Chiang Mai

 

Włóczykije Round The World Expedition / Wyprawa z Włóczykijami dookoła świata

 

 Azja Południowo - Wschodnia

Strona Główna

Chiang Mai - górska stolica Tajlandii

2008.03.17-21

W Chiang Mai chcieliśmy dużo rzeczy zrobić: zwiedzić miasteczko, zrobić pamiątkowe zakupy – podobno jest to najlepsze i najtańsze miejsce w Tajlandii, Kuba z Martą planowali jeszcze szycie garniturów a ponadto w programie był kilkudniowy trekking celem odwiedzenia tamtejszych górskich plemion tzw. „hill tribes”. Jednak najważniejszą rzeczą jest dobrze zacząć dzień, więc nasze pierwsze kroki pierwszego ranka w Chiang Mai skierowaliśmy w stronę centrum, w poszukiwaniu śniadania. „Mango - sticky rice” (mango z ryżem i słodkim skondensowanym mlekiem – pychota!!!) miało zostać w Tajlandii naszym śniadaniowym numerem jeden i właśnie od takiego posiłku tego dnia zaczęliśmy.  

 Początkowo mieliśmy wstać wcześnie rano, żeby zdążyć cokolwiek zwiedzić zanim zrobi się potwornie gorąco. Początkowo…, gdyż po takim intensywnym poprzednim dniu spało się tak dobrze, że kiedy kończyliśmy śniadanie, podczas którego pośpiech był ostatnią rzeczą, jaka nam do głowy przychodziła słońce było dość wysoko i upał robił się ogromny. Nie daliśmy jednak za wygraną. W ręku dzierżyliśmy przewodnik, a trasę spacerową obraliśmy tak, by zahaczyć o jak najwięcej Watów (buddyjskich świątyń) znajdujących się w obrębie starego miasta. Jednak chodząc wybieraliśmy tą stronę drogi, na której znajdował się nawet niewielki skrawek cienia a odpoczynki wewnątrz Watów, gdzie było trochę chłodniej, robiliśmy coraz dłuższe. Pod koniec Dominika z Martą weszły nawet do ekskluzywnego spa, celem „zorientowania się w ofercie”, gdzie bardzo miłe panie oferowały orzeźwiające napoje i wszędzie obecną zieloną herbatę. A tak naprawdę najważniejsza dla nich była klimatyzacja i bardzo ładnie utrzymany ogród, który chciały obejrzeć celem podpatrzenia kilku pomysłów zwłaszcza, że Marta z Kubą byli na etapie urządzania dużego tarasu, sadzenia roślinek i rozglądania się za mebelkami. Dla przyzwoitości dziewczyny wypytały o oferowane usługi, ceny, możliwe terminy, numery kontaktowe i po chwilowym odpoczynku zadowolone ruszyły dalej. Stragany jedzeniowe również tutaj są najlepszą rzeczą pod słońcem i nawet nie wiadomo, kiedy podczas spaceru zdążyliśmy się najeść i tym sposobem mieliśmy z głowy obiad. Szaszłyki mięsne, warzywne, jajeczne były idealną przekąską. Do tego, podawany w woreczku sos z przyprawami i kawałki kurczaka w panierce na szaszłyku smakowały idealnie. Kolejne kramiki a na nich sprzedaż obranych i porcjowanych owoców, więc dodatkowo deser z uzupełniającą dawką witamin mieliśmy również zaliczony. Teraz jeszcze brakowało dobrej kawy i można było myśleć o chwili relaksu.

Na popołudnie zostawiliśmy sobie wybór trekkingu, o który wypytywaliśmy w mijanych biurach podróży. Tak naprawdę wszędzie były podobne wyprawy i widać, że sezon się już kończył, gdyż na dzień dobry dostawaliśmy dość wysokie zniżki. Koniec końców chłopcy podyskutowali jeszcze z przemiłą panią z naszego hotelu i po otrzymaniu dobrej ceny oraz gratisowego noclegu po trekkingu zdecydowali się na hotelową ofertę. Tym sposobem nie trzeba było już nigdzie chodzić i w godzinach największego upału mogliśmy się chłodzić w hotelowym basenie a Kuba z Martą ruszyli w poszukiwaniu krawców.

