Publikacje o AK


Nowe szczegóły w sprawie zestrzelonego samolotu nad Czarkówką 16 października 1944 r.

 

Historia załogi „Liberatora”, który został zestrzelony nad Czarkówką,  nadal budzi wiele emocji. W dalszym ciągu jest wiele niejasnych okoliczności związanych z 

momentem zestrzelenia samolotu oraz późniejszym  pobytem dwóch uratowanych członków załogi na Powiślu.

            

            W trakcie kwerendy dotyczącej historii ruchu oporu na Ziemi Szczucińskiej, dotarłem do nowych informacji, mających związek z tym wydarzeniem.  Otóż w 

Archiwum Państwowym w Tarnowie, w tekach (teki 33/504/15) ppłka „Mirosława” Stefana Musiałka-Łowickiego, inspektora  Inspektoratu AK Tarnów i dowódca 16 Pułku 

Piechoty Ziemi Tarnowskiej AK, natknąłem się na dwa listy w języku angielskim z 16 i 17 grudnia 1944 r. Ich autorami byli uratowani oficerowie z zestrzelonego samolotu: 

por. Evan Colbert (nawigator) i por. Graham C. Dicks (radiotelegrafista). Listy zostały napisane dwa miesiące po zestrzeleniu, a miesiąc przed wkroczeniem Armii 

Czerwonej na Powiśle.

            Pierwsza trudność z listami Południowoafrykańczyków polegała na przetłumaczeniu ich na język polski. Tłumaczenia listów podjęła się Magdalena Mach –Surowiec, 

dyrektor Powiatowego Centrum Edukacji i Kompetencji Zawodowych (PCEiKZ) w Szczucinie, nauczyciel języka angielskiego.

            Początkowo zamierzałem czytelnikom przedstawić stan wiedzy o tej historii, by na końcu artykułu w całości przedstawić treść przetłumaczonych listów, które mają 

charakter oświadczeń. Ostatecznie zdecydowałem się na inną strukturę artykułu. Fragmenty obydwóch listów zamieściłem w ujęciu problemowo-chronologicznym. Pod nimi 

zamieściłem krótki komentarz, oparty na wiedzy, którą  o tym wydarzeniu zdobyłem w istniejącej literaturze historycznej. Dalsza część artykułu dotyczy nowych informacji, 

które ustaliłem już po wygłoszeniu referatu w PCEiKZ 25 listopada 2014 r., w czasie „Wieczornicy” upamiętniającej owo wydarzenie.

            Warto przypomnieć, że listy zostały napisane w czasie, gdy jeszcze trwała okupacja niemiecka. Mimo, że zestrzeleni lotnicy ujawnili wydarzenia, które miały miejsce 

od ich „przymusowego lądowania” w Polsce, to nie mogli jednak pisać o faktach, które by  pozwoliły okupantowi dotrzeć do osób zaangażowanych w pomoc zestrzelonym 

lotnikom.  Polakom oraz ich rodzinom groziła za to śmierć.  

           


Fragmenty listu porucznika G. C. Dicks'a. Teki ppłka "Mirosława" Stefana Musiałka - Łowickiego (sygn. 33/504/15). Archiwum Państwowe w Tarnowie.


Zestrzelenie

por. Graham C. Dicks:


    "Około godziny 8:30 wieczorem 16 października 1944 roku, samolot którym byłem transportowany (na służbie) jako telegrafista został zestrzelony przez (przypuszczalnie) 

    żołnierza nieprzyjaciela. Jak wnioskuję doszło do tego nad linią niemiecko-rosyjskiego frontu, wziąwszy pod uwagę fakt, że wylądowałem około dwóch mil za niemiecką 

    linią. Lądując ze spadochronem widziałem jak nasz samolot spadł około 5 mil dalej na linii naszego kursu i stanął w płomieniach".


por. Evan Colbert:

"Nocą 16 października 1944 roku nasza maszyna została zestrzelona przez wroga około pięciu mil za linią niemiecką. Miałem na tyle szczęścia by  wylądować w lesie,              gdzie pozostałem do rana. Podczas lądowania raniłem się w lewą nogę, co sprawiało duży ból podczas chodzenia".

 

             Ciężki samolot bombowy B-24 „Liberator” nr KH – 152 „F”, należący do 34. Dywizjonu Bombowego SAAF (Południowoafrykańskie Siły Powietrzne), 

w trakcie lotu  został zestrzelony przez  nocny samolot myśliwski (prawdopodobnie Junkers Ju-88) w odległości 30 km na północny wschód od Tarnowa. Palący się samolot 

spadł w rejonie Czarkówki na obszarze gminy Radgoszcz. Z dostępnych źródeł wynika, że załoga jeszcze próbowała wyrzucić ładunek, który miał być dostarczony Armii 

Krajowej w rejon Radomska. Miejscowi badacze twierdzą, że poważna część ładunku dostała  się w ręce Niemców, a niewielka jego część została przejęta przez miejscową 

ludność i zakopana. Ta ostatnia czynność odbywała się w ogromnym pośpiechu, gdyż Szczucin i okolice były wtedy strefą przyfrontową. 

            Z załogi liczącej ośmiu członków - dwóch zginęło w środku  samolotu (strzelec –sierż – Geoffrey F. Ellis, bombardier – sierż. Tom Myers),  trzech poniosło śmierć po wyskoczeniu z płonącego samolotu (dowódca, I pilot – por. James Arthur Lithgow, II pilot – por.  Keit B. Mac William, strzelec - sierż William Francis Cowan), a tylny 

strzelec – por. Samuel Isaak Fourie, po szczęśliwym lądowaniu w okolicach Lubasza, prawdopodobnie udał się do pobliskiego majątku w Bukowcu, w którym kwaterowało 

dowództwo niemieckiego pułku. Tam przejęła go niemiecka żandarmeria wojskowa, a dalszy los Południowoafrykańczyka jest nieznany. Do dwóch członków załogi 

(nawigator - por. Evan Colbert, radiotelegrafista- por. Graham Dicks) - którzy wyskoczyli z płonącego samolotu - los się bardziej uśmiechnął. Dzięki pomocy miejscowej 

placówki Armii Krajowej „Stanisława” przeżyli wojnę.





Fragmenty listu porucznika E. Colberta. Teki ppłka "Mirosława" Stefana Musiałka - Łowickiego (sygn. 33/504/15). Archiwum Państwowe w Tarnowie.



Pierwsze chwile

por. Graham C. Dicks:

        

    "Spadając niefortunnie pomiędzy dwa drzewa zaczepiłem spadochronem o ich wierzchołki i utknąłem w ich koronach. Niektóre gałęzie odłamały 

się robiąc przy tym niemiłosierny hałas, więc pozostałem w powietrzu wisząc nieruchomo w ciszy przez około godzinę. Trwało to dopóty, dopóki 

mogłem wytrzymać uprząż spadochronu wcinającą się w moje ciało: następnie rozhuśtałem się tak, aby być w stanie wypiąć uprząż spadochronu. 

Niestety nie mogłem znaleźć gałęzi odpowiednich do zejścia w dół. Noc była ciemna i zimna, a ja pozostałem na drzewie do świtu. Następnie, przy 

użyciu uprzęży spadochronu zszedłem na ziemię po pozbawionym gałęzi pniu z wysokości ok. 60 stóp. Drzewa, na których zawisłem rosły na skraju 

lasu, wzdłuż głównej drogi, biegnącej w stronę frontu. Przez kolejne pół godziny próbowałem ustalić moją pozycję na mapie, którą miałem ze sobą, 

siedząc w lesie w pobliżu wydeptanej ścieżki i obserwując niemieckich żołnierzy przemieszczających się drogą.

Po około godzinie od nastania świtu pojawił się chłop (polski), zmierzający do kopania niemieckich okopów, którego natychmiast zatrzymałem. 

Zgodnie z jego orientacją w terenie zostałem zestrzelony jakieś 3 km na południowy zachód od Szczucina. Po wyjaśnieniu skąd się wziąłem i kim 

jestem człowiek ten niezwłocznie udał się  do pobliskiego gospodarstwa aby zawiadomić  partyzantów. W bardzo niedługim czasie ten sam miejscowy 

wrócił z partyzantem, dwoma gospodarzami, chlebem i wieprzowiną. Czterej mężczyźni wymieli krótkie informacje, po czy zniknęli znowu aby 

znaleźć dla mnie cywilne ubranie.

    Kiedy czekałem na nich leżąc w leśnej trawie, drogą, w odległości ok. 100 jardów,  przejechała niemiecka ciężarówka. Na ciężarówce jechali trzej   

niemieccy żołnierze, a osoba siedząca obok kierowcy, to południowoafrykański oficer, który jak sądzę (na ile byłem w stanie dostrzec z tej odległości) 

był naszym tylnym strzelcem. Rozpoznane przeze mnie z dużą pewnością dystynkcje S. A. Red na ramionach, postura więźnia oraz włosy na jego 

odkrytej głowie wskazywały na naszego tylnego strzelca pokładowego. Wrócili czterej mężczyźni i przebrałem się w cywilne ubranie. Jeden z nich 

dowiedział się, że jakiś oficer S.A. złamał rękę i w nocy trafił do domu, w którym stacjonowali Niemcy. Zakładam, że to był nasz tylny strzelec 

pokładowy, w przeciwnym razie nie trafiłby tak szybko do niewoli i nie został tak wcześnie przetransportowany".


por. Evan Colbert:

    "O świcie następnego dnia (17) ruszyłem w drogę przez las, w kierunku, w którym słyszałem szczekanie psa, gdzie jak wywnioskowałem, musiało 

być gospodarstwo. Po około dziesięciu minutach marszu dotarłem do polany gdzie stało gospodarstwo. Przed wejściem na jego teren zaczekałem, 

aby sprawdzić, czy nie ma tam żadnych Niemców. Po około pół godzinie z domu wyszli kobieta i mężczyzna, jak wiadomo, chłopi.  Podszedłem do         

nich i starałem się wyjaśnić, że jestem angielskim oficerem i że chce przedostać się do linii rosyjskiej.

    Mężczyzna wskazał w kierunku linii rosyjskiej i ruszyłem w drogę, wtem mężczyzna zawołał mnie i zapytał czy nie potrzebuje jedzenia. Następnie 

zabrał mnie do swojego domu i dał mi dobry posiłek i trochę mleka do picia. Wyjaśnił, że jest Polakiem i dał do zrozumienia, że będzie lepiej, jeśli 

zostanę u niego na strychu aż się ściemni, bo w okolicy roi się od Niemców. Tak postanowiłem zrobić, zwłaszcza, że moja noga bardzo mnie bolała. 

Rankiem przyszedł zobaczyć się ze mną  chłop w podeszłym wieku, który trochę mówił po angielsku. Powiedział, że samolot rozbił się na terenie 

jego gospodarstwa. Trzech członków załogi było praktycznie spalonych w maszynie, a że dwóch innych niedaleko maszyny, więc 

najprawdopodobniej spadochrony się nie otwarły lub skoczyli ze zbyt małej wysokości. Pokazał m dokument jaki wyciągnął z kieszeni jednego z 

mężczyzn. Był to stary raport techniczny z zapisanym nazwiskiem porucznik MacWilliams, który był naszym drugim pilotem. Ten drugi mężczyzna 

miał obydwie nogi złamane i Niemcy zastrzelili go na miejscu. Było pięciu martwych, ale relacjonujący był w stanie zidentyfikować tylko jednego 

porucznika Mac Williamsa".

 

           Z miejscowych źródeł wynika, że obydwaj lotnicy po zestrzeleniu Liberatora wylądowali w lesie koła Bukowca, gdzie widząc przemieszczających się Niemców, pozostali w ukryciu. Następnego dnia dzięki przypadkowemu spotkaniu w lubaskim lesie, zostali uratowani przez członków miejscowego ruchu oporu. Jednego 

południowoafrykańskich żołnierzy miał osobiście spotkać komendant placówki „Stanisława”, kapitan Franciszek Wiatr ps. „Duch”, drugi zaś natknął się na kaprala 

Władysława Dudę ps. „Sarna”. 

            Colbert pisał, że po szczęśliwie zakończonym skoku, o świcie udał się do miejscowych gospodarzy, którzy mieli odwagę go ugościć i powiadomić 

miejscowy ruch oporu.  Zapewne było to gospodarstwo znajdujące się  na terenie gminy Radgoszcz. Dopiero następnej nocy por. Colbert został oprowadzony przez 

partyzantów do domu  w okolicach Bukowca, w którym spotkał radiotelegrafistę. Opierając się na raportach  zestrzelonych lotników, w  zbliżony sposób opisuje to 

wydarzenie Kajetan Bieniecki w książce „Lotnicze wsparcie Armii Krajowej”.

            Zaś z listu Dicksa wynika, że wylądował w lubaskim lesie, w niewielkiej odległości od  dworu w Bukowcu.

             

Pobyt w okolicach Szczucina

por. Evan Colbert:

    Przed opuszczeniem naszej bazy zostaliśmy poinformowani przez nasz wywiad, że w przypadku przymusowego lądowania w Polsce mamy się kontaktować z                              

partyzantami i wykonywać ich instrukcje. Powiedziałem o tym temu mężczyźnie, a on odpowiedział, że partyzanci zostali powiadomieni i zjawią się wieczorem.

    Przyjechali około osiemnastej i po moim kolejnym posiłku zabrali mnie, albo lepiej powiedzieć, wręcz zanieśli mnie do innego domu, około dwie 

mile dalej. Moja noga w tym czasie była praktycznie bezużyteczna. W drugim domu dali mi cywilne ubrania, więcej jedzenia i papierosów. Warto 

wspomnieć, że nie miałem pieniędzy, wszystko co miałem zostało stracone wraz z maszyną, ale oni ani razu nie wspomnieli o zapłacie.

    Powiedziano mi, że kilka mil dalej mają innego oficera i że zabiorą mnie do niego tej nocy. Tak tez zrobili i po moim przybyciu na miejsce 

stwierdziłem, że tym oficerem jest nasz operator łączności z samolotu. Te noc spędziliśmy w trzecim domu. Następnego dnia wczesnym rankiem 

przedostaliśmy się do lasu. Szliśmy w stronę innego gospodarstwa w lesie, ale dwóch Niemców tam kwaterowało, więc musieliśmy leżeć na ziemi w 

lesie, podczas gdy Partyzanci szukali bezpiecznego miejsca dla nas. Wrócili do nas po kilku godzinach i wyruszyliśmy do pobliskiej wioski do 

miejscowej szkoły. Tam zostaliśmy przetrzymani do wieczora, następnie znowu przetransportowani, tym razem 

na wozie, do domu położonego około 10 mil od wioski. Tam zostaliśmy rozdzieleni, jako że Partyzanci nie uważali tego za rozsądne, abyśmy 

przebywali razem".

 

 

por. Graham C. Dicks:

    "W cywilnym ubraniu, unikając głównych traktów, zostałem przeprowadzony  przez partyzanta do pobliskiego gospodarstwa, gdzie jeszcze raz 

dosłownie zmusili mnie do przyjęcia kolejnej porcji chleba i herbaty. W związku z niewielką odległością od linii wroga zostałem później bezpiecznie 

odeskortowany do innego gospodarstwa, około 4 mile dalej. Zagroda była również usytułowana przy głównej drodze, ale zostałem poproszony o 

schowanie się w sianie na strychu, gdzie mogłem spać. Byłem już bardzo zmęczony, a moje całe ciało potwornie obolałe. Około godziny 2 po 

południu obudziła mnie w mojej kryjówce żona gospodarza, serwując posiłek wystarczający dla trzech osób. Poinformowała mnie także, że nasz 

nawigator jest bezpieczny i pojawi się tej nocy, 17 października 1944 roku. Po obiedzie spałem aż do nocy, kiedy to zostałem zabrany do domu 

gospodarza, gdzie mogłem porządnie się umyć i zjeść kolację. Ta składała się z trzech jajek i szynki. Dostałem także dużo papierosów. Ponieważ 

jeszcze nie odespałem zmęczenia i nie pozbyłem się bólu, szybko wróciłem do kryjówki w sianie, gdzie o około 10 w nocy dołączył do mnie nawigator 

naszego samolotu. Jeszcze przed świtem zostaliśmy zabrani przez las do kolejnego gospodarstwa.   Tu raz jeszcze, gdzie wroga w bród, pozostaliśmy 

w ukryciu, czekając na dogodny moment tego poranka".


    Teren, na którym wylądowali zestrzeleni członkowie ciężkiego bombowca, wchodził w zakres działania placówki AK „Stanisława”. Z relacji por.  Colberta wynika, że był 

ranny w nogę i samodzielnie nie mógł się poruszać. Wieczorem miejscowi „partyzanci” przenieśli rannego oficera do zagrody, która była oddalona o  kilka mil. Do któregoś 

domu, w nocy, został też dostarczony drugi z uratowanych lotników. Niestety, w żadnym znanym mi lokalnym źródle nie natrafiłem na informacje, w jakich domach na 

terenie gminy Szczucin zestrzeleni lotnicy mogli  być ukrywani. Jedynie o tym fakcie pisała Jadwiga Bogusz-Bajorek w opracowaniu „Ziemianie polscy w XX w. Słownik 

biograficzny”.

