Pierwsza rzecz, jaka przychodzi mi na myśl, to czasy komuny w szkole podstawowej, czyli miałam wtedy około 10-13 lat. Większości rzeczy nie pamiętam, ale wiele takich negatywnych sytuacji zapadło mi w pamięć i nie zapomnę tego do końca życia.
Gdy zaczął się kryzys, miałem lat 8, a trwał jakieś 10-12 lat, więc skończył się, gdy miałem lat 20.
To był rok 2008, czyli 12 lat temu. Miałem niecałe 29 lat.
Mama około 5 lat, babcia 26 - wywiad podwójny.
Ja w swoim życiu nie przeżyłam żadnego innego kryzysu, oprócz tego, jaki mamy aktualnie na świecie i mam lat 47.
To był stan wojenny i czas przed nim. Był to kryzys ekonomiczny. Polska była krajem bardzo zadłużonym, co w końcu zaczęli odczuwać ludzie. Zaczęło brakować w sklepach wielu produktów. Dało się odczuć podwyżkę cen i to był moment, który najlepiej pamiętam. Ludzie zaczęli się buntować i zaczęły wybuchać pierwsze strajki.
Był to kryzys ekonomiczny ogólnoświatowy w latach 2007-2009.
Kryzys wynikał z ustroju panującego w Polsce po II wojnie światowej. Był efektem polityki rządów komunistycznych, które spowodowały bardzo duże problemy ekonomiczne państwa polskiego, a co za tym idzie, problemy ekonomiczne obywateli.
Katastrofa w Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej.
Był to tak zwany kryzys finansowy związany z upadłością amerykańskiego banku inwestycyjnego Lehman Brothers. Informacja ta spowodowała tzw. krach na giełdach światowych, w Polsce również.
Nasz aktualny kryzys jest spowodowany pandemią wirusa, która opanowała cały świat.
Na pewno z uśmiechem i największym sentymentem wspominam stanie w kolejkach, szczególnie po papier toaletowy. Zdobycie tego podstawowego produktu było niezłą operacją. Pamiętam, że było to w środę. Ktoś z mojej rodziny, kto pierwszy skończył lekcje lub pracę — a była nas czwórka — stawał w kolejce w sklepie papierniczym i zajmował miejsce. Później po kolei dochodziliśmy do tej kolejki. O 15.00 lub 16.00 zaczynała się sprzedaż papieru toaletowego. Na głowę każdy dostawał po 5 rolek. Zdarzało się, że przywozili też inny towar. To już w ogóle były rarytasy — chińskie akcesoria papiernicze, takiej jak gumki do ścierania, pióra chińskiej firmy, piórniki. Pierwszy kryzys pamiętam oczami dziecka, więc zapomniałam już o wszystkich problemach, które nas wtedy dręczyły.
Gdy kupiłam buty za 9 tysięcy, a następnego dnia identyczne kosztowały 53 tysiące. To się nazywa mieć szczęście!
Jako mały chłopiec chodziłem do sklepu pierwszy, ponieważ potrafiłem się przeturlać pod otwierającymi się do góry drzwiami. Pamiętam, że byłem bardzo dumny, gdy po 4 godzinach stania w kolejce kupiłem rolkę papieru toaletowego.
Pamiętam, że rodzice dostawali paczki z Zachodu. Nie było to dosyć często, ale pamiętam, że cieszyliśmy się jak dostaliśmy jakieś nowe ubranie lub coś słodkiego. Były to po prostu rzeczy, które teraz wydawałyby się dla nas zupełnie zwyczajne takie jak kawa, herbata albo czekolada.
Było to przed samymi świętami Bożego Narodzenia, kiedy moja mama prosiła mnie, żebym kupił mięso. Wtedy było wszystko na kartki. Po 9 godzinach stania przed sklepem doszedłem do wniosku, że przestaję jeść mięso i chyba ze dwa albo trzy miesiące byłem wegetarianinem.
Kiedy wygrałem w totolotka 96 zł. Za te 96 zł w 1978 roku udało się kupić też — po odstaniu w długiej kolejce — budzik sprężynowy. To była moja jedyna wygrana.
