W książce „W poszukiwaniu swojej historii” pod redakcją Magdaleny Żentały i Katarzyny Nowak (Świderki 2023) zamieszczone są informacje dotyczące Żydów z podłukowskich wsi Świderki i Wólka Domaszewska oraz wydarzeń, jakie miały tam miejsce podczas Zagłady. Zacytowane zostały wspomnienia kilkorga mieszkańców, między innymi Haliny Ponikowskiej:
„W Świderkach była jedna rodzina Żydów. Simsie się nazywali. Zajmowali się handlem, sprzedawali na przykład śledzie. Mieli dwójkę dzieci. Oni byli starsi ode mnie. Jeden był Lajvy, byłam na jego weselu, a jego siostra nazywała się Hanka. Była bardzo piękną kobietą, jednak przytrafił jej się przykry wypadek. Kiedy przyszli bandyci do wsi i rzucali w jej okno kamieniami, a tak jak raz wyjrzała przez okno. Odłamki szkła trafiły ją prosto w oko, przez co straciła wzrok. A później jak Niemcy przyszli, to oni stąd wyprowadzili się do Paskud, a potem już nie wiem, co się z nimi stało. Oni tacy przyjemni byli, normalnie z ludźmi żyli”.
Owa napaść bandytów zapewne miała podłoże antysemickie. Był to najprawdopodobniej atak narodowców, którzy w latach 30. stosowali przemoc wobec Żydów, szczególnie tych, którzy zajmowali się handlem.
Z kolei Lucyna Stachowicz wspomina:
„Żydzi mieszkali i w Świderkach i w Wólce Domaszewskiej. Mieli tu sklep i olejarnię, którą zarządzał Zyśko. W tej olejarni można było olej kupić i bić z lnu albo rzepaku. Jego dzieci nazywały się Haim, Benek i najstarszy Mośko. W Wólce ich bożnica była, w której się modlili i zawierali żydowskie śluby. Jak przyszedł Niemiec, to ten Zyśko chciał ojcu oddać wszystko z tego sklepu, ale ojciec nie wziął niczego”.
Autorki książki piszą też o nieznanym wcześniej fakcie zakwaterowania w Wólce Domaszewskiej Żydów z Czechosłowacji (czyli Słowacji, bo tylko ona istniała wówczas jako samodzielne państwo), którzy zamordowani zostali później na żwirowisku koło nieodległej wsi Malcanów:
„W naszej pobliskiej okolicy ziemia najbardziej przesiąknięta ludzką krwią, to tak zwane «piaski malcanowskie».
Ten niewyobrażalnie tragiczny los spotkał także ludzi zakwaterowanych w majątku Wacława Biernawskiego latem 1942 roku. Niemcy przywieźli ich pociągiem z Czechosłowacji. Wysiedli prawdopodobnie na pobliskiej stacji. Mówiło się o 300, może nawet o 400 osobach, a wśród nich znajdowali się głównie ludzie starsi i kobiety z dziećmi, chociaż sporo mężczyzn też tam było. Zostali zakwaterowani w drewnianej szopie, w której poprzedni przechowywany był węgiel opałowy dla gorzelni, oraz w innych zabudowaniach gospodarskich. Potrzeby fizjologiczne załatwiali w specjalnie zbudowanych latrynach, kąpali się w rzece. Mieli ze sobą pościel i garnki, w których gotowali jedzenie. Właściciel majątku zezwolił im na branie kartofli i warzyw w takiej ilości, jaka jest im potrzebna. Ponadto z Łukowa dowożono dwa razy w tygodniu chleb furmanką. Była ona wynajmowana ze wsi, a po chleb jeździł wybrany przez Żydów strażnik w granatowym ubraniu z opaską na rękawie, na której namalowana była żydowska gwiazda. Jednak mimo tego wyżywienie tak dużej liczby osób nie było łatwe. Nie wiadomo, ile dokładnie czasu przebywali na terenie majątku.
Ten przejściowy obóz nie był strzeżony przez żołnierzy. Żydzi mieli swobodę poruszania się, dlatego chodzili po wsi i kupowali od rolników artykuły żywnościowe bądź żebrali za chlebem. Ta społeczność była bardzo zróżnicowana pod względem zamożności. Nie byli zmuszani do pracy, kto chciał pracować, to był zatrudniany w majątku lub u ludzi na wsi, za co otrzymywał wynagrodzenie. Zatrudniali się przeważnie młodzi, pracując w polu lub ogrodach.
Wśród ludności żydowskiej przebywała także rodzina lekarza, która została wyróżniona przez dziedzica i mieszkała we dworze, tam jej członkowie mieli swoje pokoje.