    Szczucin i okolice znalazły się w strefie  przyfrontowej, a tym samym były szczególnie narażone na zwiększoną kontrolę ze strony okupanta. Dodatkowo sołectwa były 

wysiedlane, a miejscowa ludność była zmuszana do prac przy fortyfikacjach. Tym samym, przemieszczanie się z osobami, które miały trudności w chodzeniu, nie znały 

języka polskiego i ukrywanie ich  musiało stanowić dużą trudność. 

            

                


  Pobyt na Powiślu

por. Graham C. Dicks:  

    "Następnie zaopiekował się nami dyrektor szkoły w małej wiosce, który przetrzymał nas aż do zmierzchu, kiedy to po raz kolejny zostaliśmy 

przetransportowani furmanką do oddalonej o 10 mil wioski. Tam zostaliśmy rozdzieleni ze względów bezpieczeństwa, nawigator został zabrany w 

miejsce, gdzie mógł otrzymać właściwa opiekę lekarską miejscowego medyka. Podczas lądowania poważnie uszkodził kolano.

            Przez następny tydzień przebywałem u rodziny, w której jedna z córek całkiem dobrze mówiła po angielsku. Dzięki temu, że ludzie owi byli raczej 

        zamożni, zostałem wyposażony we wszystkie niezbędne rzeczy, nie wyłączając brzytwy. Stamtąd zostałem ponownie przewieziony furmanką do następnego 

        gospodarstwa oddalonego o 10 mil, gdzie pozostałem przez 3 tygodnie. Ten dom był dobrze chroniony poprzez drzewa i bliskość Wisły. Mogłem 

        swobodnie się przemieszczać bez obawy zauważenia przez niemieckich żołnierzy. Niestety odnowiło się  moje zranienie spowodowane uprzężą 

        spadochronu, ale muszę przyznać, że otrzymałem wszelką niezbędna pomoc ze strony doktora, który odwiedzał mnie regularnie co kilka dni. Rana 

        wymagała zastrzyków, co wkrótce okazało się skuteczną kuracją. Wielkie dzięki DOKTORZE!"


por. Evan Colbert:

    "Na miejscu (w piątym domu) zostałem położony spać i opiekowano się mną jak dzieckiem. Następnego ranka sprowadzono miejscowego lekarza, 

który włożył moją nogę w gips. Ludzie ci byli całkiem dobrze sytuowani i, można powiedzieć, grube ryby w okolicy. Zostałem tam przez około 

tydzień, następnie zdecydowali przenieść mnie raz jeszcze, jako że Niemcy poinformowali ich o tym, że chcieliby zakwaterować tam jakichś oficerów 

następnego dnia.

    Od tego momentu byłem przenoszony jeszcze do trzech innych domów, których mieszkańcy byli przedstawicielami różnych klas społecznych, 

zarówno ubodzy jak i zamożni. We wszystkich polskich domach, w których przebywałem, bez względu na to czy u ludzi biednych czy bogatych, 

otrzymywałem tak samo dobre traktowanie, oddawali mi wszystko co mieli. Ubrania, papierosy, przybory toaletowe, a obecnie próbują dla nas z

dobyć karty identyfikacyjne.

Obecnie jestem z powrotem w tym dużym domu, gdzie najpierw oglądał mnie lekarz i gdzie traktują mnie w sposób nie inny jak tylko doskonały'.

 

                Ponieważ Szczucin i okolice stanowiły strefę przyfrontową, która była szczególnie nadzorowana przez okupanta, w dowództwie placówki „Stanisława” zapadła 

decyzja  o sprawnej ewakuacji uratowanych lotników w bezpieczniejsze rejony Powiśla. Do tego zadania wyznaczono – Jana Orszulaka ps. „Wydra”, adiutanta  placówki 

„Stanisława”.  Do punktu kontaktowego miał ich dostarczyć Franciszek Dzięgiel ps. Zygzak”. W trakcie zbliżania się do umówionego miejsca, natknęli się na patrol 

niemiecki, który na wędrujących lasem mężczyzn nie zwrócił żadnej uwagi.

              Do zakończenia działań wojennych uratowani lotnicy przebywali w sołectwach Kanna i Bolesław. Zamieszkiwali w domach Pawła Kochanka z Bolesławia, Tadeusza Babiarza ps. „Sodalis” oraz  rodziny Hudyków. Gościny użyczył im też dworek Krzysztofa Sroczyńskiego.

            Trud przechowania lotników nie poszedł na marne. Zestrzelonym lotnikom po wkroczeniu Armii Czerwonej udało  się przez Związek Radziecki  przedostać do 

swoich. 

 

Obraz  Niemców

por. Evan Colbert:

            "Chciałbym dodać kilka słów o niemieckim traktowaniu tutejszych ludzi. Osobiście nie widziałem przykładów brutalności czy zabijania, 

    ponieważ tutaj, ze względu na to, że do linii frontu jest około 10 mil, nie ma Gestapo. Ale praktycznie każda rodzina straciła jakiegoś krewnego z powodu            

    niemieckiego okrucieństwa. Widziałem mężczyzn wywożonych na roboty. Starsi mężczyźni, którzy ledwo chodzą, kopią okopy dla Niemców, a gdy zrobią     

    dostatecznie dużo, już nie wracają. W tym domu widuję dużo Niemców, praktycznie codziennie jednego lub dwóch. Zabrali niemalże wszystko, np.bydło 

    i konie. Konie do pracy, bydło na ubój. Oczywiście oni skupują zboże i nikomu nie wolno sprzedać komu innemu, chociaż oczywiście tak się zdarza".


por. Graham C. Dicks:


    "Jeśli chodzi o okrucieństwo Niemców, opisane w załączonym oświadczeniu, nie mogę zrobić nic więcej poza poświadczeniem jego prawdziwości. 

Nie widziałem wprawdzie brutalności czy morderstw, słyszałem natomiast wystarczająco wiele, aby wyrobić sobie opinię o niemieckim zachowaniu, 

nie wyłączając grabieży miejscowych z większości zapasów żywności czy inwentarza które mieli w posiadaniu. W obliczu trwającej już pięć lat 

okupacji szczególnie podziwiam polską odwagę i śmiałość okazaną w opiece nad nami i ochronie przed dostaniem się do niewoli, zwłaszcza ze 

względu na bliskość frontu".

           

            Uratowani lotnicy, dzięki wzorowej postawie Polaków, nie zetknęli się z bezpośrednio z niemieckim okupantem. Godzi się przypomnieć, że Dicks 

w czasie pobytu na Powiślu, zaznał uczucia strachu wobec Niemców. W chwili, gdy udawał się na badania, on oraz towarzyszący mu Jan Misiaszek ps. 

„Wit”, żołnierz placówki „Malwina”, natknęli się patrol  niemiecki, który rozpoczął rewizję w domu, w którym zdążył się ukryć aliancki lotnik. Na 

szczęście skończyło się to szczęśliwie, a żołnierze z miejscowej placówki „Malwina” byli przygotowani do ewentualnego odbicia lotnika.

 

Obraz Polaków

por. Evan Colbert:

.

    "Kiedy myślę o tych ludziach tak dla nas dobrych, którzy mogli być zastrzeleni w przypadku zdemaskowania, dociera do mnie, że oni ponosili to 

całe ryzyko niczego w zamian nie oczekując.

Powyższe słowa są prawdopodobnie skromną relacją  mojego pobytu w Polsce. To co chciałem przekazać, mam nadzieję jest jasne. To znaczy ten 

wspaniały sposób, w który Polacy, po pięciu latach piekła ciągle mają odwagę, żeby stawiać im opór. Obecnie wszyscy czekamy z nadzieją na 

ofensywę Bolszewików, ponieważ przedostanie się w tej chwili na drugą stronę linii frontu jest niemożliwe. Istnieje tez prawdopodobieństwo, że 

Niemcy będą chcieli się ewakuować w te rejony. W takim wypadku każdy dostanie dwie godziny na spakowanie, wszystko użyteczne zostanie zabrane 

przez Niemców, reszta spalona.

            Na zakończenie stwierdzam, że jeśli zostaniemy wzięci do niewoli przez Niemców, lub nie zdołamy opuścić Polski, nie nastąpi to z powodu braku 

         pomocy i wysiłków ze strony partyzantów aby nas przetrzymać bezpiecznych i wolnych".


por. Graham C. Dicks:


     "W momencie pisania tego listu, dwa miesiące po naszym zestrzeleniu jestem w kolejnej wiosce, gdzie zostałem przyjęty bardzo szczodrze. Prawie 

powróciłem do zdrowia i mam już za sobą najgorsze – pęcherze i aklimatyzację. We wszystkich miejscach, gdzie się ukrywałem, pomimo, że były to 

gospodarstwa lub stodoły, miałem najlepszą możliwą opiekę. Doceniam i chcę pamiętać o niedoli, jaką znosili Polacy pozbawieni spokoju i 

bezpieczeństwa w tym, co robili. Gdziekolwiek się znalazłem, wśród bogatych czy biednych, chłopów czy gospodarzy, byłem zawsze traktowany w 

sposób najlepszy z możliwych. Nieraz dostrzegałem u nich irytację, kiedy proponowałem zapłatę za jakieś artykuły czy żywność. Partyzanci po prostu 

odmawiają przyjmowania pieniędzy, twierdząc, że wspieranie nas jest ich obowiązkiem. (…)


            Podsumowując muszę stwierdzić, że nie mogło być dla nas bezpieczniejszego i bardziej komfortowego schronienia, niż to, w którym się znaleźliśmy.  

          Jeśli natomiast wydarzy się coś nieprzewidywanego, co uniemożliwi nam nasze bezpieczne opuszczenie Polski, nie będzie to udziałem Polskich                  

           partyzantów".

 

            Z listów wynika, że Polacy to odważny naród, który mimo długiej okupacji, nadal miał siłę stawiać wrogowi opór. Alianccy  żołnierze byli przekonani, że nawet gdyby 

dostali się do niewoli, nie będzie to winą Polaków.


Nowe ustalenia


            Trudno jest dzisiaj odtworzyć wszystkie miejsca pobytu lotników na terenie gminy Szczucin. Niewątpliwie pewne światło rzuca na tę sprawę pierwszy tom serii 

słowników biograficznych opisujących ziemian polskich XX wieku. W 1tomie  „Ziemianie polscy w XX wieku” (red. Antoni Arkuszewicz) Jadwiga Bogusz –Bajorek w 

nocie poświęconej Wandzie Bogusz z Ziemblic, żonie Franciszka Ksawerego z Ziemblic Bogusza, która od 1919 r. mieszkała w Bukowcu, twierdzi, że w lipcu 1944 r. "gdy 

cała okolica znalazła się w pasie przyfrontowym, dwór w Bukowcu, dzięki położeniu w środku lasów, został zajęty przez niemieckie dowództwo frontu, a jego mieszkańcy 

zostali usunięci do stojącej obok oficyny. W piwnicy tejże oficyny na początku września 1944 r.,  pod bokiem sztabu niemieckiego, Wanda Bogusz dała schronienie dwom 

angielskim lotnikom, którzy po zestrzeleniu ich samolotu wracającego z misji pomocy walczącej Warszawie, zawędrowali niemalże w „paszczę lwa”. Po skontaktowaniu się z 

miejscowym członkiem AK, lotnicy zostali przeprowadzeni do odległego o 20 km dworu w Bolesławiu".

            Dalsze światełko dotyczące tego wydarzenia dostarczają nam ustne relacje mieszkańców gminy Szczucin. Wynika z nich, że jeden z lotników mógł  ukrywać się w 

domu rodzinnym Piekielniaków w Lubaszu, który znajduje się w bliskiej odległości od dworu Boguszów. Jeszcze po wojnie, w domu Piekielniaków, miała być widziana  

lotnicza kurtka. 

         W materiałach zebranych przez ppłka Stefana Musiałka-Łowickiego znajdują się meldunki miejscowej AK, która  informowała swoje dowództwo o zestrzelonym 

samolocie w październiku 1944 r. na Powiślu.  Z pierwszego meldunku wynika, że w wyniku  walki między Liberatorem a Messerschmittem obydwa samoloty spadły. Z 

załogi alianckiego samolotu czterech członków załogi uratowało się dzięki żołnierzom z placówek „Stanisława” i „Malwina”, jeden natknął się na wartę nieprzyjaciela i 

został ujęty,  a los pozostałych członków załogi jest nieznany.           

         Meldunek z 27 października 1944 r mówi o tym, że  rozkazem dowódcy obwodu Dąbrowa Tarnowska, kpt. Stanisław Rogawski  ps. „Tomasz”,  udzielił żołnierskiego 

podziękowania dowódcy placówki „Stanisława” oraz żołnierzom, którzy brali udział w pewnej akcji, w czasie której wykazali  pełne poświęcenie i takt.  Zasady konspiracji 

uniemożliwiły dokładne określenie przyczyn podziękowania. Jednak data rozkazu (10 dni od zestrzelenia Liberatora) pozwala przypuszczać, że mogło tu chodzić o uratowanie alianckich lotników.

            Z kolejnego meldunku (listopad 1944 r.) wynika, że wiedza o tej tragedii jest już precyzyjniejsza. Nadal meldowano, że samolot niemiecki też został strącony, ale pięciu członków załogi Liberatora poniosło śmierć, a dwóch z trzech, którzy wyskoczyli zostało zamelinowanych przez miejscowy ruch oporu: "Są to Anglicy: 1. Ltn. Dicks nr 313340 (SAAF) 2. Ltn. Colbert nr 102502 (SAAF). Wyżej powiadomieni proszą o powiadomienia dowództwa i rodzin". [Teki ppłka Stefana  Musiałka –Łowickiego 33/504/9].

            Poszukiwania zestrzelonych lotników alianckich przez powiatowe władze  trwały jeszcze w październiku 1945 r. Z zachowanych akt zarządu Gminy 

Szczucin wynika, że Michał Fortuna, wójt gminy Szczucin,  w odpowiedzi na telefonogram o poszukiwaniu brytyjskiego lotnika, napisał o ustaleniach, do jakich udało się 

dotrzeć ówczesnym urzędnikom. Informowano, że samolot został zestrzelony około 10 godz. wieczorem w sierpniu 1944 r. Widzieli ten fakt mieszkańcy sołectwa Brzezówka 

(sąsiednia miejscowość od Czarkówki), którzy natknęli się na zabitego mężczyznę w brytyjskim mundurze wraz ze spadochronem. Był  wysokiego wzrostu, lat ok. 30. Rano 

Niemcy postawili przy nim wartę i rozpoczęli poszukiwania pozostałych członków załogi, których nie udało się najprawdopodobniej odnaleźć. Około południa Niemcy 

rozebrali zabitego z munduru, a zwłoki zabitego kazali ludności cywilnej pochować.

            Udało się też dotrzeć do spisanych relacji świadka tych wydarzeń. Świadectwo tych wydarzeń znalazłem w tekach ppłka Stefana Musiałka-Łowickiego. Jest 

to obszerny artykuł pt.: „Katastrofa brytyjskiego Liberatora” (3 strony maszynopisu), napisany po wojnie przez plutonowego Jana Orszulaka ps. „Wydra”, adiutanta placówki 

„Stanisława”, uczestnika tych wydarzeń. Były żołnierz placówki szczegółowo opisał moment zestrzelenia samolotu:

        "Z pięciu ludzi, którzy opuścili płonący samolot ze spadochronami, tylko trzej wylądowali cało na polskiej ziemi, dwu z nich, którym 

        spadochrony, ze względu na małą wysokość nie otworzyły się, zginęli śmiercią lotnika. Dwóch ostatnich z załogi lotników, którzy nie zdążyli 

        opuścić samolotu – a może byli ciężko ranni lub zabici – zginęło straszną śmiercią w ogniu własnej maszyny, która uderzając o ziemię, jakby 

        w końcowej agonii, wyrzuciła wysoko gejzer ognia, niczym ostatni salut dla poległych lotników". [J. Orszulak, "Katastrofa brytyjskiego Liberatora", mps, Teki ppłka 

Stefana Musiałka-Łowickiego 33/504/10].



 "Katastrofa brytyjskiego Liberatora", Jan Orszulak , maszynopis. Teki ppłka "Mirosława" Stefana Musiałka - Łowickiego (sygn. 33/504/10). Archiwum Państwowe w Tarnowie.

           

         Początkowo uratowani lotnicy zostali „zamelinowani” przez Jana Orszulaka w mieszkaniu Stanisława Ryczka, kierownika szkoły w Wólce Mędrzechowskiej.  Później 

kontakt z alianckimi lotnikami autorowi artykułu urwał się, gdyż przejęli ich żołnierze z placówki „Malwina”. Z relacji Jana Orszulaka wynika, że w jego domu w Wólce 

Mędrzechowskiej zdeponowane zostały dokumenty poległych lotników, oznaki broni i stopni oraz zdjęcia. Niestety pamiątki te zaginęły.

        Kończąc artykuł chciałbym jeszcze raz przypomnieć słowa Jana Orszulaka, który opisując moment roztrzaskania się o ziemię  płonącego Liberatora porównał go do 

wysokiego gejzeru ognia, który był jakby ostatnim salutem dla poległych lotników.  Uważam, że nie był to ostatni salut dla tych dzielnych młodych ludzi. Pamięć o 

bohaterskich lotnikach oraz o osobach, które uratowanym lotnikom udzieliły pomocy na Powiślu trwa nadal.