Kiedyś pewnie nie było mi do śmiechu, ale teraz inaczej o tym myślę. Pamiętam kolejki w sklepach. Stało się całe noce, żeby dostać cokolwiek. Wszystko sprzedawano na kartki, nawet buty. Kupowaliśmy jakikolwiek rozmiar i kolor, a potem wymienialiśmy się z innymi. Kto co złapał. Kiedy otworzono większe sklepy, np. Smyk, to chmara ludzi wbiegała do sklepu. Wszyscy rzucali się na towar dla dzieci. Nie korzystali z wind, tylko wbiegali po schodach, żeby zdążyć przed innymi. W kolejkach stało się godzinami, a mogło się okazać, że gdy już była moja kolej, to artykułów zabrakło. Ponieważ towaru na kartki było dosyć mało, to kupowało się nielegalnie u rolników jedzenie np. całą świnię, żeby mieć później mięso na obiad albo zrobić wędlinę.
Z powodu stanu wojennego nie chodziliśmy do szkoły. Nie pamiętam, ile czasu, ale dość długo. Potem, gdy wróciliśmy do szkoły, to było szaro, smutno. To nie była edukacja, tylko indoktrynacja.
Raczej niefajnie, ponieważ chodziliśmy do szkoły w soboty. Nie mieliśmy komputerów. Nie było internetu, a więc musieliśmy korzystać z książek. Korzystaliśmy z grubych encyklopedii. Żeby je kupić, trzeba było stać w długich kolejkach. W szkole za nieposłuszeństwo były wyznaczane kary cielesne, najczęściej za pomocą długich drewnianych linijek.
Były takie prozaiczne sytuacje, jak chociażby problem z brakiem kredy do pisania. Nie było pomocy naukowych. Tylko niewielu uczniów miało podstawowe produkty i pomoce naukowe jak cyrkiel albo ołówek.
To był czas, gdy normalnie chodziliśmy do szkoły. Uczyliśmy się tych samych przedmiotów co wy, w większości. Wyjątek stanowiły języki obce (tu dozwolony był tylko rosyjski). Treści programowe były inne — nie dowiedziałem się w szkole niczego o żołnierzach wyklętych, historia współczesna była podkoloryzowana. Poznawałem „trochę innych” twórców literatury współczesnej.
Nie było szkolnictwa prywatnego, wszystkie szkoły i uczelnie były państwowe. W tamtym czasie była ośmioletnia szkoła podstawowa. Po podstawówce można było kontynuować naukę w szkole zawodowej, technikum lub liceum ogólnokształcącym. Do liceum obowiązywały egzaminy, które zdawało się w wybranej przez siebie szkole. Po maturze można było pójść na studia, na których obowiązywały egzaminy wstępne, zdawało się je na wybranej przez siebie uczelni.
Byłem w szkole podstawowej, klasy były wtedy trzydziestoosobowe. Szkoły nie było tylko na początku, podczas stanu wojennego, a później działała normalnie.
Na pewno edukacja różniła się wtedy od tej współczesnej. Szukając jakichkolwiek informacji, musieliśmy po prostu korzystać z tego, co mamy w domu. Pamiętam, że bardzo często, nawet dwa razy w tygodniu, biegałam do biblioteki, która była daleko od mojego miejsca zamieszkania. Nie mieliśmy takiego dostępu do informacji, który ma teraz dzisiejsza młodzież. Nie było internetu i ogromnych zasobów różnych informacji z wielu źródeł. Tak naprawdę byliśmy zdani na siebie.
Zajęcia w szkole były zawieszone, w mojej szkole stacjonowało wojsko. Wstęp do szkoły miała jedynie ówczesna dyrektorka.
Zajęcia odbywały się normalnie, a o kryzysie nie było mowy.
Generalnie nie miało to bezpośredniego wpływu na edukację ani na organizację edukacji. Wszystkie lekcje i zajęcia odbywały się w normalnym toku. Największe obawy były o utratę pracy.
Szkoły i przedszkola funkcjonowały normalnie.
