Polska to kraj o niezwykle bogatej historii i kulturowym dziedzictwie, które obejmuje wiele narodowości, w tym również Tatarów. Pomimo swojego niewielkiego rozmiaru, Polska jest domem dla niewielkiej, ale wpływowej społeczności tatarskiej. Podążając ich śladami, wyruszyłam w podróż w celu zrozumienia i docenienia tej fascynującej kultury.
Odległe korzenie i współczesna rzeczywistość
Historia Tatarów w Polsce ma swoje początki w XVII wieku, kiedy to grupa tatarskich jeźdźców osiedliła się w Rzeczypospolitej, dzięki przywilejom nadanym przez królów. Pomimo swoich odległych korzeni, Tatarzy szybko stali się integralną częścią polskiego społeczeństwa. Dziś ich liczba wynosi zaledwie kilka tysięcy, ale ich wpływ na kulturę i historię kraju jest ogromny.
Wizyta w tatarskim meczecie
Podczas mojej podróży odwiedziłam meczet tatarski w Kruszynianach, niewielkiej miejscowości województwa podlaskiego przy granicy białoruskiej. Meczet ten jest jednym z nielicznych tatarskich miejsc modlitwy w Polsce i świadczy o długotrwałym dziedzictwie tej społeczności. To piękny budynek, z tradycyjnymi tatarskimi wzorami zdobiącymi ściany. Tatarzy w Polsce to przede wszystkim ludzie religijni, wyznający islam. Mimo że są mniejszością w kraju, ich wiara jest dla nich niezwykle ważna. Meczet w Kruszynianach jest nie tylko miejscem modlitwy, ale także centrum społeczności, gdzie odbywają się spotkania, wykłady i inne wydarzenia.
Obok meczetu znajduje się cmentarz muzułmański – mizar. Znajdują się na nim groby zarówno stare, tradycyjne, jak i nowe, przypominające te chrześcijańskie. Różnią się od tych, które znamy, inskrypcjami i symbolami. Nie zobaczymy tutaj krzyża czy słów katolickich modlitw. Zamiast tego znajdziemy islamski półksiężyc z gwiazdą oraz wersety Koranu.
Według tatarskiej tradycji zmarłemu zamyka się po śmierci oczy, po czym kładzie się jego ciało na ławie i obmywa, a nos i usta zatyka watą. Ciało wraz ze zwojami modlitewnymi (daławary) zawijane jest w białe płótno – sawan. Całą noc trwają modlitwy za zmarłego, a kolejnego dnia po południu odbywa się pogrzeb. Ciało zakrywane jest deskami, a następnie grób jest zakopywany i otaczany kamieniami – po każdej stronie musi być ich nieparzysta ilość. Dwa duże kamienie stawiane są w głowie i stopach zmarłego. Tradycyjne groby przypominają kopce kamieni. Bez odpowiedniej wiedzy trudno się domyślić, czym w rzeczywistości są.
Tatarskie smaki
Będąc w Kruszynianach mogłam także spróbować kuchni tatarskiej w restauracji Tatarska Jurta.
Zasmakowałam m.in.: manty z serem na ostro (nie były tak ostre jak się spodziewałam), czyli pierogi gotowane na parze z białym serem,czosnkiem i marchewką. Kolejną z tradycyjnych potraw były kołduny - także pierogi, ale z wołowiną i podawane z rosołem. Nie mogło także zabraknąć słodkości, listkowiec z makiem (warstwowe listkowane ciasto drożdżowe) w smaku podobny był do polskiego makowca. Pewnie bardziej smakowałby mi listkowiec z jabłkami, ale to już kwestia gustu.
Piękno w różnorodności
Podczas mojej podróży w świat kultury tatarskiej w Polsce odkryłam nie tylko smaki, ale także historię i dziedzictwo tej małej, ale wpływowej społeczności. Tatarzy w Polsce stanowią przykład harmonijnego współistnienia różnych kultur i religii, które wzbogacają krajową mozaikę kulturową. Z tej podróży wyniosłam nie tylko smakowite wspomnienia, ale także głębsze zrozumienie i szacunek dla kultury tatarskiej w Polsce. To dowód na to, że różnorodność kulturowa jest skarbem, który przyczynia się do piękna i bogactwa kraju.
