Luang Prabang


 

Włóczykije Round The World Expedition / Wyprawa z Włóczykijami dookoła świata

 

 Azja Południowo - Wschodnia

Strona Główna

Luang Prabang - Laotańska perełka

 

2008.03.06-15

 

Zaczęliśmy od noclegu. Podobno baza hotelowa jest tutaj ogromna ale ze względu na sezon turystyczny wieczorami znalezienie noclegu (w przystępnych cenach) może być już trudniejsze. Według rad napotkanych wcześniej na trasie podróżników powinniśmy oddalić się od samego centrum i tam szukać tańszych pokoi. Na początek jednak wyszliśmy z przystani celem zorientowania się trochę w mieście. Tutaj zaskoczyła nas ilość ludzi i ogromne targowisko z pamiątkami oraz regionalnymi wyrobami. Ulica, na którą weszliśmy była zamknięta dla ruchu i na całej jej długości oraz szerokości porozkładane były stragany. Jak się potem zorientowaliśmy taki wieczorny bazar odbywa się każdego dnia na kilku uliczkach w centrum nadając miasteczku niepowtarzalnego klimatu. Próbując przeciskać się pomiędzy spacerującymi turystami, straganami pytaliśmy o noclegi i w sumie już w drugim hotelu znalazł się wolny pokój (10$), w którym zostaliśmy. 

 

W planie na ten wieczór było skontaktowanie się z Łukaszem, któremu w sumie nie daliśmy znać, że dotrzemy do Luang Prabang a wysyłane smsy do niego nie docierały- widocznie nie miał tutaj sieci. Napisaliśmy więc maila, że jesteśmy i czekamy na kontakt a w międzyczasie ruszyliśmy eksplorować miasteczko, zjeść kolacje i rozglądać się czy przypadkiem gdzieś go nie spotkamy. Słysząc gdzieniegdzie polską mowę zagadywaliśmy ludzi z pytaniem czy nie są na zorganizowanej wycieczce z przewodnikiem Łukaszem. W ten sposób dowiedzieliśmy się, że jest jeszcze jakaś grupa Polaków z przewodnikiem, która właśnie je kolację w restauracji takiej a takiej i zanim dostaliśmy od naszego znajomego jakiekolwiek informacje sami go w miasteczku znaleźliśmy. Tutaj trzeba wyobrazić sobie klimat tego miejsca. Luang Prabang jest laotańską perełką znajdującą się na trasie każdego turysty odwiedzającego te rejony świata. Centrum a właściwie główna ulica pełna jest przeróżnych hotelików, wspaniałych klimatycznych restauracyjek, w których zatrzymują się i stołują tylko turyści, biur podróży zapewniających turystom wszelkie możliwe atrakcje, których ceny kilkukrotnie przewyższają ich rzeczywistą wartość. Miasteczko to, podobnie jak Siem Reap w Kambodży nie ma nic wspólnego z resztą kraju, jego poziomem życia i jest kompletnie oderwane od laotańskiej rzeczywistości. Ma jednak swój specyficzny klimat, ale na jego podstawie nie można kreować wyobrażenia o reszcie kraju.  Znając laotańskie realia, w Luang Prabang nagle szokują człowieka zachodnioeuropejskie ceny w restauracjach czy hotelach. Na szczęście obok tych turystycznych miejsc są również takie, gdzie żywią się miejscowi ludzie, gdzie ceny są przystępne a nawet bardzo niskie a potrawy smakują wyśmienicie.

 

Grupa Łukasza zatrzymywała się tutaj na dwa dość intensywne dni a my zostawiając sobie zwiedzanie na inny termin spędziliśmy razem dwa wieczory i dołączyliśmy do nich na wycieczkę do pobliskich wodospadów, w których można się również wykąpać. Miło tak porozmawiać z większą ilością ludzi w ojczystym języku jednak podróżowanie w zorganizowanej grupie, z zaplanowaną dokładnie trasą to nie do końca dla nas, chyba, że sami byśmy taki wyjazd organizowali. Podobnie jak w całym Laosie wszystkie knajpy w Luang Prabang zamykane są o godzinie 23:00. Jedyne miejsce, otwarte po tej godzinie to kręgielnia oddalona kilka kilometrów od centrum. W okolicach północy wszyscy tuktukowcy zaczepiają turystów oferując podwiezienie na kręgle. Właściciel musiał komuś dość mocno posmarować, skoro w tak turystycznym miejscu jest to jedyny otwarty po 24: 00 lokal, gdzie można się jeszcze napić piwa. Oczywiście na miejscu nie było ani jednego Laotańczyka - za wyjątkiem tych z obsługi. Zresztą samo wyobrażenie „kręgle” w Laosie brzmi jak z kosmosu. Jednak spotkanie ze znajomymi na drugim końcu świata trudno zakończyć o godzinie 23: 00 więc pojechaliśmy zagrać w kręgle.