                                                                                                                                                            

                                                                                                                                                                                                 Marek Jachym

 

Bibliografia:

Baszak Z., Placówka AK „Malwina”, Tarnów 1992.

Bieniecki K., Lotnicze wsparcie Armii Krajowej, Warszawa 2005.

Bogusz-Bajorek J., Bogusz z Ziemblic Wanda, Ziemianie polscy w XX w. Słownik biograficzny, Warszawa 1999,  s. 15.

Jachym M., Dramat pilotów  Liberatora KH-152 „F”, Dostępny w Internecie https://sites.google.com/site/klubak32/publikacje-o-AK.

Kupiec A., Zapomniana historia radgoskiego Liberatora, Dostępny w Internecie www.kurier dąbrowski.pl/zapomniana-historia-radgoskiego-liberatora

List S. Krajewskiego do Powiatowego Oddziału PCK w Dąbrowie Tarnowskiej z 20 maja 1947 r. , rękopis,  Archiwum Szkoły Podstawowej w Zabrniu

 Lithgow M. D., Jak zginął pilot Lithgow?, „Przekrój” 1959, nr 762.

Orszulak J.,  Jak zginął pilot Lithgow?, „Przekrój” 1969, ,nr 1280.

J. Orszulak, Katastrofa brytyjskiego Liberatora,  , maszynopis , Archiwum Narodowe Tarnów -Teki ppłk. Stefana  Musiałka-Łowickiego  -33/504/ 10.

Meldunek sytuacyjny z dnia  20X 1944 o godz. 16.00, rękopis, Archiwum Narodowe Tarnów - Teki ppłk. Stefana  Musiałka-Łowickiego -33/504/10.

Meldunek sytuacyjny z dnia 1i 2 XI 44 o godz. 6.00, maszynopis , Archiwum Narodowe Tarnów - Teki ppłk. Stefana  Musiałka-Łowickiego -33/504/9.

Pismo do Starostwa Powiatowego w Dąbrowie z dn. 30.10. 1945, maszynopis, Archiwum Narodowe Tarnów – Akta Gminy Szczucin 26.

Rzeszuto J., Jak było naprawdę z „Liberatorem”, „TeMI” 1990, nr 47.

Rozkaz nr43, maszynopis, Archiwum Narodowe Tarnów -Teki ppłk. Stefana  Musiałka-Łowickiego  -33/504/ 10.

Sitarz Z., Nieznana historia zestrzelonego Liberatora, Dostępny w Internecie www.temi.pltemi/regiom/27-region/5468-nieznana-historia-zestrzelonego-Liberatora.

Zestrzelony Liberator, [dostęp 16 stycznia 2015]. Dostępny w Internecie www.dws.org.pl


Ignacy Łazarz ps. „Lot” – niezłomny żołnierz placówki AK „Malwina”








Ignacy Łazarz. Cmentarz w Bolesławiu.

        O świcie trzeciego lipca 1944 r., w Świebodzinie miało miejsce wydarzenie, które utkwiło w pamięci mieszkańców tej wsi. Otóż Niemcy obstawili dom, w którym spał Ignacy Łazarz. Po dramatycznej walce, mieszkaniec Świebodzina został zastrzelony, po czym okupanci pastwili się nad jego ciałem,  jego grób został przez Niemców zniszczony, a następnie  zaminowany. Kim był Ignacy Łazarz, że Niemcy nawet po śmierci bali się jego legendy? Dlaczego okupant chciał wymazać tę postać ze świadomości mieszkańców Powiśla?

         Mieszkańcy  Świebodzina pamiętają  o tej niezwykłej postaci. Po wyzwoleniu, w rocznicę śmierci,  zwłoki bohatera zostały przeniesione na cmentarz parafialny w Bolesławiu.  W 1975 roku w miejscu jego śmierci został postawiony pomnik, który upamiętnia  tamto smutne wydarzenie. W dniu 3 lipca 1994 r. uroczyście obchodzono 50-tą rocznicę jego bohaterskiej śmierci. Od 2004 r. Gimnazjum w Podlipiu nosi nazwę Ignacego Łazarza ps. „Lot”.  Na stronie internetowej Gimnazjum  znajduje się  wymowny zapis: ,,zginął młodo, ale jako żołnierz, ale za ojczyznę". W 10 - tą rocznicę nadania imienia Gimnazjum, odbyła się uroczystość upamiętniająca to wydarzenie, na której gościli żołnierze 16 batalionu powietrznodesantowego z Krakowa.


Tablica pamiątkowa. Gimnazjum w Podlipiu im. Ignacego Łazarza ps. "Lot".

        W ubiegłym roku szkolnym  stowarzyszenie „Wiedzieć Więcej” zorganizowało konkurs dla uczniów szkół gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych o

bohaterach Powiśla Dąbrowskiego. Uczniowie mieli zapoznać się z życiorysami 10 wybranych osób działających  na terenie Powiśla. Wśród tych osób była

też sylwetka Ignacego Łazarza.


Młodość

         Ignacy Łazarz urodził się 26 stycznia 1914 r., jako siódme dziecko w rodzinie Honoraty i Wawrzyńca Łazarzów. Jego rodzinną wioską był Świebodzin, wieś w gminie Bolesław, w powiecie dąbrowskim. Wyrósł na ruchliwego, inteligentnego i  pogodnego chłopca. Ukończył szkołę powszechną w swojej rodzinnej wsi, gdzie ogromny wpływ na jego dalsze losy mieli: kierowniczka szkoły - Matylda Kalicka oraz Piotr Kozioł – działacz Stronnictwa Ludowego.  To właśnie wtedy uczył się miłości do Ojczyzny.

         W latach 1935-1937 Ignacy Łazarz odbył obowiązkową służbę wojskową w I Pułku Strzelców Podhalańskich w Nowym Sączu. Po ukończeniu Szkoły Podoficerskiej w Samborze (obecnie Ukraina) w marcu 1938 r. otrzymał nominację na starszego strzelca. Służbę wojskową, w stopniu kaprala, pełnił aż do kampanii wrześniowej jako podoficer nadterminowy.

         We wrześniu 1939 r. Ignacy Łazarz został dowódcą drużyny w 16. Pułku Piechoty Ziemi Tarnowskiej, z którym walczył  pod Pszczyną. Wyróżniał się niezwykłą odwagą. Jego specjalnością było urządzanie zasadzek na hitlerowskich motocyklistów. Jego drużyna, skapitulowała 21 września 1939 r., do końca zachowując pełną sprawność bojową.

         Po klęsce wrześniowej Ignacy wrócił do rodzinnego domu i wraz z młodzieżą ,,wiciową" zbierał broń porzuconą przez polskie oddziały  we wrześniu 1939 r.


Konspiracja

         Już w 1940 r. Ignacy Łazarz związał się ze Związkiem Walki Zbrojnej (od 1942 r. Armia Krajowa), w którym otrzymał pseudonim konspiracyjny – „Lot”.  Wspólnie ze starszym sierżantem Stanisławem Chwałkiem ps. ,,Babicz" ze Świebodzina, przystąpili do organizowania drużyny, która funkcjonowała w ramach placówki ,,Malwina". Ta ostatnia wchodziła w skład obwodu Dąbrowa Tarnowska ps. „Drewniaki”.  Placówka „Malwina” pod dowództwem  Bolesława Babuli  ps. „Malik” działała na terenie gmin: Bolesław i Mędrzechów. Przy placówce „Malwina” istniały plutony: 314, później 314 a, 315, 316, 316b.  Drużyna ze Świebodzina wchodziła w skład  plutonu 314, który składał się z mieszkańców wsi: Świebodzin, Podlipie, Kuzie, Zalipie, Niwka i Pilcza Żelichowska. Ich dowódcą został Stanisław Chwałek, a jego zastępcą Ignacy Łazarz.

         W 1942 r. na rozkaz komendanta obwodu, została wydzielona specjalna sekcja - sabotażowo-dywersyjna, której dowódcą został Łazarz. Sekcja była troskliwie szkolona i przygotowywana do dywersji przez ,,Lota". Brała ona udział w wielu niebezpiecznych akcjach na terenie Powiśla.

         Do nich można m.in. zaliczyć niszczenie  dokumentów w urzędach gminnych, gdzie prowadzono ścisłą ewidencję bydła i trzody chlewnej. Dane te służyły Niemcom do ściągania obowiązkowych kontyngentów i wysyłania Polaków na  przymusowe roboty. Działalność ta dezorientowała lokalną administrację niemiecką. Sekcja uczestniczyła w unieruchamianiu mleczarń dostarczających towar dla Niemców,  w których niszczono dokumenty i części urządzeń, co unieruchamiało mleczarnię na pewien czas. Likwidowała także gorzelnie oraz nielegalne bimbrownie. Akcje te  ukazywały siłę i znaczenie Polskiego Państwa Podziemnego na okupowanym terenie.

 

Głośna akcja w Szczucinie    

              Do jednej z największych akcji przeprowadzanych przez sekcję  ,,Malwina" należało wykonanie wyroku na Rozmusie, funkcjonariuszu policji granatowej, który współpracował z okupantem. Wcześniej otrzymał pisemnie ostrzeżenie, że jeśli nie zaprzestanie swoich czynów, zostanie zlikwidowany. Ponieważ ostrzeżenie nie poskutkowało, to w maju 1944 r. postanowiono go zlikwidować. Ustalono, że Rozmus pojedzie rano pociągiem do Szczucina. O tym fakcie powiadomiono ,,Lota", który wieczorem doprowadził wyznaczonych żołnierzy w bezpieczne miejsce w Pawłowie, gdzie przenocowali. Rano bocznymi drogami i wałem wiślanym pojechali rowerami do Szczucina. Po dotarciu na miejsce, ukryli rowery w zbożu i zajęli wskazane stanowiska ogniowe w celu osłony odwrotu po wykonaniu akcji. Sam ,,Konrad" z ,,Lotem" z ukrytą za pasem bronią udali się w kierunku stacji kolejowej, niedaleko której, po przeciwnej stronie ulicy, w piętrowym domu z balkonem, pełnili  służbę niemieccy żołnierze. 

                  Ponieważ żołnierze z placówki „Malwina” nie znali Rozmusa, to miał im go wskazać miejscowy działacz AK. Kiedy zamachowcy znaleźli się na wysokości niemieckiej wartowni, zauważyli ustalony znak rozpoznawczy. Wyrok w biały dzień, obok stanowisk Niemców został wykonany.  Uczestnicy akcji szybko wsiedli na rowery i wałem wiślanym – spokojnie wrócili do domów. Po tej brawurowej, odważnej akcji, ,,Lot" otrzymał awans do stopnia plutonowego.



Akcja  na Wiśle

           Szerokim echem na Powiślu odbiła się  akcja mająca na celu zdobycie węgla, który płynął galarami Wisłą. W akcji tej wzięła udział drużyna ,,Lota". Nocą  28 czerwca 1944 r. sekcja ,,Lota" wkroczyła na przycumowane do brzegu galary. Ładunek miał być odsprzedany po niskich cenach miejscowej ludności. Akcja została przeprowadzona sprawnie. Uprowadzone galary cumowały też na terenie województwa świętokrzyskiego. W tej akcji, która trwała 4-5 dni, brało udział: 30 żołnierzy z obwodu Dąbrowa Tarnowska i ponad 100 osób ubezpieczających lewy brzeg Wisły. 1 lipca około południa sekcja plut. ,,Lota", która miała największy udział w akcji ,,Węgiel", została wysadzona na brzegu we wsi Tonia. Uczestnicy akcji szli chwilę razem, a później każdy poszedł w swoim kierunku. W tym dniu drużyna Ignacego po raz ostatni widziała swojego dowódcę.

 

Ostatnia walka

              Ignacy Łazarz wiedział, że był obserwowany przez Niemców, dlatego od dłuższego czasu wraz z bratem nie spali w domu. Noc 2/3 lipca 1944 r. też spędził poza domem.  Rankiem jednak przyszedł do domu.  O tym fakcie dowiedzieli się Niemcy, którzy przybyli do jego rodzinnej wsi.  Po przyjeździe na miejsce obstawili dom i jeden z żołnierzy zawołał: ,,Ignacy otwórz". Ten, gdy zobaczył Niemców, rozpoczął samotną, nierówną walkę. Rozwścieczeni Niemcy przystąpili do oblężenia. Żołnierz placówki „Malwina” walczył zażarcie. Wykorzystując chwilowe zamieszanie, skoczył ze strychu, zabił stojącego na dole Niemca i zaczął uciekać. Niestety, ucieczka zakończyła się niepowodzeniem, a bohaterski żołnierz Armii Krajowej został śmiertelnie ugodzony. Niemcy sponiewierali jego zwłoki, a potem rozkazali, aby za domem wykopać dół i tam wrzucić ciało ,, Lota", a miejsce zrównać z ziemią.

          Z rozkazu st. sierż.  Stanisława Chwałka ps. ,, Babicz", Stanisław Chlastawa z Podlipia, wykonał trumnę, którą nocą przyniesiono na podwórze ,,Lota". Chłopcy odgrzebali zwłoki dowódcy, umyli je, ubrali i włożyli do trumny,  którą zakopali w grobie. Dziewczęta ze wsi Świebodzin ustroiły mogiłę wiązankami z biało-czerwonych kwiatów. Na biało czerwonych szarfach widniał napis: „Bohaterowi Polski  - koledzy”.

         Na drugi dzień Niemcy urządzili podobną obławę na dom Stanisława Chwałka, ale nie zastali go w domu. Przy okazji podjechali znowu pod dom ,,Lota" . Gdy ujrzeli mogiłę ustrojoną kwiatami, zniszczyli ją. Po jakimś czasie chłopcy z drużyny Ignacego,  ponownie uprzątnęli grób, ale został on również zniszczony przez Niemców. Mimo założonych min na grobie i tak codziennie,  były tam świeże kwiaty. Dopiero po wojnie spowodowano ostrożny wybuch min; niestety - trumna została uszkodzona. Wykonano więc nową, dębową trumnę i włożono do niej starą ze zwłokami bohatera. Konduktowi żałobnemu przewodniczył ówczesny proboszcz parafii, ksiądz Marcin Dybiec, a brali w nim udział: przyjaciele, koledzy mieszkańcy wsi i orkiestra parafialna. 3 lipca 1948 r. został pochowany na cmentarzu parafialnym w zbiorowej mogile z sześcioma nieznanymi żołnierzami polskimi, którzy polegli w walce z Niemcami na terenie Bolesławia w 1939 r.

Grób Ignacego Łazarza ps. "Lot", cmentarz w Bolesławiu.

Pamiętajmy!

         Dzisiaj rzadko pamiętamy o tych, którzy walczyli i umierali za Ojczyznę. A już na pewno zapominamy o bohaterach z niedużych miasteczek, czy wiosek. To właśnie ich życiorysów nie znajdziemy w podręcznikach do historii. Warto o nich pamiętać. Dlatego postanowiłam  przypomnieć dzieje „Lota”, niezłomnego żołnierza Polski Podziemnej. Korzystałam z lektur: Epitafium dla żołnierza. Czyli wspomnienie o Ignacym Łazarzu  (opracowali Ryszard Buczak i Marta Kanak),  Placówka AK „Malwina” (Zdzisław Baszak) oraz Ostania  walka „Lota”  (Jerzy Rzeszuto). Polecam te opracowania do przeczytania moim kolegom i koleżankom.

                                                                                                                                                                    Natalia Zaglaniczna




Dramat pilotów Liberatora KH-152 „F”

 

Jesienią 1944 r. na Ziemi Szczucińskiej zbliżające się od wschodu wojska radzieckie w ramach frontu wschodniego,  ustabilizowały swoje pozycje na linii Wisły i Wisłoki aż do stycznia 1945 r. Gmina Szczucin znalazła się w bezpośredniej strefie działania wojsk frontowych - po stronie niemieckiej. Niemcy od dłuższego czasu  wykorzystywali miejscową ludność do budowy licznych umocnień fortyfikacyjnych, co powodowało utrudnione poruszanie się. Wielu mieszkańców nadwiślańskich miejscowości zostało wysiedlonych. Rosjanie mocno ostrzeliwali nasze tereny zza rzeki Wisły. Zapewne znakiem zbliżających się nowych czasów było zniszczenie przez Niemców mostu w Szczucinie.

Ogólna sytuacja zaczynała być dla Niemców coraz bardziej problematyczna: alianci  wylądowali w Normandii – powstał front zachodni, a na froncie  wschodnim  Niemcy systematycznie cofają się. 20 lipca 1944 r. miał miejsce nieudany zamach przeprowadzony przez oficerów Wehrmachtu (pod przywództwem pułkownika Clausa von Stauffenberga)  na życie Adolfa Hitlera.  Dowództwo Armii Krajowej (AK) wobec niesprzyjającej sytuacji militarnej i międzynarodowej plan powstania powszechnego zastępuje  planem operacji „Burza”. Sytuację komplikuje również powołanie na obszarze wyzwalanym spod okupacji niemieckiej w lipcu zależnego od ZSRR, niesamodzielnego rządu Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego. Sytuacja jest coraz bardziej dynamiczna; na Powiślu odgłosy frontu wschodniego są coraz wyraźniejsze, zapowiadają  nadejście upragnionej wolności. Zanim to nastąpiło w lesie w okolicach Szczucina w październiku 1944 r. miała miejsce niezwykła  historia.