Daria Duszczak
Siedzę na łóżku w moim pokoju. W dłoniach trzymam dwa patyczki, między nimi przeplata się jarząco pomarańczowa włóczka. Obok mnie siedzi babcia, cierpliwie tłumacząc mi, co mam robić. W jej dłoniach również znajdują się patyczki i taka sama włóczka. Nie powiem, że bawię się świetnie, bo czuję gulę w gardle i szklą mi się oczy.
Porównując robótkę moją i babci, to niemal jak niebo a ziemia. Babcia jest jak pajęczyca, której plątanina nitek wygląda jak dzieło sztuki. Oczka są jednakowej wielkości, dumnie prezentują się jedno obok drugiego niczym żołnierze na służbie. Są proste, a każdy rząd jest równosieńki jak od linijki.
Natomiast moje dziecięce rączki czują się nieswojo. Odnoszę wrażenie, że brakuje mi co najmniej dwóch rąk, żeby pomogły mi opanować plątaninę włóczki. Moje rzędy są zbyt zwarte albo nazbyt rozciągnięte. Robótka mojej babci mogłaby znaleźć się w muzeum, za szklaną szybą, ludzie powinni ją oglądać, podziwiać. Z kolei moja... No cóż, jej lepiej nie oglądać.
Drżącym głosem się poddaję i czuję, że nie nadaję się do niczego. U babci wydawało się to bardzo... łatwe. Nie było żadnych problemów z nabieraniem oczek, podczas gdy mi ciągle zsuwały się one z drutów. Porażka.
Niedługo potem babcia po raz kolejny próbuje nauczyć mnie sztuki robienia na drutach. Nadal nic z tego. Jestem do niczego.
Po jakimś czasie czuję, że tym razem mi się uda. Jednak zmienia się nauczyciel. Tego dnia proszę o pomoc mamę. Biorę druty, różową włóczkę i siadam z mamą w salonie.
Nabieramy oczka na druty. Z początku mi nie wychodzi, jednak już po chwili czuję się pewniej. Mam oczka na drutach i czuję, jak serce zaczyna mi bić mocniej, a na twarzy pojawia się uśmiech. Tak, jestem z siebie dumna.
Następne w kolejce stoją prawe oczka (cokolwiek to znaczy). "Pierwszy rządek jest najtrudniejszy" - mówi mama. Instrukcje są proste. Taki filmik z napisami. "Wbijasz, nabierasz, zdejmujesz. Wbijasz, nabierasz, zdejmujesz..." i tak w kółko, do końca rzędu. Niby nic, a jednak nie idzie mi najlepiej, byle do przodu.
Kiedy kończę rządek, odwracam robótkę, dokładnie tak jak mama, i tu zaczynają się schody. Lewe oczko, zdecydowanie mi nie idzie. Jak to "przyłóż kciuk"?! Co to w ogóle znaczy?!
Teraz brakuje mi już trzech rąk. Oczka ślizgają się na metalowych drutach, jak pingwiny na lodzie. Jeszcze chwila i dochodzę do wniosku, że dzierganie jest robotą dla ośmiornicy. Lewe oczko rozkłada mnie na łopatki, włóczka mnie nokautuje, a ja staczam się z ringu i przez kilka kolejnych dni (może tygodni) dochodzę do siebie ćwicząc prawe oczko.
Potem sprawa jest prosta. Z racji, że ja nie umiem, proszę mamę, żeby zrobiła mi na drutach opaskę. Na przemian prawym i lewym oczkiem. Daję jej szarą włóczkę, druty i przyglądam się jej pracy.
A potem wyłapuję mniej więcej sposób przerabiania oczka na lewą stronę i kiedy tym razem mama mi tłumaczy, jestem w stanie to zrobić już przy pierwszym oczku. I kto jest najlepszy? Ja! Ja jestem!
Teraz, przez długi czas, ćwiczę zdobyte umiejętności. Jednocześnie uczę się innych ściegów (czyli sposobów przerabiania oczek), robię warkocze, już umiem zakończyć robótki, a na mikołajki dostaję druty, które tym razem są bambusowe, nie metalowe. Są lżejsze i wygodniej się nimi przerabia oczka, a włóczka już się nie ślizga.
Z racji, że trwa zima, postanawiam zrobić sobie szalik. Na przemian prawym i lewym oczkiem. Wyciągam olbrzymi motek bordowej włóczki i zanim zacznę pracę, całą nitkę zwijam w kłębek. Zajmuje mi to prawie dwa dni, nadgarstki i dłonie niemal odpadają, ale już następnego dnia zaczynam szalik.
