Xam Neua oraz Vieng Xai


 

Włóczykije Round The World Expedition / Wyprawa z Włóczykijami dookoła świata

 

 Azja Południowo - Wschodnia

Strona Główna

Xam Neua, Vieng Xai

 

2008.02.28-03.01 

 

W czwartkowe popołudnie dotarliśmy do Xam Neua, stolicy prowincji Hua Phan, prowincji która jest najrzadziej odwiedzana przez turystów. Wysiedliśmy z autobusu i podszedł do nas jeden z tuktukowców, do którego się we czwórkę zapakowaliśmy. Nie pamiętamy czy mówiliśmy mu, że chcemy jechać do centrum, hostelu, miasta, bazaru miejskiego ale na pewno coś w tym stylu. Kierowca pokiwał głową i ruszył. Byliśmy zaaferowani rozmową więc nie zwracaliśmy zbytniej uwagi, gdzie jedzie. W każdym razie mijaliśmy jakieś zabudowania a potem znowu było pusto i kiedy nasz tuk tuk się zatrzymał zorientowaliśmy się, że jesteśmy znowu na jakimś placu, gdzieś pośrodku niczego. Mieliśmy chyba bardzo zdziwione miny i pytaliśmy go o co chodzi, gdzie jesteśmy i że chcieliśmy do centrum, na co on kiwał głową i się uśmiechał. Wreszcie znalazł się inny kierowca, który zrozumiał pokazywane przez nas na mapie nazwy hostelu, bazaru czy czegoś innego i ze śmiechem wytłumaczył naszemu o co nam chodzi. Ten złapał się za głowę i zaczął nas przepraszać, że nie zrozumiał. Zawiózł nas z jednego dworca autobusowego znajdującego się poza miastem na drugi czy trzeci też będący całkiem poza miastem. Teraz już wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem i tym razem kierowca zawiózł już nas do celu. Zbytniego wyboru nie mieliśmy, gdyż w miasteczku znajdują się dwa czy trzy hostele więc po sprawdzeniu pokoi w pierwszym, który był ok, Dominika z Johaną zostały na recepcji z plecakami a chłopcy poszli na szybki rekonesans pozostałych miejsc noclegowych. Na zewnątrz było potwornie zimno więc dziewczyny chętnie skorzystały z laotańskiego zwyczaju picia ciepłej zielonej herbaty wszędzie, o każdej porze dnia i nocy, która najczęściej jest serwowana za darmo. Tak też było w naszym hotelu, gdzie na recepcji siedziało również trzech innych białych próbujących się rozgrzać oferowaną herbatą więc kiedy wrócili chłopcy dziewczyny były już pogrążone w dyskusjach. Pierwszy wybór hostelu okazał się bardzo trafny więc chłopcy wynegocjowali tylko dodatkowe koce i mogliśmy zanieść plecaki. W międzyczasie dyskusje z nowopoznanymi osobami (dwóch niemców i jeden australijczyk, którzy podróżując każdy z osobna dwa dni temu też się tutaj spotkali) tak się rozwineły, że „recepcyjne” spotkanie przedłużyło się do dwóch godzin. Rozeszliśmy się wszyscy tylko na 40 minut celem odświeżenia i przebrania, po przerwie wszyscy wyruszyliśmy na wspólną kolację. Byliśmy chyba jedynymi białymi w tym miejscu. Wybór restauracji w miasteczku jest podobny do wyboru hosteli więc po długich dywagacjach czy wybrać grecką, włoską, meksykańską czy tajską kuchnię zdecydowaliśmy się po prostu na laotańskąJ. Niemiec, australijczyk oraz szwedzko – holenderska para chcieli się potem udać do Wietnamu natomiast my wraz z drugim niemcem mieliśmy w planach północny-zachód Laosu. Jak się okazało autobus stąd do Hanoi jeździ tylko raz w tygodniu, w soboty więc nasza czwórka mogła jutro spokojnie pozwiedzać jaskinie w Vieng Xai a potem, w sobotę mogliśmy się rozjechać każdy w swoją stronę. Nowopoznani chłopcy trochę nie wstrzelili się z terminem więc chcąc nie chcąc musieli jeden dzień dlużej zostać w Xam Neua a Helmutowi, który jechał w naszym kierunku nigdzie się nie spieszyło i tym sposobem okazało się, że wszyscy rozjedziemy się w sobotę rano.

