Nong Khiaw oraz Muang Ngoi Neua


 

Włóczykije Round The World Expedition / Wyprawa z Włóczykijami dookoła świata

 

 Azja Południowo - Wschodnia

Strona Główna

Nong Khiaw i Muang Ngoi Neua 

 

2008.03.01-06

 

Wysiedliśmy w Nongh Khiaw i kiedy autobus oświetlając drogę odjechał zrobiło się całkiem ciemno z wyjątkiem światła księżyca, gwiazd i palonych śmieci gdzieś przy drodze. Autobus praktycznie minął wioskę więc w oddali widać było gdzieniegdzie jeszcze światła lamp. Ruszyliśmy w tamtym kierunku, na ulicy żywego ducha nie było a my musieliśmy znaleźć miejsce do spania. Tutaj wioski zasypiają najpózniej o godzinie 22:00 i znalezienie otwartego miejsca po tej godzinie czasami graniczy z cudem. Zwłaszcza jeżeli generatory prądu funkcjnują tylko przez kilka godzin wieczorową porą. Dochodziła 23:00 i trochę się obawialiśmy, że za chwilę mogą całkiem wyłączyć w wiosce prąd więc przyspieszyliśmy kroku aby jak najszybciej znaleźć hostel. Helmut był w tej miejscowości kilka lat temu więc miał rozeznane gdzie mniej więcej znajdują się hostele. W dwóch czy trzech pierwszych nikt nie otwierał. Na szczęście w kolejnym był jeszcze włączony telewizor i ktoś go oglądał. Odetchnęlismy z ulgą i zalogowaliśmy się do dwóch bambusowych domków zaraz nad samą rzeką. Potem dostaliśmy jeszcze po piwku i siedząc na tarasie, wspominając piętnastogodzinną podróż odpoczywaliśmy. Nastepnego ranka nie mieliśmy zamirau nigdzie się ruszać. Trzeba było odpocząć po takiej jeździe, tym bardziej, że kiedy zza gór wyszło słonce zrobił się naprawdę ładny i ciepły dzień, za czym po ostatnich przeraźliwie zimnych dniach bardzo się stęskniliśmy. Zrobiliśmy sobie kilkukilometrowy spacer do pobliskiej jaskini, delektowaliśmy się ciszą i spokojem miejsca, zrobiliśmy pranie a wieczorem skorzystaliśmy z ziołowej sauny (1$ od osoby), które w tym kraju bardzo nam się spodobały.

Tutaj już było dużo wiecej turystów niż w Phonsavan czy Xam Neu więc mimo, że wioska jest mniejsza niż tamte miasteczka posiada kilka przyjemnych restauracyjek i więcej miejsc noclegowych.  Miejsce to jest na typowym przystankiem w trakcie jazdy na północny zachód lub do Muang Ngoi Neua (godiznę łódką w górę rzeki Nam Ou), do której my sami też się wybieraliśmy. Właściwie praktycznie wszyscy turysci zmierzali potem w tamtym kierunku i każdego ranka łódka pełna „farangów” (białych) płynęła do maleńkiej wioski Muang Ngoi Neua, gdzie nie ma już mechanicznych pojazdów, można dostać się tam jedynie rzeką a stamtąd ścieżkami dotrzeć do odleglejszych, jeszcze mniejszych górskich wiosek.

