Główny problem zawsze był w Tobie
Bo ciągle myślisz, że ktoś Cię naprawi
Ale nikt nie chce odbudowywać nic kiedy
Ty chcesz to jak zwykle znowu zawalić
Mimo, że chcialbyś mieć jakąś asekurację
Chcialbyś znów liczyć na pomoc i wsparcie
Żeby ktoś się znowu pochylił nad Tobą
Tylko powiedz mi, po co, skoro za sobą
Zostawiasz każdą wyciągniętą ci rękę?
Tak, jakbyś liczył, że będą następne.
Nie wierzę, że ciągle jesteś taki żałosny
Te parcie na rozwój, te krzyki o bólu
Jeśli Ci źle to powinieneś z tym skończyć.
Chyba zapomniałeś, że jesteśmy dorośli.
Tylko, że Ty wolisz krzyczeć do tłumu
Żeby myśleli, że pracujesz nad sobą
Łatwo to ukryć za szklaną powłoką
Kolejnym pisanym po cichu wierszem.
Tak, jakbyś liczył, że będą następne.
Znowu to zrobisz i zostawisz wszystkich.
I znowu to zrobisz na jakieś trzy dni.
Ludzie zawsze byli i będą zawistni.
Choć Tobie tak ciężko jest żyć z tym.
I boisz się przyznać do awersji do ludzi,
I do tego, że musisz się z myślą budzić,
że brzydzą cię wszyscy ludzie za oknem,
ale tak samo Cię brzydzi umrzeć samotnie.
I wiem, że jesteś za słaby, żeby to zrobić,
Ale już chyba im jesteś to winien
Za słowa i czyny,
Za powody do winy,
Za życie w goryczy,
Za krzywdy i blizny
Bez znaczenia, Czy
Robione świadomie
Ale chyba jesteś im winien stąd odejść.
Pośród tylu dróg
Pod stopami gruz
I sen mnie składa
Chciałbym być sobą już
Lecz nie mogę znów
Bo się chyba rozpadam
Czuję się jakbym miał skakać
Ale i tak już spadam
W tym zostańmy na moment
Kiedy się chciałem podnieść
Życie kazało klęczeć
To dlatego zabijam się w sobie
Ciepłe miejsce,
cudze miejsce
wina leży w kwiatach.
Drugie miejsce,
trzecie miejsce,
cicha iskra światła.
To, co Cię rani,
jest z cudzej ręki.
Nie obwiniaj świata.
Gdy chcesz więcej,
licz na szczęście,
Na nic zda się praca.
Lepiej samemu
znaleźć prawdę,
nim znajdzie Cię sama.
Pod stopami grunt
Pod stopami lód
I się potykam
Chciałbym więcej snu
Lecz nie mogę już
I znowu przysypiam
Nie chcę milczeć już
Lecz brakuje słów
By je ktoś odczytał
Mimo wielu twarzy tu
Żadna nie ma ust
Czyli nikt nie wzywa
Czuję, że znikam znów
Jak na papierze tusz
A miałem być wieczny
Nastał nowy dzień
Odbierając tlen
A chciałem być lepszy
Ile trzeba siedzieć w ciszy,
by w końcu odzyskać duszę?
Po jakie mapy trzeba sięgać,
by się przestać gubić w tłumie?
Jakie książki trzeba czytać,
By móc to wszystko zrozumieć?
Za kim iść i kogo słuchać,
Gdy już nie wiem, jak to unieść?
Cisza krzyku
Susza płaczu
Powiedz, ile zostało nam lat?
Znaki pytań
Symbol krzyku
Czy dasz mi ujrzeć światło dnia?
Czy dopiąłeś tutaj już wszystko?
Jeszcze, zanim skończy się żalem?
Cicha wizja kończącego się świata.
Mam nadzieję, że nastanie niebawem.
Najgorsze, co powie reszta, prawda?
