W 2012 roku nakładem Łukowskiego Stowarzyszenia Rozwoju ukazała się książka „Ocalić od zapomnienia. Historie bliskie” pod redakcją Sławomira Piotra Smolaka. To zbiór wspomnień mieszkańców miasta i gminy Łuków, spisanych przez ich bliskich i krewnych z pokolenia wnucząt, w ramach projektu mającego na celu międzypokoleniową integrację i transmisję doświadczeń oraz wiedzy o przeszłości, zrealizowanego przy wsparciu rządowego programu na rzecz aktywności społecznej osób starszych.
Zebrane w powyższej książce wspomnienia są świadectwem tego, czy i jak mieszkańcy Łukowa i okolic zapamiętali swoich żydowskich sąsiadów i tragedię Holokaustu. Okazuje się, że wielu przedstawicieli pokolenia, które dorastało bądź wchodziło w dorosłość w czasie II wojny światowej, odnotowało zagładę Żydów, co świadczy o tym, że była ona czymś istotnym w życiu lokalnej społeczności, jednak stosunek do tych wydarzeń nie był jednakowy. Niektóre osoby bardzo przeżyły dramat ludzi zaszczutych i skazanych na śmierć z powodu ich narodowości, inni natomiast opowiedzieli swym wnukom jedynie o jakichś wyrwanych z kontekstu zdarzeniach, nie zdając sobie sprawy z tego, co mówi to o nich samych.
***
Najbardziej empatyczną wobec tragedii Żydów, i zarazem najbardziej wstrząsającą i szczerą opowieść zapisała Kinga Kamecka, uczennica Gimnazjum nr 2 w Łukowie, wnuczka Serafiny Kamińskiej, która w czasie wojny była kilkunastoletnią dziewczyną (w relacji ma dwanaście lat zarówno w chwili wybuchu wojny, jak i podczas zagłady Żydów, czyli na przełomie 1942 i 1943 roku, w innym miejscu zaś, gdy grozi jej wywózka na roboty do Niemiec, ma lat czternaście):
„Polacy musieli uciekać, a Żydzi nie mieli dokąd. (...) Niedaleko jej domu coraz częściej przejeżdżały pociągi wiozące ludność żydowską na pewną śmierć. Gdy pewnego dnia babcia wracała ze sklepu z zakupami, z jednego wagonu wyskoczyła młoda kobieta. Być może uszkodziła sobie nogi, albo została postrzelona przez Niemców, w każdym razie nie mogła się poruszać. Zaczęła płakać i prosiła, aby zabrać ją do lasu, jednak babcia nie dałaby rady jej zaciągnąć tak daleko. Chciała zwrócić się po pomoc do swojego wujka Klemensa, ale tego dnia nie było go w domu. Mamę również nie mogła o nich prosić, bo była wtedy ciężko chora. Wiedząc, że nie może nic innego dla niej zrobić, babcia poszła do domu po kawałek chleba i trochę mleka, a następnie zaniosła to wszystko pod te same zarośla nieopodal torów kolejowych, w których siedziała Żydówka. Z biegiem dni w to miejsce schodziło się coraz więcej ludzi. Przynosili jej jedzenie, ale nikt nie odważył się jej pomóc. Wtedy stosowano za to surowe kary. Wkrótce postanowiono jednak spróbować ją przenieść, a miało to się odbyć w środku nocy. Gdy babcia się o tym dowiedziała, nie mogła pohamować radości. Wyglądała przez okno całą noc, kiedy nagle zobaczyła, jak z ciemności wyłania się dwóch polskich policjantów z Radzynia prowadzonych przez tutejszego zawiadowcę. Nagle policjanci zaczęli wołać w stronę zarośli «–Hej, no pokaż się dziewczyno! Jak nam się spodobasz, to ci pomożemy!». Dłuższą chwilę nic nie było słychać, a