Kolacje zakończyliśmy około 21:00, gdyż naszą jadłodajnie już zamykano. Zresztą całe miasteczko układało się już do snu a otwarte były jeszcze jedynie dwa bary. Obydwa to były bary karaoke więc chcąc zakosztować lokalnego życia nocnego udaliśmy się do jednego z nich. Tutaj o rozmowie można już było zapomnieć chyba, że ktoś krzyczał prosto do twojego ucha więc pozostała nam obserwacja lokalnej młodzieży i popijanie piwa. Jednym słowem podziwianie lokalnego folkloru. Nie tylko tutaj ale też w Wietnamie czy Kambodży  bardzo głośno słucha się muzyki a we wszystkich barach jest puszczona tak, że w ogóle nie da się rozmawiać a najlepiej jeszcze zatkać uszy i wtedy dopiero można jej spokojnie posłuchać. W Laosie  bary mogą być otwarte tylko do godziny 23:00 więc młodziez nie ma zbyt wiele czasu na zabawę. Był czwartek a miejsce wypełnione było po brzegi więc my z zainteresowaniem przyglądalismy się miejscowym sposobom spędzania wolnego czasu i zabawy. Niewielkie grupki znajomych skupiały się przy poszczególnych stolikach barowych. Głównym trunkiem (jak chyba wszedzie na świecie) było piwo, z ta różnicą, że tutaj pija się je z lodem (mimo, że jest potwornie zimno) i rozlewa butelki pojedynczo, każdemy po trochę. Dopiero po skonczeniu jednej otwiera się drugą. Podobnie jak z jedzeniem – wszyscy wspólnie a nie każdy trzyma w ręku swoją własną butelke.

Parking przed barem był zapełniony motorami, którymi wszyscy się potem do domów rozjeżdzają. Wcześniej jednak stoją wokół stolików i wspólnie ile sił mają w płucach wyśpiewują słowa puszczanych piosenek – NIESAMOWITE! Najlepsza była grupka dziewcząt która miała bardzo piskliwy głos... to one wiodły prym na imprezie. Nic tylko z wielkim uśmiechem na twarzy obserwować młodzieńczą energię. Poza tym, staliśmy się lokalną atrakcją i każdy podchodził z wielkim rogalem na twarzy się przedstawić, stuknąć się z nami szklaneczką piwa i zapytać czy dobrze się bawimy na co zgodnie ze śmiechem, odpowiadaliśmy, że SUPER! Trzeba przyznać że cała impreza i zachowanie młodzieży w dość specyficzny sposób przypominało nam zachowanie europejskie. Daleko im było do tradycyjnego, dość konserwatywnego laotańskiego społeczeństwa. Gdy wracaliśmy nadal dudaniała nam w uszach laotańska/tajska muzyka, w tych rytmach też zapadliśmy w głęboki sen.

