Serafim Aleksiejew (w środku) w otoczeniu partyzantów
(Fot. „Wśród partyzanckiej braci”)
Serafim Pawłowicz Aleksiejew urodził się w 1921 r. [9 sierpnia] na wsi na Ukrainie. [Przyszedł na świat w miejscowości Krasnyj Sulin w obwodzie rostowskim w Rosji. Później jego rodzice przenieśli się do wsi Sokołówka na Ukrainie.] Do wybuchu niemiecko-radzieckiej wojny ukończył średnią szkołę. W 1940 r. został zmobilizowany. W swoim pamiętniku obejmującym 240 stron maszynopisu opisuje przeżycia z lat 1941-1945, tj. od wybuchu wojny do jej zwycięskiego zakończenia.
Dnia 24 czerwca 1941 r. (trzeciego dnia wojny) ciężko ranny dostał się do niewoli hitlerowskiej. W strasznych warunkach głodu, zimna, epidemii tyfusu, ciągłego poniżania godności ludzkiej, przeszedł przez kilka obozów jenieckich w Baranowiczach, Suchożebrach i innych, a w końcu, gdy 25 marca 1942 r. skierowali go do obozu w Ostrowie Kieleckim, uciekł z pędzącego pociągu wraz ze swym towarzyszem niedoli, Iwanem Kurylenko. Dzięki pomocy polskich chłopów zostali uratowani. Otrzymali pracę i schronienie we wsi Gozda [Gózd] (pow. Łuków). Wkrótce zetknęli się tam z terenowym działaczem PPR, Janem Janiszkiem, który ułatwił im spotkanie z innymi jeńcami radzieckimi przebywającymi w podobnych warunkach w okolicznych wsiach. W maju 1942 r. zorganizowali kilkunastoosobowy oddział partyzancki, w skład którego obok radzieckich uciekinierów z hitlerowskich obozów jenieckich weszli Polacy i Żydzi. Dowódcą wybrany został Serafim Pawłowicz Aleksiejew. Oddział nazwano jego imieniem.
W drugiej połowie 1942 r. oddział został włączony do Gwardii Ludowej i otrzymał nazwę Jana Kilińskiego. Podlegał dowództwu GL Okręgu nr 3 (Warszawa – Prawa Podmiejska). Oddział już w drugiej połowie 1943 r. rozrósł się do sześciu sekcji operujących na terenach powiatów: garwolińskiego, ryckiego, łukowskiego, radzyńskiego oraz puławskiego. Jego działalność bojowa i propagandowa znacznie się wzmogła, o czym świadczą raporty Dowództwa GL Okręgu nr 3. Dnia 15 listopada 1943 r. Serafim Aleksiejew został mianowany przez Dowództwo Główne – kapitanem.
W 1944 r. zgrupowanie liczyło ok. 200 osób i współdziałało ze zgrupowaniem partyzanckich oddziałów radzieckich płk «Czornego» (Iwana Banowa). W skład jego wchodziło m.in. kilka grup żydowskich. Autor pamiętnika wymienia grupy partyzanckie Józefa Młynowskiego, Josyfa z Mińska Mazowieckiego, Froima Abe z Żelechowa oraz inne grupy z Żelechowa nie nazywając ich dowódców.
Wybrane fragmenty pamiętnika dotyczą dziejów tych grup.
*
Sierpień 1942 r. Na wschodzie toczą się krwawe boje. Niemcy posuwają się na Kaukaz. Daleko od frontu, na terenach okupowanej Polski szaleje faszystowski terror. Hitlerowcy usiłują złamać wolę walki narodu polskiego dokonując masowych aresztowań i rozstrzeliwań.