Edukacja podczas stanu wojennego nie uległa jakiejś dramatycznej zmianie, wyglądała tak jak wcześniej. Edukacja w tamtych czasach była nacechowana ideologicznie, to znaczy było dużo komunistycznej propagandy wplecionej w system nauczania. Na przykład na geografii uczono o państwach socjalistycznych, na historii tego, że Związek Radziecki jest największym przyjacielem Polski, na polskim nie było na przykład wielkich artystów, pisarzy, którzy w jakiś tam sposób zbuntowali się przeciwko władzy ludowej. Niektóre kwestie były wycinane z systemu edukacji, a inne były przedstawiane w sposób nieprawdziwy.
Często stało się w kolejkach i często nie widzieliśmy tak naprawdę, po co stoimy, co dzisiaj będzie w sklepie. Ja pamiętam jedną wyjątkową rzecz, która utkwiła mi w pamięci do dziś. Stałam 7 godzin po karpia tuż przed świętami Bożego Narodzenia, a kiedy już zbliżałam się do kasy, okazało się, że tych ryb zabrakło.
Podczas drugiego kryzysu wszystkie towary w sklepach już były i mojej rodzinie nie brakowało pieniędzy, żeby je kupować. Wciąż się mocno oszczędzało, ponieważ trzeba było inwestować pieniądze w biznes, który moi rodzice prowadzili, szczególnie dlatego że z niego żyliśmy.
Oczywiście, problemy z zaopatrzeniem były bardzo duże. Przypomnę, że był to czas, kiedy żywność, buty, benzyna były produktami reglamentowanymi, co oznacza, że każdy obywatel dostawał wraz z pensją specjalne kupony, które pozwalały mu kupić określoną liczbę danych produktów. Na przykład 1 kg cukru na miesiąc na jedną osobę w rodzinie. Podobnie było z benzyną i butami. Nie wspomnę już o mięsie i innych rzeczach, które dzisiaj codziennie widzimy w sklepach.
Raczej nie, sklepy były zaopatrzone i nie brakowało żadnych produktów codziennej potrzeby.
Półki sklepowe były najczęściej puste. Gdy miała być dostawa, ustawiała się bardzo długa kolejka do sklepu. Czas oczekiwania wynosił niekiedy kilka godzin.
Były wielkie problemy. Półki świeciły pustkami. Często ludzie handlowali kartkami lub wymieniali się nimi, bo jedna osoba potrzebowała np. więcej butów, a druga więcej mięsa. Czasami udawało nam się kupić coś w tzw. Pewexie.
Zdecydowanie tak. Dziadek ustawiał się w kolejce o czwartej nad ranem, licząc, że będzie danego dnia dostawa. Ze słodyczy były do kupienia między innymi wyroby „czekoladopodobne”, bo zwykłej czekolady też nie było.
Problem z zaopatrzeniem był ogromny. Początkowo ceny wzrosły i to było przyczyną strajku. Później zaczęto tworzyć tak zwane sklepy komercyjne, w których miały być lepsze towary za wyższą cenę. Przed Bożym Narodzeniem w sklepach czasem pojawiały się czekolady lub pomarańcze, czyli produkty deficytowe.
Nie istniał praktycznie handel międzynarodowy, zatem wszystkie produkty były polskie. Towary były niskiej jakości.
Tak. Wszyscy mieli pieniądze, żeby kupić najpotrzebniejsze towary, ale nigdzie nie można było ich dostać.
Nie, nie kojarzę takiej sytuacji. Raczej wszystko było dostępne. Na pewno nie było takiej paniki jak przy dzisiejszej epidemii panującej w Polsce.
Gdy urodził się mój brat, mojej mamie zdarzało się kupić kaszkę mannę dla niego. Niestety, z powodu zakłóceń transportowych, paczka była z jakimiś robakami i nadawała się tylko do wyrzucenia.
Tak, brakowało wszystkiego, nawet prądu, zdarzały się wyłączenia całych osiedli na kilka godzin. Na przykład dziadek spędził dwie godziny w windzie.
W sklepach był jeden rodzaj mleka, jeden rodzaj śmietany, jeden rodzaj żółtego sera, po prostu wszyscy kupowali to samo i nie było żadnego wyboru.
Najbardziej potrzebne były produkty codziennego użytku, produkty spożywcze oraz środki czystości takie jak papier toaletowy i mydło. Dla osób posiadających samochód równie niezbędne było paliwo dostępne także na kartki, w limitowanych ilościach.