potem rozległ się strzał. Uwierzyła im. A oni zabili ją, gdy tylko się wychyliła. Rano ciągle leżała w tych zaroślach, pod jarzębiną. Dopiero koło południa zabrali ją kolejarze naprawiający tory. Wcześniej pozbawili ją wszystkich złotych zębów, które miała. Tak po prostu, rozerwali jej szczękę i zabrali to, co było jej największym skarbem za życia, a co już nigdy nie miało jej się przydać. Babcia długo obwiniała się o śmierć kobiety, której nie mogła pomóc. Poszła nawet do Władka – zawiadowcy, pytając, dlaczego ją wydał. Okazało się, że postawiono mu ultimatum – albo jego żona i dziecko, albo Żydówka. Co prawda ta bezimienna kobieta była tylko jedną z wielu, którzy ponieśli tak bestialską śmierć, mimo to jarzębina, pod którą umarła i została później pochowana, stała się przez krótki czas miejscem swoistego kultu, gdzie ludzie przynosili kwiaty, modlili się. Wkrótce, gdy ludziom znudziła się historia żydowskiej kobiety, przestali przychodzić i niedługo potem o niej zapomnieli. Przychodziła tylko jedna osoba. Smutna dwunastolatka z zadumanym wyrazem twarzy. I nigdy nie przestała przychodzić.
To była chyba jedna z najtragiczniejszych historii, które kiedykolwiek usłyszałam od babci, ale nie jedyna tak tragiczna. Weźmy choćby małżeństwo, również żydowskie, które podobnie próbowało wydostać się z przejeżdżającego pociągu. Kobieta wpadła pod koła i zginęła na miejscu. Mężczyzna, do którego zaczęto strzelać, zatrzymał się przy zmasakrowanym ciele kobiety jedynie przez ułamek sekundy, patrząc na nie tępym wzrokiem. Następnie uciekł gdzieś w pola, wykrzykując imię «Sara». Jednak babcia wspomina, że zatrzymał się w stodole jej wujka jeszcze na kilka dni, po czym zniknął”.
***
Kazimiera Krawczyńska, urodzona w 1937 roku w Łukowie (spisał Piotr Siergiej, uczeń Gimnazjum nr 3 w Łukowie):
„Moja rodzina bardzo przeżywała los Żydów, ponieważ wielu z nich mieszkało w niedalekim sąsiedztwie. Kiedy byli zgromadzeni w getcie, mój brat łamał chleb i rzucał przez ogrodzenie. Za ten szlachetny gest brat przyniósł kilka złotych obrączek, które rzucali mu Żydzi. Najbardziej przykrym i przytłaczającym widokiem dla mnie, jako małej dziewczynki, było to, jak esesmani pędzili Żydów na stracenie. Kobiety prowadziły i niosły na rękach dzieci. Niemcy krzyczeli i bili kolbami starszych ludzi, którzy nie mogli szybko iść. Widziałam to przez okno, bo mój dom stał przy ulicy Świderskiej. Małe dzieci pokazywały, że są głodne. Moja babcia wówczas zakrywała okno kilimem, bo gdyby nas zobaczono, cała rodzina mogła ponieść śmierć. Żydzi idący na śmierć darli pieniądze polskie i dolary. Pamiętam, że zbiegaliśmy się wszyscy i zbieraliśmy je w pojemniki, żeby zebrać te kawałki pieniędzy. Niestety, nie udało się nam ich złożyć. Była to jesień, bo banknoty zbieraliśmy razem z liśćmi. Po tej egzekucji chodziliśmy na mogiły Żydów. Powszechnie mówiliśmy, że chodzimy na kirkut, było to miejsce po lewej stronie ulicy Świderskiej. Niektórzy ukrywali Żydów, ale było to niebezpieczne. Niemcy za to rozstrzeliwali cała rodzinę, bez wyjątków. Tak odbyła się egzekucja naszych bliskich sąsiadów, Cabajów”.
