Sny o motylach.
Bezsennik
Bezsennik
Dziewczyna budzi się tak jak zawsze, z trudnością. Nocą targają nią ciemne mary, w których jej ciało przestaje istnieć. Każdego razu w zupełnie inny sposób. Dziś było zjedzone przez motyle. Ciągle czuje na sobie ich dotyk i piękny zapach.
– Czereśnie, tak właśnie pachniały – myśli.
Powoli wstaje i podchodzi do lustra. Próbuje się uśmiechnąć. Ale czemu miałaby to robić? To, co widzi, nie jest jej domem i jeszcze długo, nim nie będzie. Czekają ją całe lata spędzone „w ukryciu”. Zapomni o miłości. Jej pożywieniem stanie się strach. Ma piętnaście lat i już zna ciemność odrobinę zbyt dobrze.
Gdybym tylko mogła, to powiedziałabym tej dziewczynie „to nie twoja wina” lub „ciesz się dziewczyno, ciesz się życiem”. Są to słowa, których nie usłyszy jeszcze długo.
Dziś ta dziewczyna ma dwadzieścia sześć lat, nazywa się Katia i już nie boi się ciemności. Skąd to wszystko wiem? Jest mną.
Proces dorastania nazwałabym trudnym. Nastoletnie lata rzadko bywają dla kogokolwiek przyjemne. Jest to czas, w którym nasze umysły pozostają w dzieciństwie, a ciała pędzą ku dorosłości. Odczuwamy ciągłe zawroty głowy, patrząc w lustra. Ot tak pojawia się jakiś włos w miejscu dla nas nieznanym, rosną piersi i zaokrąglają się uda. Jak znaleźć w tym sens – w ciele, którego już nie znamy? W pewien sposób jest w tym urok. Jest to uczucie, które łączy nas wszystkich – nawet jeśli nasze nastoletnie umysły się do tego nie przyznają.
Moje dorastanie rozpoczęło się wiosną roku 2012.
Ciemność wypełniła mój pokój. Jeszcze wczoraj śmiałam się i nadawałam imiona ulubionym drzewom. Akację mieszkającą w moim ogrodzie nazwałam Jane – tak jak Jane Eyre. Teraz „wczoraj” i „dwa lata temu” znaczą zupełnie to samo. Siedzę na łóżku bez włączonego światła. Swoją ręką zasłaniam pierś, dokładnie w ten sam sposób, w jaki zrobiłam to trzy godziny wcześniej w szkole. Bardzo chcę przestać istnieć.
– Niech mnie zjedzą motyle – modlę się w duchu.
Teraz często śmieję się na myśl o tym okresie – o godzinach spędzanych przed szafą, które zawsze kończyły się fiaskiem. Z jednej strony chciałam przestać istnieć lub być niewidoczna, z drugiej rodziło się we mnie poczucie indywidualizmu. Gdzieś głęboko w sercu pragnęłam być tak barwna jak motyle z mojej wyobraźni. Ale rzadko sobie na to pozwalałam. Już wtedy wiedziałam, jaki jest ciężar wyjścia przed szereg. A dla piętnastolatki, która dopiero co przeżyła przemoc seksualną – był on zbyt duży. Wyciągałam więc duże dżinsy i sweter. W nich mogłam przemierzać ulice spokojnie. Stanowiły one mój kamuflaż. Te ubrania nie mówiły nic o mnie, ale chroniły moje poranione ciało.
Dziś minie rok, od kiedy przestałam być dzieckiem. Patrzę na kalendarz i nie mogę w to uwierzyć. Czuję się, tak jakbym zapadła w długi sen zimowy. Gdyby nie te ciągłe koszmary, w których jestem zjadana przez motyle, wcale nie wiedziałabym, jaka jest pora dnia. Moja akacja Jane traci powoli liście. Nie ma siły jej pocieszać.