Na koniec dnia zostawiliśmy sobie wieczorny bazar i trzeba przyznać, że zostaliśmy zaszokowani… ilością straganów, straganików, kramów, stoisk i wszelkich możliwych punktów sprzedaży. Tego dnia postanowiliśmy zrobić tylko kilkugodzinny spacer celem zapoznania się z ofertą i cenami a same zakupy zostawiliśmy sobie na ostatni wieczór po trekkingu. Chłopcy spacerując po targowisku wymyślali coraz to nowe pomysły biznesu i sprowadzania do Polski oferowanych tutaj kilkukrotnie tańszych produktów a dziewczyny w myślach układały pierwszą listę zakupów, potrzebnych upominków i pamiątek. A było, z czego wybierać.

Rano wyjeżdżaliśmy na trzydniowy trekking. Mimo planów wczesnego położenia się spać dzień wcześniej tak nam się miło rozmawiało na hotelowym tarasie, w towarzystwie przywiezionej prosto z kraju żubrówki, że nawet nie wiadomo, kiedy zrobiła się godzina trzecia a nam nadal było mało. Plotki, ploteczki i niekończące się dyskusje…

Dlatego rano ciężko było wstać i ledwo zdążyliśmy się spakować przed umówioną godziną. Wcale nas jednak nie zdziwiło, że podobnie jak w poznanych dotąd krajach Azji Południowo-Wschodniej również i tutaj punktualnością nie grzeszą, więc spokojnie zdążyliśmy pójść na kawę i zjeść śniadanie. Dopiero później przyjechał nasz przewodnik i mogliśmy się pakować do samochodu. Jechaliśmy z dwoma przewodnikami, 10 osobową grupą – oprócz naszej czwórki była jeszcze para holendrów, nowozelandczyków, jedna dziewczyna z Izraela i jedna ze Stanów. W Tajlandii przemysł turystyczny jest już dość mocno rozwinięty i wszystko jest przygotowane typowo pod turystów. Każdy trekking w okolicach Chiang Mai oferuje podobne atrakcje: przejażdżka na słoniach, rafting, pływanie na bambusowych tratwach i nocleg w jednej z okolicznych wiosek górskich. Niezależnie od długości trekkingu, wszystkie atrakcje są te same- skumulowane jednego dnia. Całe szczęście, że byliśmy już pod koniec sezonu i nie było takich tłumów na szlakach oraz w miejscach, gdzie przewidywane są przygotowane atrakcje. Natykaliśmy się tylko od czasu do czasu na pojedyncze grupy turystów z innymi przewodnikami. Niestety, był też minus wyruszania na trekking pod koniec sezonu, czyli pod koniec pory suchej – rafting, który odbywał się trzeciego dnia był tylko jego namiastką i więcej tam było wiosłowania oraz odpychania się od dna niż zmagania się z rwącym prądem górskiej rzeki. Oczywiście, mimo tak niskiego stanu wody, ze względów bezpieczeństwa nadal ubrani byliśmy w pianki i kamizelki ratunkowe, przy ponad trzydziesto stopniowym upale, więc dla ochłodzenia się wyskakiwaliśmy z pontonu celem zamoczenia się czy popływania w dość płytkiej i spokojniej wodzie. Dla zabawy oraz podkręcenia trochę atmosfery ścigaliśmy się z pozostałymi pontonami z całej siły chlapiąc się nawzajem.  