Muang Mgoi Neua składa się praktycznie z jednej gruntowej drogi wzdłuż której znajdują się gospodarstwa z których większość posiada po kilka prostych, bambusowych domków do wynajęcia turystom, kilka prostych restauracji, sklepików z podstawowymi produktami i buddyjska świątynia. Po znalezieniu domku na następne kilka dni ruszyliśmy na spacer po wiosce zatrzymując się na kawę z poznanym na łódce straszym austriakiem a potem na laotańską zupę w najbardziej lokalnie wyglądającym barze na samym końcu ulicy. Zdziwiło nas, że miejsce wyglądało jak wymarłe. Poza kilkoma białymi kręcącymi się po ulicy praktycznie ciężko było spotkać lokalnego człowieka. W sumie było wczesne popołudnie, najcieplejsza część dnia, trwała właśnie sjesta więc typowo laotańskim zwyczajem ludzie odpoczywali i gdzieś w cieniu ucinali sobie południową drzemkę. W barze, który wybraliśmy na posiłek trwało właśnie żeńskie spotkanie i zacięta gra w karty na pieniądze. Aż głupio nam było przerywać, gdyż gospodyni musiała wypaść z rundy na kilka chwil celem przygotowania naszego posiłku. Jak się potem okazało takie spotkania odbywały się tutaj codziennie. W okolicach południa schodziły się kobiety z maluńkimi dziećmi, które leżały w pieluchach obok albo bawiły się przy mamach, które przez kilka godzin prowadziły zacięte karciane rozgrywki. Tak nam się to miejsce spodobało, że codziennnie przerywaliśmy im tę grę i przychodzili tam na kawę, naleśniki czy zupkę. Gospodyni serwowała nam jeszcze dodatkowo jaśminową herbatkę albo podrzucała po bananie na deserek a potem szybko wracała do przerwanej gry z koleżankami. Tak zastanawiał nas wiek tych matek, gdyż wiekszość wyglądała bardzo młodo ale już zorientowaliśmy się, że w tej częsci świata nie trafiamy z szacowaniem wieku po wyglądzie i czasem dziewczyna może byc dużo starsza niż nam się wydaje albo całkiem odwrotnie. We wsi trwały właśnie zbiory czosnku, gdyż na całej długości i szerokości ulicy rozłożone były płachty z suszącym się na słońcu czosnkeim. Poza tym, na płotach i przydomowych sznurach suszyła sie też rzeczna trawa, porozkładana na pustych workach na zboże czy ryż. Zdążyliśmy się już dowiedzieć, że trawa ta (seaweed) jest typowym regionalnym przysmakiem, posiłkiem i będąc tutaj należy przynajmniej raz jej skosztować. Trawę taką wyławia się z rzeki, następnie rozkłada na pustych workach po zbożu czy ryżu. Kolejny etap jej przygotowania to ubijanie jej patykiem tak by wylała się z niej woda i wszystkie soki a sama trawa płasko przylgneła do pustych worków. Natępnie taką ubitą trawę posypuje się sezamem i rozwiesza na płotach czy sznurach do wysuszenia na słońcu. Potem cudo to smarzy się na patelni i serwuje do jedzenia. Z piwem smakuje całkiem ok. Trochę jak chipsy  tylko potem w ustach trochę i robi się glonowate ale w sumie wygląda gorzej niż smakuje.

W okolicach zachodu słońca (który z powodu otaczających gór jest tutaj dość wczesny) wszyscy udają się w kierunku rzeki celem wymycia się. Przyglądaliśmy się temu z zainteresowaniem zauważając, że przykładwowo kobiety myły włosy najpierw proszkiem do prania a dopiero potem nakładały szampon z saszetki. Tutaj też sprawdza się zasada, że im biedniejszy kraj tym opakowania sprzedawanych produktów są mniejsze. Przykładowo szampony, proszki czy inne kosmetyki są w miniaturowych opakowaniach a najczęściej w niewielkich saszetkach. W takich miejscach łatwiej jest uzbierać pieniądze na pojedynczą saszetkę niż na cały duży szampon do włosów więc większe opakowania po prostu się nie sprzedają i nie mają racji bytu. Wieczorem wioska ożywa, pojawiają się na ulicach ludzie, biegają dzieciaki, rozkłada się kilka straganów z pożywieniem dla miejscowych. W sumie wygląda to na jakąś lokalną imprezę. Na środku ulicy stoi kilka stołów, zbiera się sporo ludzi i serwuje ryż z kurczakiem i zupę suto zakrapiane ryżową wódką lao lao. W tym miejscu skupia się wiekszość miejscowych osób a biali spędzają czas w kilku okolicznych restauracyjkach. Po zachodzie słońca robi się dość rześko więc dodatkwo, w kilku miejscach rozpala się na drodze ogniska, przy których ogrzewają się ludzie. Wieczorami, na dwie czy trzy godziny włącza się w wiosce prąd i do dziewiątej, najwyżej dziesiątej kwitnie „życie nocne” a potem miejsce cichnie, wszystko gaśnie i dobrze jest mieć ze sobą jakąś latarkę, żeby trafić do własnego domku. Za to o świcie ciężko jest spać, gdyż pierwsze koguty oddzywają się koło 4 rano. O 7, 8 rano kury, kaczki, świnie a czasami grasowanie po ogródkach „wodnych buffalos” – jest naprawdę głośno, głośniej niż potem w ciągu całego dnia – taka typowa podwórkowa poranna krzątanina. Zresztą, wczesnym rankiem nie tylko zagrody tętnią życiem ale również sama wioska. Na głownej ulicy ciężko jest przejść. O poranku trwa sprzątanie i zamiatanie po wieczornych ogniskach. W kilku miejscach rozstawione są stragany z gorącą laotańską zupą, którą wszyscy jedzą na śniadanie. Wygląda jakby codziennie inne rodziny gotowały, potem wystawiały gary na ulicy i cała wioska przychodziła tam się żywić kupując posiłek za niewielkie pieniądze. Jeśli ktoś nie mógł stawić się na straganie osobiście pakowano mu zupę, warzywa i przyprawy w osobne woreczki i jeszcze ciepły posiłek niesiono do domu. W sumie są tylko dwa stałe stragany a poza tym zupy wystawione są codziennie w innym miejscu i codziennie serwowane przez inne kobiety. Dodatkowo wczesnym rankiem można też kupić sepcjalny deserek- coś na kształt kilku różnych zimnych budyniów, galaretek polanych miodem i słodkim skondensowanym mlekiem. Przy tym straganie dominują najmłodsi, którzy zabierają takie deserki zapakowane w woreczki do szkoły, na drugie śniadanie. Byliśmy w szoku, gdyż takiego oblicza wioski jeszcze nie widzieliśmy tym bardziej, że w okolicach dziewiątej rano, kiedy przebywający tutaj biali w większości się budzili i wstawali znowu wszystko było ciche spokojne i prawie puste. Najlepsze, że nie można było już kupić tych porannych posiłków, gdyż wszystkie stragany były juz poskładane a że Tomkowi bardzo zasmakował galaretkowaty deser więc codziennie wstawaliśmy na tyle wcześnie, żeby udało się go jeszcze zjeść.

