Bariloche


 

Włóczykije Round The World Expedition / Wyprawa z Włóczykijami dookoła świata

 

 Ameryka Południowa

Strona Główna

Bariloche... i podróż do Santiago 2007.08.31-09.04

 

O poranku obudził nas zapach roznoszonej gorącej kawy... za oknami autobusu, oczom naszym ukazały się piękne góry. Wreszcie zmienił się klimat. Argenytyna pod względem liczby mieszkańców jest zbliżona do Polski ale powierzchniowo jest dwanaście razy większa dlatego też w wielu miejscach jest kompletnie niezamieszkała. Można przemierzać setki kilomterów i poza drogą nie mieć niczego – żadnych domów, wiosek, gospodarstw, drzew- płaskie pustkowie - tylko pampa, pampa, pampa! Dlatego też, przez kolejne godziny z zadowoleniem przygladaliśmy się mijanym terenom. Byliśmy jeszcze w autobusie a już wiedzieliśmy, że ta część Argentyny bardzo nam się spodoba...  Andy w tym miejscu bardzo przypominają nasze ukochane Tatry. Przede wszystkim pod względem wysokości (dwa, dwa i pół tysiąca) a tym samym i roślinności górskiej – dolne partie są zielone, porośnięcte iglastymi drzewami a dopiero wyżej są gołe skały i ośnieżone szczyty. Uświadomilismy sobie również, że jesteśmy na podobnej szerokośći geograficznej- tylko na innej półkuli a mijane polodowcowe jeziora dodawały jeszcze uroku. W końcu docieraliśmy do argentynskiej krainy jezior... 

Cel naszej pordóży, czyli miasteczko Bariloche to takie południowoamerykańskie Zakopane. Zarówno pod względem zabudowy (tylko dachy trochę mniej spadziste), klimatu, ilości sklepów sportowych (najwyższej jakości i równie wysokich cen), sklepików z pamiatkami, restauracji i knajpek a przede wszystkim ludzi... spacerujacych w kombinezonach po ulicach. Właśnie trwa tutaj zima a w zwiazku z tym sezon narciarski...

Nawet hostelik, w którym spaliśmy, przypominał nasze górskie schroniska: drewniany, z malutkimi, całymi w skosach, pokoikami ale z dużą, wspólną salą: kuchnio-jadalnio- recepcją. Tam skupiało się życie mieszkańców, było przytulnie ciepło, na kaloryferach suszyły się ubrania, rękawice czy buty narciarskie.

Przeważali Argentyńczycy więc mieliśmy możliwość przyglądnięcia się rytmowi ich życia oraz porom spożywania posiłków, co potwierdziło nasze spostrzeżenia z Buenos. Zaraz pierwszego wieczora, kiedy wróciliśmy z wycieczki, przemoczeni i trochę zmarznięci, zabraliśmy się za gotowanie kolacji. W tym czasie ze stoków czy spacerów powoli wrcali pozostali z tą różnicą, że oni siadali przed telewizorem, popijali mate, czytali gazety czy po prostu rozmawiali i odpoczywali. My zdążyliśmy już spokojnie zjeść, zrelaksować się  gdy w kuchni zaczęła się wrzawa. Pobliski market był czynny do godzinny 22:00 więc parę minut wcześniej zaczęły się dyskusje co na kolacje, wyprawy po zakupy a potem wielkie gotowanie... Jak wcześniej z kuchni i naczyń nikt nie korzystał to w okolicach 22:00, jak na komendę, wszyscy zabrali się za przyżądzanie posiłków - brakowło garnków, palników ale co tam, to właśnie była pora jedzenia i to było najważniejsze. Potem odpoczynek a około pierwszej, drugiej  w nocy zaczynali się zbierać do wyjścia do knajpek. Poza tym, Argentyńczycy, jak wszyscy w Ameryce Południowej są bardziej otwarci i dużo bardziej socjalni niż my. Drugiego wieczora kolacja była już jedna i  wspólna dla wszystkich- mimo, że ludzie byli z różnych miejsc a poznali się dopiero w hostelu... Dodatkowo, kolacje jedzą ogromne- przede wszystkim mięso, mięso i jeszcze raz mięso, ziemniaki, frytki, majonez... czasem trochę warzyw. Natomiast na śniadanie tylko mate, kakao czy kawa, do tego jakieś ciasteczko, krakers czy coś równie malutkiego. W sumie, jak najedzą się w nocy to rano raczej nie są jeszcze głodni. Ten model jest kompletnie odwrotny niż nasz, gdzie zawsze się słyszy, iż śniadanie to najważniejszy posilek dnia a kolacja powinna być lekka i w miarę wczesna a po godzinie 18:00 to najlepiej nic już nie jeść! Tu jedzą w środku nocy i raczej nie narzekają na problemy zdrowotne...

