Puerto Bermudez


 

Włóczykije Round The World Expedition / Wyprawa z Włóczykijami dookoła świata

 

 Ameryka Południowa

Strona Główna

 

Puerto Bermudez 2007.09.09 - 2007.10.07

 

Podróż z Santiago de Chile do peruwiańskiego Puerto Bermudez...

 

  

Budzik zadzwonił o trzeciej nad ranem. Jedna czy dwie drzemki i mimo braku chęci trzeba było wstawać. Na wpół przytomne pakowanie się, prysznic i  wreszcie kawa z małym śniadaniem. Do dobrej, mocnej, czarnej brazylijskiej kawy było jej  bardzo daleko ale o tej porze nie byliśmy wybredni... Dochodziła piąta rano kiedy przyjechała taksówka. Mimo, że na biletach, jak zawsze, zaznaczone było, by przybyć na lotnisko 2,5 godziny przed odlotem stwierdzilismy, że każde dodatkowe minuty snu się liczą. Nie ma sensu potem bezczynnie siedzieć na lotnisku dlatego dotarliśmy 70 minut przed odlotem. Zwykle spokojnie to wystarcza...  Nie musieliśmy długo czekać, żeby się zorientować, że podążając normalnym trybem nie mamy szans zdążyć. Dla wszystkich połaczeń LAN, niezależnie od kierunku czy godziny odlotu była jedna ogromna kolejka, którą obsługiwały aż DWA czynne stanowiska. Sama ta kolejka zajęłaby nam godzinę. Trzeba było działać. Zaczepiliśmy kogoś z obsługi, skierowano nas do innej, mniejszej kolejki – Super! Tylko, że tej nie obsługiwał nikt! Nie daliśmy za wygraną. Zaczepiliśmy kolejną osobę. Wzięto więc od nas paszporty i poza kolejnością  przydzielono miejsca. Potem znowu kolejne kolejki, trochę stresu i po kilkudziesięciu minutach zadowoleni  siedzieliśmy już w samolocie lecącym do Limy. Tutaj lepiej jednak przychodzić wczesniej na lotnisko... Przelot był tylko pierwszym etapem naszej podróży do Puerto Bermudez. Etapem najkrótszym i zarazem najwygodniejszym.

W Limie zabraliśmy się za szukanie odpowiedniego autobusu. Nie jest to wcale takie proste, gdyż w tym kraju  nie ma ogólnych dwórców autobusowych. Każda firma transportowa, obsługuje różne połączenia i ma swoje prywatne dworce a wlaściwie małe podwórka, na których zwykle mieści się jeden, góra dwa autobusy. W mniejszych miejscowościach jest prosto, gdyż poszczególne biura znajdują się zwykle blisko siebie. Niestety, w Limie jest inaczej, dlatego trzeba wcześniej wiedzieć, którzy przewoźnicy kursują na danej trasie i znać adresy ich biur. Na szczęście w peruwiańskiej stolicy nie byliśmy po raz pierwszy więc wiedzieliśmy jako to wszystko działa i mieliśmy już przygotowane adresy. Jeszcze tylko taksówka do centrum... Na lotnisku czy zaraz przed ceny przejazdu zaczynają się od 40 soli (a czasami nawet 80 soli) ale wystarczy przejść jakieś 20 metrów dalej, zatrzymać jedną z przejeżdżających taksówek i negocjować bezpośrednio z kierowcą... nasza kosztowała 16 soli. Okazało się, że autobus do La Merced mamy dopiero o godzinie 21:40 więc po kupieniu biletów, zostawilisy plecaki i ruszyliśmy w kierunku centrum... trzeba było jakoś ten dzień zagospodarować. Spacer po kolonialnym centrum, chwila na internecie, obiad. Po południu spotkalismy się z Lilian oraz jej siostrą i czas do naszego odjazdu minął nam już wspólnie na ploteczkach, kolacji, czy spacerowaniu. Dziewczyny odprowadziły nas na autobus i tak cały czas rozmawiając, wsadziliśmy plecaki do bagażnika, Lilian jeszcze pytała się kierowcy o godzinę przyjazdu do La Merced, potem buzi, buzi, uściski na pożegnanie bo kierowca już wołał do wejścia... więc pomachaliśmy wychodzącym dziewczynom, autobus ruszył i poszliśmy szukać naszych miejsc... Nagle konsternacja! Coś tu nie gra! Na szczęście Tomek szybko się zorientował, że to nie ten autobus! Zbiegliśmy szybko do kierowcy, faktycznie to był zwykły autobus a my mieliśmy bilety na pół sypialny. Kierowca się zatrzymał, wzieliśmy bagaże i wrócili na dworzec... Kilkanaście minut później siedzieliśmy już we właściwym autobusie. W międzyczasie dostaliśmy też smsa od Lilian z prośbą o sprawdzenie czy na pewno jedziemy dobrym autobusem ponieważ jak wychodziły widziały kolejny, który podjeżdzał... Do La Merced dotarliśmy o godzinie piątej rano... Myśleliśmy, że będziemy musieli tam nocować, gdyż samochody do Puerto Bermudez wyjeżdżają około 4 rano... ale okazało się, że jeszcze ne wszystkie odjechały i ledwo wysiedliśmy z autobusu ktoś zaoferował nam bilety do Bermudez. Byliśmy już zmęczeni ale chcieliśmy przejechać to za jednym razem i potem na miejscu odpocząć więc nie namyślaliśmy się długo... Za radą księdza Henryka i Lilian kupilismy miejsca w kabinie. Stąd do Puerto Bermudez jeżdżą już tylko tzw. „camionety” czyli dżipy z paką. W kabinie miejsca są dwa razy droższe - obok kierowcy siedzi 2 osoby a na tylnym siedzeniu 4. Natomiast na tańszej pace wszystkie bagaże i tyle osob ile wejdzie, czyli średnio około 15. My przewoziliśmy jakieś ogromne paczki oraz... łóżko więc z tyłu siedziało a raczej stało już tylko 6 osób. Trasa z La Merced do Puerto Bermudez liczy zaledwie 180 kilmetrów a pokonuje się ją w zależności od warunków i drogi w czasie od 6 godzin...  do nawet dwóch dni. Nam zajęło to bagatela .... 13 godzin. Cała droga była jedną ogromną dziurą i koleiną a często trzeba było przejeżdzać przez rzeki.