Latem 1942 r. bestialski wróg zaczął realizować bezprzykładny w swoim okrucieństwie plan zagłady Żydów. Wysiedlanie Żydów z miast i miasteczek i wywożenie ich do obozów śmierci w Treblince, Majdanku przybrało niesłychane rozmiary. Pociągi załadowane ludźmi skazanymi na śmierć szły po linii kolejowej Łuków-Dęblin, biegnącej koło szczałbińskiego lasu. W okolicznych lasach spotykano wielu samotnych, nieszczęśliwych Żydów, którzy tam szukali schronienia. Widok tych ludzi, obdartych i głodnych, oderwanych od rodzin, błąkających się bez dachu nad głową, zrozpaczonych i bezradnych – podsycał gniew i nienawiść do okupanta.
Od pierwszych chwil swojej działalności oddział nasz nawiązał z nimi przyjacielskie, serdeczne stosunki. W miarę naszych możliwości staraliśmy się pomagać im, dzieląc się skromnymi zapasami odzieży i żywności. W miarę naszych sił ochranialiśmy ich przed wrogiem.
W połowie sierpnia 1942 r. zetknęliśmy się z grupą 12 Żydów uzbrojonych w jeden zaledwie karabin i dwa pistolety, w nich po 2 naboje w magazynkach. Ludzie ci pochodzili z różnych miejscowości: z Warszawy, Garwolina, Mińska Mazowieckiego, Żelechowa, Łukowa, Adamowa, Wojcieszkowa i Łodzi. Ich drogi życiowe zeszły się w lesie wojcieszkowskim. Byli wśród nich: [Józef] Młynowski, Abram Gurman, Maniek [Mendel] Gerecht, [Mieczysław] Gurewicz, Bieniek [prawdopodobnie Chaim Baranek z Woli Okrzejskiej] i inni. Wszyscy okazali się ludźmi wytrwałymi i śmiałymi. Grupie przewodził Młynowski, wysoki z lekka przygarbiony o czarnych zmęczonych oczach. Odbył służbę wojskową, brał udział w obronie Modlina. Od 1936 r. był członkiem KPP. Odsiedział 2 lata w więzieniu za działalność polityczną. Najmłodszym z grupy był Wacek Iglicki, młodzieniec 17-letni, wesoły, ciekawy wszystkiego, ruchliwy. Uśmiech miękki, łagodny nie schodził z jego pięknej twarzy. Czarne jego oczy patrzyły otwarcie i ufnie.
Każdy z nich przeżywał własną, niewysłowioną rozpacz. My, którzy wyrwaliśmy się z piekła niewoli faszystowskiej, rozumieliśmy ich dobrze. Ale ciężki los nie złamał ich woli walki z wrogiem. Otrzymawszy od znajomych chłopów jako taką broń uchodzili do lasów, by mścić się na wrogu. Spotkanie z nami było dla nich prawdziwym świętem. Dopiero teraz po 2½ latach mogli po ludzku, pełnym głosem mówić, śpiewać. Tak – śpiewać znane i lubiane przez nas wszystkich: «Katiuszę», «Trzech tankistów» i inne. Młynowski zaczynał pierwszą zwrotkę, Sasza Łowczagow ją podchwytywał i po lesie niosła się szeroko rosyjska pieśń, która cichła równie nagle, jak się zaczynała.
Nasza grupa Żydów zebrana w gromadę żywo o czymś między sobą rozprawiała. Uderzyło mnie ich zachowanie. Zdawało mi się, że chcą mi coś ważnego powiedzieć, ale brak im śmiałości. Właśnie skończyli swą naradę. Podeszli do nas. Młynowski z zażenowaniem odezwał się:
– Czy mogę się do Was zwrócić z prośbą?
– Oczywiście – odpowiedziałem.
