W 2018 roku warszawskie Wydawnictwo Nisza, we współpracy z Żydowskim Instytutem Historycznym, opublikowało książkę Mordechaja Canina „Przez ruiny i zgliszcza. Podróż po stu zgładzonych gminach żydowskich w Polsce” w przekładzie z języka jidysz Moniki Adamczyk-Garbowskiej. Jeden z jej rozdziałów, będący jak i pozostałe samodzielnym reportażem, nosi tytuł „Łuków”:
„Prawie osiemset lat liczyła sobie gmina żydowska Łukowie, gdy ją zgładzono. Miasto o długiej żydowskiej tradycji. Dziś jest judenrein. Ślad po gminie znajdziecie przy drodze między Łukowem a Radzyniem, wszystkiego sześć kilometrów od Łukowa – tysiące rozkładających się ludzkich szczątków na wielkiej połaci piasku. Tu, w tym miejscu, miejscowa ludność ogołociła zamordowanych ze wszystkiego, co może się przydać. I stojąc na piaszczystym gruncie, wiesz, że stoisz na szczątkach ośmiu tysięcy Żydów nie tylko z Łukowa, ale i z okolicznych miasteczek, takich jak Stoczek, Kock, Adamów i dalszych – Suwałki i Nasielsk.
Ocalali Żydzi łukowscy i kości pomordowanych Żydów na polach pod Malcanowem
(Fot. „Le Livre de Lukow”)
Tu za Łukowem Niemcy prostu urządzili Żydom rzeźnię. Ich pomocnikami byli sąsiedzi Żydów od ośmiuset lat.
Łuków był miasteczkiem żydowskich rzemieślników. Do jakich partii i chasydzkich sekt łukowscy Żydzi by nie należeli, jedno ich łączyło: praca. Osiem tysięcy zaharowanych, zapracowanych Żydów tu mieszkało. Kiedyś było to miasto szewców szyjących buty z filcu. Łuków produkował buty i łapcie dla chłopów z Podlasia. Łukowscy Żydzi zasypywali rynki towarem. Kiedy moda na filcowe buty minęła i miasteczko zaczęło podupadać, Żydzi nie opuścili rąk. Nie wiadomo, jak to się stało, że miasto szewców stało się miastem soferów.
Łukowscy Żydzi zostali soferami. Komuniści, bundyści i syjoniści, rewizjoniści i agudyści, mizrachiści i nawet chasydzi, słynni wyznawcy cadyka z Kocka – wszyscy w Łukowie mieli gęsie pióra i kaligrafowali zwoje Tory, mezuzy, tefilin. Pisarski proletariat rósł z roku na rok. W związku zawodowym soferów odbijały się polityczne spory Bundu z komunistami. Łukowscy soferzy z Mizrachi mieli swój wkład w społeczną rewolucję. W czasach gdy wśród komunistów panowała moda na nazywanie socjalistów «socjalfaszystami», twierdzili, że Bund prowadzi łukowskich soferów ślepą uliczką Léona Bluma i Otto Bauera i że właściwa jest wyłącznie droga leninowska, i to ona doprowadzi soferów do wyzwolenia ze starego, kapitalistyczno-klerykalnego porządku...
Mojsze Jankiel, najstarszy skryba (sofer) w Łukowie, 1926 r.
(Fot. Alter Kacyzne, YIVO Institute for Jewish Research)
Ale dla łukowskiego proletariatu soferów właściwą drogą był cały świat: Stany Zjednoczone, Argentyna, Szanghaj, Indie. Do wszystkich krajów szedł łukowski eksport zwojów Tory, mezuz i tefilin. Łuków stał się barometrem żydowskiej pobożności na świecie. Tu Żydzi wiedzieli, ile mezuz potrzeba w Johannesburgu, a ile tefilin w Melbourne. Koccy chasydzi, pobożni soferzy, którzy każdego ranka biegli do zimnej mykwy, żeby zanurzyć się w niej przed pracą, byli oburzeni, że do tej pracy zabrali się heretycy. Komunistom w zrzeszeniu soferów zarzucali, że są dwulicowi – z jednej strony występują przeciw klerykalizmowi, a z drugiej zapisują zwoje Tory i teflin. Dokąd Jewsekcja prowadzi łukowskich Żydów?