 Czasami w firmach, na wyjazdach integracyjnych organizuje się przejazdy dżipami i ogromną atrakcją jest przejazd w takich warunkach i zaprezentowanie możliwości samochodu. Tutaj cała droga była taką jedną wielką atrakcją z tą różnicą, że samochód był zapakowany ludźmi i bagażami a niektóre opony dawno nie widziały bieżnika. Zatrzymywaliśmy się średnio co godzinę... pierwsza guma i zmiana koła, dojazd do jakiejś wioski i naprawa koła razem ze śniadaniem... druga guma i zmiana koła... dojazd do kolejnej wioski i próba naprawy koła razem z obiadem. Niestety, prowizoryczny warsztat był zamknięty więc kierowcy (dwóch młodych chłopaków) zdołali tylko zakleić gumę ale nie dali rady już koła napompować... Następnie przez ponad trzy godziny jechaliśmy bez przerwy...  Zorientowaliśy się jednak, że były plusy tych częstych przystanków. Człowiek mógł chociaż na chwilę sobie kości rozprostować. Cztery osoby na tylnym siedzeniu. Delikatnie mówiąc było dość ciasno tak, że siedziało się praktycznie bokiem i trudno trudno było zmienić pozycję. Złapaliśmy jednak kolejną gumę... teraz nie było już tak wesoło. Nie mieliśmy koła na zamianę. Byliśmy pośrodku lasu. Jeden z kierowców, zabrał koło i poszedł na nogach do najbliższej wioski (podobno kilka kilometrów). Po kilkudziesięciu minutach przjeżdzał jakiś samochód i drugi kierowca z drugim kołem też pojechał... Robiło się ciemno... żeby sobie dodać otuchy wszyscy zebrali się razem i czas zabijali wesołą rozmową. My staliśmy się też głównym punktem zainteresowania. Było naprawdę sympatycznie i jakoś człowiek mniej się przejmował tym, że jest zmęczony, nie ma już siły, jest ciemno i nie wiadomo kiedy dojedziemy... Hurra!!!  Wreszcie przyjechała jakaś ciężarówka z jednym z naszych kierowców wraz z naprawionym kołem. Szybka zamiana i ruszyliśmy. Po drodze zabralismy kolejnego kierowce, który naprawione koło wiózł na mototaxi. Jeszcze dwie godziny i szczęsliwie dotraliśmy do Puerto Bermudez... Kiedy wysiadaliśmy nasz dżip złapał kolejną gumę (czwartą) ale tym razem było już na co wymienić a my byliśmy zadowolieni, że nie jechaliśmy już dalej.  Księdza Henryka znaleźliśmy w kościele. Na dzień dobry pocieszył nas, że i tak nasza jazda nie była taka długa... on jak wracał z Polski to rzeki wezbrały i jechał dwa dni... 

 

Puerto Bermudez - część pierwsza

 

Skąd się wzięło Puerto Bermudez....

