W lipcu 2022 r. ukazała się publikacja Zmagania z pamięcią, będąca zapisem debaty zorganizowanej 19 marca tego roku w ramach wydarzenia I zaczęła się Zagłada, upamiętniającego 80. rocznicę akcji „Reinhardt”, zorganizowanego przez Ursynowskie Centrum Kultury „Alternatywy” w Warszawie. W rozmowie wzięli udział badacze Holokaustu, a poprowadził ją wybitny dziennikarz i pisarz Paweł Smoleński. Jednym z uczestników był dr Krzysztof Czubaszek, dyrektor wspomnianego centrum kultury, reprezentujący także Finkler Institute of Holocaust Research na izraelskim Uniwersytecie Bar-Ilana. Wiele uwagi podczas debaty poświęcił on Żydom łukowskim, których dziejami od lat się zajmuje.
Uczestnicy debaty Zmagania z pamięcią:
dr Krzysztof Czubaszek – dyrektor Ursynowskiego Centrum Kultury „Alternatywy”, Finkler Institute of Holocaust Research, Uniwersytet Bar-Ilana
dr Hanna Węgrzynek – Muzeum Getta Warszawskiego
dr Krzysztof Persak – Muzeum Historii Żydów Polskich „Polin”
dr Agnieszka Haska – Centrum Badań nad Zagładą Żydów
Olga Szymańska – Żydowski Instytut Historyczny
red. Paweł Smoleński
Fragmenty publikacji:
„dr Krzysztof Persak: Pytanie brzmi, czy na pewno traktujemy historię Żydów jako część historii Polski, jako coś naszego? Drugie zagadnienie to kwestia Zagłady. Co o niej wiemy? (...)
Trzecie zagadnienie jest najtrudniejsze i wzbudza najwięcej kontrowersji i sporów, a dotyczy tego, co wydarzyło się między Polakami i Żydami, czy szczerzej między ludnością chrześcijańską (dotyczy także Ukraińców, Białorusinów i wszystkich, którzy mieszkali na terenach II Rzeczypospolitej) a Żydami, którzy byli w tym czasie ofiarami masowej zagłady. Ten aspekt dotyczy spraw najbardziej bolesnych i wstydliwych.
red. Paweł Smoleński: Dyrektor Krzysztof Czubaszek przygląda się temu z perspektywy niedużego miasteczka. I jak tam to wygląda?
dr Krzysztof Czubaszek: W ramach działalności prywatnej od ponad 15 lat badam i opisuję, a także w jakimś stopniu przywracam pamięć o społeczności żydowskiej mojego rodzinnego miasta, czyli Łukowa. To jest nieduży przedwojenny sztetl, około 150 kilometrów na wschód od Warszawy. Odnosząc się do pana pytania – tytuł tej debaty został wybrany nieprzypadkowo. Zmagania z pamięcią, ponieważ z mojej perspektywy to są autentycznie zmagania. Pamięć może być czymś, co akceptujemy i wtedy jest to tradycja, bogactwo, które pielęgnujemy, identyfikujemy i utożsamiamy się z nim. Pamięć może być też obciążeniem, kamykiem w bucie, zadrą, czyli czymś, co przeszkadza. Muszę przyznać, że próba przebicia się z wiedzą o historii i przeszłości żydowskiej tego powiatowego miasteczka jest dla mnie prawdziwym zmaganiem. Nie ma tam powszechnego zainteresowania tym, że przed wojną połowę mieszkańców stanowili Żydzi i nagle zniknęli z krajobrazu. To przecież powinna być wyrwa w pamięci, w tkance społecznej, ale niestety nie ma takiego poczucia. Próba przypomnienia o różnych elementach, na przykład, w którym miejscu stała synagoga, gdzie funkcjonowała żydowska szkoła, że w ogóle istniało «życie żydowskie», napotyka na duży opór, a wręcz niechęć.