Tak, gdybyś już żegnał się z światem.
Tylko, po co by mieli nad Tobą płakać?
I tak nic to nie da, od tego nie wstaniesz.
Najgorsze jest to, że tego nie wstrzymasz.
A Ciebie już nawet to nie będzie obchodzić.
Będą marnować czas, go trwonić do jutra.
To może lepiej się było nie rodzić.
Pamiętacie listy jakie pisał Kafka?
Te o bezgranicznej miłości do Mileny
Gdzie "klatka poszła szukać ptaka",
Gdzie "miłosci noża" targały omeny.
Gdzie przy "szafach, fotelach, biurkach,"
Wśród burzy żalu swój marazm zakłócił,
Aż się w błogiej czułości oddał ramiona
I na stan miłosnego uniesienia nawrócił?
To chyba niedobrze,
Bo potem ją rzucił.
Znowu czuję, że stłumiłem myśli.
Znowu czuję, że zawodzę bliskich.
Powoli spadam w dół i czuję wiatr.
Proszę, w tym na moment zamilczmy.
Będzie czas się skupić na wszyskim.
Pewnie minął z rok jak się widzieliśmy.
Wybacz, że nie pytam co u Ciebie,
I wybacz, że nie piszę codziennie
Boję się że możesz nie tęsknić jak ja
I myślę że domysłem muszę się obejść.
Nie wiem czy dalej jesteś tu przy mnie
Właściwie, dawno mogłaś już odejść.
Może to wszystko jest w mojej głowie?
Może to wszystko jest w mojej głowie?
Właściwie, dawno mogłaś już odejść.
Nie wiem czy dalej jesteś tu przy mnie
I myślę że domysłem muszę się obejść.
Boję się że możesz nie tęsknić jak ja
I wybacz, że nie piszę codziennie
Wybacz, że nie pytam co u Ciebie,
Pewnie minął z rok jak się widzieliśmy.
Będzie czas się skupić na wszyskim.
Proszę, w tym na moment zamilczmy.
Powoli spadam w dół i czuję wiatr.
Znowu czuję, że zawodzę bliskich.
Znowu czuję, że stłumiłem myśli.
Ma suche usta wygięte jak banan
zamknięty w czterech ścianach
zbiera to co ciągle go scala
nie może złączyć się w jedno
mimo, że taki był zamiar
kluczem ostaje się wiara
wiara w idealne jutro które ma nastać
zostaje śmiać się i klaskać
oczy się szklą, jak chmura deszcz
nacina i rozmywa się świat tak
zamknięty w konsternacjach
nad tym co dalej i żyć jak ma
tak w głowie zamknięty mały jest chłopiec
a jego opis wygląda trochę jak ja
Mam suche usta wygięte jak banan
zamknięty w czterech ścianach
zbieram to co ciągle mnie scala
nie mogę złączyć się w jedno
mimo, że taki był zamiar
kluczem ostaje się wiara
wiara w idealne jutro które ma nastać
zostaje mi śmiać się i klaskać
oczy się szklą, jak chmura deszcz
nacina i rozmywa się świat tak
zamknięty w konsternacjach
nad tym co dalej i żyć jak ma
tak w głowie zamknięty mały jest chłopiec
a jego opis wygląda trochę jak ja
Mam suche usta wygięte jak banan
zamknięty w czterech ścianach
Zamknięty we własnych ramach
O wytartych złoceniach jak w bramach
Pokryty cały jest w ranach
Na zewnątrz, w środku by nikt ich nie znalazł
Moje jutro by mogło nie nadejść
Chyba nie chcę na nie już patrzeć.
Oczy się błyszczą, jak chmura burzą
uderza i niech płonie ten świat tak
Jak nigdy, otwarty na aberracje
Odchylony od standardu i tak na mnie patrzcie
Tak w głowie zamknięta jest bestia
A jej opis jest moim obrazem
Te drobne.