 

Jeszcze w Polsce, przed wyjazdem zdecydowaliśmy, że miesiąc z naszej rocznej podróży chcielibyśmy poświęcić na zrobienie czegoś dobrego, pomoc innym czyli jakiś wolontariat... Zabraliśmy się za przeszukiwanie internetu. Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że praktycznie we wszystkich brytyjskich czy amerykańskich organizacjach (takich na sieci jest najwięcej) wszelkie wolontariaty są płatne i to całkiem spore pieniądze. Chyba nie do końca o to nam chodziło... Zaczęliśmy więc szukać innych źródeł, pomagali nam rodzice i znajomi. Udało się dotrzeć do polskich misjonarzy z diecezji tarnowskiej, z których część przebywała właśnie w Polsce na urlopie. Ksiądz Henryk będący na misji w peruwiańskim Puerto Bermudez wyraził zainteresowanie naszą chęcią pomocy. Nie czekaliśmy długo. Zaraz po otrzymaniu tej informacji skontaktowaliśmy się z nim i odwiedzilismy go w domu rodzinnym w Kamienicy. Był otwarty na naszą propozycję twierdząc, że u niego w parafii zawsze jest dużo pracy i każda pomoc się przyda. Niestety, okazało się, że wraca on z urlopu dopiero w lipcu a my w Peru będziemy już w maju... więc musielibyśmy trochę przeorganizować naszą podróż po Południowej Ameryce. Za jego radą zostawiliśmy sobie wolontariat na sam koniec i żeby było taniej zaraz na początku naszej podróży wykupiliśmy już  powrotne bilety lotnicze do Peru. W sumie, takie rozwiązanie okazało się być bardzo dobre. Przede wszystkim czteromiesięczne bezustanne podróżowanie jest dość męczące. Potrzebowaliśmy już pobyć trochę dłużej w jednym miejscu. Bez ciągłego pakowania i rozpakowywania naszych plecaków, bez szukania nowych miejsc do spania, bez jazd nocnymi autobusami, przemierzania kolejnych setek kilkometrów i szybkich zmian klimatycznych. Potrzebowaliśmy trochę czasu w jednym środowisku z ustalonym rytmem dnia i planem zajęć. Czyżbyśmy też zatęsknili trochę za pracą...?

Dodatkowo, miesięczny pobyt w Puerto Bermudez stał sie taką kulminacją i podsumowaniem naszej podróży po Ameryce Południowej. Pozwolił poznać głębiej mieszkańców, zaobserwować ich sposób życia, rytm dnia i pracy, sposoby spędzania wolnego czasu, system edukacji, zabawę. Liczne rozmowy z osobami, które w  tym kraju żyją od kilku już lat: księdzem Henrykiem oraz Jesusem (Baskiem, który 9 rok prowadzi w Bermudez hostel) umożliwiły nam głębsze zrozumienie wielu zaobserwowanych tutaj, czy wcześniej na naszej trasie, zachowań. Oni znają już dość dobrze kulturę mieszkańców, ich system wartości, sposób bycia czy myślenia, który znacząco rożni się od naszego. Dzięki temu również my, mogliśmy poznać to, czego na pierwszy rzut oka, spędzając w danym miejscu najwyżej kilka dni, zaobserwować się nie da...

 

Aklimatyzacja...     

Jeszcze przed tygodniem w Argentynie była prawdziwa zima potem, w chilijskiej stolicy pogoda też nas nie rozpieszczała a tymczasem w Puerto Bermudez panuje istnie tropikalny klimat... duża wilgotność powietrza i gorąc nie do wytrzymania. Początek nie był więc prosty. Każdy, najkrótszy spacer powodował, że człowiek był mokry i najchętniej schowałby się w jakimś chłodnym klimatyzowanym pomieszczeniu, o których istnieniu tutaj można zapomnieć.  Żeby było ciekawiej, następnego dnia po naszym przyjeździe wyłączyli w Bermudez prąd. Była jakaś wichura w okolicy i zerwało kabel. To nie tak jak u nas, że takie usterki naprawiane są natychmiast. Tutaj prądu nie było przez pięć dni. Co się z tym wiąże, nie można było włączyć żadnego wiartaka, który choć trochę ruszyłby stojące, gorące powietrze. W całej wiosce nie było też niczego zimnego do picia. Do tego, początkowo w ogóle nie mieliśmy apetytu. Przy takim upale w ogóle nie chciało nam się jeść. A tutaj obiady, czyli tzw. „menu del dia” – zupa, drugie danie i coś do picia, sprzedawane są tylko okolicach południa,  potem cięzko jest już coś kupić. Najgorsze, że przy takiej pogodzie już w trakcie jedzenia zupy z człowieka się lało tak, że po obiedzie trzeba było iść pod prysznic. Dlatego już po kilku dniach zrezygnowaliśmy z jedzenia zup. W tej częsci świata naszym wybawieniem okazały się być soki owocowe... ananasy, papaya, banany. Świeże soki w barach wychodzą tutaj taniej niż kupowanie w sklepie zwykłego gazowanego napoju – nie mówiąc już o dwa razy droższej Coca Coli.

Tak soczystych i słodkich ananasów jeszcze nigdy nie próbowaliśmy (ananasy z Puerto Bermudez są uznawane za najlepsze w całym kraju). Przez miesiąc w Bermudez zjedliśmy ich więcej niż w całym naszym dotychczasowym życiu. Przyrządzanie soku (głównie ananasowego) przed i po południu stało się żelaznym punktem programu każdego dnia (za 1 pln można kupić tutaj dużego ananasa lub 2 kilogramy bananów). Pierwsze wieczory spędzaliśmy przy świeczkach. Szybko zdaliśmy sobie sprawę, że nie da się przy takim świetle czytać więc przestawiliśmy się na rytm dnia i nocy... chodziliśmy spać z kurami, wstawaliśmy o świcie a po obiedzie robiliśmy sobie sjestę. Inaczej funkcjonować się nie dało. Po trzech dniach księdzu udało się naprawić mały generator więc można było włączyć wiatrak i telewizor... a kiedy wreszcie wrócił prąd mieliśmy jeszcze zimne picie. Żyć nie umierać! 