Po jakimś czasie przyjechali Niemcy samochodami ciężarowymi, załadowali na nie kobiety i dzieci, natomiast pozostałych ustawili w czwórki i poprowadzili piechotą w kierunku Łukowa. Co się z nimi stało potem? Nie wiadomo dokładnie, gdzie – czy na «piaskach», w łukowskim getcie czy w Treblince – ale ci ludzie niewątpliwie zginęli...”.
Dalej zacytowanych jest kilka relacji mieszkańców. Wspomina Przemysław Budzyński:
„Przyszedł Niemiec. Tu ma być przygotowana kwatera i koniec. Nic się nie miało do powiedzenia. Straszne to wszystko było. A nie daj Boże. Przyprowadzili na teren dworu dużą grupę ludności żydowskiej. Zostali zakwaterowani w stodole, w szopach. Oni byli ze swoimi pierzynami, poduszkami. Niemcy im mówili, że idą do pracy, więc jak każdy się ewakuował, to brał ze sobą różne rzeczy. I między innymi był lekarz z żoną i synem, a ponieważ na górze były gościnne pokoje, to rodzice dali im pokój na górze i tam mieszkali. Jedliśmy podwieczorek, nagle zrobił się wielki szum. Syn, student tych państwa lekarzy był z nami i on zorientował się, że otaczają ten dwór ukraińscy żołnierze. To była tzw. SS Galicja. Niemcy stworzyli ich z tych faszystów, UPA i tak dalej. Obstawili dworek, a on nie wytrzymał nerwowo, wyskoczył przez okno z dworu i zaczął uciekać, a tu z tej strony były krzewy, bzy i inne zarośla. A jeden z żołnierzy przez ten bez strzelił do niego i zastrzelił go. I ten ojciec potem... do dziś pamiętam... Ach, straszne to wszystko, straszne... Przyjechały wozy i wywieźli ich prawdopodobnie do Treblinki. A byli też tacy, co nie mogli się podnieść już i ich dostrzelili na miejscu, a niektórzy zaczęli uciekać i ich też zabili. W sumie było takich około 10 osób, których zabili tu na miejscu. Rodzice nie pozwalali nam wychodzić i patrzeć na to wszystko. To był rok 1942. Wiem, że mama wtedy płakała strasznie”.
Adela Kabat:
„Z Czech przyszedł skład z Żydami, ale ile było tych wagonów, to nie wie nikt. I tę armię na piechotę z pociągu przez Świderki (bo w Świderkach nie było miejsca) przygnali do Wólki. I tu w lesie, jak się jedzie do Łukowa, to po lewej stronie rośnie las. Zanim oni wykopali te doły na nich, to Żydzi byli u nas przez jakiś czas. To jak się szło do kościoła, mamusia blachę chleba pokroiła, dała mnie trochę, trochę sobie i tak szłyśmy i dawałyśmy im chleb. A oni biedni przylatywali, bo wiedzieli, że my niesiemy chleb. I byli w całym parku, bo ich było sporo. A tam była taka starsza babcia, która sobie gotowała zupę i ją zastrzelili. I dopiero jak oni tam wykopali, to przyjechali. Dzieci były i kobiety w ciąży, i różni wiekowo. Za rękę i w samochód. Tylko pisk. Jak można było to wytrzymać. Matki się rzucały na nich. I pisk. (...) I tych Żydów zabrali i zakopali. Jak tych Żydów zabrali, to oni wszystko zostawili. Nic nie wzięli, tylko to, co na nich było. A mieli różności. A potem ludzie chodzili i rozbierali pościele, ubrania”.
Lucyna Stachowicz:
„Przychodzili do nas ci Żydzi z majątku, w tym często jedna dziewczynka. Mleko od krowy piła, chleb jej dawałam. Ojciec zawsze powtarzał mi: «Masz kromkę chleba, widzisz, że dziecko inne głodne, to przedziel tę kromkę i daj połowę». A jak ona biedna jadła ten chleb, to do dziś pamiętam... (wzruszenie)”.
Piotr Porębski:
„Jak Żydów z Wólki gonili, to ja wtedy krowy pasłem za kowalem. I zagnali tych Żydów wszystkich do Łukowa, Niemcy obstawili ich z każdej strony. Jak ich gonili na piachy, to rów był już wykopany. Oni szli na śmierć. Tam się musieli rozebrać do naga. Nad rów i karabin maszynowy. Jak ktoś opowiadał, kto poszedł tam na drugi dzień, bo pasł krowy w pobliżu, to ta ziemia się jeszcze ruszała”.