Podam konkretny przykład. Chciałem w Łukowie doprowadzić do upamiętnienia miejsca, w którym istniał dom modlitwy. Przetrwał wojnę, ale kilka lat temu decyzją burmistrza miasta został zburzony, bo trzeba było tam zbudować parking. A komentując moje starania, aby postawić chociaż skromną tablicę w tym miejscu, burmistrz wygłosił taką oto przemowę do radnych: «Jest tu taki dr Czubaszek, który chciałby w naszym mieście wszystko Żydom oddać. Jak chce tak oddać, to nich odda ze swojego». Ówczesny burmistrz, a obecny starosta, powiedział to podczas publicznego posiedzenia rady miasta.
Dlatego mówię o autentycznych zmaganiach, które są odbierane jako zaburzanie dobrego samopoczucia lokalnej społeczności, która przez kilkadziesiąt lat żyła bez wiedzy o tym, co się wydarzyło, albo z wiedzą szeptaną, ukrytą. Próba opisywania tej historii, przypomnienia, wstawienia znaków pamięci do przestrzeni publicznej, takich jak pomniki, tablice, jest czymś, co uwiera, przeszkadza i nie jest dobrze widziana. Nie dotyczy to garstki fascynatów, ludzi życzliwych, zainteresowanych, tacy też się zawsze znajdą, ale jest to raczej promil niż procent całego lokalnego środowiska.
red. Paweł Smoleński: Można chyba zatem wyciągnąć wniosek, że jeżeli ktoś chce się dowiedzieć o zagładzie Żydów, to się dowie, nawet jeśli takie pojęcie jak «akcja ‘Reinhardt’» nie istnieje w szkolnych podręcznikach. Wiedza jest powszechnie dostępna, książek jest dość, wystarczy je czytać. Naczelnym problemem jest to, gdzie w naszych polskich głowach jest miejsce na polskiego Żyda. Czy w ogóle takie miejsce jest? Czy okoliczności, które nas dotykają, sprawiają, że otwieramy się na świadomość Rzeczypospolitej wielonarodowej i na pamięć o polskich Żydach? Czy jednak nie? Wydaje mi się, że jeszcze jakiś czas temu «z Żydami było łatwiej», a potem się okazało, że jest trudniej. Rada miejska postanawia coś uchwalić lub nie uchwalić, zastanawia się nad tym, czy istnieją tacy obywatele miasta Łuków, którzy chcą wszystko Żydom oddać, a jeżeli są, to trzeba ich napiętnować. Podam kolejny przykład i to płynący z samej góry. Nowelizacja ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej zabraniała de facto mówić o Polakach, którzy nie zasłużyli się podczas II wojny światowej czy wręcz przyłożyli rękę do Zagłady.
dr Krzysztof Czubaszek: Na szczęście ustawa nie została w taki sposób zmieniona, ale to nie koniec. Widzimy, co ostatnio dzieje się z historykami, jak «ciąga się ich po sądach», aby wywołać efekt mrożący, zastraszający, że jeżeli napiszą o kilka zdań za dużo, to mogą mieć problemy. Widzimy, jak ta pamięć jest zinstrumentalizowana. Sprawiedliwym oczywiście należy oddać hołd za to, co wspaniałego robili, ratując ludzkie życia. Natomiast teraz są wykorzystywani jako listek figowy, aby zasłonić wszystkie niecne czyny. W takim przypadku nie chodzi o samych sprawiedliwych, tylko właśnie, powiedzmy sobie wprost, o zakłamywanie historii. I co gorsza, to nie spotyka się z szerszym, społecznym oporem. Wręcz przeciwnie, myślę, że wiele osób myśli tak, jak rządzący, którzy chcą instytucjonalnie niewygodną prawdę schować, a inną wykreować.