– Chodzi o ważną sprawę – zaczął niepewnie. – Potrzebna nam wasza pomoc. Pytająco spojrzałem na Josyfa. O co im chodzi?... Ośmielony moim zainteresowaniem ciągnął dalej:
– Dziś w Adamowie hitlerowcy posadzili pod strażą 200 Żydów. Musimy ich ocalić. Jutro będzie za późno, wywiozą wszystkich do Treblinki. – Czarne oczy Młynowskiego spoglądały na mnie wyczekująco. Wieść o tragedii Żydów w Adamowie dotarła do nas tego dnia rano. Szczerze nam było żal nieszczęśliwych ofiar, chcieliśmy ich ratować, ale w miasteczku znajdowała się granatowa policja i żandarmeria uzbrojona w broń automatyczną i karabiny, gdy nasza 25-osobowa grupa posiadała zaledwie 6 karabinów, 7 pistoletów i 3 granaty. Co odpowiedzieć tym ludziom, zatrwożonym o los swoich krewnych i bliskich? Czy wolno mi zawieść ich zaufanie, czy wolno zostawić ich bez pomocy?... Musimy dokładnie sprawę rozważyć – powiedziałem po głębokim namyśle. Surową twarz Młynowskiego rozjaśnił uśmiech. Towarzysze jego ożywili się. Nagle zaczęli mówić wszyscy razem, przerywając sobie wzajemnie.
– Znamy wszystkie drogi, przejścia i zakamarki w tym miasteczku, zaprowadzimy was tam niepostrzeżenie.
– Poczekajcie chłopcy – uspokajałem ich – nie mówcie wszyscy razem, należy każdy szczegół obmyśleć, to wcale nie takie proste.
Poleciłem Lutyckiemu zebrać wszystkich partyzantów z naszego oddziału. Kiedy chłopcy usadowili się, Młynowski zaczął gorliwie zachęcać ich do akcji. Rzeczowo i dokładnie nakreślił plan miasteczka. Opisał szczegółowo położenie Adamowa, określając, gdzie znajduje się posterunek policji i żandarmerii, w pobliżu którego, w niewielkim domu, uwięzieni byli Żydzi. Dalej wyjaśniał, że urząd gminy i mleczarnia znajdują się trochę na uboczu. Nadmienił także, że miasteczko połączone jest linią telefoniczną z Wojcieszkowem i Łukowem oraz że leży na linii ruchliwych dróg, które ciągną się od Łukowa i Kocka. Patrząc na skupione i zasłuchane twarze chłopaków łatwo się było domyśleć, że wszyscy co do jednego opanowani są pragnieniem walki z wrogiem. Po raz pierwszy mieli wziąć udział w operacji bojowej. Decyzja napadu na Adamów została podjęta. Przystąpiliśmy do opracowania planu działania. Oddział został podzielony na 4 grupy.
[Komunikat Dowództwa Głównego Gwardii Ludowej o tej samej akcji na Adamów podaje, że miała ona miejsce w listopadzie 1942 r., a nie w sierpniu, jak sugeruje autor. Z kolei Stanisław Żemis odnotował tę akcję w swoim dzienniku pod koniec października 1942 r.]
Pierwsza grupa w sile 10 ludzi uzbrojona w 4 karabiny otrzymała zadanie: otoczyć posterunek policji i żandarmerii i uwolnić więźniów. Dowództwo nad tą grupą objąłem sam. Drugiej grupie, liczącej 4 partyzantów, uzbrojonych w jeden karabin pod dowództwem lejt. Piotra zlecono zniszczyć mleczarnię kontyngentową, trzecia w liczbie 5 partyzantów pod dowództwem Karcewa miała zdemolować urząd gminny, czwarta, w składzie 6 partyzantów, uzbrojona w jeden karabin, pod dowództwem Iwana Kurylenko, miała zerwać sieć telefoniczną łączącą Adamów z Łukowem. Ponadto miała ona zabezpieczyć oddział na drogach wiodących do miasteczka od strony Wojcieszkowa i Syrokomli [Serokomli].