 

Miasto Puerto Bermudez...

Puerto Bermudez leży w geograficznym środku Peru. Jest „miastem”, siedzibą gminy, w którym mieszka około 4000 osób. Do naszego wyobrażenia miasta mu jednak bardzo daleko... nie ma tutaj ani centymetra asfaltu ale za to gmina buduje właśnie ogmrone, betonowe chodniki, po których i tak nikt nie chodzi. Prąd podciągnięto dopiero w tamtym roku, kanalizacja może będzie w przyszłości...  Dwie główne ulice wyglądają jak jakieś biedne przedmieścia: drewniane, kryte blachą sklepy, bary, restauracyjki,  każde w innym stylu, w zależności od możliwości właścicieli a obok rosną wysokie chwasty, trawy czy krzaki. Jedynie główny plac, przy którym znajduje się urząd gminy, kościół i bank posiada zagospodarowane alejki i posadzone drzewa. Brak jakiegokolwiek rozplanowania przestrzennego. Jest tu jeszcze lotnisko, którym jest druga główna ulica miasta i podobno od czasu do czasu nawet jakaś awionetka wyląduje... ale jeszcze takowej nie widzieliśmy.

O telefonach komórkowych można tutaj zapomnieć chyba, że są używane tylko jako budziki. Jest za to internet! Pod tym względem na Peru nie można narzekać i nawet tutaj, co dla nas jest praktycznie końcem świata, znajduje się kilka kafejek internetowych. Dzięki temu możemy cały czas utrzymywać kontakt z Polską...

 

Nasza praca...

Pierwsze dwa dni dochodziliśmy do siebie i próbowaliśmy przestawić się na bezustanny upał ale już trzeciego dnia po południu, kiedy zrobiłosię troszeczkę  chłodniej rozpoczęliśmy doskonalenie naszych umiejętności w malowaniu powierzchni płaskich. Ksiądz postanowił nas troche oszczędzić. Malowanie zewnętrznych ścian szkoły, gdzie cały czas świeci słońce, nie ma żadnych drzew a ciepło odbija się jeszcze od murów zostawił peruwiańskim pracownikom.. Nam, jako mniej przystosowanym do takich warunków klimatycznych  został przydzielony dom parafialny. Rozpoczęliśmy od zewnętrznej ściany wejściowej a potem przenieślismy się do środka, na bieżąco wymyślając kolory, przyzwyczajeni do możliwości wyboru w naszym kraju. Nastepnie nasze pomysły trzeba było zweryfikować i dopasować do ograniczonych zasobów tutejszych sklepów i bardzo okrojonej gamy barw...

Wstawaliśmy więc rano, jedli śniadanie i zabierali się za malowanie. Przerwę na obiad i sjestę robiliśmy sobie około 13:00 bo później, w tym upale ciężko było się ruszać. Po południu wracaliśmy znowu do malowania.

Dodatkowo, od poniedziałku Dominika miała rozpocząć zajęcia z języka angielskiego. Więc popołudnia miała spędzać w szkole a Tomek miał sam kontyuować malowanie. Trochę się stresowała. Prowadziła kiedyś lekcje dla dzieci ale to były grupay 2-3 osobowe. Nigdy natomiast nie uczyła takiej dużej gromadki i to jeszcze w obcym kraju. Na pierwszych zajęciach było ponad 30 osób. Dzieciaki w wieku 8-11 lat. Nawet w Polsce, dla nauczycieli z doświadczeniem, taka grupa do nauki języka jest stanowczo zbyt duża.  A co dopiero dla osoby stawiającej pierwsze kroki pedagogiczne... Dlatego po tych pierwszych zajęciach Dominika była tak zmęczona, że zaraz poszła spać, doceniając wcześniej pracę nauczycieli, ich cierpliwość i umiejętności radzenia sobie z takimi wulkanami energii jakimi są dzieciaki, zwłaszcza w większej grupie. Nawet pogoda i taki upał ich nie męczy.

Na szczęście, jak to zwykle bywa przy nieobowiąkowych zajęciach wielu miało słomiany zapał albo przychodząc raz czy drugi zaspokoiło swoją ciekawość zobaczenia „gringi” prowadzącej lekcje. Przez resztę kursu na lekcjach zwykle pojawiało się od 10 do 15 osób co umożliwiało jako takie opanowanie gromadki i  dopuszczenie każdego do głosu w trakcie lekcji. Później na ulicach, na jej widok dzieciaki  wołały „Good Morning Miss Teacher”, „Good Afternoon”, „Hello”, „Thank You” i to nie tylko uczniowie ale młodsze lub starsze rodzeństwo, ich koleżanki czy koledzy, których musieli nauczyć tych kilku słówek. Inne dzieci też chciały pokazać, że coś umieją...