Następnego ranka we czwórkę wybieraliśmy się zwiedzić jaskinie w Vieng Xai, oddalonym od Xam Neua około 25 kilometrów co dawało godzinną jazdę otwartym tuk tukiem więc ubraliśmy na siebie wszystkie ciepłe rzeczy i ruszylismy na dworzec. W międzyczasie dołączył do nas kolejny biały człowiek – tym razem nowozelandczyk, którego jakimś cudem dzień wcześniej nie spotkaliśmy. Ta okolica jest takim miejscem, gdzie docierają ludzie będący w dłuższej niż trzytygodniowej podróży i chcący zboczyć z najczęsciej uczęszczanych przez turystów szlaków. Dopiero tutaj mogliśmy zobaczyć jak wygląda prawdziwe laotanskie miasteczko, stolica prowincji, w której nie ma niczego zrobionego typowo pod turystów. Nawet te dwa czy trzy hostele są przeznaczone głównie dla miejscowych podróżujących, którzy odwiedzają Vieng Xai jako bardzo ważne miejsce w historii swojego narodu. To własnie w znajdujących się przy Vieng Xai dziesiątkach ogromnych jaskiń ukrywało się jak również rządziło podczas wojny amerykańskiej całe dowództwo Pathet Lao - partii komunistycznej. Każda jaskinia jest swoistym pomnikiem pamięci poszczególnych przywódców czy cżłonków rządu, którzy spędzili tam, wraz ze swymi rodzinami kilka lat życia. Zwiedzanie tych miejsc jest bardzo interesujące a same jaskinie naprawdę ogromne i niesamowite jednak bardzo brakowało nam w tym wszystkim informacji o samych formacjach skalnych, ich pochodzeniu, powstawaniu, jakiegokolwiek podłoza geologicznego. Tutaj zwiedzanie skupia się na opowieściach o komunistycznych przywódcach i ich poszczególnych zasługach co oczywiście dla Laosu i jego mieszkańców jest bardzo ważne i tak naprawdę dlatego jest to miejsce godne odwiedzenia. Z każdą zwiedzaną jaskinią historia kolejnych przywódców komunistycznych stawała się dla nas coraz mniej interesująca. Nas najbardziej interesowały niesamowite formacje sklalne przypominające te w wietnamskiej Halong Bay z tą różnicą, że tutaj nie ma wokół nich wody. Niestety ani w Halong Bay ani tutaj nie udało nam sie niczego więcej w tym temacie dowiedzieć. Przewodnik w Wietnamie kompletnie nie mówił po angielsku a ten miał ogromną wiedzę ale głównie jeśli chodzi o komunistyczny rząd i jego losy podczas życia w jaskiniach. Po zobaczeniu tych miejsc wiedzieliśmy już dlaczego amerykanom nie udało się zlikwidować komunistyczznej armii. Jaskinie są ogromnymi naturalnymi fortecami które są nie do zdobycia bez ofensywy lądowej. Niestety, przez to laotańczycy musieli znosić dziewięć lat nieustannych bombardowań kraju. W tych okolicach praktycznie całe wioski ukrywały się w obecnych tutaj jaskiniach, z których wychodzono dopiero po zmroku, kiedy bombardowania się kończyły. Praktycznie każda rodzina w tym regionie padła ofiarą wojny. W każdej rodzinie  ktoś zginął od zrzucanych bomb albo od natrafionych niewypałów. W sumie nie ma się co dziwić, że jeszcze do niedawna dzieci bały się tutaj białych ludzi, których kojarzono jedynie z amerykanami, bombami, wybuchami, śmiercią i rodzinną tragedią.

Skończyliśmy zwiedzać jaskinie i do ostatniego lokalnego transportu zostało nam pół godziny, idealny czas na zjedzenie szybkiego obiady na pobliskim targu. Upewniliśmy się u kierowcy czy na pewno odjeżdża o 15:00 i zamówliliśmy sobie loatańskie zupy. W sumie od szóstej rano niczego nie jedliśmy więc dość nieźle zgłodnieliśmy i pałaszując zaupki nie zwracaliśmy uwagi na nasz pojazd, którym mielismy wracać. Dopiero pod koniec jedzenia z przerażeniem spojrzeliśmy w tamtą stronę widząc, że jest już cały zapełniony a w kolejce są nadal ludzie do wejścia. Z lekkim niedowierzaniem podeszliśmy również my (pięć kolejnych osób). Zwykle ławeczki są jedynie po bokach ale tym razem dołożono jeszcze jedną po środku a i tak nie było już miejsca. Dwóch miejscowych chłopaków zrobiło miejsce na ławce dla Dominiki i Johany a sami wdrapali się na dach. Za nimi ruszyli nasi chłopcy, gdyż w środku nie dało się już szpilki wcisnąć. Pozostali chętni ustawili się na tylnym podeście, obok żywgo świniaka, którego przywiązano linami i który przeraźliwie piszczał. Ludzie na podeście jechali na stojąco trymając się tylko poręczy. W takim małym pojeździe, nie licząc czterech osób w szoferce kierowcy jechało nas 27 osób a dodatkowych osiem siedziało jeszcze na dachu. Trzeba przyznać, że całkiem niezły wynik 41 homos sapiens plus świniak heeee. Na koniec przezorny kierowca, żeby ludzie nie rozpierzchli się mu na dworcu bez płacenia zatrzymał się kilka kilometrów przed celem i zebrał od wszystkich należną opłatę. W sumie chłpcy na dachu dośc dobrze na tym wyszli, gdyż mieli okazję podziwiać po drodze okolice, która tutaj jest napradę ładna.