(...)
dr Krzysztof Czubaszek: Wrócę na chwilę do tematu rodziny Ulmów. I zapytam, czy w Muzeum Polaków Ratujących Żydów podczas II wojny światowej ich imienia jest nazwisko polskiego granatowego policjanta, który wydał Niemcom rodzinę Ulmów, przez co zginęła?
dr Agnieszka Haska: Jest jako Ukrainiec.
dr Krzysztof Czubaszek: To był polski granatowy policjant i nie był jedyny. Byli też inni chrześcijanie, Polacy, w zależności, czy mówimy o etniczności, czy wyznaniu. W każdym razie lubimy się chwalić, pokazywać naszych sprawiedliwych i ich piękne uczynki. Zupełnie nie lubimy i staramy się pomijać, jeśli nie zakłamywać, te przypadki, w których mamy do czynienia z zachowaniami wręcz odwrotnymi. A jeżeli chcemy się szczycić naszymi bohaterami, powinniśmy się też równolegle, na tym samym poziomie i w takim samym zakresie, wstydzić za naszych przestępców i złoczyńców. Tymczasem to pierwsze psychologicznie oczywiście jest zrozumiałe, ale po prostu moralnie i aksjologicznie nieuczciwe, że bohaterów chcielibyśmy wybijać na plan pierwszy, a te ciemne postaci i brzydkie uczynki gdzieś chować w kąt.
Podam przykład sytuacji, która miała miejsce niedawno. W Treblince postawiono pomnik osobie, która zginęła za to, że podała wodę umierającym z pragnienia Żydom zamkniętym w wagonach. I nie byłoby w tym nic złego, czy niewłaściwego, gdyby nie szereg wątpliwości dotyczących chociażby tego, że jeśli ta osoba w ogóle zginęła za to, że podała wodę, to nie ma na to żadnego dokumentu. Ten człowiek faktycznie został zastrzelony przez Niemców, ale nie wiadomo właściwie dlaczego. Nawet jeśli założymy, że zginął za podanie wody, to zachowało się wiele świadectw i relacji mówiących o tym, że okoliczni mieszkańcy przynosili wodę i za duże pieniądze, złoto czy jakieś inne dobra sprzedawali ją umierającym z pragnienia i zamkniętych w bydlęcych wagonach Żydom, czekającym na rychłą śmierć. Stawiamy pomnik naszej chwały, ale nie stawiamy pomnika naszego wstydu i to jest ta nierównowaga. Brzydkie czyny uwierają i są spychane głęboko w cień, taka jest polityka historyczna. Czegoś takiego w ogóle nie powinno być, ale w Polsce niestety funkcjonuje uprawianie polityki przy pomocy zmanipulowanej historii.
(...)
red. Paweł Smoleński: Nie chcę nikogo usprawiedliwiać, ale może to jest tak, że wszyscy jesteśmy bezradni wobec tej pamięci. Jest to rzecz tak niebywała, tak niezwykła, tak w gruncie rzeczy niepojęta, że nie da się o tym rozmawiać. Nie da się tego przepracować, nie da się tego przetrawić. A w takich sytuacjach, które nie mają dobrego zakończenia, bardzo łatwo o cudotwórców, którzy uważają, że to dobre zakończenie mają. Stąd ludzie, którzy zaklinają historię, stąd potrzeba obrony dobrego imienia, tak jakby jakikolwiek naród na świecie miał dobre albo złe imię...
dr Krzysztof Czubaszek: Wydaje mi się, że nie tyle jesteśmy bezradni wobec Zagłady z racji tego, czym ona była, ale jaką rolę my jako społeczeństwo w niej odegraliśmy. Moi przedmówcy wskazywali na to, że można zaobserwować renesans zainteresowania historią i kulturą Żydów. Lubiane i popularne są różnego rodzaju festiwale kultury żydowskiej, jak Warszawa Singera czy festiwal na ulicy Szerokiej w Krakowie. My nie mamy problemu z wielokulturowością Polski przedwojennej, z jej barwnością, z wpływami kuchni żydowskiej na polską kuchnię. To jest bardzo fajne, na zasadzie folkloru będziemy się do tego przyznawać i w tym uczestniczyć. Natomiast dużym problem jest, żeby się przyznać do tego, co robiliśmy tuż przed Zagładą, do powszechnego, oddolnego antysemityzmu, który dosłownie wylewał się z ówczesnej prasy czy z ambon. To, co w popularny i szeroko dostępny sposób w filmie Wesele pokazał Wojciech Smarzowski, to jest tylko wycinek tego, po co możemy sięgnąć. Dokumenty istnieją, ale przecież nie każdy się nimi zajmuje. Antysemityzm był powszechny, na tej glebie wyrastały później konkretne postawy i czyny, a my byśmy chcieli jako społeczeństwo to gremialnie wyprzeć i zapomnieć. Sami siebie oszukujemy, reagując wręcz agresywnie, gdy ktoś próbuje mówić, że Żydzi spotykali się z przemocą ze strony Polaków.