Łuków był żywym, pracowitym żydowskim miastem. Obok pobożnego zawodu i żarliwych kockich chasydów kwitła tu żydowska kultura świecka. Miasto posiadało dużą bibliotekę, szkolę CISZO, szkoły ludowe, związek sportowy i kulturalną młodzież, która marzyła i tęskniła, rwała się do szerokiego świata. Stad wyjeżdżali chaluce budować Erec Israel, chaluce, których odprowadzało na pociąg całe miasteczko, jakby to właśnie od nich zależała budowa Ziemi Izraela. A kiedy przedwojenny polski reżim wprowadził swoją politykę szykanowania Żydów, część młodzieży zaczęła się kierować w stronę wschodniej granicy, za którą widziała ratunek dla świata. Ale świat byt zamknięty dla pełnej energii żydowskiej młodzieży z Łukowa tak samo jak z innych miasteczek w Polsce. Młodym, twórczym ludziom brakowało w Łukowie powietrza, horyzonty mieli coraz szersze, aspiracje coraz większe. Czuli się jak orły w małej, ciemnej klatce. Po rozbiorze Polski w 1939 roku duża ich część przedostała się za Bug. Wierzyli, że tam, w nowym ustroju, jako wolni Żydzi i wolni ludzie zrealizują swoje narodowe i ludzkie aspiracje.
Spotkałem teraz jednego z tych łukowskich marzycieli. Był jednym z pierwszych, którzy po białostockich ulicach nosili sztandar wolności. Śpiewał nowe pieśni, dołączył do marszu nowym krokiem. Ale poczucie wolności było jak życie motyla: kolorowe, przelotne, lekkie i krótkie. Boleśnie krótkie. Już pod koniec 1939 roku wrócił do Łukowa, by – jak się wyraził – umrzeć we własnym łóżku. Rozwiały się jego złudzenia. Sytuacja w Łukowie była już wtedy ponura. Praca? Życie? Oddychanie pełną piersią? Żydzi już o takich rzeczach nie myśleli.
Noc, dławiąca noc zapadła nad miasteczkiem. Życie dokądś uciekło. Ten, który wrócił, poczuł, że nawet pragnienie śmierci we własnym łóżku jest już tylko gorzką iluzją, i jeszcze raz przeprawił się przez Bug na rosyjską stronę. Teraz już tylko z jedną myślą: żyć! Przeżyć, wytrzymać, przeczekać dziejową burzę!
Na swoich młodych barkach niósł straszliwy ciężar. Kiedy opuścił Łuków, miał zaledwie dwadzieścia cztery lata. Dziś jest siwy i zmęczony. Na pustym dworcu w Łukowie podwinął spodnie i pokazał mi swoje stopy, niegojące się z powodu szkorbutu.
– I takie jest też moje wnętrze – mówi z bólem. – Szkorbut przeżera nie tylko ciało, przeżera także duszę. Jestem dialektykiem, marksistą, jeśli chodzi o mój światopogląd, o ile w ogóle mam jeszcze jakiś światopogląd. Marks uczył, że byt określa świadomość, a ja nieraz wstydzę się mojej świadomości... Według legitymacji partyjnej jestem PPR-owcem, bo to ułatwia życie. Dlatego mam dobrą posadę i jeszcze wyglądam jak człowiek.
– Pan jest cynikiem – mówię.