Na operację postanowiliśmy wyruszyć z nastaniem zmroku. Dzień dłużył nam się niemiłosiernie. Wśród partyzantów panował podniosły nastrój. Podniecała ich myśl o pierwszej próbie bojowej. Gdy ściemniło się na dobre opuściliśmy zagajnik. Oddział wyprzedzał zwiad: Karcew, Karnacki i Gerecht. Niezauważeni przez nikogo dotarliśmy wkrótce do Adamowa, położonego w kotlinie. Tu zatrzymaliśmy się na chwilę. Miasteczko już spało. Uliczki były opustoszałe. Noc sierpniowa była cicha i ciepła. Gdzieś w centrum Adamowa ukryła się grupa Kurylenki. Po 15 minutach ruszyła grupa uderzeniowa w kierunku posterunku policji. W ślad za nią grupy Piotra i Karcewa. Szliśmy gęsiego, trzymając się zaciemnionej strony ulicy. Czasami na znak Młynowskiego, który szedł na przedzie, zatrzymywaliśmy się, wsłuchani w ciszę nocną, a nie zauważywszy niczego podejrzanego, ruszaliśmy dalej. W pewnej chwili Młynowski podszedł do mnie cicho i szeptem powiedział: – Ten duży budynek widoczny stąd to posterunek żandarmerii. Bezszelestnie posuwaliśmy się do przodu. W odległości 30 m od posterunku ujrzeliśmy mężczyzn stojących pod drzewem. To strażnicy. Po krótkiej naradzie zdecydowaliśmy się podejść do nich bliżej, trzymając broń w pogotowiu.
– Kto idzie? – rozległ się głośny krzyk. – Swoi – śmiało odpowiedział Młynowski.
Nie wolno już było zwlekać. Szybko rozbiegliśmy się zgodnie z ustalonym planem, zajmując wyznaczone pozycje. Teraz Młynowski rozkazuje szeptem:
– Stać cicho!
Przestraszeni strażnicy zamarli na swoich miejscach. Nie dając im przyjść do siebie, pytam szybko:
– Gdzie aresztowani?
Starszy strażnik ręką wskazuje na dom stojący obok posterunku żandarmerii. Szybko tam się kierujemy. Rakicki łomem wyciągniętym z jakiegoś ogrodzenia zerwał zamek i otworzył na oścież drzwi. W nikłym świetle zamajaczyły niewyraźne sylwetki. Gdy podeszliśmy bliżej zobaczyliśmy ich twarze. Wyczytaliśmy w nich strach. Wszystko trwało zaledwie kilka sekund. Młynowski rzucił im od progu kilka uspokajających słów: – Nie bójcie się – to my, przyszliśmy z towarzyszami was uwolnić. Więźniowie go poznali. Podniosły się zgiełk i wrzawa.
– Towarzysze przyszli... towarzysze...
Hałas się wzmagał. Młynowski nie był w stanie ich uspokoić. Zmuszony byłem interweniować. Udało mi się na moment uspokoić nieprzytomnych z radości ludzi. Zażądałem stanowczo, aby zachowali ciszę i porządek przy wychodzeniu z aresztu, gdyż w przeciwnym wypadku mogą sprowokować żandarmów i policjantów. Ale oni szybko zapomnieli o moim ostrzeżeniu. Znalazłszy się na wolności zaczęli nawoływać się, napełniając opustoszałą ulicę uśpionego miasteczka głośnym zgiełkiem. Na posterunku policjanci usłyszeli podejrzane hałasy. Jakiś gruby głos niespokojnie rzucił w otwarty lufcik: – Kto tam? – Swoi – odpowiedział Karnacki i bez namysłu wystrzelił w okno.
Usłyszeliśmy krzyk i łoskot upadającego ciała. Przez minutę zapanowała na około cisza, ale wnet posterunek ożył. Z okien posypał się grad kul, głośno zaterkotały karabiny maszynowe. Partyzanci ukrywszy się za budynkami i kamiennym ogrodzeniem odpowiadali ogniem ze swojej broni. Było to nasze pierwsze starcie z wrogiem. Serce waliło nam jak młotem ze wzruszenia. Każdy z nas chciał strzelać do faszystów. Karabiny przechodziły z rąk do rąk.