Po dwóch dniach Łukasz ze swoją grupą pojechali dalej a my zaczęliśmy się zastanawiać co teraz... w planie były góry i mniejszości etniczne w północno zachodnim regionie kraju. Pojawiło się jednak jedno ale... Niby tylko jedno ale jakże istotne. Transport w tym kraju nie należy do najbardziej komfortowego na świecie, odległości niby nie są ogromne, ale czas dojazdu jest bardzo długi. Tak naprawdę zjechaliśmy na południe do Luang Prabang celem spotkania się z Łukaszem. Teraz, żeby zrealizować wcześniejszy plan znowu musielibyśmy jechać na północ przez kilkanaście godzin. Najgorsze, że miasteczko, do którego dojechalibyśmy autobusem było dopiero miejscem wypadowym i punktem startowym do eksplorowania okolicy, co się wiąże z kolejnymi godzinami w drodze. A okolicę najlepiej poznać wraz z wynajętym regionalnym przewodnikiem.  Podobno jest to najpiękniejszy region Laosu, więc to nas kusiło jednak myśl o kolejnych kilkunastu godzinach w podróży była mocno zniechęcająca tym bardziej, że za tydzień byliśmy znowu umówieni z przyjaciółmi w Luang Prabang i potem we czwórkę mieliśmy jechać do Tajlandii a właściwie mieliśmy płynąć dwa dni łódką w górę Mekongu do granicy z Tajlandią. Najgorsze, że Luang Prabang jest w takim miejscu, że w każdą stronę, do kolejnej atrakcji kraju jest minimum 9-11 godzin drogi autobusem przez góry albo łódką wzdłuż rzeki. Po ostatniej podróży łódką i wcześniejszej 15 godzinnej autobusem mieliśmy dość. Potrzebowaliśmy się zatrzymać, nie myśleć  o łódkach, autobusach, busach czy innych środkach transportu przez następne kilka dni. Postanowiliśmy więc nie ruszać się z miasteczka i tutaj nadrabiając zdjęcia, relacje, czytając ksiązki, odpoczywając od podróżowania spokojnie czekać na Martę i Kubę. Zawsze potem będziemy mieli po co wracać do Laosu. Północno-zachodni region na dzień dzisiejszy zostanie przez nas nie zeksplorowany.

Luang Prabang słynie z dziesiątek buddyjskich świątyń, w których żyje setki mnichów tak charakterystycznych dla tego miasteczka. Odwiecznym rytuałem mnichów jest poranne zbieranie jałmużny, które przy tak ogromnej ilości świątyń i samych mnichów jest niezwykłym zjawiskiem. W okolicach 6:30 rano mnisi wychodzą ze wszystkich świątyń i przechodząc ulicami miasteczka zbierają od wiernych jałmużnę. Ze względu na tłumy turystów wielu zwietrzyło na tym biznes i sprzedaje chętnym całe zestawy do składania mnichom ofiar. W związku z tym na głównej ulicy całe grupy wycieczkowe ustawiają się w rządkach i traktują to, jako swoistą atrakcję. Wystarczy jednak wejść w boczną uliczkę i wówczas ofiarodawcami są mieszkańcy miasteczka, dla których jest to święty rytuał odprawiany z należytą czcią, w odpowiedni sposób i z szacunkiem. Widok naprawdę warty porannej pobudki, którą fundowaliśmy sobie nawet kilkukrotnie.