Początkowo, jestem pozytywnie nastawiona. Motywacja pcha mnie do przodu, przerabiam oczka z prędkością światła, rzędy powstają w mgnieniu oka i teraz są równiutkie. Jednak kiedy zauważam, ile jeszcze przede mną, zaczynam kwestionować sens tej pracy. Czuję się jak mitologiczny Syzyf, pchający kamień pod górę. Non stop, rytmiczne, powtarzające się ruchy, a progresu prawie nie widać.
W Wigilię mam niemal połowę szalika, wiem, że jeszcze długa droga przede mną, ale już bliżej niż dalej.
Po nowym roku dalej dziergam, jeszcze trochę i szalik osiąga długość mojej nogi, potem sięga od kostki do ramienia, co znaczy, że jest gotowy. Dumnie go prezentuję na swojej szyi, wychodząc
z domu i jestem zadowolona z efektu końcowego.
Po jakimś czasie, z tej samej włóczki, staram się zrobić rękawiczki i udaje mi się, choć są dziurawe niemal jak zaparzacz do herbaty.
Etap fascynacji dzierganiem trwa przez około dwa lata od momentu, kiedy nauczyłam się prawego oczka. Jednak gdy koleżanka pokazuje mi, na czym polega szydełkowanie, zakochuję się i w tej sztuce.
Kiedy odwiedzam ją podczas wakacji poprzedzających szóstą klasę, tłumaczy mi podstawy. Łańcuszek, półsłupki, magiczne kółko, rozszerzanie i zwężanie robótki. Jeszcze wtedy nie wiem, jak bardzo może się to rozwinąć. Nauka idzie mi zaskakująco szybko i płynnie. Może druciane początki miały na to wpływ? Nie wiem, ale zdecydowanie jestem zadowolona.
W domu informuję mamę, że potrzebuję szydełka, a kiedy je kupujemy, od razu zabieram się do pracy. Rzucam się na głęboką wodę i postanawiam zrobić misia. Wypycham go watą, która śmiesznie chrupie i w efekcie końcowym miś wygląda jak wyjęty żywcem z horroru. Smutna buźka na szarej głowie, bordowa kokarda pod szyją, nierówne łapki i wyjątkowo chude nogi - to wszystko wygląda jak zagubiona zabawka z nawiedzonego domu, ale jestem z siebie dumna i niedźwiadek jest długi czas moim faworytem.
Wykorzystując materiały zebrane jeszcze w erze drutów, szydełkuję pszczołę, żółwia i małego wieloryba. Na prośbę taty, robię mu dwa malutkie wieloryby, imitujące breloczki. Moje pierwsze zamówienie.
Z każdym kolejnym dziełem przybywa mi wprawy, prace stają się bardziej estetyczne, choć do perfekcji, według mnie, zawsze będzie czegoś brakować. Na moje projekty tracimy jedno opakowanie waty, gąbkę z becika, na którym chrzest brała moja kuzynka i jedną dużą starą kołdrę, którą rozpruwam z czystą radością.
W sierpniu, na urodziny brata, znajduję wzór na prześlicznego dinozaura i postanawiam mu go zrobić. Oczywiście w tajemnicy. Praca trwa kilka dni, może tydzień. Znajduję w odmętach szafek ruchome oczka i kawałek wstążki. Na gorącym kleju przyklejam oczka, a ze wstążki zawiązuję krawat pod szyją zielonego dinozaura. Dinozaur skrupulatnie pilnuje skarbu mojego brata, jakim są książki, a czasami nawet zabawia małe dzieci odwiedzające nasz dom.
W czerwcu, następnego roku, zamawiamy z koleżanką grube włóczki, a potem w lipcu, wykorzystując żółtą, czarną i białą, robię mamie prezent urodzinowy. Włóczka grubości mojego palca, niewygodnie układa się na równie grubym szydełku, i nieprzyjemnie piszczy, gdy zbyt mocno jest zaciśnięta wokół haczyka. Mimo to nie poddaję się i po kilku godzinach męczarni z włóczki powstaje urocza, puchata pszczoła, która długi czas, prostując skrzydełka, błyszczy uśmiechem na kominku.