– Nie żałujcie kul – zachęcał Heniek [Wojciechowski, ze wsi Krzywda, członek PPR; zginął później w walce]. Zdobędziemy nowe. Nagle poprzez huk strzałów na naszym odcinku usłyszeliśmy wyraźną strzelaninę z innych stron miasteczka. – Co się tam mogło stać? – zaniepokoiłem się. Trzeba zobaczyć, co się dzieje w mleczarni i w urzędzie gminnym. Może tam chłopcy nasi natknęli się na Niemców? Poleciwszy Heńkowi blokadę rejonu wraz z Karmackim, który dobrze znał Adamów, udałem się do centralnej dzielnicy miasteczka. Poruszać się po uliczkach nie było łatwo ani bezpiecznie. Zbłąkane kule świstały wokół i zmuszały do ostrożności. Po drodze zatrzymał nas patrol. Wymieniliśmy hasło. Chłopcy, których spotkaliśmy, byli z grupy Kurylenki. Przekazali nam pokrzepiającą nowinę. Iwan koło restauracji zabił żandarma. Uradowani tym sukcesem przyspieszyliśmy kroku. Wkrótce dotarliśmy do budynku, w którym mieścił się urząd gminny. Przez otwarte drzwi partyzanci wyrzucili dokumenty. Karcewa zastałem w gabinecie wójta. Obchodził tam ze wszystkich stron szafę pancerną. Sejf był masywny. Daremne były jego wysiłki, zamek nawet nie drgnął... Klął, że nie może odszukać wójta. – Przeklęty uciekł – wściekał się. Z żalem musieliśmy zostawić nietknięty sejf.
Całą dokumentacja urzędu gminnego znalazła się wkrótce na ulicy. Wacek z Mańkiem skądś przynieśli bańkę z benzyną i wyleli ją na stos papierów. Ktoś potarł zapałkę i w niebo wzbił się wysoki słup ognia. Strzelanina wokół posterunku nie ustawała. To ucichała, to znów ponawiała się. Nasza operacja zbliżała się ku końcowi. Dokumenty gminne zostały zniszczone, mleczarnia rozbita, Żydzi uwolnieni, jeden żandarm zabity i ktoś na posterunku ranny.
Iwan Kurylenko dał sygnał zbiórki wystrzeliwszy 3 razy kulami świetlnymi. Wkrótce ze wszystkich stron Adamowa zaczęli ściągać w stronę urzędu gminnego nasi chłopcy. Podnieceni powodzeniem dzielili się wrażeniami. Bohaterem napadu na Adamów był Iwan Kurylenko... Partyzanci na wyścigi przerywając sobie wzajemnie wypytywali go o szczegóły starcia z żandarmem.
Ognisko zgasło. Należało już stąd odejść. Wziąwszy na plecy trofea – maszynę do pisania oraz produkty zabrane wójtowi z mleczarni skierowaliśmy się za miasteczko, gdzie nas z niecierpliwością oczekiwali uwolnieni Żydzi. Do 150 uwolnionych przez nas doszło jeszcze ponad 100 innych Żydów, którzy powychodzili ze swych schronów. Serce się krajało, gdy patrzyliśmy na tych nieszczęśników, którzy dosłownie stracili rozum. Wielu z nich uciekając ze swojego ojczystego miasteczka zabierało ze sobą tylko garnki, rondelki i filiżanki, jakby to było najważniejsze, niezastąpione przedmioty w ich życiu. Ale tak niestety było. Ludzie brali to, co im wpadło w ręce...