Kolejną atrakcją miasteczka jak i całego Laosu są salony masażu, spa i wszelkich możliwych zabiegów kosmetycznych, które ze względu na ilość turystów bardzo dobrze w tym miejscu prosperują i cały czas się rozwijają. Ceny są tutaj bardzo przystępne a porównując do Europy można powiedzieć, że bardzo niskie, zwłaszcza przy obecnym kursie wymiany dolara, z którym związana jest cała Południowo-Wschodznia Azja (przykładowo: godzinny masaż całego ciała 4 - 5$).  

        

Większość z przyjezdnych miejscowy targ żywności potraktuje jako ciekawostkę ze świata, którą należy zobaczyć, porobić zdjęcia i kategorycznie niczego nie próbować, co jest największym błędem podróżowania, gdyż właśnie w takich miejscach poznaje się smaki danego kraju i próbuje najlepszych potraw. Nie wspominając już o tym, że serwowane w takim miejscu potrawy są świeże czego nie można być pewnym w często dużo droższych i bardziej eleganckich restauracjach. Na straganach człowiek widzi jak potrawy te są przygotowywane i jakich składników się do nich używa. Wielu turystów twierdzi, że warunki są niehigieniczne, że w straganowych restauracjach naczynia myte są w wiaderku z wodą, która nie jest za każdym razem wymieniana. Zawsze wtedy pytamy czy mają pojecie jak wygląda zaplecze eleganckich restauracji, w których jadają? Tutaj, w Azji to są ogólne normy i zasady przygotowywania posiłków. Jedyna różnica polega na ładnym podaniu do stolika, którego często przy straganach nie ma. Jednak cały proces przygotowywania, mycia naczyń, sprzątania czy to na straganach czy na zapleczy dobrej restauracji jest bardzo podobny. Często toalety w restauracjach znajdują się gdzieś na zapleczu i żeby do nich dotrzeć przechodzi się przez kuchnie. Jeżeli ktoś boi się jadania na straganach i nam nie wierzy niech czasami sprawdza zaplecze ładnie wyglądających restauracji... Kolejna zaleta straganów jest taka, że wybór może jest niewielki, ale właściciele otwierają je mając świeże produkty do przygotowania potraw a kiedy wszystko się sprzeda kramik się zamyka, żeby otworzyć go ponownie następnego dnia po zakupieniu świeżych i nowych składników. Tutaj żywi się cała miejscowa ludność więc jedzenie musi być dobre, świeże i tanie. Właśnie tutaj na bazarze znaleźliśmy kramik z najlepszą w miasteczku (a nawet w całym Laosie) zupą oraz przepyszne grilowane ryby podawane na liściu bananowca czy przewyborne kurczaki (tutaj nie ma ferm i te grilowane wcześniej biegały po podwórkach a nie siedziały w klatkach i były faszerowane karmą). Tutaj też można znaleźć i spróbować trochę bardziej zwydziwianych lokalnych potraw jak na przykład grilowanych szczurów. My jednak nie czuliśmy potrzeby takich degustacji i w zupełności wystarczyło nam oglądanie tego typu przysmaków.

Kolejną ciekawą rzeczą jest pakowanie wszystkiego w woreczki czy reklamówki. Ludzie miejscowi raczej w domach nie gotują a wracając z pracy zatrzymują się na targu i kupują obiady dla pozostałych domowników. Więc widok pakowania zupy, mieszanek przypraw, ziół, makaronu, mięsa czy ryżu do maleńkich woreczków związanych gumką recepturką a potem do większych reklamówek jest na porządku dziennym i czymś naturalnym. Tak właśnie kupowaliśmy gorące mleko sojowe, które rano było sprzedawane na jednym ze straganów. Pani nalewała je do woreczka, dodawała tam miodu, wkładała tam słomkę do picia i wszystko zawiązywała gumką. Pozostałością po Francuzach i dostosowaniem się do wykreowanego przez turystów popytu są sprzedawane na straganach świeże bagietki z warzywami, kurczakiem czy tuńczykiem. Poza tym na jednym ze stoisk znajdujących się niedaleko naszego hostelu pani sprzedawała napoje, w tym gorącą kawę oraz zieloną herbatę. W Laosie do porannej mocnej kawy podawana jest zwykle darmowa zielona herbata. Na śniadanie zamawialiśmy zawsze dwie kawki. Pani pakowała nam je do plastikowego koszyczka, razem z dwoma zielonymi herbatami a my w hotelu spożywaliśmy je na przyjemnym tarasie oddając potem pożyczone naczynia i koszyczek.               