Najtrudniej było zdobyć produkty przemysłowe zwłaszcza te, na które były talony lub przydziały, czyli na przykład lodówki lub pralki.
To przede wszystkim produkty żywnościowe, również odzież, szczególnie ta zimowa. Bywały przypadki, że przez jakiś czas zimą chodziło się w letnich butach albo w letnich kurtkach, bo nie można było kupić niezbędnej odzieży na zimę.
Jeśli chodzi o produkty spożywcze to wszystkie były potrzebne. W internackim gospodarstwie hodowaliśmy tuczniki, które potem były przeznaczone na zaopatrzenie stołówki, kupowaliśmy ziemniaki w okolicznych wioskach, w ten sposób jakoś tam dawaliśmy radę się wyżywić.
Najważniejsza była żywność: chleb, sery, mięso, wędliny i o to ludzie bardzo często walczyli, stojąc w długich kolejkach do sklepów.
Wszystkie produkty były potrzebne. Stało się w kolejce za papierem toaletowym, mięsem, mąką, kawałkiem czekolady, a na przydział samochodu albo mieszkania czekało się latami.
Tak naprawdę, poza jedzeniem, człowiek przejmował się dostępnością niewielu rzeczy. Wszystkie inne braki były do wytrzymania.
Papier toaletowy był produktem najbardziej pożądanym. Kto oddał makulaturę, dostawał sznurek z papierem toaletowym.
Nie było żadnej paniki w związku z zakupami. Ludzie normalnie żyli z dnia na dzień, nie robili żadnych zapasów żywnościowych czy też artykułów gospodarstwa domowego. Z drugiej strony po prostu nie było takiej potrzeby robienia zapasów.
Wszystko okazało się potrzebne, bo nie było niczego. Każdy łapał, co się dało. Z drugiej strony te potrzeby były zdecydowanie mniejsze, niż dziś, w dobie konsumpcjonizmu. Każdy miał mało, prawie każdy miał wszystko mało oryginalne, nikt się z nikim nie ścigał.
Wtedy brakowało praktycznie wszystkiego, nie było żadnego wyboru, kupowało się w sklepie to, co akurat było.
Najważniejszymi artykułami były: mąka, jaja, mleko, zimą- ciepłe buty. Na wsi prowadzono również nielegalny obrót artykułami spożywczymi.
Przede wszystkim to najbardziej widoczne były chyba straty psychologiczne i psychiczne. Wszyscy byliśmy tym kryzysem zmęczeni, ciągle smutni i sfrustrowani codzienną udręką.
Nie odczułam żadnych strat w latach 80., gdyż nie pamiętałam czasu, kiedy było lepiej. Czasy kryzysu były moją normalnością. Nie znałam niczego lepszego, więc nic nie straciłam.
Chyba możemy mówić o stratach moralnych, przede wszystkim dlatego, że były to trudne czasy dla wszystkich. Życie w ustroju komunistycznym, a taki wtedy był, nie było łatwe. Było pełne ograniczeń i zakazów.
Brak wolności i swobody słowa. Nie można było krytykować władzy.
Straty, jakie odczułem najbardziej, to odcięcie od kultury zachodniej, od filmów, które nie były dystrybuowane, dostępna była tylko telewizja reżimowa, która była mocno ocenzurowana i w ogóle cenzura była wtedy bardzo mocno rozpowszechniona, także kultura najbardziej cierpiała.
Ja nie odczułam żadnych strat, chyba byłam za młoda, żeby odczuwać straty.
Większość strat odczuwałam już w czasie kryzysu. Na parę miesięcy odłączone zostały telefony, jak już wiadomo, były problemy z zaopatrzeniem, godzina policyjna, trudności z przemieszczaniem się między województwami. Aby pojechać do babci, która mieszkała w innym województwie, trzeba było uzyskać przepustkę. Po kryzysie życie powoli zaczęło wracać do normy, ale na ulicach zrobiło się niebezpiecznie (było dużo kradzieży, włamań, zaczęły tworzyć się mafie).
Byłem dzieckiem i wtedy nie postrzegałem całej tej sytuacji jako kryzys; to była dla mnie normalność w tamtych czasach. Wcześniej wcale nie było lepiej, więc nie wiadomo było, co rozumieć przez „normalność”.
