Phonsavan


 

Włóczykije Round The World Expedition / Wyprawa z Włóczykijami dookoła świata

 

 Azja Południowo - Wschodnia

Strona Główna

Phonsavan... tam gdzie spadały amerykańskie bomby !!!

 

2008.02.27-28

Na trasie Vientiane – Phonsavan, wiodącej przez góry i zajmującej od 8 do 11 godzin jazdy nie oferowano już takich luksusów jak w Pakse czyli autobusów sypialnych. Tutaj do wyboru był autobus zwykły i tzw. „VIP bus”. Skusiliśmy się na VIPa, gdyż podobno mia mieć klimatyzację a jest niewiele droższy od normalnego (13 USD). Już na samym dworcu zauważyliśmy też kolejną różnicę: ten zwykły zabrał tyle osób ile się w środku pomieściło a poza tym cały dach miał załadowany pakunkami – znalazły się tam nawet dwa motory. Nasz wyglądał troszkę lepiej jednak podróż była jednym wielkim koszmarem. Nasz wspaniały autobus, jak rzadko który miał idealny system nagłośnieniowy – były nawet w nim zamontowane tuby! Kierowca natomiast uwielbiał laotańską muzykę i całą noc raczył nas miejscowym karaoke. Nie byłoby w tym nic strasznego gdyby muzyka puszczona była z normalną głośnością a nie maksymalnie. Masakra! O spaniu można było zapomnieć. Żałowaliśmy, że nasze stopery do uszu zostały w dużych plecakach chociaż momentami zastanawialiśmy się czy one w ogóle by pomogły. Czuliśmy się jabyśmy mieli układać się do snu pod samą kolumną w trakcie imprezy. Początkowo mieliśmy nadzieję, że muzyka będzie włączona jedynie do kolacji. Wszystko super tylko, że na kolację zatrzymaliśmy się o pierwszej w nocy. Wreszcie od 2:30 była chwila ciszy. Nie trwało to jednak zbyt długo gdyż po czwartej rano kierowca znowu podkręcił głośniki i wszyscy pasażerowie zerwali się praktycznie jednocześnie. Co gorsza kierowca wałkował cały czas te same płyty: romatyczne ballady o miłości na zmianę z kawałkami laotańskiego rocka. Co człowiek przyzwyczaił się do wolnych spokojnych rytmów to na otrzeźwienie dostawał mocne uderzenie perkusji i basową gitarę, żeby przypadkiem nie udało mu się zasnąć!

Po takiej nocy do Phonsavan dotarlismy mega wymęczęni. Na dodatek na miejscu było potwornie zimno. Czuć było, że zmieniliśmy klimat i jesteśmy już w górach. Na szczęście, przezornie do autobusu zabralismy już ciepłe rzeczy i wysiadając mieliśmy się w co ubrać. Wielu miejscowych było jednak ubranych tak samo jak w upalnym Vientiane, kiedy zaczynali podróż. Troche im współczuliśmy, gdyż była piąta rano – najzimniejsza pora dnia a czekało nas jeszcze dotarcie do centrum otwartym tuk-tukiem, w którym przeraźliwie wiało. Po upałach w laotanskiej stolicy tutaj mieliśmy na sobie już wszystkie ciepłe rzeczy a nadal trzęśliśmy się z zimna. Na dworcu czekało klku kierowców tuk-tuków ale oni chyba nie uznają tutaj prawie putych przebiegów i wszyscy ładowali się do jednego. Pozostali kierowcy nawet się nie proponowali swoich usług tylko pomagali załadować wszystkich i wszystko do tego jednego. W efekcie jechaliśmy chyba w piętnaście osób i nie wiemy już iloma dodatkowymi bagażami – nasze plecaki były jednymi z mniejszych. Przynajmniej, od takiej ilości ludzi było troszkę cieplej ale po dotarciu do centrum i tak marzyliśmy jedynie o wyprostowaniu kości i znalezieniu hostelu. Wszystko było jeszcze zamknięte więc spokojnie mogliśmy się jakieś dwie godziny ogrzać pod kołdrą, przespać i dopiero potem poszukać wycieczki do głównej atrakcji tego miejsca czyli „plain of jars”. To właśnie „plain of jars” czyli ogromne kamienne słoje, czy dzbany porozrzucane po polach w okolicy Phonsavan przyciągają tutaj turystów. Do tej pory nie jest wyjaśnione pochodzenie jak również przeznaczenie tych słojów czy dzbanów. Ich powstanie datuje się w okolicach początku naszej ery (jednak to oczywiście nie jest pewne) a różne teorie okreslają ich różne przeznaczenie jako: sarkofagi, naczynia do fermentacji wina czy do składowania ryżu. Jednak żadna z nich nie jest do końca przekonywująca. Najdziwniejsze że, dzbanów tych są dziesiątki a nawet setki a w dodatku są one ogromne, ważące często po kilka ton. Wykupiliśmy sobie kilkugodzinną wycieczkę by za jednym razem móc zobaczyć ich jak najwięcej. Zresztą do niektórych można dostać się tylko z przewodnikiem ze względu na zagrożenie powojennymi niewybuchami.