Proszę zobaczyć co spotyka performera Rafała Betlejewskiego, który od kilku lat jeździ po małych miasteczkach, głównie wschodniej Polski, z akcją Tęsknię za Tobą, Żydzie!. Rozwiesza banery, maluje napisy, obserwuje, czy i jak zareaguje na to lokalna społeczność. W odpowiedzi spotyka się z agresją. W Węgrowie na przykład został niemal pobity, poszczuty psami, wylegitymowała go policja. Nie ma tam tęsknoty za Żydami, tęsknota jest tylko za folklorystyczną barwnością przedwojennej kultury żydowskiej. Taką cepelię akceptujemy, ale prawdy, że tu żyli Żydzi, coś stało się z nimi i ich mieniem, zaakceptować nie potrafimy.
Gdy zbierałem materiały do mojej książki Żydzi Łukowa i okolic, która została wydana w 2008 roku, poprosiłem w urzędzie miasta o informacje i dane dotyczące tego, gdzie mieszkali Żydzi. Miła pani przyniosła mi bardzo opasłą księgę. Tam były adresy, imiona, nazwiska, a nawet szkice nieruchomości. Fantastyczne źródło. Nie miałem niestety w tamtym momencie tyle czasu, aby całą księgę przestudiować, musiałem wynotować tylko najważniejsze dla mnie dane, m.in. gdzie była synagoga i inne miejsca użyteczności publicznej. Chciałem później wrócić i przeanalizować resztę. I wróciłem, tyle że księgi już nie było. Zaginęła, nikt jej nie widział i do dzisiaj księgi w urzędzie nie ma. Po prostu zobaczono, że jest to wiedza, która może posłużyć do… No właśnie, do czego? Czy ktoś dzisiaj chce zabrać domy, nieruchomości, parcele? Przecież ci ludzie w zdecydowanej większości zginęli, z trzech tysięcy Żydów, którzy mieszkali przed wojną w Łukowie, przeżyło około stu pięćdziesięciu, z czego wszyscy wyjechali niedługo po wojnie do Izraela, Francji czy Stanów Zjednoczonych. Pozostał strach, jest wstyd, są resentymenty i to wszystko gdzieś schowane buzuje, dlatego nie chcemy pamiętać. Niemile widziany jest każdy, kto stara się tę niewygodną prawdę przypomnieć.
Wokół Łukowa w lasach i na polach jest wiele miejsc, w których pochowani są Żydzi zamordowani przez miejscowych Polaków. Wszyscy wiedzą, gdzie te miejsca są, ale nie ma tam nic, żadnych upamiętnień. A przecież tak szanujemy zmarłych. Podczas Wszystkich Świętych zapalamy znicze, kładziemy kwiaty, dbamy, sprzątamy. Pamiętamy o zmarłych, ale naszych zmarłych. Ci, którzy leżą na tych polach, w zagajnikach nasi nie są. Są pochowani jak zwierzęta i nikt nie chce nawet w żaden sposób oznaczyć ich grobów.