Nasza niezwykła kolumna rozciągała się zapewne na ok. 500 m. Szliśmy do lasu krzywdzińskiego. W połowie drogi zatrzymaliśmy się na odpoczynek. Naradziwszy się przedtem z Młynowskim, postanowiliśmy pomówić z Żydami. Wprowadzić taką liczbę nie uzbrojonych ludzi do niedużego lasu krzywdzińskiego było zbyt ryzykowne. Nie mogliśmy narażać tylko co uwolnionych z więzienia ludzi na śmiertelne niebezpieczeństwo. Młynowski wyjaśnił im sytuację. Poinformował o groźbie pościgu Niemców. Część Żydów zgodziła się z jego radą i zdecydowała się na przejście do lasu wojcieszkowskiego. Rozległ się płacz, który ranił serce. Tak żegnali się ludzie srogo doświadczeni przez los, kiedy odchodzili znów nocą na spotkanie nowych cierpień i nieszczęść. Zbliżyłem się do nich. Ktoś mocno uścisnął mi rękę, ktoś inny prosił, abym zaopiekował się jego synem, który przyłączył się do naszego oddziału, ktoś inny ucałował mnie serdecznie. Ciężko było rozstawać się z tymi, których z narażeniem własnego życia uwolniliśmy zaledwie kilka godzin temu od obozu śmierci. Ale niestety innego wyjścia nie było. Nie byliśmy w stanie obronić tych ludzi, nasz oddział był nieliczny i słabo uzbrojony – żegnając wzrokiem ruchomy łańcuch oddalający się od nas powoli, skierowaliśmy się w stronę lasu. Noc letnia dogasała. Zaczął szarzeć świt. Po powrocie do obozu podjęliśmy nadzwyczajne środki ostrożności. Na skraju lasu wystawiliśmy wzmocnione warty. Zakazaliśmy partyzantom głośno rozmawiać. Dzień niósł nam trwogę i niebezpieczeństwo. Napad na Adamów nie mógł przejść nie zauważony. Niemcy na pewno szykują się do krwawego odwetu. Zaczną od obławy w okolicznych lasach. W tych warunkach zostało nam jedno wyjście: oddalić się stąd jak najprędzej. Ale tej nocy nie mogliśmy odejść dalej, jak do lasu krzywdzińskiego, ponieważ razem z nami było 150 skrajnie wyczerpanych, głodnych, chorych Żydów. Oni i tak ledwie podążali za oddziałem, kiedy wracaliśmy z Adamowa, a po przyjściu do lasu byli już u kresu sił. Zostawić ich samych nie mogliśmy. Postanowiliśmy razem z nimi spędzić także dzień.
Przed wschodem słońca kobiety przygotowały nam śniadanie. Ten dowód ludzkiej wdzięczności wzruszył nasze skamieniałe serca. Śniadanie pokrzepiło naszych zmordowanych chłopaków, którzy wciąż jeszcze nie mogli ochłonąć po ostatniej wyprawie. Po posiłku partyzanci zaczęli układać się do snu na rozciągniętych na ziemi kurtkach i kołdrach. Wkrótce twardo zasnęli. Zbliżał się dzień. Pomimo zmęczenia nie mogłem zasnąć. Długo jeszcze rozmawialiśmy z Janem, Heńkiem, Piotrem, Kurylenko i Młynowskim o wydarzeniach poprzedniej nocy, wydobywając z pamięci coraz to inne szczegóły towarzyszące akcji. Wszyscy byliśmy dumni z tego pierwszego sukcesu. Napad na Adamów – to śmiałe wyzwanie rzucone okupantowi. Niemcy na pewno szykują się do odwetu. Nie wątpiliśmy, że organizują obławę, ale kiedy, gdzie i w jakim miejscu?
To nam nie dawało spokoju. Uniosłem głowę i objąłem oczyma obóz. Wielu ludzi zawierzyło nam swoje życie, mamy teraz obowiązek ich chronić, nie wolno nam zawieść ich zaufania. Oni także nie spali. Pewnie tak jak i my próbowali wyobrazić sobie swą przyszłość tak bardzo niepewną. Chwytałem ich spojrzenia pełne ufności i od tego robiło się lżej na sercu.
Słońce podnosiło się coraz wyżej. W końcu i mnie zmogła senność. Po sprawdzeniu wart i ustaleniu kolejności zmian położyłem się pod drzewem i momentalnie zasnąłem.