Relacja ta również przepojona jest empatią, przeziera jednak przez nią „utylitarny” wymiar zagłady Żydów. Brat autorki wykonuje „szlachetny gest”, rzucając chleb głodującym mieszkańcom getta i dostaje za to kilka złotych obrączek. Czy więc na pewno robił to z potrzeby serca, czy też skuszony perspektywą zysku? No i to zbieranie podartych banknotów. Jak Żydzi to kasa, a ich śmierć to okazja do wzbogacenia się...
***
Jan Dębski, pseudonimy Ryszard Nowicki, Szron, urodzony w 1921 roku w Międzyrzecu Podlaskim, od mniej więcej siódmego roku życia mieszkający z rodziną w Łukowie, członek Szarych Szeregów, Narodowych Sił Zbrojnych i Armii Krajowej, uczestnik powstania warszawskiego, więzień obozów w Mauthausen i Linzu (spisali Patryk Nurzyński, Magdalena Żentała – uczniowie I Liceum Ogólnokształcącego im. Tadeusza Kościuszki w Łukowie):
„Między ulicą Kanałową i Międzyrzecką Niemcy utworzyli getto. Na tzw. «rynku końskim» przy ul. Międzyrzeckiej i ul. 11 Listopada zganiali Żydów, kazali klękać i modlić się, przy czym publicznie się z nich śmiano”.
Forma bezosobowa nie określa, kto się publicznie śmiał z ofiar idących na śmierć, ale z wielu relacji wiadomo, że byli to nie tylko niemieccy oprawcy, ale też ich polscy sąsiedzi, uważający się za porządnych chrześcijan...
***
Zygmunt Jarzębski, urodzony w 1928 roku w Oszczepalinie, wspomina Bronisława Kłodę (1904–1964), najprawdopodobniej swego teścia (spisał Norbert Jarzębski, uczeń Gimnazjum nr 3 w Łukowie):
„Jedną z większych [akcji przeciwko Niemcom] było zaatakowanie niemieckiego pojazdu patrolowego w lesie Krzywda, a potem zmasowany atak. Oddział AK, który tę akcję przeprowadził, liczył około 20 ludzi, nie zginął nikt, jedynie kilku odniosło niezbyt ciężkie rany. Zabitych zostało 6 z 7 członków patrolu. Jeden, na szczęście dla okolicznych mieszkańców, zdołał uciec i zeznał, że strzelał do nich Żyd. Swoim zeznaniem uratował prawdopodobnie przeszło tysiąc ludzkich istnień, gdyż gdyby zginął, bądź zeznał, że to Polacy, wtedy rozstrzelano by ludność wszystkich okolicznych wiosek”.
To zrozumiałe, że ludzie cieszyli się, gdy niebezpieczeństwo odwetu zostało zażegnane, ale przez opowieść tę przeziera narodowy egoizm – „na szczęście strzelał Żyd, więc to na Żydów spadną ewentualne konsekwencje, to ich rozstrzelają, a nie Polaków”.