W grudniu, z okazji mikołajek, postanawiamy z koleżankami zrobić sobie wzajemnie prezenty. Dla jednej z nich robię żółtego pingwinka, dla drugiej - różowego dinozaura, a trzecia otrzymała fioletową małpkę.
Z racji, że jak zwykle odłożyłam wszystko na ostatnią chwilę, trzecia maskotka jest zszywana wieczór przed wręczeniem prezentów.
I wcale, ale to wcale nie martwię się, że nie zdążę tego zrobić. Ani trochę, nic a nic.
Żółty pingwinek zostaje w szkole przechrzczony na kaczkę, co niezbyt mi się podoba, ale w tym sporze jestem mniejszością, więc chyba już zawsze pingwin będzie kaczką.
Po jakimś czasie stwierdzam, że zrobię sobie sweter. Bo czemu nie? Porywam się z szydełkiem na księżyc, ale nie ma ryzyka, nie ma zabawy.
Zbieranie białej włóczki trwa najdłużej. W tym czasie rozrysowuję projekt i wyliczam, ile kwadratów muszę zrobić. Sześćdziesiąt. Sześćdziesiąt kwadratów na sweter. Wstępnie sprawdzam różne wzory kwadratów i wybieram jeden z nich. Nie ma na co czekać, bo zaproszenia nikt mi nie wyśle, więc zabieram się do pracy. Ostatecznie cały sweter pochłania sześćdziesiąt sześć kwadratów, a na ściągacze muszę dokupić włóczkę. Cała praca zajmuje mi około miesiąca razem
z dokupieniem odpowiedniej włóczki i zszyciem wszystkich elementów. Nie do końca sobie ufam, więc odstające nitki skracam, chociaż nadal je widać. Boję się, że gdy utnę je zbyt krótko, cały miesiąc zostanie rozpruty i będzie wyglądał jak rozsypany na podłodze makaron z zupki chińskiej.
Po praniu sweter schnie w sumie trzy dni. Napięcie rośnie, a ja z każdą chwilą zastanawiam się, czy kiedykolwiek będzie suchy.
Kiedy przychodzę w nim do szkoły, z początku nikt nie zwraca na to uwagi, ale kiedy już ktoś to robi, słyszę: "Myślałam, że go kupiłaś! Wygląda jak ze sklepu!". No i wiadomo, moja pewność siebie podskakuje kilka pięter w górę, jakby wsiadła w windę i wjechała na najwyższy poziom.
Znajduję w Internecie wzór na Kubusia Puchatka z ruchomą główką i wykonując go krok po kroku, efektem końcowym jest Kubuś Puchatek w czerwonej koszulce. Na diecie. Puchatek wygląda tak szczupło, że przyjaciele ze Stumilowego Lasu, z pewnością by go nie rozpoznali. Możliwe że pomyliliby go nawet z Hefalumpem.
Któregoś dnia znajduję wzór na misia-breloczek. Postanawiam go wypróbować. Schody zaczynają się już na początku. Jeszcze nigdy nie pracowałam w ten sposób na łańcuszku, więc kilkukrotnie rozpoczynam
i pruję pracę. Kiedy kończę głowę, zauważam, że... jest zdecydowanie za duża na breloczek. Może zdjęcie było podpięte do innego wzoru? Ale kiedy pozostałe części we wzorze są adekwatne dla breloczka, jestem już w stu procentach pewna, że wzór na głowę jest błędny. Mimo wszystko chcę zrobić tego misia. Nie ma szans, że teraz, kiedy mam już głowę, zrezygnuję z tego pomysłu. Wykorzystując wzór na brzuch, postanawiam go nieco zmodyfikować i wykorzystać na nogi.
