Wyobrażenia, współbrzmienia, smęty. Z perspektywy słońca widać tylko punkt. Z perspektywy gruntu rzeczywistość płaska nie oddycha. Meandrujące myśli spływające po padole łez do oceanów. Tekstualny nonsens, zgoda na przeciętność. W końcu może nie taka zła – zgoda na przecięcie barier werbalnych.
Wrażeniowa modulacja grupowa odbywa się na skraju natury i normalności, która raz ustalona chce pozostać niezmienną. A normalność to składowa wielu czynników i nie przez każdego może normalnością zostać uznana.
Piszę po to, by odkrywać, zamiast skrywać, chować. Nie ma przed czym. Chcę odkrywać to, co jest poza znaną powszechnie normalnością. Zgłębiać, zamiast spłaszczać.
Skupiam się na procesie, bo nurtuje mnie miąższ treściowy, owoc nauk i przeżyć. Prędzej czy później, prawdziwość wypłynie na powierzchnię. Nie dbam o to, czy moje tezy się potwierdzą, bo zdaję sobie sprawę, że tylko poprzez porzucenie dotychczasowych przekonań otwieram się na nowe wrażenia, na chłonięcie mięsistości sformułowań, fraz i tekstów.
Dotychczasowo odcinanie się od wpływów nie przyniosło mi ulgi, a jedynie ciągłe przekonanie, że potrzebuję wymyślać coraz bardziej fantazyjne określenia. Niejako zachłysnęłam się wizją nieskończoności bogactw, jakie oferuje język.
A kiedy odpuszczam i dopuszczam do siebie wybrane informacje, następuje swobodny przepływ. Może potrzebuję bodźca do pisania. Ale to, co się pojawi w procesie, rozwija się zgodnie z oferowanymi myślami ze środka. I czasami rzeczywiście czuję się dobrze w tekstach, które przepływają od jednej myśli do kolejnej. Jednak widzę ograniczenia takiej formy. Brakuje mi mnie.
Nie zamierzam tłumaczyć, ale mimochodem tłumaczenia się pojawią. Mój język oddycha mową, ręka oddycha rysunkiem. Czekam, aż wspólnie zarezonują. To wtedy pojawi się prawdziwość – ta, do której mi tęskno – do tej swobodności.
Lubię popłynąć, zanurzyć się w konteksty i dać się unieść falistym wzgórzom. Lubię też konkretnie zaznaczyć swoją bytność. Znaki, folklor, lokalność fascynują mnie bardziej, niż bym się kiedykolwiek spodziewała. Choć nie jestem zaskoczona. Nie bez powodu umiem odczytywać wzorce, a kluczem do języków jest ich charakterystyczna matematyczność i powiązania miedzy sobą.
Obserwując płaską linię dzielącą niebieskości bałtyckie, myślę o mijających się statkach, nierozumiejących siebie nawzajem. Jakie to przykre. Walczą z wiatrami, zamiast dać się ponieść choć na chwilę. Jednak na tym samym brzegu jest też grupa, która w tej chwili i w każdej następnej podziękuję tej samej wodzie, że daje życie i perspektywę. Ta grupa, chociaż zamknięta na początku, w procesie otwiera się, woda krąży w jej żywotności, zabarwia się na kolory osobliwe, charakterystyczne dla każdej jednostki dziękczynnej.
Ja–grupa, chyli się ku bałtyckiej toni, przyjmuje wynurzające się dary. Niczego się nie poświęca, jedynie wymienia. Dzieje się na obrzeżach i wraca do części korowej. Wyrasta krwawne ziele, leczy rany i obrażenia. Nie udaje świętości, nie zwie się boskim, a pomaga i odpuszcza. Nie pyta, ratuje.
I już mi nie brakuje. Mnie jest więcej i dzieli się. Dzieli, rozprzestrzenia. Ciało za ciałem skrapla się na piasek gorzkim strumieniem. Język na podniebieniu niczym drzewko pomarańczowe w rozgrzanym słońcu. Omdlała ręka w epicentrum, w opozycji i współpracując porusza się powoli, jednostajnie. Słodkie drgania zwiastują nadchodzącą celebrację.