Lejbuś Faktor
A któż to taki? Co za wyróżniająca się persona? Profesor jakiś? Człowiek ze świecznika? Kuzyn właściciela fabryki kosmetyków?
Nie! Nic z tych rzeczy! Lejbuś Faktor to maleńki, skromny, niepozorny, biedny Żydek. To mój szewczyk z Łukowa. Widzę Lejbusia oczami duszy siedzącego zawsze na swoim szewskim zydelku przy bardzo starym sfatygowanym stoliku. Lejbuś z małą, wyleniałą, jakby zjedzoną przez mole bródką, suchy, zwiędły, z krymką na głowie, w wyszmelcowanym fartuchu walił młotkiem w kopyto, zdawałoby się, że w dzień i w nocy. Aż głowina przy każdym uderzeniu odskakiwała mu do tyłu. Faktor zajmował dwie izby w starej drewnianej parterowej chałupinie przy uliczce równoległej do Solnej, niedaleko drugiego rynku, za piekarnią Wyczółkowskich. Izby brudne z pokładami ziemi na podłodze. Żona brzydka, brudna, rozchełstana, z piersiami sflaczałymi wypadającymi stale zza zmiętej koszuli karmiła piersią coraz to młodsze potomstwo i zawsze widziałem ją „z brzuchem”. Ciągle „dziamdziała” z drugiej izby po żydowsku, należało przypuszczać, że z jakimiś pretensjami. Na co Lejbuś odpowiadał w żargonie krótko, ze stoickim spokojem. W obu izbach robiło wrzawę chyba dziesięcioro dzieci. Starsze dzieci zwracały się do ojca o jakieś grosze, a Lejbuś się opędzał. Młodsze w koszulinach bez majtek pchały się ojcu na kolana, siusiały w kącie albo wrzeszczały. Jedno dziecko, 4-5-letnie, nienormalne, z wybałuszonymi oczami, próbowało nieudolnie chodzić, było zawsze uślinione, ubrudzone wydalinami. Ono nie płakało, ono mocno pachniało.
Wśród tej czeredy Lejbuś, pater familias, z kilkoma ćwiekami w zębach (w których były już właśnie wręby na te ćwieki) siedział spokojnie na zydlu z pocięgłem na kolanach i zawsze coś przy butach dłubał.
Robił mi Lejbuś wszystkie buty w okresie łukowskim. I te, na które otrzymałem bezzwrotną pożyczkę z Samopomocy Szkolnej po kradzieży butów w szatni. Zapłaciłem 15 zł. Wszelkie naprawy, nabicie czubów, obcasów, żabek wykonywał niedrogo, solidnie, terminowo Lejbuś Faktor.
Do zanotowania tego wspomnienia skłoniła mnie między innymi wzmianka w moim pamiętniku o tym, że zapłaciłem za naprawę butów 2,40 zł. Tylko raz sprzeniewierzyłem się Lejbusiowi. W 1933 roku kupiłem wiosną żółte, tandetne pantofle za 8 zł w sklepie Sokołowa. Ale to były tandetne, a Lejbuś robił buty „urzędowe” – na zamówienie. Mimo stałego braku gotówki i permanentnego wiązania końca z końcem Lejbuś mógł mi pożyczyć na krótko 5 zł. Lejbuś był bardzo „honorowy”. Z Faktorem, któremu mówiło się na ty, prowadziliśmy dysputy polityczno-filozoficzne.
24 marca 1939 r. koło godziny siódmej rano furmanki ze zmobilizowanymi po przejechaniu 40 km wjechały do centrum miasta, by zawieźć wojaków na stację. Stojący na ulicy maleńki Lejbuś dojrzał mnie i z trwogą na obliczu pobiegł za furmanką: „Panie! Co to będzie?”. Wzruszyłem ramionami. Cóż mogłem mu powiedzieć?