Wykańczam robótkę, robię drugą nogę w taki sam sposób, i uśmiecham się do samej siebie za swój spryt i pomysłowość. Jestem genialna! Jedyną rzeczą, która mnie martwi, jest fakt ciągle ubywającej niebieskiej włóczki. Motek się zmniejsza i zaczynam się obawiać, czy wystarczy mi włóczki na całego misia. No ale już za późno, najwyżej będę kombinować. Łapki powstają z pierwotnego wzoru na nogi, chociaż i ten wzór przerabiam. Trzeba sobie jakoś radzić. Odcinam sznureczek i widzę, że nie ma najmniejszej szansy, że wystarczy mi włóczki na brzuch. Wyciągam z pudła resztkę białej i jasnożółtej włóczki. Zaczynam białą z nadzieją, że wystarczy. Mylę się i to bardzo. Nawet nie dotarłam do połowy, a końcówka nitki smętnie zwisa obok robótki, jakby zawiedziona, że jej się nie udało. Dołączam żółtą nitkę i dokańczam pracę tym kolorem. Odcinam włóczkę i przeciągam. Chwytam za igłę i od razu jestem zrezygnowana. Patrzę na głowę z uszami, łapki, nogi i biało-żółty tułów. Nie znoszę tego procesu, choć gdy się kończy, sprawia mi najwięcej satysfakcji, bo dzieło jest już w całości, a moje wysiłki i czas mają jedną, namacalną formę. Ale pomimo tego nie znoszę zszywania. Zawsze przyszyję coś krzywo, choć kiedy zaczynam, wszystko jest idealnie równo. Tym etapem stresuję się zawsze najbardziej, ale nie mogę zostawić misia rozłożonego na części pierwsze i mówić, że to taki inny rodzaj puzzli.
Ostatecznie całość nie wygląda najgorzej, głowa jest odwrócona bardziej w bok niż to planowałam, a jedna noga jest chyba ciut wyżej niż druga. Z powodu braku ogona misiek nie siedzi, ale póki co, nie jest to największy problem. Trzeba jakoś zamaskować dwukolorowy tułów, bo nie wygląda najlepiej.
Chwila zastanowienia i nad moją głową pojawia się świecąca żarówka. Wyciągam grubą włóczkę i wykorzystując znajomość schematu na koszulkę dla Kubusia Puchatka, postanawiam zrobić niebieskiemu misiowi bluzę. Kiedy koszulka jest gotowa, dziergam na chybił trafił kaptur. Zszywam dwie części z sobą, zaczepiam sznurki i dodaję możliwość zwężenia kaptura. Kiedy sprawdzam, czy wszystko działa, w duchu piszczę z radości, a miśka przytulam do siebie i jestem tak bardzo dumna, że chyba już bardziej być nie mogę. Teraz nawet krzywo przyszyta głowa odchodzi w cień i nie sprawia mi takiego dyskomfortu jak początkowo.
Jestem bardzo zmotywowana, bo cały miś zajął mi dwa dni (w dodatku niecałe) i czuję satysfakcję niemal tak wielką jak Mount Everest.
W tym samym czasie w ramach praktyk, robię prezenty kilku osobom w klasie i rodzinie. Różową ośmiornicę, granatową żabę, żółtą miniośmiorniczkę, brązową małpkę i kilka innych rzeczy, które wędrują do moich bliskich.
Olbrzymią radość sprawia mi uśmiech, który towarzyszy każdej oddanej maskotce, bez względu na to, czy była zamówiona czy też nie. Chyba ten moment mogę nazwać moim ulubionym w całym procesie, od samego początku, którym jest złożenie zamówienia, aż po sam koniec - zaprezentowanie ukończonego produktu. Za to najmniej lubianym jest zdecydowanie zszywanie części w jedną całość.
Któregoś dnia mój wzrok zahacza o zdjęcie poduszki w kształcie pandy i jestem nią tak oczarowana, że mam zamiar ją zrobić. Podczas wakacji zamawiam miękkie włóczki i kiedy tylko paczka trafia w moje ręce, zabieram się do pracy. Wyławiam z odmętów galerii w telefonie schemat, jak pracować na łańcuszku i początkowo się nim kieruję. Kiedy osiągam odpowiednią wielkość, sprawa staje się prosta i w każdym rzędzie wykonuję siedemdziesiąt dwa słupki. Przyszywam łatki z filcu pod oczy i jako nos, a następnie zaczepiam oczka (które mają 2 cm średnicy, w życiu większych nie widziałam, są jak dwie małe, hipnotyzujące czarne dziury). Potem zmieniam kolor włóczki na czarny i przerabiam dziesięć rzędów na ślepo. Czarna włóczka ma to do siebie, że nigdy nie widać oczek, co powoduje straszne zamieszanie. Łatwo zgubić oczko, albo wbić się w jedno dwa razy. Próbuję opanować sytuację nachylając się do światła, jednak równie dobrze mogłabym mieć zasłonięte oczy, albo pracować po ciemku. Ostatecznie jakimś cudem wygrywam z erą ciemności i przechodzę na jasną stronę mocy, zmieniając kolor z powrotem na biały. Po kolejnych dziesięciu rzędach wykańczam pracę, wypycham kołdrą, przyszywam zrobione uszy i łapki wraz z ogonem. Siedzę na podłodze, jak zaczarowana, wpatrując się w oczy pandy, uśmiechając się tak szeroko, jak nigdy. Kiedy pokazuję moje dzieło tacie, muszę z nim walczyć o swoją własność, którą mój tato ma zamiar sobie zaanektować. Oczywiście wygrywam.