Jane, wybacz mi, że nie ma mnie przy tobie – szepczę mojej jedynej przyjaciółce.
Dżinsy, białe koszulki, szare sweterki, medalik z komunii, staniki z bawełny od babci – tak mijały moje kolejne lata. Wtedy wydawały się one nie mieć swojego końca. Choć skrycie właśnie tego sobie życzyłam, aby w końcu minęły. W myślach budziłam się jako inna Katia – wolna i zuchwała.
Tata przywiózł mi nowy magazyn z zagranicy. Patrzę na lśniącą okładkę i czerwony napis „Vogue”. Kobieta na zdjęciu wydaje się być piękna. – Ona na pewno się niczego nie boi – myślę.
Sama bardzo chciałabym taka właśnie być – nieustraszona. Wchodzę do garderoby i przeglądam swoje ubrania. Znajduję różową koszulę, przymierzam ją i patrzę w lustro. Widzę w nim motyle. Chcę odfrunąć z nimi daleko stąd.
Pamiętam, że kochałam się w zdjęciach z magazynów o modzie. Pamiętam w szczególności tę jedną fotografię – kobieta ubrana w futurystyczny, ogromny i pomarańczowy strój patrzy w czyjś aparat. Wydawała mi się taka piękna w tym swoim pewnym spojrzeniu. Strój, który miała na sobie, sprawił, że wydawała się być częścią większej historii – kosmitką, która dopiero co odkrywa ziemski świat. Myślę, że właśnie tak zrodziły się we mnie te pragnienia – o modzie, która sprawi, że moja wyobraźnia ożyje.
Przestałam już śnić. A przynajmniej staram się zupełnie zapomnieć o tej czynności. Wieczorami myślę o tym, kim mogę być dnia następnego. Z czerwoną broszką, którą podkradłam mamie, mogę stać się pąkiem róży. Podoba mi się ten pomysł.
Róże mają kolce, a więc i ja stanę się jedną z nich – mówię do siebie.
Z roku na rok decydowałam się na więcej. Kupowałam kolorowe kurtki w lumpeksach. Powoli wychodziłam w inne barwy, niż tylko te ochronne. Nie było łatwo. Cena za wolność, zwłaszcza w tym kraju, jest wysoka. Czemu pochwalamy skromność, a raczej to, co za nią tradycyjnie uważamy, a ganimy za zabawę i wyobraźnię? Czerwone włosy – poprzewracało im się w głowie. Krótkie spódniczki – niech piekło je pochłonie. Długie skórzane buty- szatan już im szepcze do uszu. I wiedząc to wszystko i tak się na to zdecydowałam. Nauczyciele odmawiali modlitwy, a ja nosiłam bluzki z głębokim dekoltem. W klasie maturalnej wpadały mi uwagi za lakier na paznokciach i bordowe podkolanówki. Ale ja szłam w to dalej, przecież miałam plan, aby urzeczywistnić swoją wyobraźnię.
Mam na sobie kamuflaż – bezpieczne i za duże ubrania. Mam nadzieję, że nikt nie dostrzeże dziś mojego ciała. Ukrywam twarz za każdym razem, kiedy mijam mężczyzn na ulicy. Nie chce na nich patrzeć, bo zbyt przypominają mi potwory z dawnych snów. Uśmiechają się do mnie, a z ich ust wystają kły.
Muszę przyznać jednak, że nie byłam przygotowana na wszystko. Choć moje ciało, odzyskiwało siłę, musiało jeszcze na swojej drodze napotkać wiele więcej. Kiedy na nowo się pokochałam, chciałam dać też swoim kościom oddech. W mojej szafie zamieszkały czarne obcisłe sukienki. Zaczął się semestr studiów, a ja po raz pierwszy naprawdę podróżowałam sama po dużym mieście. Wsiadałam do tramwajów i autobusów za każdym razem, słysząc, że jestem czyjąś seksualną fantazją. Miałam ochotę krzyczeć, a czasem znów się chować. Krok wstecz nie wchodził, jednak w grę. Zbyt wiele trwało odzyskiwanie wolności, żeby teraz się poddać. „Nie dam się im, nie odbiorą mi tego” – w duchu do siebie powtarzałam. Te szepty podziałały. Dziś mogę wcielać się w swoje własne historie. Jeśli czuję się jak róża, która dopiero co się rozwija, to mam na tę okazję sukienkę. Lubię być kimkolwiek chcę i już się tego nie boję.