Dziś mogę przypuszczać, co się z nim stało. Albo został wywieziony do obozu i zginął w gazie z rodziną. Może zastrzelił go żołdak niemiecki. Lejbuś nie krzyknął, bo on był skromny. Nie chciałby przecież zakłócać ciszy, spokoju. Jeszcze by się pan żołnierz obraził?
Lejbuś mógł też sobie wykopać grób wcześniej, by władza nie fatygowała się tak mocno przy jego osobie. Tak oto widzę Lejbusia Faktora, nieodłączny składnik kolorytu łukowskiego. Tę sylwetkę musiałem umieścić przy wspomnieniach starego Łukowa.
Ej-ruw
To nie jest jakiś wyraz zniekształcony moją techniką pisania. Taki wyraz podobno istnieje w języku żydowskim. Za chwilę wszystko „dokumentnie” wytłumaczę.
Żydzi polscy, ściśle wypełniający swoje przykazania, nie mogą w czasie szabasu wykonywać wielu czynności, np. nosić wody, gasić świeczek szabasowych. Jest takich zakazów, śmiesznych dla nas, cały szereg. Takie czynności powinien wykonywać goj – niewierny. Ograniczenia takie są przecież uciążliwe i dużą ulgę w tych przepisach przynosi drut specjalny nazywający się Ej-ruw. Rejon opasany tym drutem nie podlega kłopotliwym ograniczeniom. Drut taki, okalający dzielnicę, biegnie gdzieś niepostrzeżenie, ale nad rzeką czy nad ulicą jest podniesiony na słupkach czy tyczkach, by nie został uszkodzony. Przerwanie takiej magicznej opaski wróży wielkie nieszczęście dla Żydów. Dlatego Żydzi tego drutu pilnie strzegą.
O tych przepisach dawniej w ogóle nie wiedziałem. Ktoś nas uświadomił o tym w rozmowie, gdy byliśmy na łące leżącej za naszym ogrodem, dochodzącej do rzeki. Tu właśnie nad rzeką była przeprowadzona linka i z tego właśnie powodu rozmawialiśmy na ten temat. Rozmawiając zastanawialiśmy się, co by to było, gdyby ten drut przeciąć. Był wtedy z nami syn pana Czecha, może trzynastoletni łobuziak Zdzisiek, który od niechcenia przysłuchiwał się rozmowie. Gdy odeszliśmy z łąki, Zdzisiek, nic nikomu nie mówiąc, wziął z domu nożyce i drut przeciął.
Powstało wielkie poruszenie wśród Żydów. Rozdrażnieni chasydzi z długimi brodami biegali po okolicy, rozmawiali podniesionymi głosami i przeprowadzali całe dochodzenie. Byli przy tym straszni. Chyba by rozszarpali sprawcę tego czynu, gdyby o nim wiedzieli. Przeżyliśmy dużo strachu, tym bardziej, że w tych dniach zmarł sąsiad Żyd, ojciec zamożnego kupca, jakby na potwierdzenie wierzenia. Nikt nie puścił pary, drut naprawiono, a sprawa poszła w zapomnienie. Wystraszony Zdzisiek odetchnął. Ale otrzymał od nas porządny wygawor.
Antysemityzm
Czy w naszej szkole, a szczególnie u nas w klasie było coś takiego? Raczej nie. Chociaż to była klasa obfitująca w synów Izraela, ale nasi Żydzi specjalnie nie ucierpieli z tytułu pochodzenia. A nawet przeciwnie: jeśli ktoś z innej klasy chciał, powiedzmy, dokuczyć niezbyt obrotnemu Klejmanowi z powodu jego pochodzenia, braliśmy go w obronę. Był, przypominam sobie, w młodszej klasie taki Żydziak, na którym wszyscy koledzy klasowi jeździli i go kuksali, ale wydawało się, że on się tym zbytnio nie przejmuje i wszystko przyjmował jako dopust boży. W ostatnich latach gimnazjum, gdy stworzono „Samoobronę Narodu”, gdy w kraju szumiało w związku z rozruchami w Mińsku Mazowieckim, w Brześciu nad Bugiem, spowodowanymi zabójstwem podoficera przez Żyda-rzeźnika, po rebelii w Przytyku, po gorącym temacie uboju rytualnego cieląt, u nas również sprawa została rozdmuchana. Oddziaływała na nas wprawdzie „Samoobrona” swoimi hasłami („Nie kupuj u Żyda, to najlepsza rada, kto kupuje u Żyda, sam siebie okrada”), ale to według nas odnosiło się do innych Żydów, a nie do naszych kolegów.