Kuzynka i tato składają zamówienia i otrzymują je już w październiku. Tato cieszy się jak dziecko i od tej chwili panda cały czas leży na honorowym miejscu na kanapie.
Od tego momentu mój skromny biznes się rozkręca. Najpierw ciocia prosi o misia dla mojej kuzynki, za którego dostaję trzy książki. Brat znowu dostaje prezent urodzinowy, którym jest Stich. Foczka ląduje u kolejnej kuzynki. Dwa wielorybki kończą u kuzyna, a ja jestem dumna, że mogę wywołać uśmiech na ich twarzach.
Podczas wakacji dostaję zamówienie na krowę. Zabieram się za nią pod koniec września. Wzór nie jest skomplikowany, a każdy element zajmuje mi niewiele czasu. Płynnie zmieniam kolory i pokonuję kolejne rzędy. Dwa, może trzy dni i mogę zszywać wszystko razem. Już jestem zadowolona, a co będzie, kiedy pojawią się łatki?
Na filcu rysuję kredą przypadkowe kształty, po czym je wycinam i przyklejam klejem na gorąco. Efekt końcowy jest oszałamiający nawet dla mnie. Każde oczko jest równe, praca nie ma żadnych dziur, a kolory płynnie przechodzą jeden
w drugi.
W myślach stawiam na ringu dwie maskotki. W czerwonym narożniku do walki przygotowuje się moja pierwsza maskotka - szary miś. Naprzeciw niego w niebieskim narożniku rozgrzewa się moje najnowsze dzieło - krowa. Słychać wiwaty publiczności. Niektórzy się zakładają, inni czekają z niecierpliwością na pierwsze słowa sędzi, a obie maskotki skaczą w miejscu, patrząc sobie prosto w oczy.
Przeciwnicy zbliżają się do siebie. Szary miś prezentuje swoje szare oczka w nierównych rzędach, jednak krowa pokonuje go, atakując swoimi białymi, idealnymi rzędami. Punkt dla rogatej.
W kolejnej rundzie maskotki chwalą się swoimi szwami. Podczas gdy połączenia części krowy są całkiem dobrze i równo wykonane, tak szwy na misiu są bardzo prymitywne i widoczne. Kolejna runda wygrana przez uczestnika w niebieskim narożniku.
Trzecia runda skupia się na wypełnieniu maskotek. Choć go nie widać, bardzo dobrze można je wyczuć. Miś wypchany został watą, która chrupie pod naciskiem, do tego jest nierówno rozłożona, co sprawia, że miś nie ma odpowiedniego kształtu. Krowa z kolei jest wypchana równomiernie puchem z kołdry, który jest znacznie bardziej elastyczny i podatny. W dodatku nie chrupie i nie odkształca się. Punkt dla biało-czarnej.
Ostatnia runda, to ogólny wygląd maskotki. Krowa atakuje równymi rękami i nogami, wywija ogonem i pokazuje dumnie swoje rogi. Każdy cios trafia celnie w nierówne misiowe łapki, różnej szerokości nogi, pofalowany podbródek i krzywy ogonek. Ostatecznie misiek zostaje pokonany w tej nierównej walce i znokautowany schodzi z ringu, gratulując zwycięzcy.
Jestem w niemałym szoku, jakie postępy zaszły w moich pracach i ogólnych umiejętnościach. Podobne odczucia mam, gdy ktoś podziwia moją cierpliwość i zdolności, poświęcony na to czas, którego upływu nawet nie odczuwam. Jednak mimo tak wielkiego postępu, mam świadomość, że jeszcze wielu rzeczy nie wiem i czeka mnie długa droga, by rozwinąć się jeszcze bardziej. A ta droga jest tak długa, że nie widać jej końca.
Jowita Jobko