Wieczorem, jak dnia poprzedniego spotkaliśmy się wszyscy na kolacji a potem nie mając już ochoty na głośny bar karaoke przenieśliśmy się do hotelowej recepcji. Zamówiliśmy transport na następny ranek  (rozjeżdzlaiśmy się w różnych kierunkach więc z różnych dworców autobusowych) i mogliśmy spokojnie jeszcze kilka godzin pogawędzić. Rano szybkie pożegnanie, życzenie sobie wzajemnie bezpiecznej podróży i razem z Helmutem pojechaliśmy na dworzec. Tutaj nie było już rozróżnienia na VIP busy. Autobus do Luang Prabang przez pólnocną częśc Laosu był tylko jeden dziennie więc kupiliśmy bilety i spokojnie czekali na swoją kolej do wejścia. Nam udało się jeszcze kupić ostatnie dwa miejsca siedzące a Helmut dostał już bilet bez numeracji. Nie zmieniło to faktu że w ostatnim rzędzie miejsc zamiast w piątkę siedzieliśmy w siedem osób. Autobus wypakowany był po brzegi, zanim jeszcze wsiedli do niego ludzie. Bagażniki oraz cały dach zjamowały paczki, kartony i inne dziwne wiezione sprzęty natomiast całe przejście pomiędzy siedzeniami wypełnione było dwoma warstwami worków z ryżem. Do tego wszystkiego zaczeli pakować się ludzie. Każdy ze swoimi podręcznymi reklamówkami, torbami czy małymi plecakami. Miejsca siedzące się skończyły więc pozostali usadawiali się na ryżu. My zajeliśmy miejsca w właściwie jedno na pół na samym końcu autobusu a Helmut usadowił się na workach, zaraz przy kierowcy. Towarów i ludzi było na dwa całe autobusy i jedną ciężarówke. Teraz czekało nas 8-10 godzin jazdy przez góry. Wszystko fajnie tylko, że czas jazdy autobusu podany był dla normalnego załadunku. Niestety nasz był kilkukrotnie przeładowany więc każda górka pokonywana była w żółwim tempie a z góry też nie mógł się zbytnio rozpędzać gdyż droga była strasznie kręta. W związku z tym zamiast planowanych 10 godzin jechaliśmy piętnaście! Pierwsze pięc czy sześć godzin sprawiało jeszcze nam frajdę jeżeli można tak nazwać siedzenie na jednym pośladku, z nogami pod brodą i praktycznie zerową możliwością zmiany pozycji. Taki lokalny folklor. Potem jednak wszystko zaczynało cierpnąć i człowiek zaczynał czuć wszystkie mięśnie. Za oknami przez pierwsze kilka godzin krajobraz był interesujący... jednak przez kolejne staje się dość monotonny - porośnięte lasami górki i tylko co kilka godzin jakaś niewielka, biedna, górska wioska. Najgorszy był jednak brak możliwości wydostania się z samego tyłu autobusu chyba, że chodząc ludziom po rękach, plecach czy głowach. Kierowca robił jakieś krótkie przerwy dla skorzystania z przydrożnych krzaczków jednak wysiadali głównie Ci siedzący blisko wyjścia oraz chłopcy, którym w takich momentach zawsze jest łatwiej i po prostu wyskakiwali przez okna a potem przez okna na swoje miejsca wracali. Na szczęście była też jedna przerwa na obiad, w trakcie której wszyscy wysiadali ale także doszli nowi pasażerowie. Zastanawialismy się jak się kolejni pomieszczą ale tutaj chyba wszystko i wszystkich da się upchnąć. Po obiadku w autobusie jak to zwykle bywa kilka osób wymiotowało. Zrobiło się już ciemno i w sumie sami nie wiemy jak nam to się udało w takich dziwnych pozycjach ale zasneliśmy. Całe szczęście, że Helmut siedział z przodu i czuwał, gdyż kierowca przejechałby Nong Khiaw, gdzie chcieliśmy wysiąść, bez zatrzymania się. Oczywiście jedyną możliwością wydostania się z autobusu było wyjście przez okno, co też uczynilismy i teraz trzeba było tylko poczekac kilkanaście minut na odnalezienie naszych plecaków. Kierowca z pomocnikiem weszli na dach i w ciemnościach (mieli jedną słabą latareczkę) pomiędzy dziesiątkami innych bagaży szukali naszych plecaków. Wreszcie im się udało. Dostaliśmy plecaki, autobus odjechał i zostaliśmy w ciemnościach sami...

 

Zdjęcia, fotki, stopklatki, nasze chwile, momenty...

 

Vieng Xai i Xam Neua - 2008.02.28-29

 Vieng Xai i Xam Neua - Album Zdjęć                 Vieng Xai i Xam Neua - Pokaz Slajdów