Andrew Solder-Rometa urodził się 9 maja 1973 roku w Ostrawie, w dawnej Czechosłowacji. Już od dziecka wykazywał ogromne zainteresowanie medycyną… a raczej apteczką swojej mamy. Każda okazja była dobra, żeby bandażować kota, mierzyć ciśnienie pluszowemu misiowi albo testować stetoskop na odkurzaczu. Sąsiedzi szybko zaczęli nazywać go „małym doktorem”, choć częściej kończyło się to wizytą w prawdziwym szpitalu, gdy próbował eksperymentować na własnych kolanach, spadając z szambiarki w imię nauki.
W szkole średniej Andrew zasłynął z tego, że jako jedyny potrafił na biologii zemdleć na widok… rysunku serca w podręczniku. Mimo to postanowił, że zostanie ratownikiem medycznym. Jak sam mówił: „lepiej, żebym ja ratował ludzi, niż oni mieli ratować mnie po moich pomysłach”.
Po ukończeniu EMT-Basic w lokalnej szkole wyższej, Andrew rozpoczął pracę w karetce. Od razu dał się poznać jako człowiek, który potrafi znaleźć humor w każdej sytuacji. Podczas akcji ratunkowych żartował z pacjentami („Spokojnie, serce ci bije – to dobry znak!”), a w zespole zyskał przydomek „Komedia w mundurze”.
Z czasem awansował i zdobył licencję EMT-P. Jego egzamin końcowy do dziś wspomina się na uczelni: kiedy poproszono go o pokazanie procedury resuscytacji, zrobił to… śpiewając, żeby łatwiej zapamiętać kolejność kroków. Komisja miała łzy w oczach – częściowo ze śmiechu, częściowo z wrażenia.
Po kilku latach pracy w Ostrawie Andrew przeniósł się do Los Santos. Tam, mimo wielkomiejskiego zgiełku, pozostał sobą – profesjonalistą, ale z humorem. Dla młodszych ratowników stał się legendą: człowiekiem, który potrafi opanować najtrudniejszą sytuację jednym żartem i spokojem. Kiedy inni panikują, on zwykł mówić: „Spokojnie, to tylko życie – i właśnie dlatego jesteśmy tu, żeby je ratować”.
Mało kto wie, że zanim trafił do cywilnego EMS, Andrew służył w wojsku jako medyk polowy. Podczas misji polowych miał opinię niezniszczalnego – raz dostał odłamkiem w hełm i jedyne, co powiedział, to: „Na szczęście głowa pusta, to nic ważnego nie uszkodziło”.
Prywatnie Andrew jest znany z tego, że potrafi zasnąć absolutnie wszędzie – w karetce, na odprawie, a raz podobno nawet w okopie podczas ostrzału. Dzięki wojskowemu doświadczeniu i poczuciu humoru do dziś łączy dwie rzeczy: żelazną dyscyplinę i śmiech, który potrafi rozładować każdą sytuację. ( Na codzień jeździ rometem i chuj)