Po obiedzie obóz został zaalarmowany odgłosem strzałów karabinowych, dobiegających od strony Wojcieszkowa. – Niemcy zorganizowali na pewno obławę – zaniepokoił się Karcew. Strzały dochodziły z daleka i to nas chwilowo uspokoiło. Dla wszystkich jednak było jasne, że nie wolno nam zatrzymywać się na dłużej w lesie krzywdzińskim. Na zorganizowanej po obiedzie naradzie zdecydowano, że uwolnieni Żydzi małymi grupkami rozejdą się do lasów: okrzejskiego, Gułowskiego, kujawskiego i radoryskiego. Innego wyjścia nie było. Sami zmuszeni byliśmy jak najszybciej stąd się oddalić. Udaliśmy się w stronę Żelechowa.
Żydzi z grupy Młynowskiego rozdzieliwszy się na dwójki i trójki mieli rozprowadzić swoich krewnych i znajomych po okolicznych lasach.
Grupę Żydów, która udawała się do lasu Gułowskiego miał poprowadzić Karnacki, doskonale zorientowany w tym terenie. Razem z nim poszedł Łowczagow. Radoryski las wyznaczyliśmy jako miejsce naszego spotkania z grupą Młynowskiego i Józefa. Z nastaniem wieczora zaczęliśmy się szykować w drogę. Z ciężkim sercem patrzyłem na krzątających się i żywo o czymś rozprawiających ludzi. Widziałem, jak im trudno rozstawać się ze sobą, jak odchodząc łączą się w większe i mniejsze grupki. Młynowski, Gerecht, Gurman, Wacek, Gurewicz to kogoś przekonywali gorąco, to znów komuś wyjaśniali. Wśród zwolnionych były dwie siostry, które przypadkowo znalazły się w Adamowie po ucieczce z Łodzi. Los ciężko je doświadczył. Rodziców Niemcy zastrzelili w ich mieście rodzinnym. Zostały zupełnie same. Siostry były młode i piękne. Długo przekonywały nas i prosiły, aby je ze sobą zabrać. Niestety, nie mogłem im pomóc. Sami nie wiedzieliśmy, co nam przyniesie jutro i co nas jeszcze czeka. Z ciężkim sercem musiałem im odmówić. Wkrótce grupy Żydów zaczęły opuszczać obóz. I my również zaczęliśmy się szykować. Niewielkie ognisko rozpalone pośrodku polany powoli zagasało. Pożegnawszy się z pozostałymi Żydami, Józefem i Saszką opuściliśmy las krzywdziński, z którym zdążyliśmy już tak bardzo się zżyć. Razem z nami szła grupa Żydów, która udała się w stronę Żelechowa.
Przeszliśmy ostrożnie przez tory kolejowe i zagłębiliśmy się w okrzejski las. Niedaleko Kokoszki postanowiliśmy się zatrzymać do zmroku. W lesie okrzejskim poczuliśmy się bezpieczniej. Jednak uszliśmy od Adamowa 18 km. Wieczorem cała nasza grupa wybrała się do Kacpera. Nasze przyjście zdziwiło dobrego starca. Milcząc patrzył na nas jakby nie mógł uwierzyć, że to my – rosyjscy chłopcy – jak zwykł nas nazywać.
– A ja myślałem – że już nie ma was wśród żywych – przywitał nas, przerywając milczenie.
– Dlaczego? – spytałem zaskoczony.
– Wszyscy okrzejscy chłopi mówią tylko o obławie w krzywdzińskim lesie – ciągnął nasz przyjaciel. Zaniepokoiliśmy się. Z zapartym tchem słuchaliśmy relacji Kacpera.
– Niemcy okrążyli nas. Ściągnęli wszystkich chłopów z okolicznych wsi i zaczęli ich pędzić po lesie. Idąc po ich śladach strzelali z karabinów i broni automatycznej. Mówią, że podobno zabili tam wielu Rosjan i Żydów. Myślałem, że szwabi natknęli się na was – zakończył starzec.