 

 Zaskakująca  historia

Otóż 16 X 1944 r ok. godziny 20.30. został zestrzelony nad miejscowością Czarkówka (w Gminie Radgoszcz) Liberator  KH – 152 „F” z 34. Dywizjonu SAAF (South African Air Force – Południowoafrykańskie Siły Powietrzne), który miał dokonać  zrzutu na placówkę AK „Buk” 201  koło Radomska.  Samolot został  zestrzelony przez niemieckiego lotnika z pułku nocnych myśliwców. Załoga składała się z ośmiu lotników: 5 Południowoafrykańczyków (SAAF) i 3 Brytyjczyków (RAF – Royal Air Force – Królewskie Siły Powietrzne) . We wraku samolotu śmierć ponieśli: por. J. A. Lithgow (pilot), por. K. B. Mac Wiliam (pilot), sierż. T. Myers (RAF- bombardier), sierż. F.G. Ellis (RAF – strzelec), sierż. W. F. Cowan (RAF  – strzelec).

Trzem lotnikom udało się wylądować na Ziemi Szczucińskiej. Byli to: por. E. Colbert (SAAF) - nawigator i ppor. G. C. Dicks (SAAF) - radiotelegrafista oraz por. S. I. Fourie (SAAF) – strzelec.  Nawigatorem i radiotelegrafistą zaopiekowała się Armia Krajowa z placówki „Stanisława”. Mniej szczęścia miał  tylny strzelec por.  Fourie, który wylądował na spadochronie nieopodal folwarku  Bukowiec. Ranny lotnik niefortunnie  trafił na kwaterę dowódcy niemieckiego pułku, który tam stacjonował. Stamtąd przejęła go żandarmeria niemiecka. Został uwięziony w obozie koncentracyjnym.

Dalsza historia uratowanych oficerów na Powiślu Dąbrowskim ma niecodzienny przebieg. Pierwszy jej akt rozegrał się w lesie, znajdującym się  w niewielkiej odległości od zestrzelonego wraku samolotu. 

Opisując  pomoc lotniczą dla Armii Krajowej Kajetan Bieniecki, który działał w SZP-ZWZ-AK, żołnierz batalionu „Barbara” 16 pułku Piechoty Armii Krajowej, napisał książkę „Lotnicze wsparcie Armii Krajowej”, w której w oparciu o raporty brytyjskich lotników pisze:

Pilot wydał rozkaz do skoku. Lt. Colbert wylądował koło wsi Czarkówka i skrył się w lesie. Rano poszedł do najbliższej zagrody i poprosił o pomoc w doprowadzeniu go do linii frontu. Nakarmiono go i doradzono, aby poczekał do nocy, bo w okolicy jest pełno Niemców. Wieczorem przyszli uzbrojeni polscy partyzanci …(…). Następnej nocy partyzanci odprowadzili Colberta do domu odległego o 5 km, gdzie przebywał drugi Południowoafrykanin, radiotelegrafista 2/Lt. G. C. Dicks (nr 313340-V)”.

Z kolei bezpośredni uczestnik tych wydarzeń Jan Orszulak, adiutant placówki „Stanisława”, na łamach krakowskiego „Przekroju” z 1969 r.  pisze, że zestrzeleni lotnicy mieli dużo szczęścia, gdyż natknęli się na miejscowych żołnierzy AK z placówki „Stanisława”. „Jednego spotkał w lesie osobiście komendant Obwodu AK kapitan „Duch” (Franciszek Wiatr), drugi natknął się na łącznika kapitana „Ducha” „Sarnę”, wracającego z punktu kontaktowego.  O sprawie tej pisze też Stanisław Krajewski, kierownik Szkoły Podstawowej w Zabrniu: „Na drugi dzień rano dowiedziano się, że w lesie w Bukowcu ukrywa się 2 lotników brytyjskich, pochodzących z owego samolotu. Sprowadzony tłumacz  Szymon Dziekan z Brzezówki, w rozmowie z lotnikami dowiedział się, że załoga płonącego samolotu składała się z 8 ludzi i że jeden z nich jest Afrykańczykiem. Był on wzrostu wysokiego, twarz okrągła, włosy czarne, kędzierzawe,  lat około 23. Losem ich zajął  się kapitan wojsk polskich Wiatr ze Świdrówki gm. Szczucin”.

Ostatecznie uratowanych lotników przejęli żołnierze AK z placówki „Stanisława”. Ponieważ teren był mocno penetrowany przez Niemców, zapadła decyzja, że przejętych lotników należy umieścić w bezpiecznym miejscu.  Wtedy to miała miejsce zaskakująca historia. „Otrzymałem od kapitana „Ducha” – pisze Jan Orszulak  - rozkaz przygotowania w pobliżu mej kwatery odpowiedniej meliny. Obydwu lotników miał doprowadzić i przekazać mi w oznaczonym czasie na punkcie kontaktowym (na granicy lasu Skrzynka i Wólka Mędrzechowska) zastępca komendanta placówki, nieżyjący już „Zygzak” (Franciszek Dzięgiel). Oczekiwałem lotników w wiadomym miejscu. Czekanie przeciągało się. Już miałem zwijać posterunek, kiedy spostrzegłem „Zygzaka”. Był blady i bardzo roztrzęsiony.

Wypaliliśmy milcząco papierosa i gdy się uspokoił opowiedział mi, co się stało. Po przejęciu lotników prowadził ich duktami leśnymi na wyznaczone miejsce. Za jednym z zakrętów nadziewają się nagle na niemiecki patrol, stojący zaledwie o kilkadziesiąt metrów. Na wycofanie się i ratowanie ucieczką jest za późno. Zresztą jeden z lotników był kontuzjowany i poruszał się z trudem przy pomocy laski. Uzbrojeni nie byli. Prowadzi więc dalej „Zygzak” lotników prosto w paszczę lwa. O jednym tylko myślał wówczas: jeśli go będą rozwalać, to prosi by  to uczynili na oczach lotników. Tymczasem idą dalej, dochodzą do patrolu, a ponieważ ten nie wykazuje – o dziwo – żadnego nimi zainteresowania, mijają go. Oczekują strzałów w plecy. Po przejściu około 20 kroków oglądają się i stwierdzają, ze patrol znikł. (…) Dlaczego nie zareagowali? Pozostanie to już chyba na zawsze  tajemnicą”.

Zanim omówię dalsze losy uratowanych lotników, chciałbym zatrzymać się nad przyczyną tego wydarzenia, które doprowadziło do spotkania w lesie, w okolicach Szczucina,  dwóch lotników z  państwa leżącego na południowym krańcu Afryki oraz  przedstawicieli AK z placówki „Stanisława”.

 

Geneza zrzutów nad Polską

 

            Pomysł stworzenia specjalnej eskadry lotniczej, która utrzymywałaby stałą komunikację lotniczą z okupowaną Polską  a władzami rządu

emigracyjnego, narodził się już w listopadzie 1939 r. Sprawa utworzenia specjalnej eskadry łącznikowej przez długi czas była analizowana przez

sztabowców. Po wielu dyskusjach w  lipcu 1940 r. utworzono w rządzie brytyjskim  organizację Specjal Operations Executive (SOE czyli Kierownictwo

Operacji Specjalnych). Była to tajna agencja, której zadaniem było m.in. prowadzenie dywersji, wspomaganie oporu w okupowanych krajach Europy w

czasie II wojny światowej.

            Komenda Główna Armii Krajowej w swoim zakresie opracowała plany wsparcia lotniczego  w okupowanym kraju, a w  końcu czerwca 1940 r. w ramach polskiego Sztabu Naczelnego powstał Oddział VI Sztabu Naczelnego Wodza, który zajmował się przerzutem lotniczym do kraju. Zanim przystąpiono do zrzutów musiały w okupowanym kraju powstać placówki odbiorcze. W czteroletnim okresie zrzutów w Polsce zorganizowano w sumie 700 takich placówek. Poszczególne okręgi otrzymały kryptonimy - Okręg Kraków zwano „Kanarek” i  „Wilga”. Zorganizowane zostały tez punkty kontaktowe dla „zrzutków” oraz melin dla „ptaszków” (konspiracyjna nazwa zestrzelonych lotników) oraz stworzono oddziały osłonowe strzegące miejsca zrzutu lub lądowisk.

            Z czasem, aby zmniejszyć liczbę czuwających placówek ustalono, że  po polskiej audycji BBC (British Broadcasting Corporation - Brytyjska Korporacja Nadawcza) nadawano melodie i szereg trzycyfrowych liczb. Melodia oznaczała, że samoloty wystartowały, a liczby oznaczały placówki do których miał trafić zrzut. Lotnicy mieli na odprawach podane numery placówek i ich położenie geograficzne oraz świetlne kody sygnalizacyjne. Kody określały: hasło samolotu, odzew i kierunek przyziemnego wiatru. Znaki te były sygnalizowane lampami koloru białego i czerwonego. Z oczywistych względów hasła te były zmieniane.


Ilustrację samolotu typu Liberator wykonała Martyna Gadziała.

Trasa lotnicza

           Warto przez chwile zatrzymać się nad trasą owych wypraw lotniczych. Do 1943 r. latano tzw. trasą północna przez Szwecję lub  Danię  z lotniska w

Tempsford (około 75 km od centrum Londynu). Lot przez Szwecję trwał średnio 16 godzin i 45 minut. Średnie zużycie paliwa to 765 litrów benzyny na

godzinę. Po wprowadzeniu do lotów samolotu typu Liberator, pod koniec 1943 r. zrezygnowano z trasy północnej na rzecz  trasy południowej z basenu

Morza Śródziemnego. Samoloty powstałej eskadry znalazły się w Tunisie na lotnisku Sidi Amor. Wkrótce okazało się jednak, że pomysł  ten nie był

szczęśliwy. Trasa południowa była co prawda krótsza, ale leciano przez dwa pasma gór: Dynarskich i Karpat. Ponadto panowała tam zmienna pogoda, liczne burze, wyładowania atmosferyczne i dochodziło do oblodzenia samolotów.

 

Południowoafrykańskie Siły Powietrzne  (SAAF)

            Zapewne czytelnika zainteresuje  kolejny fakt: skąd w czasie II wojny światowej lotnicy sił powietrznych  Unii Południowoafrykańskiej znaleźli się na Powiślu Dąbrowskim? O lotnikach SAAF, którzy nieśli pomoc okupowanej Polsce pisał Andrzej Olejko w pracy „Tropami zestrzelonych”. Pomoc udzielana Powstaniu Warszawskiemu  przez lotników  brytyjskich i polskich przynosiła poważne straty. Zapadła decyzja, by do pomocy walczącej Warszawie włączyć 2. Skrzydło Bombowe 205. Grupy Bombowej RAF w składzie: 31. i 34. Dywizjony Bombowe Sił Powietrznych Południowej Afryki (SAAF).          

Związek Południowej Afryki w okresie II wojny światowej był dominium brytyjskim, który razem z Wielką Brytanią uczestniczył w wojnie od 1939 r. po stronie alianckiej. Personel Suid-Afrikaanse Lugmag, bo tak brzmi nazwa SAAF w języku afrikaans już w 1941 roku liczył 31 204 żołnierzy, z czego prawie 1000 stanowili lotnicy.

            Dla lotników SAAF wyprawy nad Warszawę były „zwykłym samobójstwem”. „Afrykanie”, którzy byli doskonale przyzwyczajeni do lotów nad Afryką Północną mieli duże trudności z realizacją  nowego zadania. Załogi nie były przygotowane do działań w europejskich warunkach - szybko się wykruszały. Lot trwał nocą przez kilkanaście godzin, na lotników czyhały nocne myśliwce oraz liczna artyleria przeciwlotnicza. Lotnicy SAAF po upadku Powstania Warszawskiego, latali nad Polskę jako ochotnicy. Małopolska jest zaznaczona licznymi tragediami lotników z RPA.

           

Zrzuty na placówkę „ Stanisława”

            Na obszarze Obwodu AK Dąbrowa Tarnowska (kryptonim „Drewniaki” i „Drukarnia”), który wchodził w skład Inspektoratu Tarnów (kryptonim

„Traktor”, „Tama”), na terenie Gminy Szczucin funkcjonowała placówka „Stanisława”, którą  dowodził kpt. Franciszek Wiatr ps. „Duch”.

            Lokalne źródła historyczne podają, że na placówkę „Stanisława” był wykonany zrzut w grudniu 1943 r. Potwierdza to Kajetan Bieniecki, który w  pracy: Lotnicze wsparcie Armii Krajowej  napisał, że w środę 15 grudnia 1943 r. z lotniska Sidi Amor (niedaleko Tunisu w Tunezji) wyleciały trzy samoloty z ładunkiem do okupowanej Polski. Halifax JD-362 „L”  (Eskadra 1586 PAF – Polish Air Force – Polskie Siły Powietrzne) poleciał w operacji Ohio 2 z 6 zasobnikami i 6 paczkami na placówkę „Tukan-1” 12,  która był położona 31 km na północ od stacji  kolejowej Tarnów, koło miejscowości Szczucin nad Wisłą.  Ponieważ zła pogoda uniemożliwiła wykonanie tego zadania, samolot po 10 godzinach lotu wylądował na lotnisku  Campo Casale koło Brindisi we Włoszech. Samolot dotankował paliwo i powrócił do Sidi Amor, gdzie wylądował po 3.15 godzinach lotu.

Kolejny raz z ładunkiem do placówki „Stanisława” samolot poleciał w sobotę 18 grudnia 1943 r. W polskiej  audycji BBC o odpowiednim czasie  nadano melodie „Tango łyczakowskie”, „Wszystko co nasze” i „Czy w radzie czy swadzie:”. Dla  dyżurnych placówek  znaczyło to, że samoloty wystartowały. W Okręgu Kraków od 17 do 20 grudnia czuwało ich wtedy cztery, w tym placówka „Stanisława”, której lotniczy kryptonim brzmiał „Tukan-1”. Halifaks JD-319 „A”  dokonał udanego zrzutu w okolicach Lubasza i Skrzynki. Cały lot trwał prawie 12 godzin.  Ładunek został przewieziony wozami do Inspektoratu „Tama” w Tarnowie.

Pomoc  lotnicza w 1944 r. przybrała na sile. Związane to było z pomocą dla Powstania Warszawskiego. W sierpniu 1944 roku zestrzelonych zostało  w promieniu 85 km od Tarnowa 13 samolotów, a w drugiej połowie października 2 maszyny południowoafrykańskie. Straty te były spowodowane faktem ,że w tym rejonie zniżano lot, aby sprawdzić swoje położenie. Z tych 15 zestrzelonych samolotów poległo 83 lotników, uszło z życiem 26, a 16 uratowała Armia Krajowa. Dwóch lotników uratowali żołnierze z placówki „ Stanisława”. Jakie były dalsze losy uratowanych lotników?

 

Dalsze losy

            Kajetan Bieniecki, w przytaczanej książce o tej sprawie napisał, że partyzanci odprowadzili  por. Colberta do domu, w którym przebywał już drugi

uratowany Południowoafrykanin ppor. Dicks. Obu doprowadzono do wsi Bolesław, gdzie ukrywano Colberta wraz z amerykańskim sierżantem aż do

wkroczenia wojsk sowieckich 16 stycznia 1945 r. „Natomiast Dicksa z oficerem amerykańskim  - pisze Kajetan Bieniecki - ukrywano w pobliskiej wsi

Kanna. Colbert przybył do obozu w Odessie 17 marca  (1945 r.- dop. M.J.) , skąd odpłynął do W. Brytanii”.

            Z kolei o perypetiach jakie  przeszli uratowani lotnicy w czasie  pobytu na   placówce „Malwina” (Gminy Bolesław i Mędrzechów) przedstawił naoczny uczestnik tych wydarzeń, Zdzisław Baszak w książce „Placówka AK „Malwina”:

Tak więc pod koniec roku 1944 na terenie placówki „Malwina” znaleźli schronienie dwaj piloci angielscy: Evan Colbert i G. C. Dicks, którzy zostali przekazani przez partyzantów z placówki „Stanisława”, oraz dwaj piloci amerykańscy: Carl Brown i George Gaines. Piloci angielscy zostali przeniesieni na teren „Malwiny”, gdyż Niemcy mając w niewoli pilota z ich załogi, łatwo mogli wpaść na trop pozostałych. Do Mędrzechowa doprowadził pilotów st. sierż. Franciszek Dzięgiel ps. „Zygzak”. Ze względu na bezpieczeństwo, lotnicy często zmieniali miejsce pobytu. Lotnik Evan Colbert przebywał w dworku pp. Sroczyńskich, a także u wójta gminy Bolesław, Pawła Kochanka, u którego pozostawił pisemne podziękowanie w języku angielskim. Lotnik G. C. Dicks był początkowo w dworku państwa Sroczyńskich, następnie przeniesiono go do  rodziny Hudyków, gdzie nad jego bezpieczeństwem czuwała Maria Pocilas, potem przerzucono go do plut. Tadeusza Babiarza ps. „Sodalis” (Kupienin – dop. M.J.). Tu Dicks doczekał końca wojny”.

