W 2026 r. warszawska Oficyna Wydawnicza Aspra-JR opublikowała książka „Rzeź na Podlasiu. Notatki z Zagłady”. To zapiski Moszego Josefa Fajgenbauma, które ukazały się w 1947 r. w jidysz i przetłumaczone zostały w 1987 r. na angielski. Przekładu na język polski dokonali Piotr Strzałkowski (z angielskiego) i Bella Szwarcaman (z jidysz).
Mosze Josef Fajgenbaum urodził się w 1908 r. w Białej Podlaskiej. Ożenił się z pochodzącą z Siedlec Mindlą Ides Zatorską i miał z nią córkę Bajlę, która przyszła na świat w kwietniu 1942 r., tuż przed zagładą Żydów w ramach akcji „Reinhardt”. Po rozpoczęciu łapanek w Białej Fajgenbaum zawiózł córeczkę i żonę do jej rodziny w Międzyrzecu Podlaskim, skąd wywiezione zostały do obozu zagłady w Treblince, gdzie zginęły. Zamordowana tam też została jego najbliższa rodzina. On natomiast przeżył, ukrywając się od 1943 do 1944 r. w bunkrze. Notował tam na gorąco spostrzeżenia i zasłyszane opowieści, które później wydał drukiem. Po wojnie mieszkał w swym mieście (do 1945 r.), a następnie w Lublinie i Łodzi, po czym przez Monachium wyjechał do Izraela (w 1949 r.). W 1956 r. druga żona, Chawa, urodziła mu syna Amira. Zmarł w 1986 r.
Niektóre zapiski Moszego Josefa Fajgenbauma dotyczą Łukowa i tamtejszej społeczności żydowskiej. Nie są to informacje nowe w stosunku do tych znanych z innych źródeł, ale stanowią cenne uzupełnienie świadectw Zagłady w tym mieście. Autor czerpał wiadomości m.in. od osób, które wyskoczyły z pociągów wiozących je do Treblinki:
„5 października (24 tiszri 5703) swój krwawy dzień miał Łuków. Małe uliczki Łukowa, po których Żydzi mogli poruszać się względnie swobodnie, były teraz zalane krwią żydowską.
Opowiedzieli o najciekawszym wydarzeniu, które miało miejsce w Łukowie. Kiedy w punkcie zbiórki gestapowiec zastrzelił Lendera, przewodniczącego Rady Żydowskiej, Dawid Liberman, członek Rady, rzucił się w kierunku gestapowca, zerwał mu naramienniki i zaczął zawzięcie bić. Za swój odważny czyn młody człowiek został zastrzelony na miejscu”.
A to garść wspomnień z okresu poprzedzającego masowe wywózki Żydów z Łukowa do Treblinki:
„W szabat 22 sierpnia pojechałem do centralnego Urzędu Pracy w Łukowie, aby zorganizować powrót tych żydów z Białej, którzy zostali wysłani na Majdanek. Tam spotkałem Bencjona Szejmela, członka Judenratu z Międzyrzeca, który właśnie przyniósł skrzynkę «prezentów» dyrektorowi urzędu pracy.
Zaraz po przyjeździe do Łukowa usłyszałem pogłoskę, że coś wydarzyło się w Siedlcach. Próbując dowiedzieć się, co się tam dzieje, Żydzi zatelefonowali do chrześcijańskiego lekarza w tym mieście o nazwisku Buczyński i zapytali, czy mogliby przyprowadzić chorego pacjenta, aby go zobaczył. Dr Buczyński odpowiedział, że getto jest otoczone przez Ukraińców. W taki sposób wyjaśniła się sytuacja żydów w Siedlcach.
Przeprowadziliśmy interesująca rozmowę z członkami Rady Żydowskiej w Łukowie na temat przesiedleń. W środę 19 sierpnia (6 elul 5702) odbyło się wysiedlenie w Parczewie. Prawie połowa Żydów z miasteczka została wywieziona i niemało ich zabito. Przewodniczący Rady Żydowskiej, Krausz, niemiecki Żyd, został zastrzelony w swoim mieszkaniu.
Członek Judenratu Dawid Liberman (który był także łącznikiem między łukowskim Judenratem a Centralnym Urzędem Pracy) powiedział nam, że kiedy dyrektor Centralnego Urzędu Pracy oraz przedstawiciel szefa Gestapo w Radzyniu i szef radzyńskiego Urzędu Pracy dowiedzieli się o wydarzeniach w Parczewie, mieli kołatać do najwyższych władz w dystrykcie lubelskim. Twierdzili, że nie chcą już takich działań w swoich okręgach, w przeciwnym razie odejdą z pracy. W Lublinie mieli oni zostać uspokojeni obietnicą, że takie działania w Białej, Międzyrzecu, Radzyniu i Łukowie się nie powtórzą. Potwierdził to także Jechezkiel Grinblat, członek Rady Żydowskiej w Radzyniu, który siedział z nami przy stole.
Uśmiechnąłem się sceptycznie i próbowałem ich przekonać, że władze niemieckie nie będą się angażować w ochronę Żydów. To właśnie przede wszystkim one wydały rozkazy zorganizowania akcji przeciwko Żydom i nie zwracały się w tej kwestii o radę do lokalnych urzędników. «Widzicie przecież – powiedziałem – jak bardzo potrzeba w Niemczech rąk do pracy, a tu przecież morduje się tysiące wykwalifikowanych robotników żydowskich, czyż nie widzicie zagłady, która ma teraz miejsce w powiatach mińskim i siedleckim, czy w Warszawie; tych działań się nie wstrzymuje, one postępują dalej. Wynika stąd wniosek, że reżim Hitlera zdecydował, że Żydzi za wszelką cenę muszą zostać eksterminowani».
