Penisula Valdez


 

Włóczykije Round The World Expedition / Wyprawa z Włóczykijami dookoła świata

 

 Ameryka Południowa

Strona Główna

Patagonia - Puerto Madryn i Półwysep Valdes 2007.08.29-30

 

Po południu dotarliśmy do Puerto Madryn, północnej części Patagonii. Argentyńskie autobusy są całkiem wygodne, trzy posiłki, kilka filmów i 20 godzin jakoś nam minęło. Co nie znaczy, że po takiej podróży człowiek nie jest wymeczony a jego kręgosłup nie marzy o rozprostowaniu się...

W informacji na dowrcu dostaliśmy namiary na najtańszy hostel, w którym też są organizowane jedne z najtańszych w mieście wycieczek na półwysep Valdes.

Zostawiliśmy plecaki i ruszyliśmy poogladać miasto oraz w poszukiwaniu jakiegoś posiłku. Zgłodniali zajadaliśmy pizze w knajpce przy plaży. Dopiero po jakimś czasie zwrócilismy uwagę na morze i ogromne stado różowych flamingów, które wygladały niesamowice na tle granatowej wody. A dalej za nimi pływało coś ogromnego. Nie mogliśmy uwierzyć – to chyba były wieloryby! Wiedzieliśmy, że można je pooglądać na półwyspie Valdes ale nie mieliśmy pojęcia, że podpływają również tutaj, na miejskie plaże. Szybko skończylismy jeść, żeby móc podejść bliżej. Z molo wieloryby były jeszcze lepiej widoczne, podpływały bardzo blisko... są niesamowite i takie ogromne! Już byliśmy szczęślliwi i zadowoleni, że tutaj przyjechaliśmy. Wcześniej się zastanawialiśmy czy jest sens jechać tak daleko na południe, zwłaszcza, że teraz nie ma sezonu na oglądanie zwierzaków ale nawet same wieloryby są tego warte!

W hostelu powitał nas jego właściciel  – ogromny facet, z czarnymi kręconymi włosami, bardzo gadatliwy, głośny ale sympatyczny i cały czas uśmiechnięty. Na dzień dobry Dominika została wycałowana, Tomek wyściskany, zostaliśmy poczęstowani mate, zaproszeni do stołu i  zaczęły się negocjacje. Po chwili dobiliśmy targu co do noclegu oraz wycieczki na półwysep dnia następnego. Chyba faktycznie jednej z najtańszych. Oczywiście właściciel nie omieszkał wspomnieć, że rachunek i kontrakt jest tylko do naszej wiadomości. Jak wszędzie, po negocjacjach proszą, żeby nie pokazywać za ile się wykupiło wycieczkę. A w agencjach było dużo drożej. Następnego dnia mogliśmy to zauważyć gdy przewodniczka zbierała od innych pieniądze. Najdziwniejsze w tych wszystkich krajach jest to, że za tą samą usługę, w tym samym czasie, w obrębie tej samej grupy każdy płaci inną cenę, w żalezności od tego gdzie wycieczkę wykupił i ile udało się mu znegocjować- jeżeli w ogóle próbował.

Nasz hostelik Kamaruko okazał się być bardzo sympatyczny z rodzinną atmosferą, w którym mieszkali i argentyńczycy i turyści (mający ograniczony budżet). Wieczór spędziliśmy w towarzystwie dwóch Niemek, dwóch Austriaków oraz argentyńczyka, który był nadwornym kucharzem i przygotował dla wszystkich kolację – specjalność tej częsci świata: empanadas.

Nastęnego dnia, na półwyspie mogliśmy  przyglądać się wielorybom do woli. Na początek z brzegu i z plaży a potem, w Puerto Piramides, wypłyneliśmy łodzią w głąb zatoki i wówczas były już bardzo blisko. Momentmai obawialiśmy się, czy nie zdecydują się wynurzyć będąc pod naszą łódką – ale sternik był spokojny i opanowany! Chyba z doświadczenia wie, że to się nie zdarza. Fajne, ogromne ssaki z tych wielorybów. Były nawet dwie matki z małymi wielorybkami. „Małymi” (hihi) - to w tym wypadku pojęcie wzgledne bo taki maluch jak się rodzi to już waży 4-5 ton a w ciągu dwóch tygodni przyrasta o kolejne pięć ton. Dziennie wypijając około 100 litrów mleka matki ma z czego rosnąć.

Potem oglądaliśmy słonie morskie wylegujące się na plaży. Mogliśmy podejść do nich całkiem blisko, gdyż niewzruszenie wygrzewały się w słońcu, od czasu do czasu  mierząc nas wzrokiem, ruszając ogonem, rozdziawiając paszczę czy pochrząkując. To są dopiero śmieszne stworzenia, z namiastką trąby (samce) i ogromnym cielskiem rozlewającym się na piasku... Niestety, nie jest to sezon na delfiny, orki czy pingwiny ale już te zwierzaki, które zobaczyliśmy były warte przyjazdu!! 

Z wycieczki mieliśmy wrócić około 18:30 ale jak zwykle w Ameryce Południowej-  mijała 20:00 kiedy dotarliśmy do hostelu. Wcale byśmy się tym nie przejmowali gdyby nie kolejny nasz autobus, który odjeżdzał o 21:00 a my nie byliśmy jeszcze do końca spakowani. Na dodatek w recepcji zapodział się gdzieś klucz do naszego pokoju i jak się okazało żadnego zapasowego też nie było. Trochę już byliśmy zdenerwowani ale właściciel ze swoistym sobie humorem nas uspokajał i co raz znosił na korytarz nowe narzędzia. W końcu,  przy ogólnych okrzykach radości udało mu się rozwiercić zamek i otworzyć nam pokój. Żeby było śmieszniej zaraz potem, w recepcji na biurku, pod stertą papierów znalazł nasz klucz. To się nazywa utrzymywanie porządku (hihihi). Tymczasem my zdążyliśmy się spakować, pożegnać z serdecznymi właścicielami i spokojnie dotrzeć na autobus.  Przed nami była kolejna noc jazdy i kolejne kilkaset kilometrów do pokonania. Tym razem w kierunku zachodnim- do argentyńskiej krainy jezior.

 

...zdjęcia...

 

 

Penisula Valdez - Album Zdjęć                                       Penisula Valdez - Pokaz Slajdów