 

Amambay...    

Amambay, wioska nad rzeką Pichis, w dorzeczu Amazonki. Mieszka w niej 30 rodzin- indian Ashaninka. Bambusowe, proste domki na palach. Czasami sam dach i podłoga, ściany nie są konieczne.  Paleniska do przygotowywania jedzenia zwykle znajdują się na zewnątrz. Jedyne murowane bydynki to przedszkole (jedno pomieszczenie) szkoła podstawowa (primaria), gimnazjum (secundaria) oraz toaleta bubliczna z datą wybudowania 2006 rok. W wiosce jest jeszcze „posta medica” podstawowy ośrodek zdrowia, która jako jedyna posiada mały generator prądu, gdyż normalnie prądu w wiosce oczywiście nie ma. W centralnych punktach znajdują się  dwa czy trzy ujęcia wody. Nie ma sklepów, restauracji, barów, żadnego handlu. Najbliższą, wiekszą miejscowością jest Puerto Bermudez oddalone od Amambay minimum dwie godziny płynięcia łódką w górę rzeki (jeżeli łódka ma dobry silnik).  Przy tutejszych popularnych mniejszych motorach i dużym załadunku taka podróż może trwać nawet 4 godziny.

Uczący tam profesorowie, jak również w innych porozrzucanych w głębi dżungli małych wioskach, to głównie kobiety, żyjące zwykle same, mieszkające we wspólnych małych domkach dla profesorów. Często pochodzące z całkiem innych regionów Peru dlatego mogą wracać do swoich rodzinnych domów jedynie na wakacje. W Amambay tylko dyrektor gimnazjum mieszka ze swoją żoną a jedna z profesorek była z córką. Jedyną dla nich rozrywką i wydarzeniem jest comiesięczny wyjazd do Puerto Bermudez po wypłatę. Wówczas mogą wydać część zarobionych pieniędzy, skorzystać z internetu, zrobić zakupy czy zjeść w jakiejś restauracji.

W takich wioskach jak Amambay dominuje gospodarka prymitywna, ludzie żyją z rybołóstwa, produktów rolnych, czy zwierząt, które wyhodują. Handel praktycznie nie istnieje jedyne dobra konsumenckie, które widzielismy to trochę naczyń, garnków, ubrania dzieci, świeczki czy latarki. Przykładowo, tonę kukurydzy w Bermudez można sprzedać za 300 soli ale koszt samego transportu tego towaru  z Amambay do Bermudez  wynosi 150 soli, więc jeżeli nie ma się swojej łódki i wiekszych zbiorów to praktycznie się nie opłaca. Dlatego też wielu mężczyzn czy młodych chłopców pracuje na tzw. „chacrach”, dużych farmach oddalonych często o kilka godzin rzeką od miejsc zamieszkania. Taka farma powstaje po wykarczowaniu i wypaleniu dżungli. Po 3-4 latach uprawy ziemia jest tam tak wyjałowiona, że nie nadaje się już do uprawy dlatego rolnicy przenoszą się w inne miejsce znowu wycinając bogate, dziewicze lasy a zostawiając po sobie nieużytki,  porośnietę póżniej przez krzaki. Nie ma tutaj żadnej świadomości ochrony dżungli, czy zalesiania pozostawianych terenów. W wioskach natomiast zostają głównie kobiety i małe dzieci. Duża ilość dzieci w rodzinach to przede wszystkim dodatkowe ręce do pracy, ale również taka polisa na starość - zabezpieczenie dla rodziców, gdyż o ubezpieczeniach emerytalnych w Peru raczej się nie myśli.

W Amambay w szkole podstawowej jest ponad 80 dzieci. Natomiast w gimnazjum połowa z tego (około40). „Gimnazjum istnieje dopiero pierwszy rok. „Nie wszyscy jeszcze o nim wiedzą” mówił dyrektor. „Trzeba iść do pobliskich wiosek, poszczególnych domów w okolicy i poinformować rodziny, zachęcić do wysłania dzieci do szkoły. Do tej pory po szkole podstawowej większość zaczynała pracować i pomagać rodzicom...” kontynuował dyrektor. Uczniowie gimnazjum wraz z nauczycielami hodują kury, uprawiają ziemię i potem te produkty sprzedają na organizowanej „fieście patronalnej”. W tym roku za zarobione pieniądze chcą kupić do szkoły mały generator prądu... potem telewizor. Ksiądz Henryk obiecał im przywieźć dvd.  