– Cynikiem? Gdyby pan przeżył to, co ja, na pewno też by pan taki był. Ale ze mnie żaden cynik. Jestem dialektykiem, nowoczesnym człowiekiem. Zawsze stawiałem na jedną kartę, na kartę rewolucji społecznej. W wieku siedemnastu lat dostałem cięgi od polskiej policji za to, że byłem za rewolucją. Siedziałem w więzieniu, byłem terroryzowany przez pobożnego ojca i skróciłem życie swojej matki. Poświęciłem wszystko dla nowego porządku, wolności, szacunku dla człowieka, postępu. I tak jak przed panem stoję, porzuciłem ten nowy porządek...
Miody człowiek poszedł ze mną pokazać mi swój Łuków.
– Widzi pan – pokazuje mi rynek – to miasteczko jest bardzo podobne do mnie: żyje w nowym ustroju i niech pan patrzy, jak wygląda...
Rynek był pusty. Martwy. Dawne żydowskie sklepiki i kramy ni to zamknięte, ni otwarte, jakby ich właściciele uciekli z miasta i wszystko zostawili na pastwę losu. Zewnętrznie miasteczko wcale się nie zmieniło, tylko brakuje tych ośmiu tysięcy Żydów, kockich chasydów i proletariatu soferów. O, tu była biblioteka – stąd żydowska młodzież czerpała wiedzę. Co wieczór żydowska biblioteka była oblegana przez młodzież, nawet pobożni młodzieńcy wpadali tu i ukradkiem podczytywali Pereca i Szolema Alejchema. A tutaj, w tym domu mieściła się szkoła CISZO, a znowu tutaj klub sportowy Morgnsztern.
Synagoga nawet jeszcze stoi. Tylko że to już nie jest synagoga, lecz – jak się teraz w Polsce mówi – lipa.
Ulica Bóżniczna w Łukowie, w tle synagoga, okres okupacji
(Fot. Muzeum Regionalne w Łukowie)
I młody człowiek opowiada mi, w jaki sposób synagoga stała się «lipą». Po miastach i miasteczkach jeżdżą jacyś Żydzi, którzy sprzedają żydowskie domy niemające spadkobierców albo te, których spadkobiercy się nie zgłosili. Podstawia się fałszywych świadków, przeprowadza fałszywe procesy i sprzedaje domy jako własne. To nazywa się «lipa». «Lipny dom» o wartości miliona złotych sprzedaje się za trzysta–czterysta tysięcy i ucieka.
Gminne budynki nie mogą teraz w Polsce mieć spadkobierców, bo żadna żydowska instytucja nie uznała się za spadkobierczynię żydowskich gmin. Pojawiło się więc kilku młodych ludzi z Łukowa i sprzedało synagogę za siedemdziesiąt pięć tysięcy złotych. Jest to równowartość pięciu par butów... Synagogę zakupił magistrat teraz będzie tam główny magazyn miasta. Synagoga jest tylko jedną z wielu «lip», bo ta sama grupa oszustów sprzedała już jedną trzecią żydowskich domów Łukowa. Dwóch z tej grupy mieszka w Łukowie – sprzedają, co się da. Tych dwóch młodych ludzi prowadzi rozwiązłe i pijackie życie. To najsmutniejszy obraz tego, co może się stać z żywotnym miastem. Również młody człowiek, który mnie oprowadza, zamierza sprzedać dom rodziców. Dwa domy jego najbliższych krewnych jacyś obcy ludzie sprzedali już rok przed jego powrotem z Rosji.
Cmentarz zniszczyli polscy chłopi. Macewy zniknęły. Znajdziecie je u chłopów w stodołach i na świeżych grobach na polskim cmentarzu przerobione na krzyże. Powierzchnia cmentarza kurczy się co pół roku. Cmentarz leży między chłopskimi polami i chłopi, orząc swoje pola, zaorują równo kawałki cmentarza.
I to już wszystko, co zobaczyłem w dawnym pobożnym żydowskim mieście Łukowie”.