Pamiętam taki incydent: przechodziliśmy ulicą krokiem spacerowym i chyba ktoś ze sztubaków wsunął do drukarni Klejmana (ojca Naftulego) ulotkę antysemicką. I oto wypada z drukarni nasz bojaźliwy, wstydliwy, cichutki Naftuli i, dopędziwszy sprawcę, wręcza mu ulotkę socjalistyczną jako odpowiedź. W tym przypadku Naftuli był podekscytowany, zarumieniony, energiczny, jakim nigdy go nie widzieliśmy. „Samoobroną” kierował w Łukowie jakiś mecenas Jacoby.
Pogrzeb ojca Cukiermana
W uroczystościach pogrzebowych ojca Cukiermana uczestniczyła nasza klasa. Klasa się ociągała, ale chłopcy szli na życzenie Wychowawcy i Dyrektora. Na ulicy utworzył się dość duży szpaler, a chłopcy wysłuchali całą masę epitetów: goje, żydowskie parobki. Zresztą Żydzi nie byli z udziału naszej klasy w pogrzebie zadowoleni. Swoim zwyczajem pobiegli z ciałem bardzo szybko i zostawili naszych kolegów za bramą kirkutu.
Łuków w oczach gimnazjalisty
(...) Moje buty szył i naprawiał Lejbuś Faktor, a pierwszy mundurek szkolny uszył mi również Żyd – Sokołow. A w ogóle żydostwo zajmowało większość sklepów i sklepików. Rzemieślnicy to również w olbrzymiej przewadze Żydzi. Stanowili oni decydujący koloryt ulicy i ponad 50 procent miasteczka 12-tysięcznego. Bracia Cukiermanowie prowadzili największy sklep żelazny. Żydzi koncentrowali się w środku miasta. Znane było żydowskie powiedzonko: Wasze ulice – nasze kamienice. Polacy w mieście to urzędnicy, a przede wszystkim rolnicy otaczający miasto wiankiem.
Pierwszy telefon
Pierwszy raz widziałem telefon u Żyda Abrama w Żelechowie. Był taki żydowski sklepik spożywczo-kolonialny, w którym rodzice w Żelechowie kupowali wszystko. Tam można było brać na kredyt, a kiedyś, gdy potrzebowałem kupić książkę, a nie miałem pieniędzy w mojej karierze żelechowskiej, Abram poręczył za mnie w księgarni i otrzymałem książkę na kredyt. U tego właśnie Abrama wisiał na ścianie taki tajemniczy aparat, a nagle się rozdzwonił i ktoś z rodziny Abrama biegł do niego. Widziałem również telefon wiszący na ścianie w gminie w Ciechominie. On również bardzo rzadko się odzywał i był tajemniczy.
Koledzy Żydzi (wybrane ze spisu uczniów w klasie)
Klasa piąta:
Cukierman Srul – garbaty Żyd, kręcone włosy, lewicujący, chociaż syn współwłaściciela dużego sklepu żelaznego, pięknie pisał, dosłownie między wierszami.
Klasa czwarta:
Borensztejn Salomon – syn właściciela młyna w Alejach Kościuszki pod stacją. Żyd. Najmłodszy i zresztą bardzo dziecinnie wyglądający. Ambitny, zdolny. Jeden z najlepszych w klasie.
Cukierman Srul – Żyd, syn współwłaściciela dużej jak na ówczesny Łuków kamienicy i sklepu żelaznego. Prawie słaby.
