Akt I: Dziewczynka z gałęzi i marzeń
To nie bajka o zamkach, księżniczkach i smoczym cieple.
To bajka o ciele, które przestaje być posłuszne.
O sercu, co nie wie, czy ma jeszcze prawo marzyć.
I o kocie, który usiadł obok i nie pytał: “Co z tobą nie tak?”
To bajka dla tych, którzy zgubili siebie i boją się, że już nie wrócą.
Na początku była jasność.
Była dziewczynka, która znała każdy szczyt.
Nie było gałęzi, której by nie zdobyła, na drzewach… tam właśnie świat zaczynała. Wchodziła na czubki koron jak ptak, co nie pyta, czy wolno, czy trzeba, czy powinna, czy nie jest zbyt dzika. Skakała po liściach bez planu, z radością, a sport był jej niebem, był słońcem ze snu.
Każdy mięsień nucił pieśń wolności, a świat pod stopami wydawał się mały i rozległy. Biegała, jakby ziemia ją niosła, a wiatr w jej włosach to była czysta rozkosz. Wiedziała, że ciało to skrzydła bez piór i że wolność nie pyta, czy jesteś zdrów. Czuła szorstkość kory pod palcami, zapach żywicy i wiatr, który oplatał jej włosy jak niewidzialna wstęga.
W biegu była wolność, a w sporcie sens.
Podejmowała się wyzwań, lubiła pośpiech.
Nie czuła ograniczeń.
Wierzyła w swoją przyszłość, jasną bez lęku,
a w marzeniach widziała na swojej szyi te błyszczące medale…
Akt II: Pierwszy cień
Coś się przesunęło,
jakby drzewo zadrżało, jakby serce zmiękło.
Nie spadła - to nie tak.
Po prostu… nie mogła już biec.
Nogi stawały się ciężarem, a kroki buntem.
Świat, który znała zaczął ją zdradzać,
a ona ugrzęzła w cierniach niewidzialnych róż.
Nie mogła się wyrwać, choć próbowała z całych sił.
Ręce drżały, a kończyny były jak z waty.
Sport, ten przyjaciel, odchodził na raty.
Patrzyła na gałęzie jak na gorzkie wspomnienia, nie mogąc na nie wejść.
Czuła jakby ktoś brutalnie wyciął z niej jej całe istnienie.
W lustrze widziała nie siebie, lecz obcą twarz, naznaczoną cieniem, który rósł z każdym dniem. Mrok otulił ją jak fałszywy przyjaciel z pięknym, lecz drwiącym w głębi uśmiechem.
Najpierw potknięcie.
Potem zmęczenie.
Zaraz nieduże, lecz stałe drżenie.
I z dnia na dzień, bez żadnej zgody, ciało straciło swój wewnętrzny alfabet.
Ruchy, które znała na pamięć, teraz były jak puste linijki, które musiała zapisać od nowa.
Ludzie pytali o powrót, a ona czuła tylko koniec i odwrót.
Akt III: Cisza
Próbowała wrócić.
Siłą, z uporem i złością.
Wyciskała łzy na siłowniach i chodnikach.
Zaciskała zęby, gdy serce biło za szybko, a mięśnie drżały już od lęku.
Trener mówił: ,,To tylko etap. Wrócą siły.”
A ona milczała, choć wiedziała, że to już jej limit.
Karmiła się nadzieją na powrót siły.
Aż przyszedł dzień, w którym nie próbowała walczyć.
Nie dlatego, że się poddała.
Tylko dlatego, że nie chciała już ranić siebie nadzieją,
która boli bardziej niż prawda.
Wtedy cisza w niej rosła, aż była jak góra, ciężka, urwista, nie do zdobycia.
Czas przestał być ruchem, a stał się murem.
Każda rozmowa brzmiała jak jedna wielka bzdura.
Nie chciała słuchać, nie chciała rad.
Jak bowiem żyć, gdy tracisz nie tylko ciało, ale i cały swój świat?
Bo siła to nie to, co krzyczy na zewnątrz, czasem to płacz, którego nie widać nawet wewnątrz.
Medale, co kiedyś błyszczały na ścianie, teraz leżały zapomniane w szufladzie. Osiadł na nich kurz jak pył porzuconych, zduszonych już marzeń. Czasem, gdy otwierała tę szufladę, wspomnienia wracały,
szeptały, opowiadały.
Jakby to były historie z innego życia,
z życia tej co biegała, skakała i latała wśród drzew.
Nocami leżała, wsłuchując się w bicie serca, jakby było jedynym dowodem jej istnienia.
Akt IV: Kot i przebudzenie
I wtedy przyszedł kot.
Nie miauczał. Nie spojrzał nawet w jej oczy.
Położył się. I po prostu był.
A potem, kiedy prawie zapomniała, że tam jest, powiedział:
„Wolność… nie znika z ciała.
Czasem po prostu… zmienia kanał.”
Minęły dni. Może tygodnie… lub lata.
To już nie była cicha, skulona dziewczynka,
lecz kobieta, która uczyła się świata od nowa.
Patrzyła na liść z rosą.
Słuchała szeptu wiatru
i ciszy tuż przed świtem.
Nie wróciła do siebie sprzed lat.
Bo tamta już odeszła,
a ta dopiero odkrywa świat.
Zamiast biec - przystawała i nikogo nie pytała.
Zamiast pytać “Dlaczego?” - podziwiała.
Zamiast uczucia straty pojawiło się zdziwienie
nad światem, który mówi w spowolnieniu.
Jak ręka drży, gdy się unosi głowa.
Jak można być sobą, choć wszystko jest wolniej.
Jak rozmowa może być ciepłem, nie tylko słowem.
Jak radość nie musi pędzić.
Zrozumiała, że nawet w słabości może być siła,
a w ograniczeniach - nowa perspektywa.
I kiedy znów rusza, nawet jeśli powoli
świat wraca na miejsce i nikt jej nie goni.
Nie musi być szybka, by być całością.
Nie musi krzyczeć, by świat ją słyszał.
Bo prawdziwa wolność, jak kot na dachu,
nie gna, a kroczy powoli, miękko, bez strachu.
Akt V: Kot, który odszedł
A kot… kot nie został na zawsze.
Nie był wybawieniem.
Był lustrem.
Odbijał w niej to, co jeszcze tliło się w milczeniu.
Przyszedł bez słowa.
Odszedł jak wiatr co ucichł, a wcześniej niósł śpiew.
I wtedy pomyślała, że znów będzie sama.
Lecz kiedy usiadła wśród ciszy, bez niego, poczuła ciepło z wnętrza swego. Bo czasem największym gestem miłości jest nauczyć kogoś żyć w samotności.
To nie była bajka o zamkach i smokach.
To była opowieść o dziewczynie z drzew.
Epilog
A jeśli ją kiedyś spotkasz,
nie pytaj, czemu nie biegnie.
Zapytaj, dokąd patrzy.
Bo może widzi coś, czego ty nie chcesz jeszcze zobaczyć.