Dawid Liberman, bardzo religijny Żyd, nie zgodził się ze mną. «Jest pan wolnomyślicielem i dlatego w nic pan nie wierzy».
W niedzielę ludzie w Łukowie usłyszeli już o makabrycznych szczegółach tego, co wydarzyło się podczas przesiedlenia w Mińsku Mazowieckim. Powiedzieli też, że poprzedniego dnia, w szabat, do Siedlec zostali wywiezieni żydowscy mieszkańcy Łosic, skąd, oczywiście, zostali zabrani wraz z resztą tych, których wywieziono wraz z falą przesiedleń siedleckich.
W niedzielę wieczorem Szejmel i ja wróciliśmy do Międzyrzeca. Pojechałem do Międzyrzeca specjalnie po to, aby zobaczyć żonę i córeczkę, które mieszkały tam z moimi teściami od czasu naszej tragedii w Białej. Postanowiliśmy wrócić do Białej, bo w takich czasach rozłąka była zbyt ryzykowna. (...)
Później otrzymałem telefon z Białej, gdzie poproszono mnie, bym wrócił do Łukowa. To był wspaniały, letni dzień. Napięcie nieco się zmniejszyło. Żydzi z Międzyrzeca wierzyli, że nic się nie stanie w ich mieście. W żydowskiej dzielnicy panowało duże ożywienie. Czułem się tu znacznie swobodniej niż w Białej.
Poszedłem na spacer z żoną i córeczką. Żona była przeciwna mojej podróży do Łukowa. Bała się podróży pociągiem. Starałem się jej wytłumaczyć, że chodzi o uratowanie naszego wuja, a ja jako jedyny w mieście miałem pozwolenie na podróż. W końcu się ze mną zgodziła i zdecydowaliśmy, że w drodze powrotnej z Łukowa zatrzymam się w Międzyrzecu i wszyscy razem pojedziemy z powrotem do Białej. Po południu poszedłem z żoną na dworzec kolejowy. Tym razem pożegnanie było szczególnie trudne. Patrzyliśmy na siebie tęsknie. Kto mógł wiedzieć, że to ostatni raz patrzymy na siebie, że nigdy więcej się nie zobaczymy...
Wtorek, 25 sierpnia (12 elul 5702) – Wybrałem się wcześnie do Rady Żydowskiej w Łukowie, aby telefonicznie uzyskać potrzebne mi informacje z Białej.
Gdy tylko wyszedłem na ulicę, usłyszałem, że są jakieś wieści z Międzyrzeca. Coś się tam dzieje, ale nikt nie wiedział dokładnie co. Podczas rozmowy telefonicznej z Białą zapytałem o Międzyrzec, ale choć Biała jest oddalona od tego miasta zaledwie o 25 kilometrów, tam też nikt nic nie wiedział. (...)
Wiadomość o Międzyrzecu rozeszła się niczym błyskawica w dzielnicy żydowskiej w Łukowie, wywołując przygnębienie i panikę. Jeśli coś takiego mogło spotkać Międzyrzec, to co czeka inne miasta?
Poszedłem szybko na stację i niecierpliwie czekałem na pociąg do Białej. Tysiące myśli przemykały przez mój umysł: co mogło stać się z moją żoną i moją małą dziewczynką? Czy udało im się uratować? Może nasz polski przyjaciel je uratował? (...)
W końcu przyjechał pociąg. Nie mogłem usiedzieć, tylko chodziłem nerwowo w kółko. Gdy pociąg zbliżył się do Międzyrzeca, zauważyłem, że po obu stronach toru była ‘Schutzpolizei’. Wkrótce zobaczyłem na pierwszym peronie dużą grupę Żydów. Wtłaczano ich do wagonów towarowych z małymi okienkami. Tak daleko, jak mógł sięgnąć mój wzrok, od strony miasta ciągnął się szereg Żydów. Odgłos strzelaniny nie ustawał ani na chwilę. Zrozumiałem, że Żydzi padali, jak kłosy zboża ścinane na polu... (...)
Ukraińscy strażnicy siedzieli na wagonach aż do Łukowa i strzelali do wszystkich, którzy skakali. Wiele pocisków nie trafiło do celu. Zanim dotarli do Łukowa, byli tacy, co jeszcze nie wiedzieli, jak przecisnąć się przez okienko, w związku z czym tylko nieliczni wyskakiwali. Za Łukowem, kiedy Ukraińcy zsiedli z dachów i przestali strzelać, a zwiększona liczba zwłok w wagonach ułatwiała podejście do okna, wyskoczyło więcej osób. Wyskakiwali młodzi i starzy, mężczyźni i kobiety – uczyniła to większość. (...)
Polska policja od dłuższego czasu prowadziła śledztwo w getcie [międzyrzeckim] w sprawie Żydów z Adamowa koło Łukowa. Na początku nikt nie rozumiał, dlaczego tak bardzo interesowali się adamowskimi Żydami. Później stało się to jasne: jesienią 1942 r. Żydzi z Adamowa zostali zgromadzeni na rynku w celu przesiedlenia. Żydzi zaatakowali polską policję, która była odpowiedzialna za przeprowadzenie akcji, zabrali policjantom broń i uciekli do pobliskich lasów”.