Na Święta

Palce bolały mnie od ugniatania coraz to nowych porcji ciasta. Zostawiały w martwej materii wątłe ślady życia, które po jakimś czasie i tak unicestwił wałek. Chyba tak samo czuł się kiedyś Prometeusz tworząc człowieka. Ręce odmawiały mu posłuszeństwa, gdy po raz pięćdziesiąty płakał na glinę, by znowu ją zmiękczyć i spróbować utworzyć jakiś sensowny kształt. Jednak za każdym razem, gdy w końcu mu się udawało, okazywało się, że istota, którą stworzył była zbyt delikatna. Za każdym razem miażdżył ją ogrom świata, więc w końcu zmęczony tytan dał sobie spokój i zostawił człowieka bezkształtnego i zgniecionego, jak starą puszkę po Coca Coli.

Spojrzałem jeszcze raz na przepis, by sprawdzić, czy na pewno dodałem do ciasta wszystkie składniki, po czym zacząłem robić uszka do barszczu. Wykrawałem niewielkie kółka szklanką, a następnie tworzyłem z nich pierożki wypełnione ciemną mazią grzybową. Potem zlepiałem ich rogi, by nie pomyślały przypadkiem, że mogą uciec, na swoich krótkich, brzydkich nóżkach. „Zupełnie jak Prometeusz” – pomyślałem wpychając w ciasto kolejną porcję szarawych grzybów. Tak jak on nadawałem duszę, stworzonym przez siebie istotom. Jednak moi ludzie byli pobożniejsi, milsi i bardziej uprzejmi od prawdziwych – byli wręcz napchani duszą.

Przykuci do tacy wysypanej mąką ze skrępowanymi nogami nie mogli uciec od czekającego ich losu – wielkiego garnka z wrzącą wodą. Zatem gdy wszystkim ludziom nadałem już świadomość istnienia i rozum wrzucałem ich po kolei do garnka i czekałem, aż zahartowani życiem wypłyną na powierzchnie, pocąc się z przejęcia. Następnie włożyłem wszystkie uszka do miski i polałem oliwą, by zachowały swoją indywidualność. W tej postaci czekały na nieuchronną śmierć w ustach pobożnego chrześcijanina.

Tekst Beniamin Abramczyk