Do Ammabay popłyneliśmy razem z księdzem Henrykiem, Alexem- mężem jednej z tamtejszych profesorek i ich córeczką Adrianną. Po południu, w przedszkolu, gdzie zebrała się praktycznie cała wioska, ksiądz poprowadził dla dzieci krótką katechezę, potem włączył im film o Mojżeszu a na koniec bajke Pocahontas. Wszystko: generator, projektor, dvd  trzeba było przywieźć ze sobą. Nasza wizyta była dużym wydarzeniem i urozmaiceniem ich codzienności. Dzieci siedziały oglądając bajkę do końca, mimo, że w normalnych warunkach o tej porze dawno już śpią...

 

Puerto Bermudez - część druga...

 

Alcalde – Ashaninka

Burmistrz w Bermudez tzw. „alcalde” zawsze jest przedstawicielem indian Ashaninka. Nie jest istotne czy ma jakąkolwiek wiedzę, jakiś program wyborczy, jakąś strategię rozwoju miasta czy gminy... to się nie liczy... Najważniejsze, że jest to osoba z ich krwi, ich pochodzenia, ich przedstawiciel a indianie są lojalni. Zawsze będą głosować na swojego. Mimo, że w samym Puerto Bermudez stosunek ludzi napływowych, w zasadzie założycieli miasta tzw. „colonów” do indian jest około 70:30 to w całej gminie (jej wielkość to około 1/3 województwa małopolskiego),  ze wszystkimi indiańskimi wioskami stosunek jest odwrotny. Dlatego... drogą demokratycznych wyborów zawsze wygrywa przedstawiciel Ashaninka. Niestety, indianie są na niższym poziomie rozwoju cywilizacyjnego, nadal dominują u nich zachowania plemienne i myślenie z dnia na dzień. Przenosi się to wprost na sposób rządzenia w gminie.  Brak planowania, długofalowego myślenia, strategii rozwoju miasta czy całej gminy powoduje, że podejmowane inwestycje dla nas są całkowicie nieracjonalne.

Niedawno, gmina otrzymała kilkanaście milionów soli...  Powinny więc być jakieś priorytety inwestycyjne w mieście. Przykładowo zrobienie chociaż jednej drogi asfaltowej czy betonowej, zagospodarowanie centrum miasteczka poprzez uporządkowanie tamtejszej zabudowy, zadbanie o jako taki wygląd czy chociażby zrobienie kanalizacji...

Tutaj natomiast część pieniądzy wydano na ogromne betonowe chodniki, pomiędzy którymi są nierówne, kamieniste, drogi. Druga, większa część pieniędzy poszła na zakup maszyn... czterech ciężarówek wywrotek. To nic, że maszyny potrzebne były głównie do rozwiezienia po miasteczku materiałów pod budowę chodników co obniżyłoby koszty. Wtedy ciężarówek jeszcze w Bermudez nie było. Przyjechały całkiem niedawno, późną nocą, budząc całe miasteczko ponieważ objechały wszystkie ulice bezustannie trąbiąc i oznajmiając sukces dotarcia. Nieistotne, że gmina zapłaciła za nie 6 milionów a można je kupić praktycznie za połowę ceny. Nieistotne, że kupiono tylko wywrotki  i ani jednej maszyny do załadunku materiałów. Nieistotne jest również, że są to nowe mercedesy, do których nigdzie w okolicy nie mozna kupić części a najbliższy serwis jest bagatela... w Limie (dwa dni drogi). Najważniejsze jest ogłoszenie sukcesu. Wielka feta z okazji dotracia oraz chrzest maszyn. Nie żartujemy! Dnia następnego odbyła się impreza i każda z czterech ciężarówek otrzymała imię. Alcalde posiada dwa imiona i dwa nazwiska więc każda z maszyn otrzymała jedno! Następnie odstawiono je pod wiatę i pewnie jeszcze długo tam sobie postoją...          

    

 

Szkolne sprawy...

Edukacja tutaj jest na bradzo niskim poziomie (w Limie czy większych miastach może jest inaczej). Ważniejsze od nauki jest granie na bębenkach i uczestnictwo dzieci we wszystkich marszach, fiestach, defiladach, których tutaj są niezliczone ilości, gdyż świętuje się wszystko co tylko można. Trochę przypomniały nam się nasze pochody pierwszomajowe... Do każdego takiego marszu, czy defilady przygodowania zaczynają się już kilka dni wcześniej więc w szkołach, zamiast lekcji wszyscy grają. Drugą ważną rzeczą są konkursy piosenek i tańca, których przygotowanie również zabiera ogromną częśc czasu przeznaczonego na naukę. Spędziliśmy w Bermudez cztery weekendy i praktycznie w każdy piątek wieczorem odbywały się konkurys śpiewu i tańca. Najlepsze, że rozpoczynały się o siódmej, ósmej wieczorem a kończyły grubo po północy. Uczestnikami były dzieci ze szkół podstawowych!  Dla nas takie godziny są nie do pomyślenia. Dodatkowo konkursy zawsze były super nagłośnione, słychać je było w całym miasteczku! Tutaj, z powodu klimatu w oknach nie ma szyb- tylko siatki na owady więc nie dało się nawet zamknąć domu, żeby wyciszyć te hałasy a w parafii, która znajduje się zaraz przy szkole nie dało się nawet rozmawiać!