Pamiętam, że zazdrościłam moim rówieśnikom jakiegoś takiego kolorowego życia, którego myśmy tu po prostu nie mieli.
Zarówno kryzysu, jak i czasów po kryzysie, nie wspominam jako bardzo trudnych. Pokazały jak świetnie społeczeństwo potrafi się zorganizować. Czasy kryzysu wywołują w ludziach większą kreatywność. Dokładnie to samo dzieje się teraz, w dobie koronawirusa. Wtedy też tak było, zawsze ktoś miał jakiś pomysł, ktoś coś załatwił i jakoś to zleciało.
Niestety byliśmy przyzwyczajeni do tamtej sytuacji i wydawało nam się, że tak powinno być, że nie ma alternatywy, ale z perspektywy czasu widzę jak szare to były lata.
Na pewno nie było ograniczeń, jeśli chodzi o życie towarzyskie. Spędzaliśmy dużo czasu na podwórku, bawiąc się w różne gry, spacerując i jeżdżąc na rowerach. Chodziłam do szkoły sportowej, więc dużo czasu spędzałam na treningach. Poza tym wolnych chwil wcale nie było tak wiele, bo musiałam stać w kolejkach i pomagałam rodzicom, chodziłam do szkoły. Nie marnowałam czasu w internecie, bo przecież go nie było, ani przed telewizorem, bo programy ograniczono do wiadomości.
Wolny czas spędzaliśmy najczęściej we wspólnym pokoju muzycznym, gdzie puszczaliśmy płyty, które udało nam się przywieźć z domu albo takie, które były przywożone nielegalnie z zagranicy.
Z kolegami na podwórkach przed blokami. Graliśmy w piłkę, kapsle i inne gry, które sobie wymyślaliśmy. Lubiliśmy także grać w planszówki. Na pewno więcej czasu spędzaliśmy razem, niż to ma miejsce dziś.
Tego czasu wolnego dużo nie było. Głównie czytaliśmy i spotykaliśmy się ze znajomymi. Powszechne było pędzenie bimbru, bo wódki można było dostać 0,5 litra na miesiąc. Stała się towarem wymiennym — można było wymienić ją na mięso lub czekoladę.
Jak każde dziecko biegałem po podwórku, bawiłem się w chowanego w piwnicach, grałem w piłkę, a w wakacje jeździłem z rodzicami i bratem do ośrodków wypoczynkowych nad polskim morzem.
Razem z dziadkiem byliśmy zajęci budową domu, zdobywaniem mebli. Gdy kupowaliśmy meble, to nawet nie wiedzieliśmy, co było w kartonach. W czasie wolnym w większości stałam w sklepach, jeździłam, żeby coś zdobyć.
Komunikacja była w jedną stronę, obywatele musieli słuchać tego, co władza chciała przekazać. Wszystkie stowarzyszenia, organizacje pozarządowe nie mogły funkcjonować, zostały rozwiązane i były zakazane. Wszechobecna cenzura zabraniała wyrażania wolnych myśli na fali radiowej czy też w telewizji, także tylko oficjalne przekazy były dopuszczone. Jedynym wentylem bezpieczeństwa, który władza wtedy dopuszczała, była rozwijająca się burzliwie muzyka, głównie młodzieżowa, rockowa. Powstało wiele zespołów młodzieżowych, organizowane były koncerty cieszące się wielkim powodzeniem.
Nie było komunikacji, umundurowani prezenterzy przekazywali tylko zakazy i nakazy, jakim musieliśmy podlegać.
Komunikacja najczęściej miała formę wystąpień, obrad. Najbardziej zapamiętane przez mnie to Obrady Okrągłego Stołu, również transmitowane przez telewizję.
Właściwie komunikacji nie było. Tę komunikację zastępowała propaganda mówiąca, że albo kryzysu nie ma w ogóle, albo jest niewielki, albo że jest spowodowany przez — czy to kraje Zachodnie, czy też spekulantów, którzy gromadzą towary i z tego powodu nie ma ich na rynku. Właściwie komunikacji jako takiej nie było żadnej, była jednostronna.
Rząd dostarczał informacje ludziom za pomocą oficjalnych państwowych kanałów telewizyjnych i gazet.