Okoliczności powstania tej wyjątkowej publikacji oraz sylwetkę jej autora przedstawia tłumaczka w rozdziale wstępnym zatytułowanym „Samotna misja Mordechaja Canina”:
„Niedługo po zakończeniu drugiej wojny światowej różne organizacje instytucje żydowskie wysyłały swoich przedstawicieli do Polski, aby zorientowali się w sytuacji ocalałych. Niektórzy byli dziennikarzami czy profesjonalnymi pisarzami, inni przede wszystkim działaczami społecznymi i politycznymi. Większość z nich wchodziła w skład oficjalnych delegacji i zatrzymywała się w Warszawie, w jedynym istniejącym zaraz po wojnie hotelu Polonia. Zazwyczaj odwiedzali także Łódź i Dolny Śląsk, w miarę możliwości również – w przypadku Żydów pochodzących z Polski – rodzinne miasta. Obowiązkowy punkt programu stanowiła wizyta w byłych obozach w Auschwitz i Birkenau. (...) Szczególne miejsce wśród tych autorów zajmuje Mordechaj Canin. Jego książka «Iber sztejn un sztok. A rajze iber hundert chorewgeworene kehiles in Pojln», wydana w 1952 roku w Tel Awiwie, będąca najdokładniejszą relacją z podróży do Polski tuż po wojnie, nigdy nie doczekała się przekładu na język angielski, a polski przekład dopiero teraz, po niemal siedemdziesięciu latach od jej powstania, oddajemy w ręce czytelników. (...)
Canin odbył kilka podróży do Polski w latach 1946–1947. Zazwyczaj w kontaktach z Polakami podawał się za nieżydowskiego, anglojęzycznego dziennikarza, czy wręcz Anglika, co pozwoliło mu zyskać lepszy wgląd w panujące wówczas nastroje wobec Żydów. Jego reportaże drukowane były w «Forwerts», nowojorskim dzienniku wydawanym w jidysz, a po kilku latach większość z nich została włączona do książki. Wiele fragmentów znalazło się później w księgach pamięci dotyczących miast i miasteczek, które odwiedził. (...)
Mordechaj Canin
(Fot. Wikipedia)
Urodził się 1 kwietnia 1906 roku jako Mordechaj Jeszajahu Cukierman w Sokołowie Podlaskim, gdzie jego ojciec Dawid Cukierman prowadził biuro podań. Miał sześcioro rodzeństwa. Najstarszy brat Herman (Henyk) wyjechał wraz z ojcem pod koniec lat trzydziestych do Australii, a potem do Nowej Zelandii, zaś matka Towa Malka z najstarszą córką Felicją wyjechały do Palestyny. Siostra Estera, zwana Elą, została później żoną Stanisława Jerzego Leca (wraz z drugą siostrą Rysią [Rywką] przeżyła w Polsce po aryjskiej stronie). Najmłodsza siostra Batia popełniła samobójstwo.
W Sokołowie uczęszczał do chederu i do jesziwy, W 1921 roku, kiedy rodzina przeniosła się do Warszawy, poszedł do polskiego gimnazjum. Sympatyzował z Bundem, będąc raczej krytycznie nastawionym do idei syjonistycznych. Zadebiutował w Warszawie w 1929 roku opowiadaniami i felietonami na łamach prasy w języku jidysz. W tym okresie przyjął pseudonim Canin, który z czasem stał się jego nazwiskiem. Pisał między innymi dla gazet «Ojfgang» i «Naje Folkscajtung». Opublikował w tym okresie dwie książki – zbiór opowiadań «Wiwat lebn!» («Wiwat życie!», 1933) i powieść «Ojf zumpiker erd» («Na podmokłej ziemi», 1935).