Odeszła tylko ciałem
Duszy nie było, więc nie zostanie
W jej oczach łzy
W moich tak jakby rozczarowanie
Myślisz, że śmierć to ucieczka?
Nie, nie, śmierć to jest wyścig.
To nie tak, że czuję za coś się winny
Wolę zrobić coś sobie zanim zrobię to innym
Ciężko zdusić emocje
W imadle między piekłem a niebem
Ciężko jest zrozumieć
Że to, co mamy w tym wszystkim to siebie
Łatwo popełniać te same błędy
Za drugim trzecim i czwartym zakazem
Delikatnie spływa po twarzy krew
Ale już jej nie czujesz tym razem.
Wolałbym, żeby nikt nie pytał co u mnie
Lecz od kiedy jesteś, pytania są częstsze
Coraz ciężej to wszystko wyminąć, to minie
Ale teraz jak wodę w usta nabieram powietrze
Też bardzo rzadko pytam "co u Ciebie?"
Choć wiem, że powinienem pytać częściej
Ciężko zrozumieć, że niektórzy tak wolą
A, że lubią rozmawiać z ludźmi? Tym ciężej.
Wśród osób trzecich to musi być zabawne
Jak tak dwie osoby mogą trzymać się razem
Jedno współgra z ludźmi a drugie wcale
Dodając jeden do jeden, dziwne równanie
Miasto przygasa po cichym niebem.
Zza okna wśród gwiazd dziwne zjawienie
Ciągle istnieją choć nikt nie wie czemu
To jesteśmy my, jak na księżycu cienie.
Nie wierzysz w to, co mówi radio
Wierzysz w to, co wewnątrz
Wnętrze szepcze, że to zbyt dziwne
By móc w końcu odetchnąć
Sam wiem, jak ciężko jest zaufać,
zaraz po tym, co się przeszło
Dla mnie jednak najważniejsze jest
To, że chcesz być tu, ze mną
Dwójka ludzi z dwóch różnych miast
Dwieście kilometrów i drogi szmat
To problem, który chcę zostawić na potem.
Dwójka ludzi z dwóch różnych miast
Dwa serca, kolejno róża i chwast
To problem, z którym nam obu jest dobrze.
Dziękuję Ci za ten rok
Ale w sumie to bardziej za przeszły
Bo w nim Ciebie nie było
I Ciebie nie będzie w następnym
Czas ran może nie leczy
Ale przynajmniej zaciera ślady
I mogą zmieniać się czasy
Ale nie zmieni się nic poza tym
Dziękuję Ci za ten rok
Za jedno wielkie rozczarowanie
Nigdy więcej się nie nabiorę
Na lojalność i zaufanie
Dziękuję Ci za ten rok
Rozumiesz? Dziękuję bo zrozumiałem
Że na nic są warte starania
Kiedy się budzisz sam znów nad ranem
Amen
Rocznik zero pięć
I przez to trochę wstyd mi
Wszyscy wokół naiwni
Ja za to obwiniam liczby
Trochę głupio było
Tak uciekać od rodziny
Czuję, że kilka słów
I się przekręci licznik
Nie żeby któreś z nas
Było jakkolwiek chciane
Ale słowa normy ludzie
Wbijają nam się na banię
Nie żeby któreś z nas
Było jakkolwiek chciane
Nigdy nie było łatwo
I raczej już tak zostanie
Jednak nie ma sensu
Tego mieć za złe
Życie kręci tempo
Czasem zmienia je
Chociaż znów jest ciężko
W tym pozbierać się
Rodzimy się bez wstydu
I chyba tak powinniśmy biec
Proste myśli, szczere serce.
W dłoniach sztuczne kwiaty.
Miałaś wiele, chciałaś więcej.
Przyszłość kół zębatych.
Wielkie sny, spore nadzieje.
Wszystko rozbite na raty.
Stara miłość? Nie rdzewieje.
Jak więzienne kraty.