            Por. Dicks w czasie  pobytu na Powiślu, mimo starannej opieki ze strony placówki AK „Malwina”, był uczestnikiem kilku niefortunnych  wydarzeń. Choroba spowodowała, że chodził na badania do doktora Józefa Kołodzieja, które odbywały się w leśniczówce należącej do Zofii Kuczkowskiej. Tym samym musiał przebyć drogę z Mędrzechowa do Kupienina.  „Towarzyszył mu  - wspomina Zdzisław Baszak  - sierż. Jan Misiaszek ps. „Wit”, dowódca plutonu nr 313. Nagle pojawił się patrol żandarmerii niemieckiej. Dicks i „Wit” przyspieszyli nieco i gdy znaleźli się w pobliżu zabudowań, ruszyli biegiem. Zauważyli, że żandarmi rozwinięci w tyralierę również biegli szybko. „Wit” ukrył się wśród zabudowań, zaś jego towarzysz zdążył dobiec do zabudowań „Solidasa”. Nie alarmując nikogo, Anglik wbiegł po drabinie na strych domu. Ukrył się za beczką z pierzem. (…) Biedny Dicks po odejściu Niemców opowiadał, że gdyby Szwab posunął się jeszcze poł kroku, byłby na niego nadepnął. Gdy mówił, że żandarm próbował odsunąć beczkę, „Sodalis” poprowadził go do lustra. Gdy pilot zobaczył swoje odbicie natychmiast roześmiał się. Całe jego ubranie oblepione było pierzem i pajęczyną, a fryzura wyglądała fantastycznie. Od tej pory przylgnął do niego przydomek „lotnik z beczki”. St. sierż. „Wit” zaalarmował kilku chłopców i czekał w zasadzce na wynik rewizji u „Sodalisa”, zamierzając odbić Dicksa w wypadku, gdyby wpadł on w łapy Niemców. Szczęście sprzyjało i pilotowi i wielodzietnej rodzinie „Solidasa”.Niemcy odeszli podpici i zadowoleni”.

            Lotnicy angielscy brali też udział w innych  uroczystościach.  Gdy w  dworku państwa Sroczyńskich w Bolesławiu nagle pojawił się sztab dywizji niemieckiej,. Evan Colbert, który władał językiem niemieckim, namówił domowników, aby zorganizować kolację z udziałem oficerów niemieckich. W czasie kolacji podchmieleni Niemcy przekazali wiele interesujących wojskowych wiadomości, które zostały przekazane radzieckiemu oddziałowi wywiadowczemu. Lotnicy angielscy brali też udział w wieczorze sylwestrowym 31 grudnia 1944 r.

             Por. G. C. Dicks, po wyzwoleniu, a przed wyjazdem z Powiśla pozostawił pamiętnik, który zakończył: „Do dnia mej śmierci nie zapomnę swoich przyjaciół, którzy mi dali więcej pomocy i pociechy, niż byli w stanie. Piszę to, ponieważ wiem, ile ich samych to kosztowało. Dali mi wszystko, co mieli najlepsze. Powiem, że ci ludzie, mają mężne serca i są dzielni. Niech żyją długo i niech mają nadzieję, że mieć będą spokojne i szczęśliwe życie na wolności. „Dziękuję” jest małym słowem ode mnie, ale mogę was zapewnić, że mówię to całym sercem i duszą, W czasie pisania tego. Mogę Wam tylko ten sposób wyrazić moje uznanie: Dziękuję milion razy” (Z. Baszak, Placówka AK „Malwina”. 1992).


Cmentarz Rakowicki w Krakowie. Kwatera żołnierzy brytyjskich.



Nagrobki lotników  zestrzelonych 16 października 1944 r. Cmentarz Rakowicki w Krakowie.


Cmentarz Rakowicki

             Tragedia, która rozegrała się na niebie  w październiku 1944 r. odbiła się szerokim echem nie tylko w miejscowości, w której spadł strącony Liberator.

Zapewne pamięć o tej tragedii  spowodowała, że  20 maja 1947 r., Stanisław Krajewski, naoczny świadek dramatu, kierownik Szkoły Podstawowej w

Zabrniu, która znajduje się blisko miejsca zestrzelania Liberatora KH 152 „F, wystosował list do Powiatowego Oddziału Polskiego Czerwonego Krzyża

(PCK), w którym  informował, że grobami 5  zestrzelonych lotników opiekuje  się młodzież miejscowej szkoły.  List ten dotarł do Zarządu Głównego PCK. 

Kierownik szkoły skrupulatnie opisał miejsca, w których zostali pochowani lotnicy zestrzelonego samolotu. Z relacji wynika, że pochówku dokonała

miejscowa ludność, na polach miejscowych rolników.  Zwłoki piątego lotnika- napisał Stanisław Krajewski – znaleziono na gruncie Ob. Szarka

Władysława w Brzezówce i tam je pochowano. Lotnik ten był w randze oficera – tak twierdził niemiecki żandarm polowy, który zabrał wszystkie jego

papiery. Był wzrostu dość wysokiego, twarz podłużna, lat około 21. Zwłoki jego widział też piszący niniejsze sprawozdanie. (…) Wszyscy trzej lotnicy

ponieśli śmierć przy wyskakiwaniu z płonącego samolotu.  (…) Płonący samolot poszybował dalej w stronę południową od Brzezówki i opadł w sąsiedniej

gromadzie Łęg (…)w odległości 2 km od Brzezówki, grzebiąc pod sobą 2 pozostałych lotników, których zwłoki pochowała miejscowa ludność na gruncie

Ob. Franciszka Szczupaka”.

            Poległych członków załogi Liberatora KH – 152 „F” ekshumowano i przeniesiono  na Cmentarz Rakowicki w Krakowie. Prochy załogi zostały umieszczone w kwaterze żołnierzy Wspólnoty Brytyjskiej.


Blacha duraluminiowa zestrzelonego samolotu. Muzeum Drogownictwa w Szczucinie.

    


Blacha duraluminiowa zestrzelonego samolotu oraz tablica pamiątkowa poświęcona lotnikom Liberatora KH-152 "F" . Muzeum Drogownictwa w Szczucinie.


„Strażnicy pamięci”

            Polacy i mieszkańcy Powiśla nigdy nie zapomnieli o alianckich lotnikach, którzy w czasie okupacji nieśli pomoc powstańcom warszawskim oraz Armii

Krajowej w czasie okupacji.  Od zestrzelenia Liberatora KH – 152 „F”  minęło  ponad 70 lat. Pamięć o wydarzeniu, które miało miejsce 16 października

1944 r. na Ziemi Szczucińskiej funkcjonuje w dwóch obszarach.  Po pierwsze „strażnikami  pamięci” tego wydarzenia jest pokolenie, które pamięta II wojnę

światową z autopsji, oraz osoby, które miały z nimi kontakt. Po drugie w naszym środowisku są czynione starania, aby nigdy nie zapomnieć  tych zdarzeń.

Warto przedstawić kilka faktów: Stanisław Krajewski, ówczesny kierownik szkoły już w 1947 r. informował  Powiatowy Oddział Polskiego Czerwonego

Krzyża o mogiłach zestrzelonych lotników, którymi opiekowała się młodzież skupiona w szkolnym kole młodzieży PCK. List ten nadal pieczołowicie przechowany jest w archiwum  Szkoły Podstawowej w Zabrniu, umieszczony został w publikacji Mariana Skowrona Szkoła Podstawowa w Zabrniu. Wczoraj i dziś”, która omawia historię tejże szkoły na tle dziejów Gminy Szczucin i powiatu dąbrowskiego.

            W krakowskim „Przekroju” w 1959 r. ukazał się apel, w którym Donald M. Lithgow szukał wojennych śladów swojego brata. W 25. rocznicę tych wydarzeń na łamach tegoż czasopisma w dziale „Do i od redakcji” w artykule „Jak zginął pilot Lithgow? na prośbę obywatela RPA udzielił obszernej  odpowiedzi Jan Orszulak, były adiutant placówki AK „Stanisława”. Naoczni świadkowie tych wydarzeń w październiku 1944 r. listownie odpowiedzieli na apel brata zabitego pilota. O dalszych losach uratowanych lotników pisali Zdzisław Baszak (Placówka AK „Malwina), Kajetan Bieniecki (Lotnicze wsparcie Armii Krajowej), Andrzej Olejnik (Tropami zestrzelonych). Informacji o tym wydarzeniu można też poszukać w Internecie (www.dws.org.pl)

            Aktywni byli też badacze historii lokalnej: Witold Dobrowolski wykonał opracowanie dotyczące tego wydarzenia, które  przekazał do szkoły w Zabrniu i Muzeum Drogownictwa w Szczucinie, Michał Mach oraz Ryszard Pietracha odpowiedzieli na prośbę nauczyciela akademickiego Uniwersytetu Rzeszowskiego, Andrzeja Olejnika, który zbierał dane o zestrzelonych samolotach „nad Galicją pod Szczucinem i Żabnem”.  Napisał on list do szkoły w Szczucinie z prośbą o informację. Odpowiedzi udzielili w/w mieszkańcy, a ich wiedza na temat wydarzenia została zamieszczona w książce „Tropami zestrzelonych” (2001).

            Naczelnik Muzeum Drogownictwa w Szczucinie, Marceli Bochenek, utworzył kącik pamięci poświęcony temu wydarzeniu. Moją uwagę zwróciła blacha duraluminiowa z konstrukcji tego samolotu oraz tablica pamiątkowa, która upamiętnia owe zdarzenie.  W Powiatowym Centrum Edukacji i Kompetencji Zawodowych w Szczucinie odbyła się dnia 25 listopada 2014 r. wieczornica upamiętniająca 70. rocznicę dramatu  załogi Liberatora KH-152 „F”. W wieczornicy uczestniczyli dyrektorzy gimnazjów z terenu Gminy Szczucin, nauczyciele historii, bibliotekarze oraz członkowie koła bibliotecznego. Autor niniejszego artykułu wygłosił wtedy okolicznościowy referat, w którym  zwrócił się do zebranych z apelem, aby liczba „strażników pamięci” o tym wydarzeniu ciągle rosła.  Apel ten jest nadal  aktualny.

 

                                                                                              Marek Jachym

 

 

Bibliografia:

Baszak Z., Placówka AK „Malwina”, Tarnów 1992.

Bieniecki K., Lotnicze wsparcie Armii Krajowej, Warszawa 2005.

Januś D., Ostatnia misja Kapitana Blynna, Dąbrowa Tarnowska 2013.

Kurc A., Pomoc lotnicza dla Armii Krajowej, „Przegląd Pruszkowski, 2009 (www. mazowsze.hist.pl)

Lithgow M.D., Jak zginął pilot Lithgow? „Przekrój” 1959, nr 762.

Skowron M., Szkoła Podstawowa w Zabrniu. Wczoraj i dziś, Zabrnie 2008.

Olejnik A. Tropami zestrzelonych, Dębica 2001.

Orpen N., Lotnicy 44. Na pomoc Warszawie, Warszawa 2006.

Orszulak J., Jak zginął pilot Lithgow?, „Przekrój” 1969, nr 1280.

Wittels K., Lotnicy południowo-afrykańscy na pomoc walczącej Warszawie (W:) Afryka w Warszawie. Dzieje afrykańskiej diaspory nad Wisłą, praca zbiorowa pod redakcją P. Średzińskiego i M. Dioufa, Warszawa 2010. Dostępny w Internecie http://afrykaorg./afryka pdf

Zestrzelony Liberator,  [dostęp 16 stycznia 2015]. Dostępny w Internecie www.dws.org.pl

 

Korzystałem m.in. z materiałów oraz indywidualnych relacji: Witolda Dobrowolskiego,  Michała Macha, Marii Pietrachy, Ryszarda Pietrachy, Józefa Sokoła, archiwum Szkoły Podstawowej w Zabrniu.




 

Stanisław Klimczak – bohater wojny i pokoju


      Stanisław Klimczak na Ziemi Szczucińskiej jest postacią znaną - to działacz ruchu ludowego, mieszkaniec Słupca. Pamiętają o nim działacze ruchu

ludowego, a młodzież uczy się w szkole jego imienia. Pojawiły  się o nim publikacje, które przypominają tę postać. Postać Klimczaka przybliżył nam Jan

Hebda w pracy „Stanisław Klimczak ze Słupca (1899-1968). Zarys życia i działalności”, która ukazała się drukiem w 1995 r. Postać Stanisława Klimczaka

często wspominana jest  przy omawianiu historii ruchu ludowego  w województwie małopolskim, czy przy omawianiu okupacji niemieckiej, gdy Stanisław

Klimczak sprawował urząd Powiatowego Delegata Rządu RP na powiat.

            Słupiec - charakterystyka

    Stanisław Klimczak zdecydowaną część swojego życia przeżył w Słupcu. Słupiec leży między Szczucinem a Mielcem, w pobliżu ujścia Brnia do Wisły, na
terenach zalewowych.    Warunki utworzone przez przyrodę miały istotny wpływ na życie mieszkańców tej wsi. Powodowały one powodzie, ale woda też
nanosiła żyzne muły, co sprzyjało rozwojowi rolnictwa.

Słupiec w czasie powstania styczniowego był świadkiem przemarszu oddziałów mjr. Jana Popiela, który przeprawiał się na druga stronę Wisły przechodząc do Królestwa Polskiego.

W Słupcu znajduje się kościół parafialny p.w. św. Trójcy, zbudowany według projektu inż. Jana Gotwalda. i inż. Kazimierza Terleckiego. Powstał on w miejscu starego kościoła, zbudowanego w XVII w., a dziedzic dóbr słupskich Aleksander Chlewiński, w tym samym wieku, ufundował szpital i szkołę. Obok wzniesienia, znajduje się figurka Najświętszej Marii Panny Niepokalanie Poczętej (1900 r.) oraz pomnik ofiar wojny w Słupcu. Charakterystyczną budowlą w Słupcu był dwór  Śmiałowskich, usytuowany na obrzeżu rozległego parku. Przy skrzyżowaniu dróg, w granicy prywatnej posesji uwagę zwraca obelisk,  w kształcie krzyża, ustanowiony w 1868 r. z fundacji właścicieli majątku – Wilhelma i Ludwiki Gawrońskich.

            Współcześnie Słupiec rozwija się dość dynamicznie, ciągle powstają nowe rodzinne firmy, w których  pracuje ludność z okolicznych sołectw. Wielu mieszkańców znalazło pracę w pobliskim Mielcu. Znajduje się tam specjalna Strefa Ekonomiczna EURO-PARK MIELEC,  która powstała na bazie WSK „PZL-Mielec”.

            Ruch ludowy

Stanisław Klimczak był liderem ruchu ludowego, który na Powiślu Dąbrowskim odgrywa nadal istotną rolę. Warto przez chwilę przypomnieć historię tego stronnictwa. Polskie Stronnictwo Ludowe (PSL) zostało założone w 1895 r. na zjeździe delegatów chłopskich w Rzeszowie. PSL skupiało różne nurty ruchu chłopskiego, a jego działacze stali się naturalnymi przewodnikami na wsi. Do jego założycieli zalicza się chłopów: Jana  Stapińskiego, Jakuba Bojko, Wincentego  Witosa.  W wyniku  rozłamu, w  1914 r. powstała partia PSL „Piast”, która była jedną z większych partii w II Rzeczypospolitej. Przywódca PSL –„Piast” – Wincenty Witos był trzykrotnie premierem Polski przed 1926 r.  Po przewrocie majowym 1926 r. partia ta przeszła do opozycji. Była atakowana przez sanację. W 1931 r. PSL – „Piast” wraz z innymi stronnictwami chłopskimi utworzyło Stronnictwo Ludowe (SL).W okresie okupacji działało wraz z innymi organizacjami ludowymi pod kryptonimem „ROCH”. Po II wojnie tradycje ruchu ludowego były kontynuowane przez Polskie Stronnictwo Ludowe. Wraz z powrotem do kraju Stanisława Mikołajczyka stronnictwo przystąpiło do realizacji swojego programu. Stronnictwo było zwalczane przez władze komunistyczne.  W 1949 r. powstało Zjednoczone Stronnictwo Ludowe (ZSL), które już nie miało samodzielności politycznej.

        Młodość

Stanisław Klimczak urodził się 12 października 1899 roku w Brniu Osuchowskim, wsi na pograniczu dwóch powiatów: mieleckiego i dąbrowskiego. Jego rodzice, Tomasz i Anna, należeli do dość bogatych gospodarzy, dzięki temu ich dzieci mogły wyrastać w dobrobycie. Jego rodzina od pokoleń mieszkała w Brniu Osuchowskim, a jego ojciec cieszył się tam sporym autorytetem. Źródłem owego  autorytetu była niesamowita pracowitość i zapobiegliwość. Tomasz Klimczak posiadał spore gospodarstwo, które przynosiło dochód. Dobre prowadzenie gospodarstwa wymagało naprawdę dużego nakładu pracy, dlatego dzieci Tomasza i Anny już od najmłodszych lat ciężko pracowały w gospodarstwie. Stanisław, jak i reszta jego rodzeństwa ukończył tylko cztero-klasową szkołę podstawową.