***
Irena Komorowska z domu Karczmarz, urodzona w 1930 roku w majątku Lipiny w gminie Adamów, od 1939 roku mieszkająca w majątku w Kolonii Jasnosz, a od 1942 roku w Łukowie, w którym po wojnie, wraz z mężem Karolem Komorowskim, prowadziła zakład fotograficzny (spisała Katarzyna Smolak, uczennica Gimnazjum nr 2 w Łukowie):
„Mieszkając w Kolonii Jasnosz koło Krzywdy przeżywaliśmy gehennę. Od początku zaczęto prześladować Żydów. Nasz dom stał na uboczu i ci Żydzi uważali, że w jego okolicy są bezpieczni. Byli pewni, że wojna szybko minie. Pamiętam rodzinę pana adwokata, Żyda, który w wojnę pasł u nas krowy. Bardzo nas śmieszyło to, co mówił. My do krowy mówiliśmy «Nawróć się», a on mówił do krowy «Proszę wrócić», «Proszę tam nie iść». Dla nas to był ubaw, ale dla tych ludzi była to tragedia. Długo to nie trwało, bo Niemcy szukali Żydów, a tata się bał o nas. Natomiast w tym lesie, w naszym zagajniku, bardzo dużo Żydów się przechowało. Oni sobie kopali ziemianki i tam mieszkali. Część była w tym lesie, a część kryła się na moczarach, czy łąkach w kępach drzew. Do jakiegoś czasu oczywiście, ale później wszyscy przenieśli się do naszego lasu. A w lesie, no cóż, trzeba było coś jeść. Przez to my byliśmy nękani do tego stopnia, że po trzy, cztery napady było każdej nocy. Napadali Żydzi, napadali zwykli bandyci. Żydzi zabierali wszystko, co nadawało się do jedzenia. Pod koniec to ojciec nawet myślał, żeby się wyprowadzić. Bał się Niemców, że wyda się, iż oni przychodzą do naszego domu. Ojciec nie wydawał Żydów, mieli oni zaufanie do ojca. Zdarzyło się, że w Kożuchówce ktoś wydał Żydów Niemcom, więc oni przyszli do ojca i powiedzieli, że idą zastrzelić tego człowieka, który wydał Żydów Niemcom. Ojciec chciał go uprzedzić, żeby się gdzieś skrył i wysłał mego brata, by powiadomił tę osobę. Do Kożuchówki było przez pola około kilometra. Żydzi się zorientowali i złapali mojego brata. Wtedy niewiele brakowało, a zastrzeliliby i mego ojca, i brata. Niestety, później poszli i tak zastrzelili tego człowieka. Podczas tych napadów siedzieliśmy cicho, a oni brali, co chcieli. Przychodzili raz w tygodniu w nocy. Brali sobie krowę, albo świnię i zabijali ją na podwórku, obrabiali, pakowali w worki i zabierali. Najczęściej zostawiali nam «dudy», tzn. łeb i wnętrzności. Kto przychodził, nie wiem. Na pewno ktoś, kto był w lesie i był głodny. Podejrzewam, że najwięcej było Żydów, bo ich mogliśmy rozpoznać po mowie. Nie widzieliśmy nic, bo okna były zasłonięte całkowicie przed lotnictwem, ale ryk zabijanych zwierząt często budził nas w nocy i słyszeliśmy ich. Tata wyglądał przez okno tak, aby go nie zauważyli. Niestety nic nie mogliśmy zrobić. (...)
Pamiętam, jak jednego razu uciekł «żydziak», miał może ze 14 czy 16 lat. Uciekł nocą z transportu. Jak się rozwidniło, to zobaczył nasz dom. Był głodny. Przyszedł do nas. Był ranny w nogę i krwawił. Wszedł do mieszkania, byłam akurat w domu. Nic się nie odzywał, tylko podszedł do kuchni, na której gotowały się ziemniaki i z tego gotującego się garnka wybierał te ziemniaki rękami. Mimo że musiały go parzyć, jadł je. Pobiegłam po ojca na podwórko. Tata dał mu coś jeść, zawinął w szmatkę chleb i powiedział, żeby poszedł do naszego lasu i poszukał swoich. Widać było, szczególnie wieczorem, że w lesie ktoś mieszka, bo unosił się dym. Kiedy tata wysłał tego człowieka do lasu, sam wziął wiadro i szufelkę i poszedł zbierać ślady krwi, jakie pozostawił chłopiec, idąc do naszego domu. Tata bał się, że Niemcy, idąc z psami, mogą trafić do naszego domu. Każda pomoc Żydom groziła śmiercią. Niemcy wybijali całe rodziny, całe wsie. Czasami Niemcy przyjeżdżali i robili obławę na ten lasek. Chodzili wokół lasu, strzelali do niego, ale żaden nie wszedł. Las nie był przycinany i tak gęsty, że Niemcy bali się tam wchodzić. Tych Żydów musiało się tam wielu przechować.
