Janusz Swinarski (2018)
(Fot. Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN”)
Urodzony w 1931 roku w Bielsku Podlaskim Janusz Swinarski, mieszkaniec Puław, na początku wojny trafił do Łukowa, gdyż mieszkała tam siostra jego matki. Ojciec, jak się później okazało, zginął w Katyniu. Zamieszkał z matką najpierw w jakiejś zatłoczonej klitce, a po pewnym czasie otrzymał od magistratu pożydowskie mieszkanie przy ulicy Ogrodowej (obecnie nosi ona imię Władysława Dmocha), należące wcześniej prawdopodobnie do rabina. Opiekowała się nim, czy też zarządzała, niejaka pani Ładnowa, która była praczką.
Przebywając w domu, Swinarski często słyszał kroki na strychu. Na pytanie, kto tam chodzi, pani Ładnowa odpowiadała, że to ona wieczorami wiesza tam, co uprała w ciągu dnia. Pewnego razu była ulewa, dach zaczął przeciekać, woda dostawała się do mieszkania, Swinarski poszedł więc na strych podstawić miskę. „Zobaczyłem osobę – wspominał w 2018 roku – która mi powiedziała: «Czym mniej wiesz, tym dla ciebie lepiej». Wystraszyłem się, bo nie spodziewałem się tej osoby. Dziwnie ubrana była. To był moment – tę miskę czy postawiłem, czy rzuciłem, trudno powiedzieć, i zacząłem schodzić po schodach. Spotkała mnie pani Ładnowa, nawymyślała mi, że jak chcę wchodzić, to trzeba się zapytać”. Okazało się, że praczka ukrywała na strychu żydowską rodzinę, która doczekała tam oswobodzenia przez Sowietów.
Jedni wyciągali do Żydów pomocną dłoń, inni zaś wyciągali ręce po ich często nędzny dobytek. „Widziałem, jak rabowano Żydów opuszczających getto w Łukowie – mówił podczas wywiadu Swinarski. – To było na obrzeżach miasta, to znaczy w mieście, w granicach administracyjnych, tylko z brzegu. Tam były dwie ulice, czy trzy ulice. Ulica Jatkowa, Kanałowa i Pastewnik. I to jest bardzo przykre, że jak Żydzi opuszczali getto, to zaczęły zajeżdżać ze wsi furmanki i brali, co się daje. Nawet zapchlone i zawszone meble. Skąd ja wiem? (...) Co się działo, to się szło i patrzyło. Ja mówię to, co moje oczy widziały. Nawet była taka sytuacja, że już po pewnym czasie, to było tam, gdzie stały te żydowskie domy, tam się ukrywali jeszcze Żydzi. To polskie dzieci potrafiły granatowemu policjantowi pokazywać, że tam [są]”.
Z opowieści Swinarskiego wynika, że wśród dzieci tropiących Żydów panowała zmowa milczenia. Jeśli któryś z podrostków, być może bardziej wrażliwy i czujący, że takie postępowanie nie jest właściwe, powiedział komuś, czym się zajmują, był wykluczany z grupy rówieśniczej, „nikt z nim już nie rozmawiał, był spalony dla tego towarzystwa”.
Udział dzieci w wydawaniu na śmierć niewinnych ludzi budzi dziś w nas grozę większą, niż wyłapywanie Żydów przez polskich policjantów, bo, jak napisał w swym dzienniku Stanisław Żemis, wiadomo było, że granatowi „to zwierzęta”. Można przypuszczać, że nastawienie do Żydów i ich eksterminacji małoletni łukowianie wynieśli ze swych domów, trudno bowiem założyć, że sami z siebie byli do spodu zepsuci i wyzuci z elementarnej moralności.
Świadectwo Swinarskiego znajduje potwierdzenie w zapiskach Emanuela Ringelbluma, który w „Kronice getta warszawskiego” zanotował: „W Łukowie po akcji przesiedleńczej Żydzi ukrywali się jakiś czas w okolicznych lasach. Były tam liczne wypadki, że bawiące się dzieci polskie, nauczone od maleństwa nienawidzić Żydów, wykrywały takie grupy i zawiadamiały o tym władze miejskie, które z kolei wydawały je w ręce Niemców na śmierć”.
Dodajmy jeszcze, że Swinarski zapamiętał, iż getto w Łukowie było ogrodzone drutem kolczastym (to wiemy skądinąd), a główną synagogę Niemcy spalili. Wydarzyło się to w Nowy Rok – zapewne 1944 roku. Dotychczas mówiło się, że bóżnica została zniszczona podczas bombardowania miasta tuż przed jego wyzwoleniem. W każdym razie rozebrano ją później, a cegły, zdaniem Swinarskiego, wykorzystano do budowy magistratu – a raczej rozbudowy, bo urząd miasta ulokowany został w istniejącym już przed wojną budynku starostwa powiatowego.