 

Kiedy dołączyli do nas Marta z Kubą poza posiłkami w restauracjach nie omieszkaliśmy zabrać ich na targ, gdzie mieliśmy już swoje ulubione stragany z pysznymi miejscowymi potrawami, które im również bardzo zasmakowały. Wówczas dokończyliśmy też zwiedzania miasteczka, gdyż cześć zabytków zostawiliśmy sobie na wspólnie spędzane dni a co najważniejsze Dominika wreszcie mogła spokojnie razem z Martą wybrać się na zakupy. Pod tym względem Luang Prabang jest idealny, więc dziewczyny ostatni wieczór zostawiły sobie na przemierzanie setek straganów, straganików, wyboru pamiątek, przeglądania oferowanych wyrobów, targowaniu się i delektowaniu się samym procesem kupowania prezentów. Chłopcy z niekłamaną przyjemnością zajęli się wspólnym piwem i dyskusjami więc dziewczyny mogły spokojnie, bez żadnych ponagleń buszować po straganach by po kilku godzinach, usatysfakcjonowane zakupami dołączyć do mężów. W Laosie jest taki rytuał, że po sprzedaniu pierwszego produktu w danym dniu handlarz uderza na szczęście zarobionymi pieniędzmi we wszystkie oferowane na swoim straganie produkty powtarzając „Lucky, lucky, lukcy....” (szczęście, szczęście, szczęście...). Mimo ogromnej ilości turystów straganów też są tutaj setki i nie każdy sprzedawca ma danego dnia tyle szczęścia, żeby cokolwiek zarobić. W związku z tym dziewczyny starały się kupować po jednej, dwóch rzeczach na różnych straganach (tym bardziej, że gama produktów się powtarza) tym samym dając zarobić jak największej liczbie osób i mogąc obserwować ten sympatyczny rytuał.

Przez ten tydzień, do przyjazdu Marty i Kuby zdążyliśmy już trochę od podróżowania odpocząć jednak opcja jaką dużo wcześniej we czwórkę zaplanowaliśmy nadal nam się średnio podobała. Dwa całe dnie spędzone na łódce celem dotarcia do granicy z Tajlandią wydawały nam się zbyt długie i męczące. Alternatywą zwykłej, powolnej łodzi zabierającej na pokład kilkadziesiąt osób, którą płynie się przez dwa dni po 9 godzin dziennie była tzw.: „speed boat”, która pokonuje tą trasę w 7 godzin w ciągu jednego dnia. Do takiej łódki wchodzi 4-6 osób. Naczytaliśmy się różnych historii na ten temat a zwłaszcza odradzania tego rozwiązania przez Lonely Planet. Wypytywaliśmy również wielu turystów co o tym myślą, czy tym transportem jechali i na ile jest on bezpieczny. Tak naprawdę, większość miała jedynie wiedzę z przewodnika i jedynie na tym opierała swoje opinie. Obeszliśmy wszystkie biura podróży wypytując o bezpieczeństwo, szperaliśmy po internecie i tak naprawdę nie znaleźliśmy, żadnych konkretnych informacji o jakichkolwiek wypadkach. Przez dwa dni głowiliśmy się całą czwórka co wybrać ale wreszcie chęć skrócenia podróży i oszczędzenia jednego dnia wzięły górę i zdecydowaliśmy się na „speed boat”.

 

Z Luang Prabang do Chiang Mai

2008.03.16

Niedzielnego ranka z duszą na ramieniu wsiadaliśmy do tuk- tuka, który zawiózł nas do oddalonej o kilka kilometrów przystani łódek „speed boat”. Nikt głośno nie przyznawał, że w sumie to do końca nie wiemy na ile ta wyprawa jest bezpieczna i czy dobrze robimy. Z drugiej jednak strony żadna z osób, które tą wyprawę odradzały taką łódką nie płynęła i opierała swoje zdanie jedynie na tekście w Lonely Planet. Na przystani była jeszcze jedna para Francuzów, więc od razu zrobiło się nam raźniej a oprócz tego sami autochtoni. Skoro oni sami pływają łódkami to nie mogą być tak niebezpieczne.