Zmobilizowany do wojska we wrześniu 1939 roku, znalazł się w dywizji dowodzonej przez generała Bortnowskiego. Po kapitulacji wrócił na dwa miesiące do Warszawy, po czym przez Białystok przedostał się do Wilna, gdzie pozostał do czasu zajęcia Litwy przez Sowietów w 1940 roku. Dzięki japońskiej wizie uzyskanej od konsula w Kownie przez Władywostok dotarł do Japonii, a stamtąd przez Szanghaj, Indie i Egipt w 1941 roku do Palestyny. Początkowo pracował fizycznie, potem wrócił do dziennikarstwa i literatury, pozostając do końca długiego życia wiernym językowi jidysz. W latach 1947–1 956 był oficjalnym korespondentem «Forwerts» w Palestynie, a potem – po powstaniu państwa – w Izraelu. Pisał także dla innych gazet i periodyków publikowanych w różnych krajach, w tym dla «Cukunft», «Di Goldene Kejt» i «Dawar». Redagował «Ilustrirte Weltwoch», a w 1949 roku założył i został redaktorem naczelnym «Lecte Najes» («Ostatnie Wiadomości»), pierwszej izraelskiej gazety codziennej w jidysz. To właśnie w tym dzienniku zaczęła się ukazywać w odcinkach jego monumentalna powieść historyczna «Artopanus kumt curik ahejm» («Artopanus wraca do domu») wydana następnie w sześciu tomach: «Jeruszolajim un Rojm» («Jerozolima i Rzym», 1966), «Fremde himlen» («Obce nieba», 1968), «Libszaft in gewiter» («Miłość w czasie burzy», 1972), «Di meride fun Meżiboż» («Bunt Meżiboża», 1976), «Der Jardn falt arajn in Jam Harelech» («Jordan wpada do Morza Martwego», 1981) oraz «Der gzar-din» («Wyrok», 1985). Ten obszerny, niemający sobie równego pod względem objętości literaturze jidysz cykl powieściowy obejmuje historię Żydów od podboju Judei przez Rzymian do czasów współczesnych, opowiada losy bohaterów na tle burzliwej, znaczonej prześladowaniami i ciągłą wędrówką historii narodu żydowskiego w diasporze. Stanowi jedno z niedocenionych, także ze względu na kurczące się grono odbiorców, dzieł powojennej literatury jidysz. (...)
Mordechaj Canin mieszkał w Tel Awiwie, gdzie angażował się we wszelkie działania mające na celu utrzymanie i rozwijanie kultury jidysz. Był współzałożycielem centrum kultury i języka jidysz Beit Lejwik (nazwanego tak na cześć pisarza Lejwika Halperna). W 1972 roku otrzymał Nagrodę imienia Icyka Mangera (drugim laureatem tej nagrody w tym samym roku był Isaac Bashevis Singer). Przez wiele lat pełnił funkcję prezesa Związku Pisarzy i Dziennikarzy Żydowskich w Izraelu. Zmarł 4 lutego 2009 roku w Tel Awiwie w wieku 103 lat”.
Na koniec warto zauważyć, że reportaż Canina z powojennego Łukowa, choć nie jest wolny od pewnych nieścisłości faktograficznych (osadnictwo żydowskie w Łukowie liczyło sześćset, a nie osiemset lat; przed wojną mieszkało w tym mieście nie 8000, a około 6000 Żydów), rzuca nowe światło na pewne kwestie. I tak na przykład wynika z niego, że synagogi łukowskiej nie zniszczyli Niemcy, lecz stała ona jeszcze kilka lat po wojnie i została później rozebrana, być może ze względu na zły stan lub rozwój miasta, gdyż obecnie w jej miejscu znajduje się skrzyżowanie ulic Zdanowskiego i Staropijarskiej. Możliwe jednak, że chodziło o stary dom modlitwy, co tłumaczka precyzuje w przypisie: „Autor użył określenia «szul». Może miał na myśli synagogę gminną, wzniesioną w XVIII w., zniszczoną podczas bombardowania w 1944 r., a może tzw. besmedresz stary, który przetrwał wojnę i jest użytkowany przez urzędy miejskie”.