Goldsztejn Benjamin – Żyd, i to prawdziwy. Dosyć pracowity i solidny. Rodzina w USA.
Na tableau maturalnym widoczni także:
Finkelsztejn P.
Rozenbaum Mojżesz
Klejman Naftuli
Galeria maturzystów
Borensztejn Salomon
Żyd, urodzony w 1920 roku, a więc najmłodszy w klasie. Dopędził mnie w klasie czwartej i bez potknięć doszedł do matury. Bardzo zdolny i zacięty w nauce chłopak. Zawsze był w porządku. Nigdy w niczym nie zalegał . Odpowiadał jak nakręcona katarynka, a ponieważ był najmłodszy, był najmniejszy i dziecinny. Późno przechodził mutację głosu. Z tych powodów koledzy traktowali go pobłażliwie i niezbyt poważnie, z czego nic sobie nie robił. Zwracającym się o wyjaśnienie pomagał. Specjalnie nie garnął się do życia koleżeńskiego, ani nie trzymał się grupy żydowskiej.
W ostatnim okresie wyraźnie urósł i wydoroślał. Wybierał się po maturze na politechnikę do Tel Awiwu. Może ten cel zrealizował. W ten sposób uniknąłby śmierci w czasie okupacji.
Zawsze czyściutko, ładnie ubrany. Kłopotów finansowych chyba nie miał. Jego ojciec, wcześnie zmarły, był właścicielem młyna w Alejach Kościuszki. Po jego śmierci rodzina miała ładne dywidendy. Matka Salomona, młoda, ładna i elegancka Żydóweczka, bardzo interesowała się postępami syna i udzielała w Kole Rodzicielskim. Sama była również obiektem zainteresowań.
Cukiermann Srul
Żyd, urodzony chyba w 1919 roku. Syn współwłaściciela piętrowego domu murowanego w Łukowie i dużego sklepu żelaznego.
Czarniawy, piegowaty, wzrostu średniego. Spotkaliśmy się w czwartej klasie i on bez zakłóceń doszedł do matury. A nie był w nauce za mocny. Typowy średniak, cieszący się z trójek. Nie był lubiany przez kolegów, chociaż o uznanie zabiegał. Mówiło się do niego „Ty Srulu” z przyciskiem i satysfakcją. Niczym wyraźnie się nie wyróżniał. Zadbany, ręce maleńkie, delikatne, piegowate. W siódmej klasie zmarł mu ojciec, a klasa z polecenia Dyrektora wzięła udział w pogrzebie, z czego zresztą rodzina zadowolona nie była. Inaczej niż inni nasi Żydzi nie opuścił tonącego okrętu, jakim był nasz kraj przed wrześniem, zwłaszcza dla Żydów, i nie wyjechał z kraju po maturze. Widziano go w ostatnim okresie likwidacji getta jako milicjanta żydowskiego transportującego wózkiem zwłoki Żydów po jakimś pogromie ulicznym. Siedział podobno na wozie jedząc kanapkę. Należy przypuszczać, że zginął jako jeden z ostatnich Żydów w getcie łukowskim.
Finkielsztejn P.
Jedyny kolega z matury, którego imię nie jest mi znane. Na zdjęciu maturalnym jest tylko litera P. Wyjątkowo, bo przy zdjęciach wszystkich innych kolegów są pełne imiona. Władek Kulik [kolega z klasy] również nie pamięta.
Mały szczupły Żydek w okularach. W nauce przeciętny.
Potrafił żartować, starał się być kumplem.
Jeden z nielicznych kolegów w klasie, którzy palili.
Co z nim po maturze – nie wiem. Chyba służył w podchorążówce. Należy sądzić, że zginął przy likwidacji getta.
Benjamin Goldsztejn
Nie wiem, skąd się wziął w klasie czwartej, bo chyba poprzednio w gimnazjum nie był. Śniady czarniawy Żydek z dużymi oczami i smutną miną. Rodzice jego byli w Chicago. On mieszkał ze starszym bratem, mechanikiem rowerowym, i chyba siostrą.