W trakcie jednego z wioskowych spacerów trafilismy również pod szkołę i wówczas przypomniały nam się typowe prace społeczne z dawnych czasów w Polsce. Akurat była sobota więc zamiast lekcji przez cały dzień budowano nowy szkolny budynek. Obecna szkoła, w której aktualnie prowadzi się zajęcia jest bambusowa, nowa będzie dużo większa i już murowana. W ramach prac społecznych w pomoc zaangażowane są wszystkie dzieci i to one noszą wiaderka z piaskiem, mieszają beton czy pomagają znosić suszące się cegły. Poza tym jednego dnia wybralismy się też na trekking po okolicy i wówczas zobaczyliśmy gdzie w ciągu dnia znika cała wioska. Wszyscy zaangażowani są w budowanie drogi. Muang Ngoi Neua z pozostałymi mniejszymi wioskami połączone jest jedynie waską ścieżką prowadzacą górską doliną. W związku z tym trasnport zboża czy jakichkolwiek innych towarów jest dość kłopotliwy. Wygląda na to, iż teraz mieszkańcy okolicznych wiosek wspólnymi siłami budują szersze drogi gruntowe które będą w stanie zmieścić przynajmniej wóz. Zresztą, jeżeli sami drogi nie zrobią to po prostu nie będą jej mieli. Idąc w kierunku kolejnych oddalonych górskich wiosek natrafiliśmy na dość szeroką dolinę, wykorzystywaną pod uprawę ryżu, gdzie na własne oczy mogliśmy się przekonać o zagrożeniu niewybuchami. Cały oddział wojskowy zaangażowany był w sprawdzanie miejscowych pól i oczyszczanie ich z ewentualnych niewybuchów przed kolejnym sezonem rolniczym. Troche nas to przeraziło i nie byliśmy pewni czy przejście jest bezpieczne jednak wojskowi wskazując ścieżkę kiwali potakująco głowami. W związku z tym trzymając się ściezki poszliśmy dalej odwiedzając dwie niewielkie górskie wioski, w których w sumie można też zostać na noc ale my zdecydowalismy się wrócic jeszcze tego samego dnia. Zastanawialiśmy się nad kilkudniowym trekkingiem i nocowaniem gdzieś po drodze ale okolica nie zrobiła na nas piorunujacego wrażenia i w sumie trasa prowadzi głownie dolinkami i ściezkami łaczącymi poszczeólne wioski więc po przedyskutowaniu za i przeciw postanowiliśmy wrócić i następnego dnia pojechać już do Luang Prabang, gdzie nasz kolega Łukasz (pilot wycieczek po Azji) miał przyjechać z prowadzoną przez siebie grupą Polaków. W Polsce, przez ostatnie kilka lat jakoś ciężko było nam się spotkac więc czemu nie zrobić tego w Laosie, skoro nadaża się ku temu okazja?    

Jak postanowiliśmy tak też zrobiliśmy i w czwartek rano spakowaliśmy plecaki i wsiedli na łódkę do Nong Khiaw a potem przesiedliśmy się na kolejną do Luang Prabang. Wszyscy nam polecali przebycie tego odcinka łódką ze względu na piekne widoki, przypominające nam trochę polski przełom Dunajca. Oczywiście skusiliśmy się na łódkę. Widoki owszem były piękne tylko jak zawsze przestają cżłowieka interesować po kilku godzinach płynięcia, zwłaszcza jeżeli siedzi się na niewygodnej, drewnianej ławce i z niewielką możliwością zmiany pozycji. Po dziewięciogodzinnej podróży łódką dotarliśmy do laotańskiej perełki – Luang Prabang. Byliśmy bardzo zmęczeni ale sił na szczęście na spotkanie z Łukaszem i jego grupą nam nie zabrakło.

 

 

Zdjęcia, fotki, stopklatki, nasze chwile, momenty...

 

Nong Khiaw i Muang Ngoi Neua - 2008.03.01-06

Nong Khiaw i Muang Ngoi Neua - Album Zdjęć      Nong Khiaw i Muang Ngoi Neua - Pokaz Slajdów