowiedzieć.
- Dzieciom broni nie sprzedaję. – Niski męski głos wyrwał mnie z oczarowania tym skromnym miejscem. – Nie masz czego tu szukać mała, więc lepiej znikaj.
- Nie przyszłam tu nic kupić. – przyznałam na spokojnie, a mężczyzna zaprzestał swoich czynności i odwrócił się w moją stronę. Narzędzia odłożył tam, gdzie było ich miejsce i podszedł w moją stronę. Jego twarz umorusana była sadzą węglową i litrami potu. Włosy mokre, zaczesane do tyłu. Mocno podkreślona linia żuchwy i muskularne ciało. Nie dało się ukryć, że jest kowalem.
- W takim razie, po co przyszłaś dziecko? – Jego niski ton głosu pewnie przestraszyłby niejedno dziecko, ale łagodny sposób mówienia sprawił, że w ogóle nie odczuwałam strachu. Szczerze to naprawdę trudno mnie nastraszyć. Szczególnie, że jego aura podobna jest do mojego ojca.
- Chciałabym zostać uczniem Willa Orone. – przyznałam pewnym siebie tonem. Mężczyzna rozszerzył oczy, którymi przeskanował mnie. Chwilę mu to zajęło, po czym wybuchł gromkim śmiechem. – Ja nie żartuje! – krzyknęłam poirytowana. Rzemieślnik otarł łezkę rozbawienia, która utkwiła w kąciku oka.
- Nie ma takiej możliwości. – odparł, mijając mnie.
- Dlaczego? – Podążyłam za nim wzrokiem. Podszedł do blatu, aby napisać coś na kartce.
- Po pierwsze na pewno jesteś na to za młoda. – oznajmił, a w jego głosie nadal mogłam wyczuć rozbawienie. – Po drugie twoja postura od razu zdradza, że jesteś na to za słaba drogie dziecko. Młoty są ciężkie, aby kuć metal potrzeba naprawdę dużo siły. Po trzecie… - Zrobił przerwę, podchodząc do mnie. – Sposób, w jaki pracuję, jest sekretem mojej rodziny. Proste? Proste.
- Ale… - Chciałam coś powiedzieć, ale mi przerwał.
- Nie podlega to dyskusji. – przyznał to stanowczym już teraz tonem.
- Nawet jeżeli jestem Divinarii?! – krzyknęłam, zanim zdążył mi przerwać. – Mam też swój młot, więc sobie poradzę, do słabych osób też nie należę. Mam dwanaście lat. Nie raz stawałam do walki z dorosłymi mężczyznami, a mimo to byłam w stanie ich pokonać. Nie jestem słaba, bo samodzielnie potrafię rozładować towar statku, nawet jak palety są ciężkie. – dodałam, na spokojnie. Divinarii to ludzie, którzy zostali obdarowani wyjątkowymi umiejętnościami. Z reguły wtedy ciało staje się bardziej odporne na uderzenia i ból, a także silniejsze, zwiększając sprawność fizyczną.
Will wpatrywał się we mnie przez dłuższą chwilę. Ja jednak nie ugięłam się i w zaparte patrzałam głęboko w oczy mężczyźnie, aby pokazać mój upór i zdeterminowanie.
- Nie. – odparł w końcu stanowczo. – Nawet jakbyś udowodniła posiadanie Divinarii i tak się nie zgodzę.
Zacisnęłam dłonie w pięści, kiedy mężczyzna odwrócił się do mnie tyłem, wracając na swoje stanowisko. Irytacja zaczęła we mnie wrzeć, a ciało zaczęło drżeć.
Po chwili zdałam sobie sprawę, że to nie ja drżę, a cały sklep z powodu trzęsienia. Gdy nagle przed oczami zobaczyłam wizję Mekiru. Chociaż dopiero uczyłam się tego, to zdarzało mi się przewidywać zagrożenie. W wizji dostrzegłam zabawkę leżącą na środku głównej ulicy Risel, a po chwili została ona zmiażdżona przed odbijający się głaz.
Zrzucając swoją torbę z pleców, wybiegłam z kuźni. Trzęsienie już ustało, ale drgania ziemi sygnalizowały zbliżające się niebezpieczeństwo.
W końcu dotarłam na miejsce i z oddali dało się dostrzec spadający głaz, który łamał drzewa pod swoim ciężarem. Rozejrzałam się po ulicy i tak jak w wizji leżała tam zabawka. Co prawda moje wizje w dalszym ciągu były niedokładne i każdy w każdej chwili mógł wpłynąć na ich zmianę.