Sternik wpakował nasze plecaki, wskazał nasze miejsca, zatankowaliśmy łódkę, założyliśmy kamizelki, kaski, złapaliśmy się burty i silnik został odpalony. Trzeba przyznać, że łódka sunęła, a właściwie ślizgała się po wodzie z niesamowitą prędkością (podobno nawet do 70 km na godzinę). Rozmawiać się nie dało, ruszyć się było ciężko, ale za to krajobrazy były piękne a najlepsze, że przy takiej prędkości w ogóle się nie nudziły. Cały czas było coś interesującego, jednak gdybyśmy mieli ten odcinek pokonać w dwa dni umieralibyśmy z nudów. Postój na obiad mieliśmy w miejscu, gdzie zwykłe, powolne łódki zatrzymują się na nocleg a tymczasem my o godzinie 17 byliśmy już na granicy z Tajlandią. Trzeba przyznać, że nie było źle a wręcz przeciwnie, niesamowite wrażenia. Wolimy nie wnikać, co by było, gdyby taka łódeczka napłynęła na jakaś wystającą z wody skałę. Nam wystarczy, że dotarliśmy do granicy, pooglądaliśmy widoki wokół rzeki a na łódce spędziliśmy 7 zamiast 16 godzin. Najlepsze, że jeszcze tego samego dnia przekroczyliśmy granicę i zdążyliśmy na ostatniego busa do Chang Mai. Wystarczyło przekroczyć rzekę, by przekonać się o innym standardzie kraju. Busik był czysty, klimatyzowany, wygodny i najważniejsze, że zbierał tylko taką ilość osób ile miał w środku miejsc. Podobnego szoku doznaliśmy na postoju, przy stacji benzynowej, gdy weszliśmy do przystacyjnego sklepu i nie wiedzieliśmy, co kupić – były tam batony, czekoladki, lody, chipsy. Po prostu wszystko, co standardowo w takich miejscach się znajduje i znaleźć powinno. Jednak po miesięcznym pobycie w przeróżnych częściach Laosu, wcześniej Kambodży było to dla nas takie dziwne, że wszystko, co lubimy, co znamy jest dostępne i cieszyliśmy się jak dzieci na myśl o ulubionym lodzie czy Kinder Bueno. Nawet nie zdawaliśmy sprawy jak takie małe rzeczy mogą cieszyć.

Jeszcze przed północą dotarliśmy do Chiang Mai. Nawet nie musieliśmy się zastanawiać gdzie będziemy spać, gdyż kierowca sam podjechał pod hotel, który okazał się całkiem w porządku, z przyzwoitą ceną, blisko centrum, i w nim, po tak intensywnym, pełnym wrażeń dniu zostaliśmy na noc. Wszystko się dobrze poukładało i zamiast planowanych 2,5 dni podróży trasę tą pokonaliśmy w ciągu jednego dnia. Idealnie, gdyż następnego dnia, po należytym wypoczynku mogliśmy na spokojnie zwiedzić sobie miasteczko i zastanowić się, co dalej… 

 

 

Zdjęcia, fotki, stopklatki, nasze chwile, momenty...

 

 Laos -2008.03.06-15 Mnisi z Luang Prabang



2008.03.06-15 Mnisi z Luang Prabang - Album Zdjęć

2008.03.06-15 Mnisi z Luang Prabang - Pokaz Slajdów

 

Laos -2008.03.06-15 Luang Prabang


2008.03.06-15 Luang Prabang - Album Zdjęć      2008.03.06-15 Luang Prabang - Pokaz Slajdów

 

Laos - 2008.03.07 Wodospad Kuang Si


2008.03.07 Wodospad Kuang Si - Album Zdjęć      2008.03.07 Wodospad Kuang Si - Pokaz Slajdów

 

Laos - 2008.03.06 Z Nong Khiaw do Luang Prabang

Z Nong Khiaw do Luang Prabang - Album Zdjęć      Z Nong Khiaw do Luang Prabang - Pokaz Slajdów