6 marca zmarła w Paryżu dr Ludwika Stauber-Karwowska. Znana jako Lusia, najbliższa i ostatnia przyjaciółka Zuzanny Ginczanki. Przyjaciółka prawdziwa, która za życia, we Lwowie, przechowała Poetkę w tym samym domu, w którym doniosła później na Zuzannę niesławna Chominowa. Lusia - przyjaciółka Jej poezji także w tym, że ocaliła dla ludzkiej pamięci najsłynniejszy obecnie jej wiersz, oparty na tamtym donosie "Non omnis moriar". 

Wiersz, który stał się dowodem procesowym w sprawie Chominowej, i jest dowodem na to, że nie wszyscy Polacy pochodzenia polskiego (nie cierpię kontrastu Polacy-Żydzi) byli gotowi do ofiarnej pomocy Polakom pochodzenia żydowskiego. 

Byliśmy u Doktor Lusi z Julką, w paryskim mieszkaniu, dzięki pomocy Jej córki Marii. Przez cały czas miałem wrażenie, że rozmawiam z Zuzanną. Jej żywy głos i urodę, uśmiech i spojrzenie, przeniosłem na wyobrażenie o Zuzannie. Myśląc o autorce "O centaurach", słyszę, i w pewnym stopniu widzę własnie Panią Ludwikę.

Szczegół patriotyzmu Doktor Lusi: Jej gorący stosunek do polskich śledzi, którymi nas wtedy uraczyła.

Szczegół Jej żydowskiego losu: w dniach tamtej wizyty doszło do zamachu na sklep koszerny w Paryżu. "Znów trzeba będzie uciekać", powiedziała.

Mój zapis tamtego spotkania i rwana opowieść o Zuzannie poprzez świadectwa Doktor Lusi ukazał się w Tygodniku Powszechnym w marcu 2015. Pewnie nie wszyscy mają abonament, więc wklejam końcówkę z tekstu, który przechowuję w komputerze:

"...Przy śledziach zastanawiam się, czy w Krakowie powstały jakieś wiersze. Czy coś mogło się uratować. A jeśli tak, gdzie ich szukać.

Istnieją relacje z innych mieszkań krakowskich Ginczanki, sprzed Mikołajskiej. Wynika z nich, że siedziała na łóżku i pisała wiersze. Co się stało z zapisanymi kartkami?

Gestapowiec, który po nią przyszedł, chwycił notatnik i wrzucił do śmietnika?

Pytam Doktor Stauber, czy Non omnis moriar był jedynym wierszem, jaki jej przekazano.

- Nie dostałam niczego innego.

*

Wnuk pani Mucharskiej, u której mieszkały Zuzanna i Blumka, i który widział, jak Niemcy wywlekają je z domu, napisał mi, że dokładny adres był Mikołajska 26.

Idę tam - to świeżo odnowiona kamienica sąsiadująca z hotelem Stwosz. Z lokalami do wynajęcia, pachnąca wilgotną farbą.

Niefilmowa moja, nazbyt dosłowna wyobraźnia podsuwa mi ostatnią scenę filmu wielkiej reżyserki, wielkiego reżysera, z wielką aktorką niepodobną do żadnej innej aktorki: doktor Ludwika Stauber idzie na Mikołajską, wchodzi na piętro, puka do drzwi. Ktoś od wewnątrz naciska klamkę.

Na zewnątrz trwa odsłonięcie tablicy z fragmentem wiersza Ginczanki.

Na przykład:

oto głoszę namiętność i mądrość

ciasno w pasie zrośnięte

jak centaur...

Albo:

Oczami jak agrafkami ostro wpięłam się w świat...

Albo patetycznie, lecz sprawiedliwie:

Non omnis moriar...

My, uczestnicy, czekamy z zapartym tchem. Bo przecież - widzę wciąż w wyobraźni - kilka miesięcy trwała wielka narodowa lektura i wielka narodowa dyskusja, który z jej wersów powinien znaleźć się na tablicy. Zaraz to się okaże..."

Ps Dopisuję dzisiaj, 9 marca: Po powrocie z Paryża kilkakrotnie występowałem do prezydenta Krakowa o tablicę na domu, który był ostatnim schronieniem Ginczanki. 

W zeszłym roku, w setną rocznicę urodzin Zuzanny Ginczanki, głównie dzięki pracownikom i studentom UJ, tablica na Mikołajskiej została odsłonięta. 

Za niecałe dwa miesiące świętowalibyśmy sto lat Doktor Lusi.


Jarosław Mikołajewski (Gazeta Wyborcza)