Dodatkowo każda szkoła organizuje własne wybory MISS. Tutaj taki konkurs polega na tym, że kandydatki sprzedają swoje głosy np. każdy głos za jednego sola. Więc poszczególne rodziny muszą się postawić: rodzice, ciotki, wujkowie, kuzyni, kuzynki – tutaj więzy rodzinne są bardzo mocne i rodzina jest najważniejsza więc wykupują ile mogą celem poparcia własnej kandydatki. Wygrywa ta , która zbierze najwięcej pieniędzy. Na koniec odbywa się wielka gala... ogranizowane są prezentacje kandydatek, wystepy w różnych stojach, odpowiedzi na wylosowane pytania i po raz kolejny w miasteczku jest wielka impreza. Byliśmy świadkami jednych takich wyborów. Przed rozpoczęciem całej gali odbywa się przejazd kandydatek przez miasteczko. Każda jedzie oddzielną, ustrojoną w tysiące kokardek i baloników mototaxi. Właściwie to każda stoi w tej mototaxi pozdrawiając ludzi zebranych na ulicach (imitacja wielkich gwiazd). Przed całą kawalkadą maszeruje orkiestra szkolna oznajmiając przejazd. Po objechaniu całego centrum w tzw. „klubie społecznym” odbywa się dalsza część imprezy- znów do białego rana...

A jeśli chodzi o poziom nauczania to tylko taki jeden przykład. Kelly- sekretarka pracująca w parafii jest na drugim roku w instytucie pedagogicznym. Dopiero po namowach i naleganiach księdza Henryka przeczytała pierwszą w życiu książkę! A jaka potem była z tego dumna! Nie mówimy ile czasu jej to zajęło i że ksiądz, celem sprawdzenia odpytał ją z przeczytanej treści... Istotne jest, że dziewczyna ma dwadzieścia lat, za rok zostanie profesorką i będzie swoją wiedzę przekazywać dzieciom! Z drugiej strony jak te dzieci mają czytać ksiązki skoro nie mają żadnego przykładu i motywacji ze strony starszych. W Puerto Bermudez nawet gazetę jest ciężko kupić (niestety nie udało nam się ani razu!!!) nie mówiąc już o książkach. W żadnej szkole jak i w całej gminie nie ma ani jednej biblioteki !!! Ksiądz nawet kiedyś zaproponował projekt zrobienia biblioteki. W gminie praktycznie go wyśmiali i z ogromnym zdziwieniem pytali: ale po co?! Potem miejskie gimnazjum otrzymało od gminy pieniądze – ksiądz również radził im zainwestować w książki. Nieee, po co? Mur wokół szkoły za te pieniądze będą budować!

 

Hiszpan Jesus i wyprawa do selwy...

W Puerto Bermudez od dziewięciu już lat żyje Hiszpan Jesus, który po ponad dwudziestu latach podróżowania po Ameryce Południowej właśnie tutaj znalazł swoje miejsce na ziemi. Wybudował w Bemrudez hostel: Humbolt Hostel, który poza funkcją turystyczną jest przede wszystkim jego domem. Znajduje się on trochę na uboczu Bermudez, zaraz nad samą rzeką Pichis. Drewniany, bardzo przytulnie urządzony i co jest jego główną zaletą, z pięknym ogrodem, w którym na hamakach można się zrelaksować i w cieniu drzew odpocząć od tropikalnego klimatu. Najlepsze, że większośc znajdujących się tam przepięknych roślin, my w Polsce możemy mieć tylko w formie kwiatów doniczkowych, oczywiście „trochę” mniejszych rozmiarów. W tej części Peru ogród jest rzeczywiście rzadkością (ten jest na pewno najładniejszy w całym Bermudez!). Jak sam Jesus wspomina odwiedzających go peruwiańczyków: „hmmm no tak, bardzo ładny ale po co Ci to drzewo, tamto czy te krzewy...” Oni najchętniej wszystko by wycieli i przede wszystkim zrobili betonowe alejki!   

 

Jesus prowadzi codzienne audycje radiowe, w których próbuje przekazać mieszkańcom trochę podstaw ekologii, prawidłowości i zasad rolnictwa, uświadomić im jak ważne jest ponowne zalesianie terenów po wykarczowaniu lasów pod uprawę. Poza tym, ogromnym problemem w tych okolicach są mafie drzewne, które dla tutejszych ludzi są dużo groźniejsze niż mafie narkotykowe. Lasy wycinane są  na ogromną sklalę, nikt nie myśli o ponownym zalesieniu a najgorsze jest to, że towarzyszy temu ciche przyzwolenie społeczeństwa. W sprawie  narkotyków ludzie mają jako taką świadomość, że jest to coś złego, niezgodnego z prawem ale jeśli chodzo o lasy... to są  przecież tylko drzewa, których tutaj jest dużo. W ogóle nie zastanawiają się, że taka dewastacja środowiska zmienia cały ekosystem, że właśnie z tego powodu nagle zaczyna brakować podstawowych bogactw naturalnych, które wcześniej były na wyciągnięcie ręki, że nagle rzeki wylewają, ulewy wypłukują całą ziemię, a w porze suchej ziemia wysycha jak kamień, gdyż nie ma naturalnej ochrony jaką stanowiły korzenie drzew. Ale jak sam Jesus twierdzi,  czasami to jest jak walka z wiatrakami... będą przytakiwać a potem i tak zrobią swoje, za plecami komentując, że to „extranjero” vel „głupi gringo” i że się nie zna.

