Miejsce:

Lewin Kłodzki -

Skład wolontariuszy:

Już wkrótce

Opis:

Lewin Kłodzki wrzesień 2009

Nocleg w szkole w trakcie roku szkolnego, młodzież zaglądająca nam do klasy, w której śpimy (Kto normalny przychodzi do szkoły o 7 rano?). Młodzież w większości bardzo chętna do wspólnej zabawy i nauki, na zajęciach i po nich. Jeden wyjątek, jedna klasa była zdecydowanie najgorsza ze wszystkich około 60 placówek, które odwiedziłem. Na szczęście czarne owce szybko wyjechały, a Ci którzy zostali naprawdę byli super. Nietypowy projekt bo nasze zajęcia odbywały się na normalnych lekcjach, więc uczestniczyli w nich wszyscy chętni i mniej chętni, a i tak (poza jednym opisanym wcześniej wyjątkiem) zachowywali się po prostu super, że aż chciało się dla nich pracować i te nędzne 6 godzin wykrywania jednego dnia wcale nie dało nam się we znaki (prawda?) Po zajęciach piękne góry, co z tego, że ostatni autobus powrotny odjechał zanim zdążyliśmy wysiąść w miejscu skąd mieliśmy wyruszyć na szlak. A to był dopiero początek.... Idziemy jakimś szlakiem miała być wieża widokowa pierwszy problem był taki,

że na mapie są dwa szlaki.

A naprawdę mój drogi

Widać było cztery drogi.

W celu uniknięcia paniki koleżanki opowiadały nam treść powieści pod tytułem „Zmierzch”, dzięki temu nawet ja mniej więcej wiem o co w niej chodzi. Często mam tak, że jak usłyszę o jakąś ciekawą historię lub zobaczę ciekawy film, chcę kupić książkę na ten temat. Jeśli chodzi o „Zmierzch” to w ciągu trzech lat nie zdobyłem się nawet na sprawdzenie autora, ale o gustach się nie dyskutuje....

Dobra wracamy do naszej wędrówki, wieży nie widać na mapie miała być na jakiejś górce. Problem w tym, że do końca nie widać czy ten szlak (a niech go szlag) do niej dochodzi. Więc jak zobaczyłem zbocze pnące się w górę to sam też się wspiąłem, a na szczycie zobaczyłem........... jezdnię i następną górę. Zwątpiłem i zawróciłem. Okazało się, że wieży już dawno nie ma..... Wkurzeni wolontariusze wychodzą z lasu jest szarówka. Za nami wychodzi jakieś zwierzę, odwracam się spoglądam na sylwetkę- wilk. Wolontariusze przyjmują szyk bojowy, mężczyźni z tyłu (wilk był za nami), damy z przodu. Jestem dumny z zachowania dyscypliny moich wolontariuszy nikt nie próbował biec (wiadomo, kto w tym momencie powinien się zaczerwienić, ale to był inny projekt...). Na szczęście okazało się, że „wilk” miał kaganiec. Na koniec wyszła ta historia z autobusem, czytaj z jego brakiem i tutaj znów szacunek dla miejscowej młodzieży, wyjechał po nas jeden z rodziców.

(a'T)