Dodatkowo, pierwszego oraz drugiego dnia w planach było oglądanie i możliwość kąpieli w rzece przy dwóch „imponujących” wodospadach. Imponujące one oczywiście mogą być, ale zaraz po zakończeniu pory deszczowej teraz były jedynie miłym przystankiem na odpoczynek i ochłodzenie się w trakcie upalnego dnia. Pierwszego dnia nie wiedzieliśmy jeszcze czy wiosce, w której mieliśmy spać będzie możliwość skorzystania z prysznica, dlatego bez chwili namysłu całą naszą czwórką przebraliśmy się w stroje kąpielowe i wskoczyliśmy do wody. Jak się okazało tylko my, z całej naszej grupy się na to zdecydowaliśmy a nasz sympatyczny przewodnik kiwał tylko głową z aprobatą. W końcu w planie trekkingu był w tym miejscu postój na kąpiel pod wodospadem. Pozostała cześć naszej grupy siedziała i odpoczywała po zaledwie dwugodzinnym marszu.  Tak się właśnie zastanawialiśmy przed wyruszeniem czy organizatorzy w jakikolwiek sposób dobierają ludzi pod względem kondycji gdyż wcześniej nie wiedzieliśmy, jakie to będą góry i jak ciężka będzie trasa. Góry nie były wysokie, porównywalne do naszych Beskidów, trasy nie były ciężkie – ani długie ani zbyt strome. Uciążliwy był jedynie upał oraz te fragmenty, gdzie trzeba było chodzić po miękkim piachu zamiast utwardzonej ścieżce. Dla nas był to dość łatwy i niewymagający trekking, ale to odczucie oczywiście okazało się być rzeczą bardzo względną.  Nie musieliśmy długo czekać, żeby się przekonać jak różne jest pojęcie o chodzeniu po górach i wybieraniu się na trekking. Koleżanka z Izraela, nie należała do najszczuplejszych osób, kondycji dobrej też nie miała a zabrała ze sobą cały duży plecak, który trzeba było dźwigać. Po kilkudziesięciu minutach marszu było już jasne, że nie jest w stanie nadążyć, więc jeden z przewodników zdecydował się jej pomóc i już do końca nosił jej ten plecak. Dodatkowo maszerowała w sandałach, co zwłaszcza na piaszczystych czy stromych fragmentach nie było najszczęśliwszym rozwiązaniem. Kolega Holender jakoś nie chciał zbytnio korzystać z przygotowywanych posiłków. Żywił się natomiast Coca Colą i chipsami, które można było kupić, za spore pieniądze, na postojach. Idealne pożywienie przy takim wysiłku i w takim upale. Tutaj trzeba nadmienić, że kiedy my uważaliśmy trasę za dość prostą i mało wymagającą dyskusje naszych współtowarzyszy przy kolacjach były zupełnie inne: a określenie mordercza trasa, czy największy wysiłek w ich życiu kompletnie nas zaskoczyły. Fakt, w sumie nie każdy musi kochać góry i nie każdy musi lubić po nich chodzić, co więcej są na tym świecie ludzie młodzi, którzy nigdy w górach nie byli, – co ciężko nam było pojąć. 

Jeśli chodzi o samą trasę i okolicę to góry nie są wysokie wiec widoków nie było wspaniałych. Trasa biegła głownie lasem. Za to sam las potrafił być niesamowity. Zwłaszcza las bambusowy czy fragment lasu z bananowcami. Staraliśmy się iść zaraz za przewodnikiem, gdyż on, co jakiś raczył nas ciekawostkami związanymi z mijaną przyrodą czy zaobserwowanymi owadami. Ogromną atrakcją miało być pokazanie nam pól, gdzie uprawia się opium, co dla nas okazało się być tylko wspomnieniem z dzieciństwa, rosnących na polach czy sadzonych w ogródkach, maków.

Pierwszą noc spędzaliśmy w górskiej wiosce, śpiąc w jednym z bambusowych domków a wcześniej odwiedzając miejscowego szamana, który opowiadał nam historię mieszkańców oraz opisywał obowiązujące u nich zwyczaje. To plemię przywędrowało tutaj z Tybetu. Mieszkańcy formalnie nadal nie posiadają obywatelstwa tajskiego, dlatego nie obejmuje ich system opieki zdrowotnej czy edukacji i oświaty. Żyją z tego, co wyhodują a ich sytuacja prawna nadal nie jest jasna. Ciekawostką był zwyczaj związany ze ślubem. W trakcie uroczyście obchodzonych świąt spotykają się mieszkańcy różnych wiosek, odwiedzając się w zależności od tego, w której wiosce jest fiesta. Tym samym poznają się mieszkańcy obojga płci z różnych wiosek, potem łączą się w pary i planują wspólne życie. Jednak w ich kulturze, (z czym się chyba po raz pierwszy w życiu spotkaliśmy) to nie kobieta przeprowadza się do męża, jego domu i jego wioski tylko to właśnie mężczyzna przenosi się tam gdzie żyje i mieszka wybranka jego serca.        

Tego wieczora doświadczyliśmy oberwania chmury- chyba nigdy nie widzieliśmy tak szybko zmieniającej się pogody. Nagle niebo zrobiło się granatowo – czarne i podczas spaceru po wiosce, właśnie w drodze do domku szamana lunęło jak z cebra. Ulewa, która wydawałoby się, że nie będzie mieć końca. Jednak po kilkunastu minutach rzęsistego deszczu równie nagle jak zaczęło padać tak również przestało, niebo się rozjaśniło, powietrze orzeźwiło i mogliśmy oglądać niesamowity zachód słońca. 