- Emma nie! – krzyk staruszki schowanej za jednym z budynków zwrócił moją uwagę na małe dziecko. Na moje oko miała nie więcej jak pięć lat. Biegła w stronę zabawki.
- Emma! – Usłyszałam za sobą krzyk Willa. Wtem głaz uderzył u podnóża wulkanu przed samą wioską. Wzbił się w powietrze.
Kostarika ruszyła w bieg, aby jak najszybciej znaleźć się przy dziewczynce. Emma widząc zbliżające się zagrożenie skuliła się przytulając do swojej maskotki. Gdy wtem głaz odbił się od ziemi lecąc prosto na dziecko. W ostatniej chwili Kostarika stanęła nad dziewczynką i ugięła się pod ciężarem przechwyconego głazu. Ociężałym ruchem powoli się uniosła i zacisnęła dłonie na skale, które pod wpływem siły zaczęła pękać. W końcu głaz przełamał się w pół rozchodząc się na boki i opadając na ziemię podzielił się na jeszcze mniejsze części.
- Jesteś cała? – spytałam, z ciepłym uśmiechem spoglądając na dziewczynkę. Nie chcę jej wystraszyć. Szczególnie, że przed chwilą prawie straciła życie.
- Emma?! – wystraszony krzyk Willa wydobył się z jego gardła, gdy tylko znalazł się przy nas. Oczy dziewczynki zalały się łzami, gdy tylko spojrzała na mężczyznę.
- Papa… - Jej głos się załamał od łez. Podbiegła do niego wtulając się w pierś ojca. Mężczyzna uspokoił się, mając małą w swoich ramionach. Po chwili jednak jego spojrzenie przeniosło się na mnie.
- Kim ty jesteś? – zapytał, lekko nie dowierzając. Zmarszczył brwi i jego przenikliwie spojrzenie nie odstępowało mnie ani na sekundę.
- Kostarika. Chcę zostać najlepszym kowalem i żeby mnie Pan uczył. – przyznałam ze spokojem. Na moje słowa zmarszczył brwi. Zdecydowanie nie był z tego zadowolony.
- Mówiłem ci, że to, co robię, to zostaje w mojej rodzinie. Nie będę cię uczył. – odparł stanowczo, wstając z kolan, na które uklęknął, gdy podbiegła do niego córka.
- Ale… - próbowałam protestować. Jego dłoń wyciągniętą w moją stronę powstrzymała mnie od wymówienia czegoś więcej.
- Nie! Jestem ci wdzięczny za uratowanie Emmy. Jednak to nie zmieni mojej decyzji.
- Will. – wtrąciła starsza kobieta, podchodząc do nas. To ona wcześniej wołała za dziewczynką, więc przypuszczam, że może być jej babcią. – Pogadacie sobie kiedy indziej. Teraz trzeba upewnić się, że Emmie nic nie jest.
- Masz rację. – zgodził się z nią oddalając się.
Zacisnęłam pięści i poirytowana zaczęłam biec w głąb wyspy. Nie obchodzi mnie nic. Muszę pozbyć się tej złości. Cholera! Cholera! Cholera!!! Myślałam, że będzie prościej! Ty głupia babo, nie każdy przecież musi przyjąć cię na nauki, bo ty tak chcesz! Mają swoje życie i nie muszą podcięć swojego cennego czasu na uczenie ciebie! Oczywiście byłam zbyt głupia i naiwna, że tak łatwo mi pójdzie! Ale się nie poddam! Nie mam takiego zamiaru! Za wszelką cenę spróbuję zdobyć zaufanie Willa!
Ale zaraz… gdzie ja jestem? Otworzyłam oczy. Stoję, głowa oparta o głaz. Odsunęłam się od niego i rozejrzałam wokół. Nie ma wątpliwości… Jestem na szczycie jednego z wulkanów. Chmury przysłoniły część wyspy, ale i tak miałam piękny widok na zachód słońca. Wpatrywałam się w niego przez chwilę. Zaciekawiona jednak podeszłam do wewnętrznej krawędzi krateru. Głęboki lej, a na jego dnie same skały o to nie cienka płyta, pod którą od razu była lawa. Nie… wygląda na to, że jest umarły już od dawna. Odwróciłam się w stronę drugiego z kraterów i stanęłam jak wryta. A to dlatego, że na jego szczycie znajdował się jakiś budynek, ale chmury przykryły go na tyle, że nie jestem w stanie określić, co to. Będę musiała o to zapytać Kalise. Ale teraz… Powinnam wrócić na moją łódź. Ochłonę, a potem będę myślała nad tym, jak przekonać do siebie Willa.