Rząd robił, co chciał. Ogłosili stan wojenny i nikt nie miał nic do powiedzenia. Każdy żył swoim życiem. Ludzie słuchali Radia Wolna Europa, z którego można było dowiedzieć się, co działo się w kraju od Polaków mieszkających za granicą.
Wielka była rola moich rodziców, którzy starali się minimalizować skutki tych ciężkich czasów, dlatego nie czułam jakiegoś dużego kryzysu psychicznego.
Właściwie od początku ten kryzys mocno dał się we znaki i psychicznie poprzez stres, zmęczenie, frustrację, szczególnie, gdy po kilku godzinach stania w kolejce okazywało się, że towaru nie będzie albo nie wystarczy dla wszystkich. Ta sytuacja miała miejsce w zasadzie każdego dnia, a więc już od samego początku i kryzys mocno dał nam się we znaki.
Ja po prostu żyłam w narastającym kryzysie od urodzenia, nie znałam innego życia i nie odczułam kryzysu jakoś specjalnie.
Dopiero w liceum, czyli pod sam koniec lat 80., zaczęło się nabywać jakąś świadomość o powadze sytuacji.
Próbowaliśmy wykorzystać każdą chwilę do bycia razem: wycieczki do lasu, na grzyby, nad jezioro. To wszystko powodowało, że nie odczuwałem tej sytuacji jako kryzysu dotykającego mnie bezpośrednio.
Wszyscy szybko przywykli do tego, że zaczął się kryzys. Próbowaliśmy zapewnić sobie warunki do przeżycia. Kiedy weszła “Solidarność” i ludzie zdali sobie sprawę z tego, że może być inaczej, powstała nadzieja, że coś się wreszcie zmieni. Prawie w każdej chwili były strajki. Wszyscy protestowali przeciwko władzy. Teraz nie ma już takiej solidarności między ludźmi.
Przed nami jest jeszcze długi czas kwarantanny i musimy uzbroić się w cierpliwość. Niestety z czasem nasze samopoczucie w rodzinie jest coraz gorsze i myślę, że teraz kolejne dwa kluczowe tygodnie będą dla nas wszystkich najtrudniejsze.
Rodzina starała się trzymać razem, czasem pomimo wielu niedostatków. Rodzice pracowali od rana do wieczora, aby nie zabrakło pieniędzy na podstawowe produkty. Bardzo często pieniądze w tych czasach nie były tak bardzo istotne jak kartki, bez których kupno wszelakich produktów było niemożliwe.
Zbliżyliśmy się bardzo do siebie. Nie było innego wyjścia. Imieniny, urodziny, święta, rocznice — to były momenty, kiedy spotykaliśmy się w dwadzieścia czy trzydzieści osób. Wszyscy moi kuzyni, byli „braćmi ciotecznymi”. Znałem imiona rodzeństwa moich babć i dziadków — w sumie około 20 osób. Na Wszystkich Świętych odwiedzaliśmy groby kilkudziesięciu osób, rozkładając to na kilka weekendów. W naszej rodzinie było to powszechne.
Był smutek, była apatia, było trochę złości, a najgorsze to chyba poczucie bezsilności, tym bardziej, że akurat ten kryzys mnie osobiście finansowo dość mocno dotknął. Mam tu na myśli prywatne inwestycje, które były niezwiązane z pracą. Jednak dość szybko zrozumiałam, że widocznie tak miało być, i że najważniejsze są zdrowie i rodzina.
Straty finansowe. Najgorsze w tym kryzysie były zawirowania w innych państwach, które wpłynęły na całą gospodarkę światową. Kurs franka drastycznie wzrósł. Ta sytuacja była bardzo kłopotliwa, szczególnie dla osób, które w tej walucie spłacały kredyty.
Ograniczenie dostępu do produktów, aresztowania, ograniczenie wolności ludzi, którzy próbowali walczyć. Zabierano ich od rodzin, każdy bał się o własne jutro. Ciągłe poczucie niesprawiedliwości.
Najbardziej przeszkadzały kolejki po papier toaletowy.