Tutaj właśnie dowiedzieliśmy się o innych, dość przerażających faktach wojny amerykańskiej prowadzonej w Indochinach. Zawsze słyszy sie o wojnie w Wietnamie, o Laosie mało kto wie a tymczasem właśnie ten kraj został najbardziej zbombardowany. W latach 1964-1973 na obszar Laosu zrzucono conajmniej dwa miliony ton ładunków wybuchowych co daje większą ilość bomb niż podczas II Wojny Światowej zrzucono łącznie na tereny Japonii i Niemiec.  Laos był dla amerykanów tzw. celem drugorzędnym, gdyż poza Wietnamem walczyli też z laotanskimi komunistami. Ilość zrzuconych bomb była jednak kompletnie niewspółmierna do ewentualnego zagrożenia ze strony tego niewielkiego i biednego kraju. Tak naprawdę wszystkie samoloty bombowe, które nie osiągneły wietnamskich celów kierowane były nad teren Laosu celem pozbycia się załadunku, gdyż zbyt niebezpieczne byłoby lądowanie w tajlandzkich bazach wojskowych z bombami na pokładzie. Szacuje się, że co osiem minut, przez dziewięć lat jeden bombowiec zrzucał cały swój załadunek nad terenem Laosu. Daje to 20 ton bomb na jeden kilometr kwadratowy bombardowanego terenu albo tonę bomb na każdego jednego ówczesnego mieszkańca tego kraju. To jeszcze nie byłoby takie straszne gdyby nie fakt, że 20-30% tych ładunków nie uległo detonacji więc do dnia dzisiejszego stanowią one realne zagrożenie dla mieszkańców. W tym czasie amerykanie używali bomb klasterowych zaprojektowanych typowo do zabijania ludzi (jedna ogromna bomba rozpadała sie na 670 maleńkich bomb klasterowych –wielkość piłki tenisowej a one po wybuchu rozpadały się na prawie 300 metalowych kawałków mających za zadanie ranić wroga). Zakładając, że co trzecia bomba nie wybuchła, na terenie Laosu nadal znajdują się ich setki tysięcy.

Najgorsze, że są one naprawdę niewielkie i często mogą być potraktowane przez dzieci jako owoc lub coś do zabawy. Do dnia dzisiejszego ginie dziesiątki niewinnych osób najczęściej po przypadkowym naruszeniu takiej bomby. Jest to ogormnym problemem kraju, gdyż uprawianie ziemi staje się bardzo niebezpieczne zwłaszcza jeżeli chce się zaadoptować pod uprawę nowe kawałki ziemi, nieoczyszczone wcześniej z niewybuchów. Najwięcej wypadków jest właśnie podczas takich prostych codziennych czynności – czy to ktoś rozpalił ognisko w okolicy jakiegoś niewybuchu, czy to kopiąc w ziemi na coś takiego natrafił albo ścinał drzewo, w którym znajdowała się bomba. Tutaj  należy też zaznaczyć, że cały północno- wschodni Laos to są tereny górzyste, bardzo trudne do oczyszczenia a z drugiej strony też bardzo biedne, gdzie każdy skrawek pola jest na wagę złota i czasami mieszkańcy są zmuszeni podejmować ryzyko, żeby móc wyżywić swoje rodziny. Proces oczyszczania jest bardzo kosztowny więc Laos wspomagają różne, międzynarodowe ogranizacje pozarządowe i własnie w Phonsavan, w biurze jednej z nich (MAG) można zobaczyć cały film dokumentalny na ten temat. Bylismy naprawdę zszokowani, gdyż nigdy wczesniej o Laosie jako ofierze wojny nie słyszeliśmy. Na dodatek, skutkiem ówczesnych działań do dnia dzisiejszego giną tutaj niewinni ludzie.

W sumie nawet się nie obejrzeliśmy kiedy zrobiło się ciemno, trzeba było zjeść jakąś kolacje i dowiedzieć się o dalszy transport na dzień następny. Zdawaliśmy sobie sprawę, że kolejna nasza destynacja jest mało turystyczna ale nie spodziewaliśmy się aż tak zdziwnionych min w biurach turystcznych kiedy pytaliśmy o godzinę odjazdu autobusu do Xam Nueua. W związku z tym byliśmy przekonani, że nastepnego ranka będziemy jedynymi białymi zmierzającymi w tamtym kierunku. Jakież było nasze zdziwienie jak i miłe zaskoczenie, kiedy rano, na dworcu autobusowym para młodych europejczyków (jak się okazało para holendersko-szwedzka) skierowała kroki do tego samego co my autobusu. Ich zdziwienie było podobne do naszego i śmieszne były upewniające się obustronne pytania czy aby na pewno też jadą do Xam Neua? Zrobiło nam się od razu raźniej i dużą część podróży, całego dnia jazdy autobusem przez góry przegadaliśmy dzieląc się wrażeniami z dotychczasowej podróży. Oni wyjechali na sześć miesięcy spędzając ten czas tylko w Azji. Droga była dośc kręta i na zmianę prowadziła to w górę to w dół więc jazdę „uprzyjemniały” odgłosy wymiotujących osób. Jesto chyba tutaj dość normalne, gdyż kierowca przy wejściu rozdaje od razu woreczki foliowe. W sumie miejscowi ludzie mogą nie być przyzwyczajeni do jazdy autobusem a taka kilkugodzinna podróż jest często dla nich rzadką i ogromną wyprawą co widać po przygotowaniach i zapasach jedzenia jakie zawsze ze sobą zabierają. Do tego, na każdym postoju dokupują jeszcze smakołyków a potem jak tylko wsiądą zaczynają jeden za drugim wymiotować. Cóż, taki urok podróży lokalnymi środkami transportu i my sami wpadając w ten klimat dyskusji zaczynaliśmy wspominać kto jak reagował będąc dzieckiem na długie podróże samochodowe czy autobusowe. W tych opowieściach wygrała Dominika wraz ze swoim rodzeństwemJ. 

 

Zdjęcia, fotki, stopklatki, nasze chwile, momenty...

 

Phonsavan (Plain of Jars) - 2008.02.27

Phonsavan - Album Zdjęć                                               Phonsavan - Pokaz Slajdów