            Jesienią 1906 r. Stanisław podjął naukę w szkole ludowej w Kawęczynie. Już po roku nauki okazało się, że jest on naprawdę bardzo zdolnym dzieckiem. Jego dzieciństwo upłynęło na ciężkiej pracy w gospodarstwie rodziców, bawieniu rodzeństwa, nauce w szkole ludowej, i samodzielnym dokształcaniu. Po ukończeniu 18 lat późną jesienią 1917 roku, po krótkim przeszkoleniu został wysłany na front. Początkowo znalazł się w 40 pułku piechoty w Samborze, a następnie został wysłany na front włoski w południowym Tyrolu. Po rozpadzie dynastii Habsburgów w 1918 roku powrócił do kraju.

        Działalność  w II Rzeczypospolitej

              Po przybyciu do Krakowa mógł wreszcie odetchnąć wolnością. Stanisław nie wrócił do domu, lecz zgłosił się do nowo tworzonego Wojska Polskiego. Brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej, uczestniczył w słynnej bitwie warszawskiej. W 1922, po prawie 5 latach wojennej tułaczki powrócił do rodzinnego Brnia Osuchowskiego.

            Po powrocie do domu żywo włączył się w nurt pracy politycznej, podejmując działalność wśród młodzieży wiejskiej. W decydującym stopniu przyczynił się do utworzenia koła Małopolskiego Związku Młodzieży (MZM) grupującego młodzież z Brnia Osuchowskiego i Kawęczyna. Nowo powstałe koło rozwinęło działalność kulturalną i oświatową. Stanisław ożenił się we wrześniu 1923 roku z Julią ze Sroków i na stałe osiedlił się w Słupcu. W 1924 roku został prezesem słupieckiego koła PSL – Piast. Udzielał się nie tylko w pracy politycznej, ale także włączył się w działalność istniejącego w Słupcu od wielu lat Kółka Rolniczego.

            Pełniąc z powodzeniem obowiązki prezesa i wykorzystując swoje doświadczenie z pracy z młodzieżą Klimczak zainspirował powstanie w Słupcu koła młodzieży wiejskiej, które założono 6 września 1925 roku. Liczyło ono 45 młodych ludzi. Stanisław Klimczak zaczął wywierać coraz większy wpływ  na oblicze polityczne swojej wsi. Po zamachu majowym i objęciu władzy przez ekipę sanacyjną, która wrogo odnosiła się do piastowskiego nurtu ruchu ludowego, dość wyraźnie ochłodziły się ich stosunki. W Krakowie powstał odłam utworzonego wcześniej w Warszawie Związku Młodzieży Wiejskiej Rzeczypospolitej Polskiej „Wici”. W byłej Galicji tę organizację zaczęto nazywać Zniczem od jej organu prasowego, miesięcznika „Znicz”.  Wiosną 1930 roku słupieckie koło MZM przeszło do Znicza. Koło to liczyło około 100 członków.

            W roku 1931 na Kongresie Jedności Ruchu Ludowego w Warszawie doszło do zjednoczenia trzech głównych partii chłopskich: PSL – Piast, PSL – Wyzwolenie i Stronnictwa Chłopskiego, z których powstało Stronnictwo Ludowe. Słupieckie koło na czele z Stanisławem  Klimczakiem jako jedno z pierwszych zaczęło działać na nowych zasadach. Właśnie w Słupcu odbyła się powiatowa uroczystość Święta Ludowego. Stanisław Klimczak był organizatorem wielu strajków m.in. bojkotu targowisk, czy strajku leśnego. Na początku 1935 roku został wiceprezesem Zarządu Powiatowego Stronnictwa Ludowego (ZP SL) w powiecie dąbrowskim. Rozwinął on agitację na rzecz zbojkotowania przez dąbrowską wieś wyborów  parlamentarnych. Został on w czasie owej agitacji aresztowany. Obsługując kolejne wiece i zgromadzenia w Dąbrowie oraz w okolicznych wsiach powiatu i wygłaszając ostre w tonie i treści przemówienia, utrwalił swoją pozycję w gronie czołowych działaczy SL.  Dalszy rozwój wydarzeń i dążeń do władzy przerwał wybuch II wojny światowej.   

        Okupacja

            Wiosną 1940 roku powstało polityczne kierownictwo konspiracyjne ruchu ludowego na powiat dąbrowski. Tworzyli je Stanisław  Klimczak,

Władysław Latocha i Emil Kozioł. Klimczak przewodniczył trójce przynajmniej do połowy 1941 roku, gdyż wtedy najprawdopodobniej został powołany na

stanowisko Powiatowego Delegata Rządu, czyli został konspiracyjnym starostą. Stanisław Klimczak przyjął pseudonim „Żelazny”. W swojej działalności

„Żelazny” był jednym z najbardziej zaangażowanych i zasłużonych ludowców, jak i głównym inspiratorem znakomitej większości konspiracyjnych

poczynań dąbrowskich ludowców. Był także najbardziej czynnym dąbrowskim konspirantem. Wielkie poczucie odpowiedzialności, oddanie sprawie i

głęboki patriotyzm kazały mu zawsze być tam, gdzie był najbardziej potrzebny. 23 marca 1942 roku wraz z synem Tadeuszem został aresztowany przez

Gestapo. Aresztowanym jednak udało się uciec. W czasie ucieczki, Tadeusz syn Stanisława został ciężko ranny i zamordowany. Tak zginał jedyny syn

Stanisława Klimczaka. „Żelazny” już do końca okupacji musiał się ukrywać. Dokładnie w rok po zamordowaniu syna, gestapo dowiedziało się, że Klimczak  

potajemnie odwiedził żonę. Zostało ona na jego oczach zamordowana.

        Lata powojenne

            W wyniku ofensywy styczniowej Armii Czerwonej hitlerowski okupant został wypędzony z ziemi dąbrowskiej, a w życiu byłego Delegata, czyli

konspiracyjnego powiatowego starosty rozpoczęła się nowa faza. Ten okres trwał 11 lat. Klimczak powrócił do Słupca, jednak widząc całkowitą ruinę

dorobku swojego życia postanowił zamieszkać u swojego znajomego w Dąbrowie Tarnowskiej. Włączył się w proces odbudowy powiatu i odtwarzanie

różnych struktur życia politycznego, a zwłaszcza ruchu ludowego. 6 marca 1945 roku został wybrany na prezesa ZP SL, a 17 marca został 

przewodniczącym Powiatowej Rady Narodowej (PRN). Klimczak jako przewodniczący PRN, wniósł duży wkład w odbudowę zniszczonego powiatu.

W kwietniu 1945 został członkiem Wojewódzkiej Rady Narodowej (WRN) w Krakowie. Po utworzeniu w czerwcu 1945 roku Tymczasowego Rządu

Jedności Narodowej (TRJN)  Klimczak został desygnowany do Krajowej Rady Narodowej (KRN), co nadało mu status posła. „Żelazny” został wybrany na  

prezesa powiatowej organizacji PSL. 15 września 1946 roku został wybrany prezesem Zarządu Wojewódzkiego PSL w Krakowie. Objęcie tego stanowiska

zmusiło Klimczaka do przynajmniej częściowego wyłączenia się z pracy politycznej w powiecie. W roku 1947 nie widząc szans na kontynuowanie

niezależnej działalności PSL w powiecie dąbrowskim, na naradzie aktywu powiatowego 29 października podjęto uchwałę o rozwiązaniu  PSL w powiecie

dąbrowskim. Podczas ostatniej konferencji wojewódzkiej PSL 7 listopada 1947 roku, podjęto uchwałę potępiającą  politykę Mikołajczyka.

             Klimczak wiedział, że jego dni na stanowisku prezesa są już policzone. 13 listopada został on odwołany ze stanowiska prezesa wojewódzkiego. „Żelazny” powrócił do Słupca, gdzie zabrał się za odbudowę zrujnowanego gospodarstwa. Ożenił się ponownie z nauczycielką miejscowej szkoły Franciszką Wojtanowską. Oficjalnie nie zajmował się już polityką, ale nie przestał się nią interesować. W okresie stalinowskim był poddawany niezwykle skrupulatnej inwigilacji, gdyż w oczach władzy był uważany za zagrożenie. 22 lipca 1950 r. został aresztowany, a dom poddany  gruntownej rewizji. W godzinach nocnych został wywieziony do aresztu do Krakowa. Dopiero po 10 miesiącach jego żona uzyskała zgodę na widzenie. Po rozprawie, która odbyła się 31 października 1951 roku, został skazany na 5 lat więzienia. W 1954 roku w Słupcu odbyło się zebranie koła ZSL, na którym pojawiła się myśl wystosowania petycji o wcześniejsze zwolnienie z więzienia Klimczaka. 9 lutego 1956 roku Klimczak został zwolniony z więzienia w Potulicach. Radość z powrotu była trudna do opisania: radowała się żona i rodzina, jego córka dopiero wtedy poznała ojca.

            Wieloletni pobyt w więzieniu, sprawił, że do domu powrócił cień dawnego Klimczaka. Jednak w domowych warunkach dość szybko dochodził do siebie. Zabrał się do ciężkiej pracy, by postawić gospodarstwo na nogi. W Słupcu reaktywowano Kółko Rolnicze, do czego w znacznym stopniu przyczynił się Klimczak. Mieszkając w Słupcu z duża satysfakcją przyglądał się poczynaniom mieszkańców. Budowali drogi, młodzież reaktywowała ZMW, utworzono pierwszą w powiecie Spółdzielnię Zdrowia. „Żelazny” w 1957 r. został wybrany w skład Rady Spółdzielczej Gminnej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska” w Szczucinie, a dwa lata później wybrano go na przewodniczącego Rady Spółdzielczej, którym był przez dwie kadencje.

            W drugiej połowie lat sześćdziesiątych stan zdrowia Stanisława Klimczaka zaczął się drastycznie pogarszać. Dały o sobie znać długie lata ciężkiej pracy. W 1967r. ujawniła się dręcząca go choroba, której rozwoju niestety nie udało się zahamować. Szpitalna kuracja już nic nie pomagała. 16 lutego 1968 roku, „Żelazny” wykończony chorobą zmarł. Na uroczystości pogrzebowej zgromadziły się tłumy ludzi. Manifestacyjny pogrzeb, jak przystało na tego typu uroczystość, przebiegał w atmosferze spokoju, zadumy i refleksji.

            Zakończenie

            Stanisław Klimczak był dobrym i nowoczesnym jak na tamte czasy gospodarzem, który rozumiał, iż wieś musi się zmieniać i podążać za tempem

przeobrażeń świata. Jak wszyscy chłopi, był człowiekiem bardzo pobożnym i doceniał rolę kościoła w życiu wsi. Miał dar wymowy, umiał publicznie

przemawiać, a jego logiczna mowa trafiała do szerokiego grona odbiorców. Klimczak jest wręcz wzorcowym przykładem na to, że wieś w Polsce w każdych

okolicznościach, nawet tych najgorszych jest w stanie wyłonić z siebie naturalnych przywódców.

 

Rafał Warzecha

 

Źródła:

 J. Hebda, Stanisław Klimczak ze Słupca (1899-1968). Zarys życia i działalności, Tarnów 1995r.

F. Kapel, Wspomnienie pośmiertne o Stanisławie Klimczaku ze Słupca, mps

H. Lawera, A. Bata, Gmina Szczucin, Krosno 2002

 Zbiory prywatne Anny  Łabuz,  córki Stanisława Klimczaka



Rys historyczny Armii Krajowej oraz struktura organizacyjna

Początki Armii Krajowej datuje się na 27 września 1939r., wtedy to powołana została konspiracyjna organizacja ,,Służba  Zwycięstwu Polski”.  Jej komendantem  został gen. Michał Karaszewicz-Tokarzewski.  W kraju powstały  samorzutne i niezależne od niej liczne tajne sprzysiężenia.  13 listopada 1939  Naczelny Wódz, gen. Władysław Sikorski z inicjatywy Rządu znajdującego się na emigracji we Francji,  rozwiązał    i powołał  w jej miejsce nową organizację: ,,Związek Walki Zbrojnej”. Komendantem mianowany został gen. Kazimierz Sosnkowski. W 1940 roku podjęto tzw. "akcję scaleniową”, polegającą na  włączeniu   w skład ZWZ innych organizacji podziemnych. Armię  zasilali  żołnierze Wojska Polskiego, a także liczna młodzież. 14 lutego 1942 roku  z rozkazu  gen. Władysława Sikorskiego, Związek Walki Zbrojnej został przemianowany na Armię Krajową. Celem tej decyzji było scalenie wszystkich działających w kraju organizacji konspiracyjnych i przygotowanie sił i środków do zbrojnego powstania. Komendantem Głównym  został gen. Stefan Rowecki „Grot”. 

Od początku budowano strukturę terenową AK – okręgi odpowiadające w zasadzie przedwojennym województwom. Okręgi dzieliły się na inspektoraty  i obwody (powiaty) rejony i placówki (szczebel gminy). Na czele obszarów, okręgów, obwodów i placówek stali komendanci.

Przeprowadzano zatem werbunek  do organizacji, szkolono żołnierzy, budowano system łączności, gromadzono broń prowadzono wywiad, wydawano lokalne wydawnictwa konspiracyjne, prowadzono walkę zbrojną z okupantem, planowano działania powstańcze na terenie kraju.

            Podstawowym ogniwem był pluton liczący do 50 ludzi, podzielony na drużyny i sekcje w taki sposób, aby jedna osoba miała kontakt tylko z kilkoma współtowarzyszami walki oraz dowódcą. W ZWZ i AK posługiwano się tylko pseudonimami, obowiązywała bezwzględna tajemnica.

Obecnie skupię się na działalności AK na terenie powiatu dąbrowskiego (z uwzględnieniem gmin Bolesław, Mędrzechów i Szczucin).  Posłużyłam się lekturą  płk Zdzisława Baszaka „Placówka AK „Malwina”-wydaną w 1992 r. oraz materiałami zgromadzonymi przez Koło Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej w Szczucinie.

Już w pierwszych miesiącach okupacji na ternie ziemi tarnowskiej rozpoczęła się konspiracyjna walka z Niemcami. Tarnowski ośrodek ruchu oporu nawiązał kontakt z ludźmi w Dąbrowie Tarnowskiej, którzy chcieli tworzyć grupy konspiracyjne.   W skład obwodu Dąbrowa Tarnowska ps. „Drewniaki” wchodziły placówki: „Giena” – Gręboszów, „Wacława” – Wietrzychowice, „Zofia” – Żabno i Otfinów, „Danuta” – Dąbrowa i Radgoszcz, „Stanisława”- Szczucin, „Renata” – Radłów „Malwina” – Bolesław i Mędrzechów.  Obwód „Drewniaki” wchodził w skład Inspektoratu AK Tarnów,  czyli  16 Pułku Piechoty w Tarnowie, który  podlegał pod Okręg AK Kraków, a ten z kolei pod Główną Komendę AK.

            Już w 1940 r. na terenie gminy Bolesław i Mędrzechów utworzona została placówka pod kryptonimem „Marta”, a później posługiwano się nazwą „Malwina”. Dowódcą placówki (odpowiednik kompanii) został Bolesław Babula, ps. „Malik”, Jego bezpośrednim zwierzchnikiem był Władysław Kabat ps. „Brzechwa”, dowódca obwodu Dąbrowa Tarnowska. W 1941 r. w skład placówki wchodziły plutony: pluton 313 - dowódca Leon Ziętara ps. „Łukasz”, pluton 315 – dowódca Jan Misiaszek ps. „Wit”, pluton 316 – dowódca Furmański ps. „Wanł”, pluton 316a – dowódca Stanisław Chwałek ps. „Bohun”.

W latach 1941-44 do placówki było zaprzysiężonych  ponad 500 osób.  Byli to przede wszystkim młodzi mężczyźni po wojsku. Oprócz tego okoliczna ludność zaangażowana w walkę pomagała w różny sposób: dostarczała żywność, ubrania, oraz udostępniała kwatery.

            Warto w tym miejscu wymienić działania sabotażowo-dywersyjne na terenie tych sąsiednich gmin. Do akcji, które odbiły się  szerokim echem w powiecie zapewne można zaliczyć operacje związane z mleczarnią w Szczucinie, Niecieczy, Przybysławicach i Dąbrowie Tarnowskiej. Głośny rozgłos zdobyły też  akcje przeciwko targownikom. Operacje te polegały na zbieraniu i niszczeniu ewidencji zwierząt, ewidencji gruntów, obowiązkowych dostaw zboża i żywca. Likwidowano też zdrajców i konfidentów.  Właśnie w Szczucinie został wykonany wyrok na Rozmusie, funkcjonariuszu policji granatowej. Do największej akcji z udziałem ponad 200 osób należy zaliczyć  wyładunek węgla z galer na Wiśle. Akcja  trwała kilka dni,  okupant stracił sporą ilość węgla,  którą zyskali Polacy.