Ja tymi napadami i tym wszystkim byłam bardzo wystraszona i zmęczona. Pamiętam, jak tata schował pieniądze za kontyngent gdzieś u góry, w jakiejś szczelinie. Znowu to wypatrzyłam. I pech ciał, że przyszli tej nocy po te pieniądze. Powiedzieli, że jeśli ojciec tych pieniędzy nie odda, to go zastrzelą. Nas zgonili do kuchni na kanapę, całą rodzinę, a ojcu kazali się położyć na ziemi. Ojciec się położył. No i pytają, czy chce się pomodlić. Ojciec mówi, że chce się pomodlić przed śmiercią. Ja wiedziałam, gdzie te pieniądze są i teraz miałam dylemat. Bałam się, że zabiją ojca, jeśli tych pieniędzy nie znajdą. Z kolei, jeśli powiem, gdzie te pieniądze są, to ojciec mnie później zabije, jak zabiorą pieniądze. Byłam bardzo zdenerwowana i przestraszona. Ojciec się pomodlił, a oni wycelowali w niego broń i zaczęli liczyć do trzech. Poznałam, że to byli Żydzi. Bo liczył tak: «Jeden, dwa, dwa i pół, dwa i trzy czwarte». Tata mówił później, że jak on liczył dwa i trzy czwarte, to znaczyło, że nie strzeli. Niezależnie od tego, on jednak strzelił. Tylko nie w ojca, a tak dla strachu, w podłogę. Ja pierwsza zaczęłam krzyczeć, wtedy Żyd strzelił mnie w kark kolbą karabinu tak mocno, że przez długi czas to czułam. Ale nie powiedziałam, gdzie były te pieniądze. Po tym wszystkim byłam tak przestraszona, że pewnego dnia poszłam do stajni i konno, na oklep pojechałam do ciotki do Zofiboru, do siostry ojca, Heleny Flis. Ona miała tam młyn wodny i motorowy. Jednak spadłam z deszczu pod rynnę, bo u cioci była taka sama historia. Tylko że tutaj bardziej to robili AK-owcy. Nie przeżywałam tego jak w domu, bo to nie był mój dom, tylko cioci. (...)
Mój mąż był dwukrotnie aresztowany. Za pierwszym razem w Urzędzie Bezpieczeństwa przy [ulicy] 11 Listopada powiedzieli, że to z Warszawy kazali go aresztować i rzeczywiście został wywieziony do Warszawy. (...) My z mamą chodziłyśmy na każdy pociąg z Warszawy z nadzieją, że mój mąż powróci. Rzeczywiście, po 48 godzinach wrócił. Jak tylko wyszedł z pociągu, zaczął krzyczeć «Ja go zabiję...». Okazało się, że jeden Żyd z Łukowa poprosił męża o pomoc w dostaniu się do Warszawy. Mąż mu pomógł i w Warszawie pokazał, gdzie ma iść, ponieważ znał dobrze Warszawę, bo był tam w wojsku. Poszedł z nim do jakiegoś mieszkania, gdzie tamten miał do załatwienia jakąś sprawę. Jak aresztowali męża, to i tego Żyda. Pech chciał, że ten Żyd był przesłuchiwany pierwszy i były niedomknięte drzwi. Słyszał przesłuchanie. Myśmy w tym czasie się budowali na Łapiguzie. Wtedy trzeba było każdą złotówkę udokumentować na budowę. Żyd podczas przesłuchania powiedział, żeby męża dobrze przesłuchali, bo on nie wiadomo skąd ma pieniądze na budowę domu. Był to bardzo wredny człowiek. Okazało się, że ten Żyd pojechał z mężem do Warszawy, aby sprzedać złoto, które posiadał, pomimo zakazu handlem złotem. Pech chciał, że tego człowieka z Warszawy okradziono. Wtedy powiedział nazwisko tego Żyda i męża. Na szczęście wszystko się wyjaśniło.