Największa strata, to stracone lata i stracone możliwości. Kiedy porównamy sytuację mojego pokolenia w Polsce z pokoleniem moich rówieśników w innych krajach, powiedzmy Europy Zachodniej, to oni mieli te możliwości, których myśmy nie mieli. Oni mogli robić rzeczy, których myśmy nie mogli robić. Oni mogli brać udziału w wydarzeniach, w których myśmy nie mogli. Tego już nam nikt nie zwróci. To jest największa strata.
Najbardziej przeszkadzało nam wszystkim to, że nie mogliśmy mówić prawdy, nie mogliśmy wyrażać siebie. Byli ludzie odważni i próbowali walczyć, ale płacili za to dużą cenę.
Patrząc z perspektywy czasu, nasze pokolenie w czasach kryzysu straciło możliwość rozwijania swoich umiejętności, pasji, zainteresowań. Nie mieliśmy możliwości nauki języków albo chociażby podróży.
Przez całe dzieciństwo nie wyjechałem ani razu za granicę. Najczęstszym miejscem naszych wakacyjnych wycieczek było polskie morze, odwiedzaliśmy rodzinę w dalszych zakątkach Polski. Moja mama miała przyjaciółkę w Czechosłowacji (obecnie na Słowacji), z którą utrzymywała kontakt listowny, a kilka razy do roku nawet do siebie dzwoniły. Taką rozmowę zamawiało się na centrali, bo nie można było bezpośrednio się połączyć. Pierwszy raz odwiedziłem ją dopiero w XXI wieku. Ona z kolei przyjechała do Włocławka raz w latach 90. XX wieku.
Najgorsze w całym kryzysie jest to, że wszyscy są bardzo zestresowani. Kryzys ten nadszedł w okresie świąt Wielkanocnych, dlatego nie można było ich spędzić w rodzinnym gronie, nie można było wyjść na spacer, dzieci nie mogły pojechać na rowery bez osoby pełnoletniej, jak również to, że nie możemy pracować i zarabiać na rodzinę.
Najlepsze w kryzysie jest to, kiedy się wreszcie skończył. A korzyść głównie taka, że człowiek po tak trudnej walce z kryzysem stał się silniejszy, bardziej odporny, bardziej wytrzymały i nastawiony na to, że najgorsze rzeczy przeżył.
Korzyścią można uznać to, że stałam się bardzo samodzielna i w młodym wieku potrafiłam sama zrobić zakupy, zająć się małym bratem i odprowadzić go do żłobka.
Najlepsze w kryzysie jest to, że można wyciągnąć wnioski do dalszych działań i ewentualnych sposobów zachowania się w podobnej sytuacji w przyszłości.
Byłem dzieckiem i trudno mówić o jakichkolwiek korzyściach. Rodzice starali się ubarwiać te trudne czasy. Olbrzymią wartość ma dla mnie poczucie bliskości z nawet dalszą rodziną, którego wtedy doświadczyłem. Pamiętam, jak ludzie potrafili się razem zjednoczyć w Kościele jako wspólnota społeczna. Z przyjemnością wspominam czasy bez wszechobecnego hejtu. Zamiast tego można było odczuć wszechobecne wsparcie i zrozumienie drugiego „normalnego” człowieka.
Była to dla mnie mocna szkoła życia. Oczywiście można powiedzieć, że otrzymałem spore doświadczenie w zakresie inwestycji giełdowych, ale z drugiej strony przekonałem się, że niczego w życiu nie można być pewnym, że na wiele spraw nie mamy całkowicie wpływu i jedyne, co możemy zrobić, to pogodzić się z tym jak najszybciej. Kiedyś wychodziłem też z założenia, że na takich sytuacjach należy się uczyć i zabezpieczać, aby w przyszłości się nie powtórzyły. Dziś jednak jestem przekonany, że taka sytuacja na 99% w moim życiu się powtórzy, że nie da się całkowicie uchronić przed kryzysami albo klęskami. Ale z drugiej strony należy też wyciągać wnioski, aby chociaż trochę zniwelować negatywne skutki w podobnych sytuacjach. Cały ten okres dał mi wiele do myślenia, na wiele miesięcy, jeśli nie lat.
Nie było żadnych zalet. Jeśli już, to po prostu to, że nie wywołał u mnie jakichś bardzo negatywnych skutków, natomiast na pewno nie miał żadnych zalet ani nie dawał żadnych korzyści.
