Trafiłem do wioski Celiny [Włościańskie lub Szlacheckie]. Nie myślałem o niczym innym, jak tylko o miejscu do spania, bo mróz był wielki. Zacząłem mówić, jąkając się, żegnać się, ale sołtysowi się to moje żegnanie jakoś nie spodobało. Nie wiedziałem jeszcze, jak to się robi, czy kończy się na lewej, czy na prawej stronie, i skończyłem na lewej. Zauważył to i powiedział, że jestem Żydem. Kazał mi się jeszcze raz przeżegnać. Odpowiedziałem mu: «Pan Jezus nie chce, żebym się dwa razy żegnał». Sołtys, niewiele myśląc, kazał zawołać strażaków, żeby zawieźli mnie do gminy. Żydów już nie było, strażacy pomagali ich szukać i łapać. Strażacy nosili dwa bardzo szerokie pasy na marynarkach, to był ich znak. Szajgec [obraźliwe, pogardliwe określenie mężczyzny, który nie jest Żydem] już pobiegł po strażaków. Z Niemcami nie byłoby dyskusji, po prostu by mnie zastrzelili. (...)
Nie mieściło mi się to w głowie – jak to? Rosjanie tu są, a oni będą bić Żydów? Po wioskach kręciłem się do początku 1945 roku, bo do Warszawy nie mogłem pójść. Wciąż też podawałem się za Polaka. Nie było wesoło. Słyszałem, że mordują Żydów. Stało się tak na przykład w Kołbieli, powiat garwoliński. Zachodziłem też do miasteczek, zazwyczaj do Łukowa. Po wsiach bałem się chodzić, bo było gorzej niż za Niemca. Jeśli już wchodziłem do jakiejś wioski, to do takiej, w której mnie nie znali. Niedaleko Siedlec, ale nie wiem, jak się nazywało to miasteczko, zginęło kilku Żydów. W Kałuszynie też.
Źródło: Jan Grabowski, Na posterunku. Udział polskiej policji granatowej i kryminalnej w zagładzie Żydów, Wołowiec 2020; oryginał relacji: Żydowski Instytut Historyczny w Warszawie