Właśnie z nim wybraliśmy się na całodzienną wycieczkę po selwie i przyznamy, że facet nas nieźle przegonił. Faktycznie, przedzieranie się przez taki las wcale ne jest proste, w dodatku trzeba uważać czego się dotyka, gdyż niektóre drzewa posiadają kolce takie jak kaktusy, na liściach mogą znajdować sie przeróżne żyjątka, niekoniecznie małe, ładne i przyjazne! Do tego gorąc i wilgotność 100%. Po czterech godzinach przedzierania się byliśmy tak padnięci, że woleliśmy wracać rzeką, gdzie mimo skakania po kamieniach, chodzenia po kolana w wodzie  nie trzeba było torować sobie drogi maczetą... ale BYŁO WARTO !!!

 

Rio Pichis i znaczenie rzeki w dżungli...

Rzeki w tej części Peru, czyli na terenie selwy, nad którymi znajdują się większe czy całkiem małe wioski to nie tylko urozmaicenie krajobrazu. Bardzo często to jedyna trasa komunikacyjna, gdyż jedyną możliwością dotarcia do takiej osady jest właśnie łódka. Rzeka stanowi też źrodło pożywienia. W selwie, gdzie uprawia się i spożywa głównie jukę (w każdej możliwej postaci i o każdej porze dnia), która nie zawiera zbyt wielu wartości odżywczych, ryby są urozmaiceniem posiłków i źródłem białka. Łowienie jest więc podstawową czynością praktycznie wszystkich: mężczyźn, kobiet jak i dzieci.

Jednak gdy dwa lata temu ksiądz Henryk (zapalony rybak) przyjechał tutaj z wędką było to ogromnym wydarzeniem... wszyscy się zbiegali aby zobaczyć co to za niestworzony cud techniki ta wędka.... im do łowienia wystarcza żyłka i haczyk.  Niestety, ludzie nie mają tutaj żadnej świadomości ekologicznej. Tak samo jak z lasami jest i z rzeką... często, żeby pójść na łatwiznę „łowią ryby”  przy użyciu dynamitu nie zastanawiając się nad tym, że przy okazji wybijają całe tamtejsze życie i potem ryb już w ogóle w rzece nie będzie. Dla nich liczy się to, że w danej chwili, w danym dniu mają jedzenie. Typowy przykład myślenia z dnia na dzień!!! Poza tym w rzece wszyscy się kąpią, myją naczynia, piorą - spędzają nad nią bardzo dużo czasu, gdyż poza rybołóstwem, wiele codziennych obowiązków, zwłaszcza kobiecych związanych jest właśnie z wodą...   

 

Zakończenie...

Przed przyjazdem wydawało nam się, że będziemy tutaj bardzo długo... a tu cztery tygodnie zleciały tak szybko... Nie wiadomo nawet kiedy zużyliśmy wszystkie farby, Dominika przeprowadzała ostatnie, pożegnalne zajęcia. Jeszcze ostani spacer po wiosce, ostatni niedzielny obiad, który jadaliśmy razem z księdzem w nieco droższej i lepszej restauracji niż te w tygodniu... Tutaj bardzo dużo jest takich „restauracyjek”, które serwują to, co w danym dniu jest ugotowane. Otwierane są w porze śniadania czy obiadu i sprzedaż prowadzona jest  do wyczerpania przygotowanych dań, których jest zwykle dwa lub trzy do wyboru. Taki zestawik obiadowy (zupa, drugie i napój) kosztował nas 3 sole od osoby. Od święta natomiast chodziliśmy próbować typowych dań regionalnych.

Żeby było śmieszniej na zakończenie, jako taka kulminacja naszego pobytu, własnie kiedy mieliśmy się zacząć pakować wyłączyli prąd i musieliśmy szukać swoich rzeczy przy świeczkach... ale chyba niczego nie zapomnieliśmy. A potem w poniedziałek o szóstej rano, dokładnie cztery tygodnie po naszym przyjeździe razem z księdzem Henrykiem wsiedliśmy do camionety jadącej do La Merced...  

 

...zdjęcia...

 

2007.09.10-10.07 Rio Pichis

Rio Pichis - Album Zdjęć                                                     Rio Pichis - Pokaz Slajdów

2007.09.25 Amambay

Amambay - Album Zdjęć                                                     Amambay - Pokaz Slajdów

2007.09.10-10.07 Puerto Bermudez

Puerto Bermudez - Album Zdjęć                               Puerto Bermudez - Pokaz Slajdów