Uczeń cichy, skromny, niezbyt swobodnie władający językiem polskim. Mówiąc, trochę się zacinał. W nauce mierny, ale bardzo pracowity. Z roku na rok systematycznie przesuwał się ku czołówce. Żył raczej w pojedynkę. Sprawił sobie zieloną kurtkę podług wymagań PW [przysposobienia wojskowego] i w tym mundurze chodził przez dwa lata. W takim mundurze widzę go na którymś zdjęciu.
Zapowiadał, że po maturze wyjedzie do Ameryki i będzie studiował. Czy ziściły się jego plany?
Naftuli Klejman
Bardzo oryginalne, niecodzienne imię nosił ten szczupły, pochylony, z zapadłą piersią Żydek. Cera zupełnie różowa, nos garbaty, zatoki dosyć już głębokie. Ręce bardzo delikatne, ale zimne i przez to w dotyku nieprzyjemne. Cichy, skromny, w nauce średniak (z jedną repetą). Syn właściciela małej drukarni, zdecydowany socjalista, nieobnoszący się ze swoimi poglądami. (...) Rzecz ciekawa i szczególna: Klejman był antytalentem do sportu wszelakiego, a jego wyczyny na lekcjach gimnastyki wywoływały wesołość. Tenże sam Naftuli znał wszystkich wyczynowców sportowych, pamiętał wszelkie wyniki rozgrywek. O te sprawy można się było do niego zwracać jak do encyklopedii. (...)
Mojżesz Rozenbaum
Szczupły aż przezroczysty Żydek, który swoją drobną twarz prawie zupełnie zakrył okularami w ciemnej oprawie. Chowała go chyba tylko matka, bo o ojcu nigdy się nie wspominało. A wspominało się ciocie i kuzynkę Balę. Na pytanie, z czego się utrzymują, Moniek odpowiadał, że mają „pahę phocent z młyna” (...) Nazywaliśmy go Mońkiem. Był dosyć wesoły, koleżeński. Nie miał nic przeciwko temu, że z niego żartowano. Jako jedyny znany mi Żyd w gimnazjum uczył się języka francuskiego, a nie niemieckiego. Nosił mundur PW, ale raz na ćwiczeniach polowych zemdlał. Przypuszczam, że służył w wojsku w Słonimie.
Co działo się w czasie okupacji – nie wiem.
Już po okupacji spotkał go Władek Kulik na przystanku tramwajowym, rozrośniętego, bardzo dobrze wyglądającego, i zawołał: Cześć Moniek! – Ja nie Moniek! Ja Marian Markiewicz! Cześć Władek! – odpowiedział. Z rozmowy wynikało, że Moniek miał w czasie okupacji dużo frapujących przeżyć. Był między innymi w partyzantce w Rumunii, Jugosławii. Miał być jakąś dużą szychą w wywiadzie na Bałkany. Aktualnie miał również jakieś kontakty z MSZ.
***
Kazimierz Czajka (1916-1983), ur. w Baczkowie w powiecie łukowskim, uczęszczał do Państwowego Gimnazjum Męskiego im. Tadeusza Kościuszki w Łukowie (matura 1937 r.). Absolwent Szkoły Podchorążych w Brześciu nad Bugiem, brał udział w kampanii wrześniowej, po kapitulacji twierdzy Modlin przebywał w niewoli w Działdowie, a następnie działał w strukturach podziemnych. Ukończywszy po wojnie studia, a nie mogąc ze względu na przeszłość w AK wrócić w rodzinne strony, osiadł w Ciechanowie, gdzie pracował ofiarnie jako lekarz dentysta i społecznik.
Wspomnienia Kazimierza Czajki spisane zostały w 1983 r. na podstawie prowadzonych wcześniej pamiętników.
Źródło: Archiwum rodzinne Kazimierza Czajki