            Przejdę teraz do omówienia działania AK na terenie Szczucina,  gdzie głównym  organizatorem działalności ZWZ i AK był Franciszek  Kapel ps. „Wyżeł”. Placówka początkowo miała pseudonim „Szczepan”, a od 1943 r. „Stanisława”.   Dowódcą placówki był kpt Franciszek Wiatr ps. „Duch” a zastępcą dowódcy podporucznik Józef Kijak ps. „Budrys”. Warto przypomnieć choćby nazwiska dowódców poszczególnych plutonów: pluton 305 – dowódca podporucznik Józef Szmist ps. „Bokser”, pluton 305a – dowódca plutonowy Władysław Rżany ps. „Zuch”, pluton 306 – dowódca plutonowy Karol Dudek ps. „Śmigły”, pluton 307 – dowódca st. sierżant Jan Kowal ps. „Konar”, pluton 308 – dowódca st. sierżant Marcin Dzięgiel ps.. „Skała”.

            Oddziały placówki „Stanisława” brały udział w zniszczeniu Zakładu Mleczarskiego w Szczucinie oraz cegielni. Grupa operacyjna plutonu 305 brała bezpośredni udział w akcji zniszczenia punktu żywca w Bolesławiu. Wspólnie z grupą partyzantów „Jędrusie” działającą na ziemi kieleckiej zorganizowano akcję dywersyjną na dwór i gorzelnię (teren dzisiaj należący do ZSP Szczucin).

                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                           Anna Grzywa




Zarys działalności Armii Krajowej  na terenie powiatu dąbrowskiego

  Po zakończeniu działań wojennych w 1939 r.  rozpoczął się proces budowania Polskiego Państwa Podziemnego, w którym Armia Krajowa (AK) stanowiła najliczniejszą konspiracyjną organizację wojskową działającą w czasie II wojny światowej. Zalążkiem Armii Krajowej była Służba Zwycięstwu Polski (SZP), która decyzją Naczelnego Wodza i premiera Władysława Sikorskiego przekształcona została w Związek Walki Zbrojnej (ZWZ), a który 14 lutego 1942 r. został przemianowany na Armię Krajową.

Jakie były zasady wstępowania do tych organizacji? Z instrukcji powołującej Związek Walki Zbrojnej dowiemy się, że członkiem „może być każdy Polak (każda Polka), nieposzlakowanej czci, poczynając od wieku lat 17-u, który cele organizacji przyjmie za swoje, podda się bez zastrzeżeń jej  regulaminowi, oraz złoży przepisaną przysięgę”. System konspiracji miał być oparty o następujące zasady:

- pseudonimy członków,

- oparcie rozkazodawstwa o zlecenia ustne i system pamięciowy, przy ograniczeniu pisania do niezbędnego minimum,

- oparcie systemu łączności o hasła i odzewy słowne lub materialne,

- kontakty organizacyjne odbywają się na kwaterach tajnych, nieustanne zmienianych,

- w zasadzie każdy żołnierz ZWZ zna tylko swych towarzyszy w sekcji; kontakty komend odbywają się w porządku ściśle hierarchicznym wedle zasady: tylko jeden kontakt w górę,

- zasada najważniejsza: w doborze członków kłaść nacisk na jakość kandydatów, ich niewątpliwą wartość moralną, pamiętając, iż największym błędem byłoby dążenie do sukcesów ilościowych.

            Każdy żołnierz Armii Krajowej składał przysięgę: „W obliczu Boga Wszechmogącego i Najświętszej Marii Panny Królowej Korony Polskiej, kładę swe ręce na ten święty Krzyż, znak Męki i Zbawienia, przysięgam być wiernym Ojczyźnie mej, Rzeczypospolitej Polskiej, stać nieugięcie na straży Jej honoru i o wyzwolenie Jej z niewoli walczyć ze wszystkich sił aż do ofiary mego życia. Prezydentowi Rzeczypospolitej Polskiej i rozkazom Naczelnego Wodza oraz wyznaczonemu przezeń Dowódcy Armii Krajowej będę bezwzględnie posłuszny, a tajemnicy niezłomnie dochowam, cokolwiek by mnie spotkać miało”.

 Od początku budowano strukturę terenową ZWZ/AK. Na terenie województw tworzono okręgi, w powiatach obwody, w gminie lub kilku gminach placówki. W zależności od potrzeb w ramach okręgów i podokręgów tworzono inspektoraty terenowe. Na czele  okręgów, inspektoratu, obwodów i placówek stali komendanci.

Podstawowym ogniwem był pluton liczący do 50 ludzi, podzielony na drużyny i sekcje w taki sposób, aby jedna osoba miała kontakt tylko z kilkoma współtowarzyszami walki oraz dowódcą.           

 

                                   Struktura AK w powiecie dąbrowskim

           

            Obwód  Dąbrowa Tarnowska (kryptonim „Drewniaki” i „Drukarnia”) oraz obwody brzeski (kryptonim „Buty”, „Batuta”) i tarnowski (kryptonim „Tandeta”, „Tartak”) wchodziły w skład Inspektoratu Tarnów (kryptonim „Traktor”, „Tama”), który organizacyjnie podlegał pod Okręg Kraków. Obwody te odpowiadały powiatom według podziału administracyjnego sprzed 1939 roku, zgodnie zaś z podziałem wojskowym sprzed wojny wchodziły one w skład jednego obwodu pułkowego – 16 Pułku Piechoty Ziemi Tarnowskiej.

             Na obszarze powiatu dąbrowskiego pierwsze komórki konspiracyjne powstały już w pierwszych miesiącach okupacji, w wyniku kontaktów nawiązanych przez tarnowskich konspiratorów na zasadzie przedwojennych znajomości bądź powiązań rodzinnych. Historyk Aleksandra Pietrzykowa  o tej sprawie pisze, że w procesie powstawania siatki terenowej SZP w powiecie dąbrowskim stanowiły kontakty nawiązane przez mjra Stanisława Sowiźrała z dyrektorem Banku Spółdzielczego w Dąbrowie, działaczem ludowym, posłem na Sejm II Rzeczypospolitej Henrykiem Krzciukiem. W powiecie dr  Paweł Socha (później aktywny nauczyciel tajnego nauczania) wciągnął do pracy konspiracyjnej absolwentów Liceum Ogólnokształcącego. Pierwszym komendantem obwodu  dąbrowskiego został kpt. Władysław Kabat ps. „Brzechwa”, który po otrzymaniu określonego polecenia od Henryka Krzciuka ps. „Daniel”  oraz  hasła i kontaktu,  zgłosił się w dniu 10 marca 1940 r. w firmie „Okazja” w Tarnowie, gdzie  w obecności mjra Kazimierza Kosiby złożył przysięgę i otrzymał nominację na pierwszego komendanta obwodu dąbrowskiego. Kpt. Władysław Kabat rozpoczął werbowanie ludzi i tworzenie zrębów organizacji. Drugim komendantem Obwodu był kpt. Zbigniew Rogawski, ps. „Baca”, „Młot”, a trzecim kpt. Franciszek Wiatr ps. „Duch”.

Ostatecznie Obwód Dąbrowa Tarnowska składał się z siedmiu placówek. Korzystając z literatury historycznej warto odtworzyć zasięg terytorialny poszczególnych placówek oraz przypomnieć ich dowódców:

 - placówka  – Dąbrowa Tarnowska-Radgoszcz; kryptonim „Dzięcioł”, „Danuta”

plut. pchor.. Zdzisław Baszak  ps. „Pirat”, Władysław Kabat ps. „Brzechwa”, ppor. Tadeusz Świerzb ps. „Robak”, ppor. Stanisław Węgiel ps „Kula”, „Janusz”

- placówka  – Gręboszów; kryptonim „Głuszec”, „Gena”, „Genowefa”

pchor. Stefan Wójcik ps. „ Tatar”,  sierż. Stanisław Biskup ps. „Bicz” 

- placówka  – Mędrzechów-Bolesław; kryptonim „”Mewa”, „Malwina”

plut pchor.. F Tracz ps. „Artur”, kpt.. Bolesław Babula ps. „ Malik”

-placówka  – Radłów- kryptonim „Roma”, „Regina” „Renata”, „Rozalia”

plut. pchor. Paweł Łata ps. „Znicz”, plut. Władysław Witkowski ps. „Włodek”

st. sierż. Władysław Ciukaj ps. „Zator”

- placówka  – Szczucin – kryptonim „Szpak”, „Stefan”, „Stanisława”

kpt. Franciszek Wiatr ps. „Duch”

- placówka  – Wietrzychowice - kryptonim „Wrona”, „Wacława”, „Weronika” „Wiesława”

E. Wojciechowski, por. „Kuczak”, ppor. Bronisław Czech ps. „Jurand”

- placówka  – Żabno-Otfinów – kryptonim „Zięba”, „Zofia”

ppor. Eugeniusz Kozak „ps. Zor”

Niemożliwe w niniejszym artykule jest przedstawienie z nazwiska i imienia kolejnych dowódców i składów plutonów i drużyn w poszczególnych placówkach.  Wymienię jeszcze tylko pozostałe funkcje na szczeblu obwodu (powiatu). Można do nich zaliczyć oficera wyszkolenia oraz osoby zajmujące się wywiadem, łącznością, dywersją i propagandą. Ważną rolę odgrywali mężowie zaufania, którzy znajdowali się przy każdej placówce. Delegatem rządu londyńskiego na powiat dąbrowski był Stanisław Klimczak ze Słupca ps. „Żelazny”.

            Stan osobowy obwodu na początku okupacji kształtował się w granicach ok. 400 zaprzysiężonych, a według zestawienia sporządzonego przez pierwszego komendanta Obwodu Władysława Kabata, w maju 1944 r., a więc już po scaleniu z Batalionami Chłopskimi, w obwodzie dąbrowskim w 25 plutonach było zorganizowanych około 1900 żołnierzy, przy czym w zestawieniu tym nie ujęto plutonów Wojskowej Służby Ochrony Powstania. Warto choć w przybliżeniu odtworzyć stan niektórych placówek. I tak np.: placówka „Danuta”  (Dąbrowa Tarnowska- Radgoszcz) liczyła ponad 360 żołnierzy,  placówka „Malwina” (Mędrzechów-Bolesław) - około 440 żołnierzy, placówka „Stanisława” (Szczucin) po podporządkowaniu Batalionów Chłopskich pod dowództwo Armii Krajowej wynosiła - 444 żołnierzy Aby uwiarygodnić te liczby przytoczę opinię Zdzisława Baszaka: „Od listopada 1939 r. do marca 1940 r. otrzymywałem szereg sprawozdań dotyczących stanu osobowego i uzbrojenia. Meldunki dotyczyły gmin Gręboszów, Bolesław, Mędrzechów, częściowo Szczucin, Dąbrowa Tarnowska, Radgoszcz. Wynikało z nich, że na tym terenie, znalazły się setki ludzi”.

W 1942 r. ppłk Stefan Musiałek-Łowicki dowódca Inspektoratu  Tarnów AK przeprowadził dokładną kontrolę wszystkich trzech  obwodów (Tarnów, Brzesko, Dąbrowa Tarnowska), po której stwierdził, że jedynie obwód dąbrowski przedstawiał się bez zarzutu, tak pod względem organizacyjnym, jak i wyszkoleniowym. Scharakteryzował też pierwszego komendanta: „Kpt. „Brzechwa” osobiście był dobrze wyszkolony był doskonałym organizatorem i konspiratorem, miał dobre podejście do ludzi, był przez wielu lubiany i posiadał duży autorytet wśród podwładnych. Ogólnie: bardzo dobry oficer i dowódca konspiracyjny”. Cały zaś Inspektorat Tarnów miał wynosić po scaleniu (łącznie z Wojskową Służbą Kobiet) na wiosnę 1944 r. ponad 9000 żołnierzy, ale uzbrojenia – zdaniem jego dowódcy – już po zrzutach angielskich posiadano bardzo niewiele.

            Z Armią Krajową  było powiązane podziemne harcerstwo, które w czasie okupacji pełniło służbę pomocniczą, zwiadowczą i łączności na rzecz Komendy Obwodu „Drewniaki”.

                                               Działalność sabotażowa.

Ramy niniejszego artykułu ograniczają szczegółowe omówienie działalności  sabotażowo-dywersyjnej  na terenie „Drewniaków”. W pierwszych latach okupacji ta forma działalności  prowadzona była dorywczo. Drużyny dywersyjne  z poszczególnych placówek niszczyły wykazy kontyngentowe, likwidowały bimbrownie, niszczyły urządzenia w mleczarni, karały chłostą donosicieli i kolaborantów. „W ramach szkolenia – pisał  Z. Baszak - sekcje „Malwiny” wykonały szereg akcji. Między innymi były to operacje związane z mleczarniami. Partyzanci zabierali stamtąd masło niszczyli dokumenty, zabierali części urządzeń (zwłaszcza bąki z wirówek). Działania te unieruchamiały na pewien czas mleczarnie, pozbawiały gospodarkę niemiecką paru ton masła, co cieszyło niezmiernie nas Polaków”.

            Wiosną 1944 r. zorganizowano akcję na więzienie w Dąbrowie Tarnowskiej, w której uwolniono ok. 40 osób zatrzymanych jako zakładników.

            Głośnym echem na Powiślu odbiła się akcja z czerwca 1944 roku, którą przeprowadził Zdzisław Baszak ps. „Pirat”. Akcja polegała na zablokowaniu transportu węgla płynącego po Wiśle.  W okresie prawie 10 dni zajmowano przepływające galary z węglem, który zabierali dla siebie mieszkańcy okolicznych wsi, cierpiący na brak opału. 

            Wymienić jeszcze należy: rozbrojenie posterunku policji granatowej w Radgoszczy (czerwiec 1944) przez 30 osobowy oddział żołnierzy Polski Podziemnej, w lecie 1944 r. przeszkodzenie  Niemcom w wywiezieniu kilkuset sztuk bydła z majątku barona Feliksa Konopki w Brniu, akcję na hurtownię tytoniową w Dąbrowie.

Armia Krajowa zajmowała się też bezwzględnym tępieniem zdrajców i konfidentów.  Wśród większych akcji tego typu było przeprowadzenie przez grupę sabotażowo-dywersyjną „Malwiny” wykonanie wyroku na Rozmusie, funkcjonariuszu policji granatowej, który gorliwie współpracował z Niemcami, a wyrokiem sądu podziemnego AK  został skazany na śmierć. Po kilkakrotnych, nieudanych próbach jego likwidacji, zapadła decyzja, aby wyrok wykonać w Szczucinie. Stało się to w biały dzień  na ulicy Kościuszki. Zdezorientowani  Niemcy nie podjęli pościgu, a zespół egzekucyjny spokojnie oddalił się.

            Stosowano też niekonwencjonalne metody walki z okupantem. W sposób bardzo sprytny dokonano likwidacji współpracownika gestapo Leopolda Wendlanda, wójta Bolesława i Mędrzechowa, któremu podano truciznę do jego kieliszka z alkoholem, co miało sugerować skręt kiszek spowodowany nadmierną ilością spożytego alkoholu.

            W podobny sposób próbowano zlikwidować żandarma Engelberta Guzdka, który słynął na Powiślu ze zbrodniczej działalności. Sprawa ta budzi po dzień dzisiejszy wiele emocji. Likwidacja zbrodniarza nie była rzeczą łatwą, gdyż Niemcy ogłosili, że w wypadku jego śmierci zostanie rozstrzelanych 100 zakładników. Tadeusz Stefan Krasnodębski ps. „Kostek” o tej sprawie pisze: „Sprawa wykonania wyroku na Guzdku cały czas zaprzątała uwagę moją i moich przełożonych. Często rozważaliśmy z „Bacą”, „Leszkiem” i „Brzechwą” rozmaite warianty likwidacji zbrodniarza, lecz żaden nie gwarantował nam uniknięcia zemsty (…) Przełożeni, nie widząc dobrego sposobu, postanowili zdać się na jakiś szczęśliwy przypadek i dali wolną rękę w rozwiązaniu tego problemu”. „Kostek” to członek struktur niepodległościowych, który w 1940 r. na rozkaz przełożonych podejmuje służbę w tzw. Policji Polskiej GG, zwanej powszechnie policją „granatową”. Pełnił w niej przez 4 lata rolę  konspiracyjnej „wtyczki”.

            Otóż policjant granatowy wykorzystał sprzyjającą okazję jaka się wydarzyła, gdy Guzdek wraz z żandarmem Steinem i granatowym policjantem Mądrym mieli rozstrzelać osadzonych w areszcie w Otfinowie trzech  Ukraińców zbiegłych z obozu pracy. O tych zamiarach wiedział „Kostek” i postanowił to wykorzystać. Kiedy Stein i Mądry oddali strzały do skazańców, „Kostek”  wystrzelił w stronę Guzdka. Po dochodzeniach Niemcy uznali, że Guzdka zastrzelił zbiegły Ukrainiec.

 

                                               Akcja „II i III Most”

             Inspektorat AK w Tarnowie został wyznaczony do przeprowadzenia akcji, której celem było lądowanie alianckich samolotów w Polsce. Umożliwiały

one szybki przerzut  z Anglii do Polski i odwrotnie ważnych osobistości politycznych i wojskowych kurierów, ważnych dokumentów i materiałów, sprzętu

wojskowego. Działania lotnicze, połączone z lądowaniem samolotów w Polsce nazwano „mostami”, a lądowiska „bajorami”. Na styku 3 powiatów: Tarnów,

Dąbrowa Tarnowska i Brzesko ciągnie się od miejscowości Wał - Ruda  szeroki pas łąk, na których przeprowadzono akcje „II i III Most” .