Jedno z takich miejsc znajduje się we wsi Aleksandrów, około 5–6 kilometrów od Łukowa na działce leśnej, która należy, żeby było ciekawiej, do byłego posła i senatora PiS-u. Byłem tam ostatnio kilka razy, nawet zawiozłem rabina z Warszawy, który pierwszy raz odmówił kadisz nad tym nieoznaczonym grobem pomordowanych Żydów. Do dziś nie ma tam żadnego śladu, bo niepotrzebna jest pamięć o Żydach.
(...)
red. Paweł Smoleński: Teza jest określona – zmagania z pamięcią, z którą jest gigantyczny kłopot i nabrzmiał teraz dlatego, że taka jest w Polsce atmosfera.
dr Krzysztof Czubaszek: Nabrzmiał dlatego, że był taki czas, 10–15 lat temu, kiedy zaczęło się dziać coś pozytywnego wokół mówienia o Zagładzie.
red. Paweł Smoleński: Komu to przeszkadzało?
dr Krzysztof Czubaszek: Tym wszystkim, którzy teraz są już widoczni, wzmocnieni, ukonstytuowani, stanowią silne, mocno przez państwo wspierane środowiska, czyli tzw. patriotom. Mówię «tak zwanym», bo ja definiuję patriotyzm zupełnie inaczej. Dla tzw. patriotów, środowisk mocno zideologizowanych nacjonalistycznie, prawda jest obrazą narodu polskiego, za którą chciano wprowadzić drakońskie kary. Przeszkadzało to tym wszystkim, którzy mają wyobrażenie niepokalanego Polaka-katolika. Żeby naprawdę mówić o jakichkolwiek tematach, potrzebni są liderzy opinii, potrzebne są autorytety. Do szerszej opinii przebiją się informacje, ustalenia, prawdy, które zostaną przez te autorytety, czy liderów opinii poparte. Brak takiego wsparcia to pozostawanie w bańkach, czyli grupach specjalistów, ale bez dotarcia na dół, do społeczeństwa, miasteczek i wsi. W tym, czym się zajmuję, czyli odkrywaniu i opisywaniu przeszłości niedużego miasteczka, ten problem widać jak w soczewce.
Gdy organizowałem kilka uroczystości odsłonięcia tablicy, pomnika czy innych upamiętnień, to każdorazowo zapraszałem wszystkich miejscowych kapłanów, proboszczów, księży. Wraz ze współorganizatorami chcieliśmy, trochę przewrotnie, aby mieli szansę na przykład zaprosić swoich wiernych na uroczystość upamiętnienia starszych braci w wierze. Tak pięknie o nich mówił wielki autorytet, papież Jan Paweł II, którego imię w każdym miasteczku noszą szkoły, ulice i pomniki. To przecież mogła być okazja do tego, aby powiedzieć coś dobrego, ciepłego, aby pójść razem, wspomnieć o tych ludziach, zapalić im świeczkę, położyć kwiatek. Niestety nigdy w tego typu uroczystości nie wziął udziału żaden ksiądz katolicki. Żaden z nich nie zaprosił swoich parafian. Dlaczego? O czym to świadczy? To na pierwszy rzut oka jest niezrozumiałe. W tych kręgach powinna być przecież szczególna wrażliwość i moralność, idąca za pięknymi słowami, a jest mur. I to nie jest zjawisko szczególnie nowe. Wystarczy wspomnieć, co się działo przed wojną, jak Kościół szerzył treści antysemickie, co serwowały media ojca Kolbego z Niepokalanowa, zupełnie jak dzisiejsze imperium ojca Rydzyka. Według nich tematyka żydowska narusza pewien dobrostan myślenia o nas jako o tych wspaniałych, którzy mają sześć tysięcy drzewek w Jad wa-Szem. Przecież Kościół katolicki, który jest autorytetem i księża, których każde słowo mogłoby zaważyć na nastawieniu do tematu żydowskiego są mu, delikatnie mówiąc, niechętni. Można by nawet wskazać wiele przykładów agresywnego wypierania niewygodnych prawd, które wiążą się z pamięcią o zagładzie Żydów”.