Kiedy przeglądam swoje zbiory, szczególną uwagę zwracam na dyplomy z okresu zaborów. Te dokumenty to nie tylko potwierdzenie ukończenia studiów – to swoiste manifesty narodowe, gdzie każdy element graficzny mógł nieść ukryte przesłanie. Zacząłem interesować się tym tematem przypadkowo, gdy na giełdzie staroci nabyłem dyplom Uniwersytetu Jagiellońskiego z 1887 roku. Dopiero po dokładnym zbadaniu ornamentyki zauważyłem, że pozornie dekoracyjne motywy roślinne to stylizowane kontury korony królewskiej i orła – symboli polskiej państwowości, których jawne umieszczanie było wówczas niemożliwe.
Zaborcy doskonale zdawali sobie sprawę, że uczelnie polskie mogą stać się ośrodkami patriotycznej działalności. Dlatego kontrolowali nie tylko programy nauczania, ale też oprawę wizualną dokumentów. Mimo to projektanci dyplomów, często będący jednocześnie profesorami i działaczami niepodległościowymi, znajdowali sposoby na zakodowanie narodowych treści. W moich zbiorach posiadam kilkanaście takich dokumentów i każdy z nich opowiada osobną historię o sprytnej grze symboli. To właśnie sprawia, że dyplom kolekcjonerski z tamtego okresu ma wartość nie tylko historyczną, ale wręcz konspiracyjną.
Najpopularniejszym sposobem kamuflowania polskich treści było wykorzystanie ornamentyki roślinnej. Dęby, lipy i róże – wszystkie te motywy miały głębokie znaczenie w polskiej symbolice narodowej, ale dla austriackiego czy rosyjskiego cenzora wyglądały jak zwykła dekoracja. Szczególnie interesujące są dyplomy Uniwersytetu Lwowskiego z lat 60. i 70. XIX wieku, gdzie wieńce dębowe obramowują całość kompozycji. Dąb był przecież symbolem siły i trwałości narodu polskiego, często pojawiającym się w patriotycznej literaturze romantycznej.
W dyplomach warszawskich uczelni funkcjonujących pod zaborem rosyjskim znajdowałem jeszcze bardziej zakamuflowane symbole. Dekoracyjne wstęgi układały się w kształty przypominające literę "P" lub "W", co można było interpretować jako nawiązanie do "Polski" czy "Warszawy". Oczywiście, trzeba było bardzo uważnie przyglądać się tym elementom, bo były wykonane z wielką subtelnością. Cenzura carskiej administracji była bezwzględna, więc każdy jawny symbol polski mógł skutkować zamknięciem uczelni lub represjami wobec rektora.
Najbardziej fascynującym elementem mojej kolekcji są dyplomy kolekcjonerskie pochodzące z tajnego nauczania. Uniwersytet Latający czy Towarzystwo Kursów Naukowych wydawały dokumenty, które musiały funkcjonować w absolutnej konspiracji. Te dyplomy często miały minimalistyczną formę – brak ozdób, prosta typografia, dyskretne pieczęcie. Paradoksalnie właśnie ta ascetyczność czyni je dziś wyjątkowo cennymi. Posiadam egzemplarz dyplomu Towarzystwa Kursów Naukowych z 1906 roku – to zwykły arkusz papieru z ręcznie wpisanymi danymi, bez żadnych zdobień. Ale dla historyka czy kolekcjonera ma on większą wartość niż ozdobny dokument oficjalnej uczelni, bo reprezentuje heroizm narodu walczącego o prawo do edukacji w ojczystym języku.
Warto zaznaczyć, że wiele takich dokumentów w ogóle nie przetrwało. Ich posiadacze często musieli je niszczyć podczas rewizji, a same instytucje działały nielegalnie i nie prowadziły szczegółowej dokumentacji. Dlatego każdy zachowany egzemplarz jest rarytasem. Współczesne dyplomy kolekcjonerskie mają zupełnie inny charakter – są legalnymi replikami służącymi celom edukacyjnym lub hobbystycznym, podczas gdy dokumenty z okresu zaborów były autentycznymi świadectwami walki o tożsamość narodową.
Moja kolekcja pozwala też zaobserwować znaczące różnice między poszczególnymi zaborami. Pod zaborem austriackim, gdzie polityka wobec Polaków była stosunkowo liberalna, dyplomy Uniwersytetu Jagiellońskiego i Uniwersytetu Lwowskiego zachowały więcej polskich elementów. Język polski był oficjalnie dozwolony, więc same teksty dyplomów mogły być po polsku, co było nie do pomyślenia w zaborze rosyjskim czy – przez większość czasu – pruskim.
Dyplomy warszawskie z okresu po powstaniu styczniowym, gdy Cesarski Uniwersytet Warszawski działał wyłącznie po rosyjsku, są szczególnie bolesnym świadectwem rusyfikacji. Polskie nazwiska absolwentów zapisywano cyrylicą, a wszelkie oznaki polskości były skrupulatnie eliminowane. Mimo to niektóre dyplomy z tego okresu zawierają drobne sygnały oporu – na przykład nietypowe układy ornamentów czy subtelne nawiązania do historycznych herbów polskich miast. Właściciele takich dyplomów ryzykowali wiele, zachowując je przez dziesięciolecia.
Dziś te dokumenty są dla mnie nie tylko przedmiotami kolekcjonerskimi, ale przede wszystkim lekcją historii. Każdy dyplom z okresu zaborów pokazuje, jak Polacy walczyli o zachowanie tożsamości nawet w najbardziej oficjalnych dokumentach. To fascynujące, jak wiele można wyczytać z pozornie prostego arkusza papieru pokrytego kaligrafią i ornamentami.
Dla kogoś, kto dopiero zaczyna swoją przygodę z kolekcjonerstwem, polecam zwrócenie uwagi właśnie na elementy symboliczne. Warto zaopatrzyć się w lupę i dokładnie przyglądać się każdemu szczegółowi – często najciekawsze treści kryją się w najmniejszych elementach dekoracyjnych. Oczywiście współczesne repliki nie mogą oddać tej samej historycznej wartości, ale pozwalają zrozumieć, jak wyglądały autentyczne dokumenty i docenić kunszt ich twórców.