Kładę się do snu. Moje powieki powoli się zamykają. Uśmiecham się. Wiem, że dziś przyśnią mi się motyle. Będą pachnieć czereśniami, a ja poszybuję razem z nimi – blisko różowego nieba.
Śpiewają nade mną ptaszyny. Przynajmniej w moich myślach. Cóż, za piękną to melodia! I tak lekka, że wiatr bierze ją w swoje ramiona i przenosi na moje policzki w zaledwie trzy minuty. Powinnam dziękować naturze, za to, że jest dziś przy mnie. Za to, że słońce wciąż nade mną świeci. A ptaszyny śpiewają. Zupełnie jednak tego nie potrafię zrobić. Chcę krzyczeć.
Noce są upalne, lubię się w nie zawijać jak w najmilszą kołdrę. Z wybiciem północy usypiam i staram się myśleć o moich ptaszynach. To trzyma duchy z daleka ode mnie. Jest moją sekretną bronią.
Spływa na mnie ostatni promień słońca. Ach mój ukochany! Gdzie ucieknę jak nie do Ciebie? Za rogiem już czeka listopad, a z jego początkiem znikniesz na dobre. Uśpi Cię zima, a zbudzi dopiero wiosna.
Z każdym dniem noce wydłużają się. Wczoraj zaobserwowałam ciemność o dwie minuty wcześniej, niż się tego spodziewałam. Zamarłam, kiedy pejzaż mojego ogrodu nagle zniknął. Wyjrzałam prędko przez okno i ujrzałam jedynie samotny księżyc. Nie usłyszałam niczego. Ptaszyny też już odleciały. Jesteśmy tylko we dwoje – ja i samotny księżyc.
Sen nie przychodzi mi łatwo. Kto zjawi się, aby mnie uratować przed duchami, kiedy cała natura śpi?
Drzwi do mojego pokoju zamarzły. Cały ten proces następował powoli. Chłód wdzierał się w drewno kawałek po kawałku. Aż wczoraj wypełnił każdą ich cząstkę.
Mogę żyć w lodzie – tak sobie mówię. A może chcę jedynie zezłościć słońce – za to, że mnie opuściło.
Noce – ach, zupełnie już ich nie pamiętam. Przestały istnieć albo stały się też dniami. Za każdym razem, kiedy zamykam oczy, słyszę szepty duchów. Jesteś nikim – wołają głosami z przeszłości.
Staram się zatykać uszy, a w myślach znów mieć moje ptaszyny. Wy mnie uratujecie – myślę co noc.
Jeszcze rok temu, odetchnąłbym z ulgą. Śmiałabym się zimie w twarz i wcale jej nie żegnała. Dziś, jednak trzymam w dłoni pierwszy przebiśnieg i jestem zupełnie spokojna.
Ptaszyny dotarły do mojego ogrodu cztery dni temu. Ćwierkały wesoło w blasku zachodzącego słońca. Obserwowałam je z mojego okna. Ale tylko przez moment, na wieczór miałam już inne plany – sen a przed nim powolne zasypianie.
Noce – całkiem je polubiłam. Duchy śpią razem ze mną. Przyzwyczaiłam się. Do ich obecności. Bez mojego zdenerwowania i one wydają się czuć bardziej bezpiecznie.
Tak już pewnie będziemy całe życie razem. Ja i moje strachy, wśród śpiewów ptaków i słońca.