Dowódcą operacji był ppłk Stefan Musiałek-Łowicki ps. „Mirosław” -  szef Inspektoratu „Tama”. Na dowódcę oddziałów osłonowych i zastępcę operacji w czasie II „Mostu” został wyznaczony Komendant Obwodu Dąbrowa Tarnowska kpt. Zbigniew Rogawski ps. „Młot”. Lądowanie miało miejsce w nocy 29 na 30 maja 1944 r. Zakończyło się pełnym sukcesem, choć wcześniej wśród dowódców było wiele wątpliwości o jej celowości. Wątpliwości te pojawiły się, gdy w Dąbrowie Tarnowskiej i w gminie Wietrzychowice na początku maja Niemcy przeprowadzili poważne aresztowania wśród członków AK. Mimo tych strat, zdecydowano o lądowaniu, a  wydzieleni żołnierze  myśleli, że biorą udział w ćwiczeniach. Sprawnie wyładowano z samolotu ładunek oraz umieszczono w nim emisariuszy. Samolot przebywał na ziemi tylko 7 minut. 

            Akcja  „III Most”, która była niemal powtórzeniem poprzedniej, została przeprowadzona w nocy 25 na 26 lipca 1944 r,. na prośbę rządu brytyjskiego, a celem jej było dostarczenie aliantom części, fotografii, rysunków i opisu tajnej broni niemieckiej - V-2.  Po ich odbiór miał przylecieć z bazy lotniczej koło Brindisi angielski samolot typu Dakota.  W czerwcu 1944 r. na dowódcę osłony akcji „III Most”, lądowiska „Motyl” i jego okolic został wyznaczony kpt. Władysław Kabat ps. „Brzechwa”, funkcję zastępcy dowódcy pełnił podchorąży Zdzisław Baszak  ps. „Pirat”. W decydującym momencie „III Mostu”, samolot nie mógł wystartować i nawet zaczęto rozważać jego zniszczenie.  Szczęśliwie, po dramatycznych wysiłkach maszyna wystartowała i ładunek bezpiecznie dotarł do celu. 

Po zakończeniu operacji „II i III Most” dowódca Stefan Musiałek-Łowicki wnioskował do Komendanta Okręgu listę osób do odznaczenia. I tak kpt.  „Brzechwa” (Kabat Władysław) – Krzyż  „Virtuti Militari” V klasy, kpt „Młot” (Rogawski Zbigniew) - Złoty Krzyż Zasługi.

           Działalność propagandowa

            Koniecznie trzeba wspomnieć o działalności propagandowej jaką prowadziło dąbrowskie podziemie. Na obszarze obwodu już na wiosnę 1940 r. docierały pierwsze egzemplarze „Biuletynu Tarnowskiego”, z czasem na dużo większą skalę kolportowano gazetę „Odwet”, który pouczał jak należy postępować w konkretnej sytuacji wytworzonej przez okupanta. Nade wszystko informował też o aktualnej sytuacji na froncie. O sprawności oraz o możliwościach organizacyjnych rozprowadzania gazety w czasie okupacji niech świadczy fakt, że punkt przebitkowy potrafił w ciągu nocy, pracując na jedną zmianę przy powielaczu wykonać ok. 800-1000 egzemplarzy „Odwetu”. Niestety, doszło do licznych aresztowań kolporterów konspiracyjnej gazety i Komendant Obwodu „Drewniaki” podjął decyzję o wydawaniu własnej gazety. Nadano jej nazwę „Pobudka”. Znaczą część „Pobudki” zajmował serwis informacyjny oraz  informacje o  wyróżniających się akcjach bojowych AK. 

 

Straty

 

             Niemcy przez cały okres okupacji starali się wytropić żołnierzy Polski Walczącej. System konspiracji powodował, że te działania okupanta były dość utrudnione. Niestety, nieszczęśliwy przypadek, donos, wpadka często decydowały o życiu i śmierci członków AK. Obecnie skoncentruję się tylko na wybranych zagadnieniach.    

Na terenie Szczucina i okolic kolportowano konspiracyjną gazetkę „Odwet”, która  systematycznie zwiększała grono czytelników. Zorganizowana siatka kolportażu została przerwana przez aresztowania, które miały miejsce w Szczucinie w sobotę dn. 4 kwietnia 1941 r.

Dnia 3 lipca 1943 r. o świcie do Świebodzina podjechały ciężarówki  z gestapowcami, którzy otoczyli dom w którym przebywał Ignacy Łazarz ps. „Lot”.  „Lot” brał udział w wielu akcjach dywersyjnych.  Niszczył dokumenty w urzędach gminnych i w urzędach tzw. targowników, którzy prowadzili ścisłą ewidencję bydła i trzody chlewnej, brał też udział w likwidacji w Szczucinie Rozmusa oraz w akcji, którą opatrzono kryptonimem „Węgiel”. Po długiej  i rozpaczliwej walce „Lot”  ginie, a Niemcy pastwią się nad jego ciałem, wrzucają je do wykopanego dołu. Trzy dni później z polecenia dowódcy plutonu, Stanisława Chwałka ps. „Babicz” zwłoki zostały wykopane, umyte i ubrane, po czym  z honorami wojskowymi włożone do grobu. Na świeżym grobie spoczęły kwiaty, a na biało-czerwonych szarfach widniał napis; „Bohaterowi Polski – Koledzy”. Niemcy ze złości zaminowali grób. Po wyzwoleniu ciało Ignacego Łazarza przeniesiono na  cmentarz parafialny  w Bolesławiu.

Dnia 4 maja 1944 r. wieś Jadowniki Mokre w gminie Wietrzychowice została spacyfikowana przez gestapo i niemieckie oddziały policyjne. Rozstrzelano 22 osoby, w większości członków AK i BCh. Aresztowano ponad 50 osób, część po interwencji wietrzychowickiego proboszcza wypuszczono, część zaś wywieziono do tarnowskiego gestapo na ulicy Urszulańskiej.

Dnia 6 maja 1944 r. nad ranem kilkoma samochodami zjechali do Dąbrowy Niemcy. obstawili wszystkie ulice wylotowe z miasta, wkroczyli do budynku „Sokoła” , gdzie mieściły się biura spółdzielni „Rolnik”, która  skupowała płody i zaopatrywała rolników w narzędzia rolnicze. Wśród ponad 40 pracowników spółdzielni 12 było członkami AK . Niemcy aresztowali wszystkich pracowników których zastali tam. Po upływie kilkunastu dni tylko jeden z 14 wywiezionych  odzyskał wolność.

 

                                                      Powojenne losy

            Po zakończeniu działań wojennych, AK na terenach wyzwolonych była traktowana jako organizacja przestępcza, jej żołnierze byli internowani, aresztowani i wywożeni do ZSRR. Wszędzie też struktury organizacyjne AK przechodziły do głębokiej konspiracji w ramach utworzonych organizacji NIE oraz  Wolność i Niezawisłość ( WiN). Miały one  kontynuować walkę o odzyskanie przez Polskę niepodległości, odwoływały  się do tradycji Polski podziemnej z lat okupacji niemieckiej. Były bezwzględnie zwalczane przez władze komunistyczne, które w tym celu utworzyły Urząd   Bezpieczeństwa Publicznego. 

W Dąbrowie Tarnowskiej powstał Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego (PUBP). Rozpoczęły się masowe aresztowania żołnierzy Armii Krajowej. Pod koniec kwietnia 1945 r. więziono w dąbrowskim więzieniu około 80 ludzi, część z nich została już wywieziona. Aby uratować pozostałych postanowiono pozostałych odbić.  Urząd  w Dąbrowie Tarnowskiej  został  w nocy z 8 na 9 maja 1945 r. zaatakowany przez około 50-osobowy oddział Tadeusza Musiała ps. „Zarys”. Rozbito  miejscowe więzienie i uwolniono więźniów. Akcja ta odbiła się szerokim echem na Powiślu.

Bezpieka czując się coraz pewniej, krwawo rozprawiała się z byłymi już żołnierzami AK. Wielu z nich przypłaciło to zdrowiem i życiem.

Pierwszy komendant Obwodu AK w  Dąbrowie  Tarnowskiej Władysław Kabat ps. „Brzechwa”, po wyzwoleniu krótko był żołnierzem Ludowego Wojska Polskiego, po zdemobilizowaniu został aresztowany i więziony przez Urząd Bezpieczeństwa (UB) za przynależność do AK, przeszedł tzw. „golgotę wrocławską”, gdzie był przesłuchiwany w sposób wprost niewiarygodny.  Oto fragment z przesłuchania „Brzechwy”: „ W kącie pokoju nr 17, pomiędzy ścianą z żelazną szafą stoję w postawie na baczność. Co osiem godzin dwóch oprawców zmienia się i przesłuchuje mnie bez przerwy. W przypadku, gdy się poruszę biją moją głową o ścianę, kopią po kostkach i w golenie. Celem lepszej kontroli nakreślają kredą trójkąt wokół moich stóp i mówią: „uważaj i stój spokojnie bo jeśli nadepniesz na krechę, to cię tu zaraz szlag trafi”. Ten, który kreślił trójkąt, może mieć najwyżej 18 lat. I tak sześć dób bez snu jedzenia, bez picia, wśród ustawicznych obelg i drwin. Mimo  próśb i błagań nie pozwolą pójść do ubikacji i nie podadzą szklanki wody.” Okropne doświadczenia więzienne przyczyniły się do amputacji obu nóg oraz spowodowały wiele innych schorzeń.

Eugeniusz Kotra, ps. „Leszek” został zabrany z domu przez żołnierzy UB. Po kilku dniach pod stogiem siana w Luszowicach znaleziono jego potwornie zmasakrowane zwłoki. Ciało było wręcz czarne od bicia, kończyny i żebra połamane.

Zdzisław Baszak ps. „Pirat”, rozpoczął studia w Akademii Handlowej w Krakowie. Zostały one przerwane z powodu aresztowania przez UB. Otrzymał wyrok 6 lat pozbawienia wolności, z czego był więziony przez 3 lata.

Niestety, wiele jeszcze  lat w powojennej Polsce musieli jeszcze cierpieć byli żołnierze AK za przynależność do tej formacji, a  polityczny „pył. zapomnienia” sprawił, że  dzieje  AK zostały usunięte z  najnowszej historii Polski. Dopiero po 1989 r. przyszły lata, w których ich działalność ojczyzna doceniła. Powstał Światowy Związek Żołnierzy Armii Krajowej. W 1990 r. w Dąbrowie Tarnowskiej płk Zdzisław Baszak utworzył muzeum Armii Krajowej, a  byli żołnierze AK prowadzą dziś działalność edukacyjną i popularyzatorską. Powstają liczne Kluby Historyczne im. Armii Krajowej. Obecnie wiedza o roli Armii Krajowe w czasie wojny oparta jest na prawdzie historycznej, a jej uczestnicy mogą ją przekazywać  zgodnie ze swoją wiedzą.

 

                                                                                                                                                                                                            Marek Jachym

Korzystałem m.in. z publikacji:                                

 Baszak Z. „Placówka AK „Malwina” (1992)

 Kabat E. „Zapomniana „operacja III Most” i niezłomny dowódca płk Władysław Kabat” (2009)

 Kozaczka J. „Kulisy wsypy” („Kurier Dąbrowski”1993)

 Krasnodębski T. „Policjant konspiratorem. Szesnaście lat na muszce Gestapo i bezpieki” (2007)

 Pietrzykowa  A. „Region tarnowski w okresie okupacji  hitlerowskiej - polityka okupanta i ruch oporu” (1984);

 Rzeszuto J. „ Ostatnia walka „Lota” („Kurier Dąbrowski”1994)

 Skowron A. „Rozbicie więzienia śledczego Urzędu Bezpieczeństwa w Dąbrowie Tarnowskiej z dnia 8 na 9 maja 1945 roku” („Rocznik Tarnowski”2003/2004)




   BATALIONY CHŁOPSKIE

Mam szesnaście lat. W latach 2008-2011 uczęszczałam do Gimnazjum nr 2 w Ratajach Słupskich. Kiedy moja szkoła w  2010 r.  przyjęła imię "Batalionów Chłopskich", to szerzej zainteresowałam się tą organizacją.

Heroiczna postawa chłopów polskich znana była od wieków. Szczególnie widoczne to było w czasach gdy traciliśmy niepodległość. W czasie drugiej wojny światowej powstały organizacje zbrojne oparte na ruchu ludowym.  Już w sierpniu 1940 r. powstała konspiracyjna organizacja zbrojna pod nazwą Chłopska Straż, a od wiosny 1941 r. organizacja przyjęła nazwę Bataliony Chłopskie (BCh). BCh zostały utworzone przez Stronnictwo Ludowe wchodzące w skład koalicji rządowej. Komendantem głównym BCh był Franciszek Kamiński.  Początkowo kierowano członków BCh do Związku Walki Zbrojnej. Z czasem zapadła decyzja o utworzeniu własnej siły zbrojnej opartej na tradycjach ruchu ludowego. Szczególnie widoczne tu były dążenia młodzieży wiejskiej do aktywności konspiracyjnej. 

            Ważnym momentem w dziejach chłopskiej organizacji zbrojnej była akcja scalania z Armią Krajową. Jednak znaczna część BCh zachowała niezależność. Struktura organizacyjna przedstawiała się następująco: okręg (obejmował województwo), podokręg (kilka powiatów), obwód (powiat), rejon (kilka gmin), gminę i gromadę.

Każdy z członków Batalionów Chłopskich był zobowiązany do wypowiedzenia słów przysięgi. Jej autorem był sam Komendant Główny, a brzmiały one: "W obliczu wiekuistości minionych pokoleń ojców i praojców, w obliczu nieśmiertelnego ducha ojczyzny mojej, Polski, w obliczu zakutego w kajdany niewoli narodu polskiego postanawiam i ślubuję w swym sumieniu człowieczym i obywatelskim, że na każdym miejscu i we wszystkich okolicznościach walczyć będę z najeźdźcą o przywrócenie całkowitej wolności narodu polskiego i niepodległości państwowej Polski. Do walki tej staję świadomie i dobrowolnie w bojowych szeregach Batalionów Chłopskich, kierowanych przez znaną mi organizację ideowopolityczną zmierzającą do sprawiedliwej Polski Ludowej na chrześcijańskich zasadach demokracji opartej. Na tej drodze walki wszelkie zlecenia i rozkazy wykonywać będę rzetelnie i karnie, powierzonych mi tajemnic nie ujawnię przed nikim, nawet przed najbliższymi mi osobami. W wykonywaniu rozkazów oraz zachowaniu powierzonych mi tajemnic nie powstrzyma mnie nawet groza utraty życia. Stając w szeregach Batalionów Chłopskich do szeregów żadnej innej organizacji ideowo-politycznej nie wejdę i w żadnym wypadku z szeregów Batalionów Chłopskich samodzielnie nie wystąpię. Przyrzeczenie to składam i ślubuję dotrzymać. Tak mi dopomóż Bóg”.

Bataliony Chłopskie w czasie wojny zasięgiem swojej działalności objęły również obszar, z którego pochodzę.

2 sierpnia 1944 roku oddział Batalionów Chłopskich, którym dowodził Piotr Pawlina stoczył triumfalny bój z oddziałami Wehrmachtu. Zwycięstwo było dla wielu zaskoczeniem, gdyż liczebna przewaga niemieckiego okupanta była ogromna.

Dziewięciu Polaków utraciło życie: Władysław Dufaj z Chrzanowa, Marian Walęzak z Zalesia, Franciszek Godzwon z Łyczby, Władysław Płachta z Gac Słupieckich, "Blacharz" (nazwisko nieustalone) z Rakowa, "Raf" (nazwisko nieustalone) 21-latek pochodzący z Warszawy -więzień odbity w czasie akcji na więzienie w Pińczowie, Władysław Wach ps. "Kruszyna" z Ponika, Jan Zal  ps. "Chudy" z Jarosławic, oraz komendant powiatowy Ludowej Straży Bezpieczeństwa Batalionów Chłopskich pochodzący z Zofiówki Jan Sowa ps. "Grot". Po stronie nieprzyjaciela były liczne straty.

Mieszkańcy, w miejscu gdzie stoczono bój, usypali kopiec, na którym usytuowano drewniany krzyż, a nieopodal postawiono pomnik. Niedawno obelisk w miejscu bitwy został wyremontowany, a  rocznica bitwy weszła do kalendarza imprez patriotycznych na terenie naszej gminy. Gromadzą się wtedy poczty sztandarowe organizacji kombatanckich, politycznych, Ochotniczej Straży Pożarnej oraz szkół. Na uroczystość liczne stawiają się przedstawiciele samorządu, parlamentu, mieszkańcy oraz młodzież. Odbywa się uroczysta msza, apel poległych, składanie wieńców przez liczne delegacje.

Historia naszego kraju jest pełna takich zdarzeń. Często popadają w zapomnienie. Warto opowiadać młodym pokoleniom o tym, co zdarzyło się kiedyś, jakich wspaniałych ludzi wydała nasza ojczyzna.

 

                                                                       Justyna Bielacha



                                                                 

 

 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Comments