Po zakończeniu wojny w Łukowie jeszcze mieszkała spora grupa Żydów. Po wojnie skład węgla miał Żyd «Pinie». Na ul. Radzyńskiej młyn należał do Żyda, który zaraz po wyzwoleniu wyjechał z Łukowa. Koło mostu na ul. Wyszyńskiego też mieszkał Żyd, inny miał dom przy ul. Warszawskiej, w okolicy kwiaciarni państwa Kazimieraków”.
Z opowieści tej przebija niechęć autorki do osób narodowości żydowskiej, być może będąca już powojenną naleciałością, a nie czymś, co wyniosła ona z domu, bowiem ojciec jej ewidentnie był do Żydów dobrze nastawiony. Jak mógł, tak im pomagał, ufali mu, o czym wspomina autorka. Ona sama zaś „rozpoznawała” Żydów po sposobie liczenia, w którym nie było niczego charakterystycznego, żydowskie dziecko to był dla niej „żydziak”, a męża jej, który robił jakieś lewe interesy, na pewno naraził Żyd, któremu on w swej wspaniałomyślności pomógł.
Dodajmy jeszcze, że wspomniany przez Irenę Komorowską „Pinie” to Pinia Fiksman, który do końca swego długiego życia (przeżył 92 lata) mieszkał wraz z żoną Leibą w Łukowie. Ten sam dom, przy ulicy Warszawskiej 4, dzielił z nimi Jankiel Rozenblum, zaś przy obecnej ulicy Wyszyńskiego, która wówczas zwała się Chącińskiego, zatrzymał się po wojnie Abram Goldzak. Natomiast właścicielem młyna przy ulicy Radzyńskiej był Jakow Keselbrener – którego całą rodzinę, ukrywającą się we wsi Dminin, tuż przed zakończeniem wojny zamordowali Polacy.
***
Halina Grom, od urodzenia w 1930 roku mieszkająca w Łukowie (spisała Karolina Grom, uczennica LO im. Kościuszki):
„Podczas okupacji w Łukowie na ul. Kanałowej utworzono getto żydowskie. Część miasta ogrodzono murem, płotem i drutami. Umieszczono tam większość Żydów przebywających w mieście. Niemcy chodzili po wszystkich gospodarstwach, przeszukiwali domy, podwórka i ogrody, aby wyłapać ich wszystkich. U mojej sąsiadki w malinach skryła się jedna Żydówka. Kiedy Niemiec wszedł w jej posesję, zauważył, że coś się rusza w krzakach. Strzelił w tamto miejsce, kula trafiła kobietę, zabił ją. W tamtych czasach ukrywanie Żydów przez Polaków wiązało się z wieloma zagrożeniami. Jak Niemcy dowiedzieli się, że taka sytuacja ma miejsce, aresztowali lub rozstrzeliwali, zarówno Żydów, jak i pomagających im Polaków”.
***
Irena Płodowska, urodzona w 1925 roku w Gołąbkach (spisała Aleksandra Tomasiewicz, uczennica Gimnazjum nr 2 w Łukowie):
„Z wojny pamiętam również, jak Niemcy likwidowali getto w Łukowie i wywozili Żydów na Kirkut niedaleko Świdrów. Część z nich uciekła do Jezior do znajomych. Zatrzymywali się tam, płacąc za pobyt. Przychodzili również do Gołąbek. Ludzie dawali im jeść. U nas w domu, jak stryj był sołtysem, również ukrywał się Żyd i handlarz z Warszawy. Pewnego dnia, gdy Niemcy przyjechali do wsi, [brat] Stefan zobaczył ich i krzyknął, żeby uciekać. Stefan i Żyd wyskoczyli przez okno, a handlarz nie zdążył, został w domu. Niemcy go wylegitymowali i puścili wolno. Gdyby Żyd nie wyskoczył za Stefanem, to pewnie wszystkich nas by wystrzelali. Pewnego dnia zrobili nalot na Jeziory. Żydzi próbowali chować się w zbożu, jednak wszystkich wystrzelali. My to wszystko widzieliśmy z Gołąbek. W pamięci utkwiła mi młoda Żydówka, która przestraszywszy się, zaczęła uciekać i biegła nie zbożem, tylko miedzą. Było ją dokładnie widać. Niemcy ją zabili”.