Do głównych rozrywek w tych czasach ,dających wiele radości, należało oglądanie meczów wraz z sąsiadami przed jednym telewizorem, wczasy „pod gruszą” finansowane z zakładu pracy, nad morzem najczęściej spotykaną rozrywką był odpoczynek w koszach wiklinowych na plaży. Niezapomniane są również saturatory, z których piliśmy wodę z sokiem.
Były rozrywki, dyskoteki w szkole, gry i zabawy z dzieciakami na podwórku z rodzeństwem. Raczej dzieci między sobą miały kontakt, latały, biegały i grały ze sobą. Wszystko się odbywało na zewnątrz, na podwórku. I niezależnie od kryzysu było tak, że nikogo nie interesowało to, co sobie ktoś o mnie pomyśli. Po prostu żyło się własnym życiem.
Cyrk czasami przyjeżdżał, wesołe miasteczko czasami przyjeżdżało, rozstawiało się zwykle obok stadionu. Dom kultury był, więc chodziło się przede wszystkim na ping-ponga. Był amfiteatr i w amfiteatrze też były jakieś koncerty. Internetu nie było, także nasze aktywności wyglądały kompletnie inaczej od tych dzisiejszych.
Spotkania z kolegami i koleżankami. Jeździliśmy na wrotkach, strzelaliśmy z łuku, jeździliśmy na łyżwach, graliśmy w piłkę, skakaliśmy z dachu garażu do góry siana, kapsle, graliśmy w piłkę na boisku szkolnym, huśtaliśmy się na trzepaku i jeździliśmy na sankach z górki. Czasu było dużo, a pomysłów jeszcze więcej.
Źródłami rozrywki podczas kryzysu były dyskoteki w szkole, wesołe miasteczka i cyrk, a w wyjątkowych okazjach wycieczka do kina.
Niestety wszyscy jesteśmy ograniczeni i nie można wychodzić z domu, dlatego jedyną formą rozrywki, jeżeli ktoś mieszka w domu jak my, jest możliwość spaceru po ogródku, zagrania w gry planszowe z rodziną, ale nic innego poza domem nie wchodzi w grę.
Przede wszystkim, trzeba dbać o relacje rodzinne, relacje z kolegami i koleżankami. Trzeba sobie nawzajem pomagać, bo zawsze, kiedy mamy oparcie w innych ludziach, łatwiej jest nam przetrwać różnego rodzaju kryzysy.
Podczas kryzysu na pewno warto się wspierać. Warto podchodzić pozytywnie do wszystkiego, co jest. Należy jak najmniej przejmować się rzeczami, na które nie mamy wpływu, ale przede wszystkim nie tracić poczucia humoru, optymizmu i myśleć pozytywnie o przyszłości.
Żyć własnym życiem, być sobą, realizować siebie i spełniać siebie i jeżeli to możliwe nie ograniczać się na tyle na, na ile to jest możliwe i bezpieczne.
Należy planować i tworzyć wizję przyszłości po kryzysie. Mieć na tamten czas gotowe plany i rozwiązania.
Należy się zastanowić, gdzie ludzkość popełniła błąd i wystrzegać się tego na przyszłość. Z dzisiejszego kryzysu związanego z pandemią koronawirusa, również można szybko wyciągnąć wnioski. Chociażby takie, że bogactwa państw czy też zbrojenia nie dają żadnych gwarancji gospodarczych ani stabilności. Globalizacja, rozwój komunikacji oraz cywilizacji szybko może przemienić się w zło, jeśli w odpowiednim czasie nie zareagujemy na sygnały. Być może jest to ten czas, żeby od nowa się nauczyć, że ważniejsze są kontakty międzyludzkie, z rodziną, z przyjaciółmi niż bezgraniczna pogoń za życiem zawodowym czy też pełnym podziwu życiem w social mediach.
Obecnie, kiedy życie jest szybkie, dostarcza wielu rozrywek i na nic nie ma czasu, te chwile bezruchu warto wykorzystać na nadrobienie zaległości, a każdy na pewno ma inne: książki, filmy, seriale, rozmowy z najbliższymi, segregacja zdjęć, chwila dla siebie…