Wszystko super tylko trochę nie o to nam chodziło. Idealnie byłoby móc tutaj przyjechać, żeby po górach pochodzić, nocować na campingach czy w licznych schroniskach gdzieś na szlakach. Niestety,  teraz szlaki są zasypane, schroniska nieczynne a campingi z oczywistego powodu również pozamykane. W sobotę postanowiliśmy mimo wszystko spróbować trochę pochodzić wybierając się na niewysoką górę w okolicach miasta... Wróciliśmy z  butami i spodniami całkowicie przemoczonymi. Śniegu były ogromne ilości i na żadne dłuższe wyprawy nie było szans. Kolejny dzień, kolejna krótka wycieczka i namiastka tego, co moglibyśmy zobaczyć latem... a jest co oglądać - góry są rozległe, polodowcowych jezior cała masa. Coraz bardziej utwierdzaliśmy się w przekonaniu, że do tej części świata musimy kiedyś wrócić. Przyjechać latem i zwiedzić całą południową Argentynę, pochopdzić po górach, zobaczyć lodowce i dotrzeć do Ziemii Ognistej...

Trzeciego dnia pogoda się załamała.Od samego rana lało jak z cebra, wiało i było potwornie zimno a wieczorem deszcz zamienił się w śnieg. Cóż było robić jak tylko siedzieć w hostelu, popijać ciepłe herbatki, czytać ksiązki, nadrabiać relacje i selekcjonować zdjęcia. Najgorsze, że według prognoz, cały najbliższy tydzień miał być taki a my nie mieliśmy ochoty na zimę- w dodatku deszczową. Kupiliśmy więc bilety i następnego dnia  opuszczaliśmy Bariloche zmierzając do chilijskiego Osorno.

Początkowo podróż była bez żadnych niespodzianek... zastanowiło nas tylko, że chilijska kontrola graniczna nie jest zaraz obok argentyńskiej ale po drugiej stronie Andów... Nie muslieliśmy długo czekać, żeby sprawa się wyjasniła. Wjechalśimy wyżej i zaczeły się śniegi... zaspy conajmniej na wysokość naszego autobusu, droga kręta, wąska, taki tunel w śniegu, i dość duży ruch- tiry czy autobusy nie były rzadkością. Na dodatek cały czas mocno padało. Mając w pamięci boliwjskie autobusy z łysymi oponami trochę nam miny zżedły... Ale tu była cywilizacja a kierowcy doświadczeni. Kiedy utkneliśmy blokując całkowicie drogę oraz możliwość przejazdu załozyli na siebie kombinezony i zabrali się za łańcuchy racząc nas przy tym swoimi dobrymi humorami. Nikt nie miał obaw, że wiedzą co robią. Przejechaliśmy szczęśliwie. Po stronie czilijskiej wzięli sobie do serca, że jesteśmy tam pierwszy raz i opowiadali nam o wszystkich mijanych atrakcjach turystycznych- górach, wulkanach czy jeziorach mimo, że pogoda była tak wredna a mgła tak gęsta, że niczego nie mogliśmy dojrzeć, słuchaliśmy uważnie- będziemy wiedzieć na przyszłość...

Z trzygodzinnym opóźnieniem ale dzięki kierowcom, w bardzo dobrych humorach dotarliśmy do Osorno. Tu było jeszcze zimniej niż w Bariloche a deszcz i prognozy pogody na najbliższe dni nie były zachęcające. Nie namyślaliśmy się długo. Na zimę wcale nie mieliśmy ochoty więc postanowiliśmy jej uciec i jeszcze tej samej nocy siedzieliśmy w autobusie do Santiago – 1000 kilometrów na północ powinno być już dużo cieplej.... 

 

...zdjęcia...

Bariloche - Album Zdjęć                                                        Bariloche - Pokaz Slajdów