***
Janina Sarniak z Dąbia, urodzona około 1929 roku (spisali Eliza Kamecka, Mateusz Koper, Natalia Zdun, uczniowie LO im. Kościuszki):
„W Łukowie mieszkali nie tylko Polacy, ale również Żydzi. Na początku wojny Niemcy rozpoczęli masowe łapanki. Zamknięto ich w getcie, które znajdowało się pomiędzy ulicami Międzyrzecką a Trentowskiego. Pewien żydowski staruszek nauczył swoją wnuczkę polskiego pacierza i prosił przechodzących ludzi, aby zabrali ją do swojego domu, jednak ludzie bali się straszliwych kar za przetrzymywanie Żydów”.
***
Aleksander Świderski, urodzony w 1920 roku w Świdrach (spisała Julia Świderska, uczennica Szkoły Podstawowej w Świdrach):
„Nie byłem świadkiem [zbiorowych egzekucji], ale widziałem, jak Niemcy prowadzili Żydów na egzekucję. Kiedy z kolegami jechaliśmy wozem do Łukowa, na ulicy Cegielnianej zauważyliśmy kolumnę ludzi, którzy szli do lasu. Widzieliśmy ich z daleka. Prowadzili ich Niemcy oraz Ukraińcy. Szli z psami. Kiedy podeszliśmy bliżej, zatrzymali się, aby nas przepuścić. Dokładnie widzieliśmy tych ludzi, byli to młodzi mężczyźni i kobiety. Widać było, że byli radośni, śmiali się i rozmawiali. Maszerowali dwójkami i czwórkami aż do mostu na Krznie. Ogólnie ta kolumna ludzi miała ok. 2 km. Gdy wracaliśmy z rynku, mniej więcej po dwóch godzinach, na wysokości ulicy Cegielnianej usłyszeliśmy strzały z karabinów maszynowych. Dobiegały z lasu, do którego szli ci ludzie. Schowaliśmy się za budynkiem i nasłuchiwaliśmy, co będzie dalej. Po jakimś czasie strzelanie ucichło i mogliśmy spokojnie wrócić do domu. Następnego dnia kolejarze ze Świdrów powiedzieli nam, że tamtej nocy przyjechał pociąg, który rozładował Żydów. Wtedy zdaliśmy sobie sprawę, że to właśnie tych Żydów widzieliśmy w maszerującej kolumnie. A w lesie, gdzie słyszeliśmy strzelanie, zabijano ich. Najbardziej dziwiło nas to, że jak szli, to byli tacy zadowoleni i szczęśliwi. Następnym razem, jak byłem na polu, widziałem kilkudziesięciu Żydów, których gonili Niemcy. Szli oni niedaleko mnie, więc dokładnie ich widziałem. Maszerowali ze strony Wojcieszkowa do łukowskiego getta, gdzie ich przetrzymywano, a później zabijano. Widziałem, że ludzi, których pozabijano, zakopywano na ul. Warszawskiej, na takim małym cmentarzu. To miejsce nazywano Kierkutem Żydowskim. Żydzi również byli chowani za lasem, który mijamy, jadąc ze Świdrów do Łukowa. Pewnego dnia wybrałem się tam i widziałem to miejsce”.
***
Teresa Płodowska, urodzona w 1932 roku w Szczygłach Górnych (spisał Wiktor Zając, uczeń Szkoły Podstawowej w Świdrach):
„Jakie sprawy załatwiało się w Łukowie?
W mieście robiło się np. zdjęcia u pani Komorowskiej na Międzyrzeckiej. Po buty trzeba było iść do Żyda Ankiela, mieszkał na rogatce koło figury Pana Jezusa. W sobotę na rynku można było kupić sól, pieprz i inne potrzebne rzeczy”.