A więc mieliśmy rację, żądając, aby wszyscy Żydzi przenieśli się gdzie indziej. Ale kto tam został? Czy nie Józef ze swoją grupką? Zamierzał przecież pójść naszym śladem. Z niepokojem i niecierpliwością czekaliśmy na wieści o naszych towarzyszach i przyjaciołach mając niemal pewność, że wydarzyło się nowe nieszczęście. Pożegnawszy się z Kacperem, jeszcze tej samej nocy udaliśmy się do radoryskiego lasu. Stamtąd posłałem Heńka na wywiad do Krzywdy. Heniek wyruszył przed świtem obiecując wrócić pod wieczór.
Dzień przeszedł w trwożnym wyczekiwaniu. W nocy wrócił Wojciechowski. Od swego przyjaciela, Stanisława Strzyżeckiego, dowiedział się szczegółów obławy w lesie krzywdzieńskim. Okazało się, że Józef nie wyruszył tej nocy do lasu Gułowskiego. Pozostał w lesie krzywdzińskim jeszcze jeden dzień. Co go do tego skłoniło – nie udało nam się wyjaśnić.
Rano las został okrążony przez Niemców. Śmiertelne niebezpieczeństwo znów zawisło nad grupą Żydów. Józef pod osłona krzewów kierował się w stronę lasu Gułowskiego, ale już przy wyjściu z zagajnika natknął się na zasadzkę.
Wywiązał się bój – nierówny bój. Józef miał karabin i 25 kul, Saszka – jeden granat. 15 Żydów, których mieli pod opieką, nie posiadało żadnej broni.
Żandarmi skierowali na tę garstkę ludzi silny ogień karabinów i broni automatycznej. Pierwszy zginął Aleksander Łowczagow, który nie zdążył nawet użyć swego granatu, Józef stawiał silny opór, zabił jednego żandarma, a potem, gdy mu zabrakło kul stanął do walki wręcz, rzucając się na Niemców gołymi pięściami. Zginął od serii z karabinu maszynowego. Zginęli także bezbronni Żydzi. Opowiadanie Heńka bardzo nami wstrząsnęło. Kilka dni pobyliśmy w «swoim» obozie. Miejsce to zmieniło się nie do poznania. Kiedyś były tu gęste, trudne do przebycia zarośla, teraz pojawiły się przesieki i ścieżki. Wiele drzew zostało połamanych i przedziurawionych przez pociski. Na ziemi walały się łuski od kul karabinowych i broni automatycznej.
Przygnębieni z powodu utraty bliskich i drogich nam ludzi szliśmy do lasu radoryskiego na spotkanie z Młynowskim, który nas już oczekiwał na umówionym miejscu. Byli z nim Wacek, Maniek, Abram, Gurewicz. Pozostali chłopcy, nie wiadomo dlaczego, nie zjawili się dotąd. Młynowski i jego towarzysze wiedzieli już o tragedii w lesie krzywdzińskim. Kilka dni przebywaliśmy w lesie radoryskim, oczekując pozostałych członków grupy Młynowskiego. Ale ich wciąż jeszcze nie było. Co się z nimi mogło stać? – powtarzał niespokojnie Młynowski. Nie próbowaliśmy go pocieszać. Sami baliśmy się o nich. Dochodziły nas coraz częściej wieści o obławach niemieckich w okolicach Łukowa i Gułowa. Prawda, mogło się zdarzyć, że jedni z żydowskiej grupy natknęli się na hitlerowców, a innym udało się ujść cało. Nie pozostało nam nic innego jak czekać...
Źródło: Zginęli bez wieści, tłum. E[dwarda (wcześniej: Estera)] Mark, „Biuletyn Żydowskiego Instytutu Historycznego”, 1968, nr 65-65
Uzupełnienia w nawiasach kwadratowych pochodzą z przypisów oraz ze wstępu do wydania książkowego wspomnień (Serafim Aleksiejew, Wśród partyzanckiej braci, tłum. Czesław Czarnogórski, Warszawa 1987)
Pisownia i interpunkcja oryginalna