Pojawiła się aktualizacja, która w codziennym szumie łatwo przeoczyć, a która realnie zmienia układ sił: polskie uczelnie zaczęły wydawać cyfrowe dyplomy dostępne w aplikacji mObywatel. To nie skan papierowego dokumentu, lecz pełnoprawny dokument źródłowy z pieczęcią i podpisem elektronicznym, o mocy prawnej równej wersji papierowej. Mechanizm tej fikcji i powody, na czym polega oszustwo na dyplom z wpisem, opisaliśmy osobno; w skrócie: nie da się zarejestrować czegoś, czego rejestr nigdy nie widział.
Dyplom w telefonie oznacza trzy rzeczy naraz. Dla absolwenta — możliwość potwierdzenia wykształcenia w każdej chwili, bez szukania odpisów. Dla uczelni — mniej papieru i obsługi. Dla pracodawcy — bezpłatne, natychmiastowe narzędzie weryfikacji autentyczności, którego dotąd nie było. Cyfrowe dyplomy działają dzięki Repozytorium Dyplomów Elektronicznych, będącemu częścią systemu POL-on; dokument można też pobrać jako PDF wraz z suplementem.
Przegranym jest internetowy handel „dyplomami kolekcjonerskimi”, którego sztandarową ofertą był „wpis do systemu” — rzekome zarejestrowanie kupionego wydruku w bazie uczelni. Ta obietnica zawsze była fikcją, bo dane wprowadzają wyłącznie uczelnie, ale wymagała od klienta wiary w niewidzialny dla niego system. Teraz system jest w kieszeni rekrutera: dokument, który nie wyświetla się w mObywatelu i nie istnieje w repozytorium, demaskuje się jednym spojrzeniem — bez biegłych i ekspertyz. Papierowy dyplom w szufladzie był dla fałszerzy sprzymierzeńcem. Dyplom w chmurze przeszedł na drugą stronę.