Jedną z miejscowych atrakcji młodych, czy starszych chłopców jest strzelanie z ręcznie robionej procy. Zabawa, już u nas trochę zapomniana, choć co niektórzy mogą ją jeszcze pamiętać z dzieciństwa. Właśnie tutaj, podczas trekkingu mogliśmy sobie o niej przypomnieć sprawdzając swoje umiejętności w trafianiu do celu. Nasz przewodnik w wolnych chwilach robił proce tak, że ostatniego dnia każda para dostała swoja własną a na postojach trenowaliśmy strzelanie.

 Drugiego wieczora postanowiliśmy się trochę zintegrować z pozostałą częścią grupy i wytłumaczyć swoje zachowanie. Po tak długim czasie niewidzenia się nadal nie mogliśmy się nagadać. Cały czas pojawiały się nam nowe tematy do rozmów, opowieściom i śmiechom nie było końca. Chcąc nie chcąc cały czas rozmawialiśmy po polsku i dość mocno wyalienowaliśmy się z grupy. Dlatego też postanowiliśmy naszym współtowarzyszom drogi wytłumaczyć sytuację, żeby nie myśleli, iż Polacy to takie odludki i dziwolągi zamknięte tylko w swoim własnym towarzystwie. Jak dowiedzieli się, że nie widzieliśmy się ponad rok, że my jesteśmy jedenasty miesiąc w podróży i właśnie kilka dni wcześniej dołączyli do nas Kuba z Martą na wspólne trzy tygodnie podróżowania to było dla nich jasne, że większość czasu spędzamy rozmawiając tylko między sobą w ojczystym języku.

Ostatniego dnia w planie były praktycznie wszystkie atrakcje, czyli jeżdżenie na słoniach (fajne uczucie), prowizoryczny rafting i spływ rzeką na bambusowych tratwach. Trzeba przyznać, iż ta ostatnia atrakcja brzmiąca mało interesująco okazała się być niesamowitą. Przede wszystkim sam spływ był bardzo wolny, leniwy, pełen relaksu i opalania się, ale dodatkowo w jego trakcie napotkaliśmy na stado chłodzących się w rzece słoni i to był piękny widok.  Zarówno te duże słonie oblewające się wodą czy samice chlapiące swoje małe. Coś niesamowitego i to na wyciągnięcie ręki. Żałowaliśmy tylko, że nie zabraliśmy ze sobą aparatów.   

Po spływie, wczesnym popołudniem wracaliśmy już do Chiang Mai gdzie czekało nas wieczorno-nocne buszowanie po targowisku i robienie zakupów. Oczywiście, ze względu a odmienne tempo robienia zakupów oraz odmienne zainteresowania produktowe rozdzieliliśmy się z chłopakami, co jakiś czas tylko spotykając się celem uzyskania aprobaty własnych wyborów. Dziewczyny skupiły się na kupowaniu urn, mierzeniu bluzek czy sukienek. Natomiast chłopcy poza wybieraniem koszulek ze śmiesznymi nadrukami czy kupowaniem plecaków wymyślali coraz to nowe pomysły na biznes wypytując różnych sprzedawców o szczegóły handlowe, które musieli zaraz potem przedyskutować przy piwie, oczywiście nadal oczekując dziewcząt, które będą w zakupowym amoku nie mogły się przestać. Dopiero głód i wizja tygrysich krewetek, zwabiły ich do oczekujących chłopców. Kuba, miłośnik owoców morza podczas całego wspólnego podróżowania był dość monotematyczny w zamawianych potrawach. Owoce morza o każdej porze dnia i pod każdą postacią. Dlatego też oferowane tutaj (w bardzo korzystnych cenach) krewetki tygrysie były obowiązkowym punktem programu:). To jest bazar nocny wiec, kiedy około północy wracaliśmy do hotelu byliśmy już nieźle zmęczeni, ale za to z pełnymi plecakami zakupów, z czego dziewczyny były najbardziej zadowolone.

Następnego dnia autobus do Bangkoku mieliśmy około 18: 00. Rano Kuba z Martą odebrali swoje garnitury, które zaraz potem, razem z większością kupionych wcześniej pamiątek swoich i naszych wysłali do Polski. Zrobiliśmy sobie też mały spacer – z obowiązkowym przystankiem na „mango sticky rice” a potem, relaksując się przed całonocną podróżą siedzieliśmy w hotelowym basenie by po południu ruszyć na południe, w kierunku Bangkoku. 

 

 

Zdjęcia, fotki, stopklatki, nasze chwile, momenty...

 

  Tajlandia -2008.03.17-20 Chiang Mai

2008.03.17-20 Chiang Mai - Album Zdjęć      2008.03.17-20 Chiang Mai - Pokaz Slajdów