Misje Jezuickie


 

Włóczykije Round The World Expedition / Wyprawa z Włóczykijami dookoła świata

 

 Ameryka Południowa

Strona Główna

Misje Jezuickie i ...muzeum Yerba Mate w Apostoles 2007.08.15-17

 

Przed przyjazdem do Ameryki Poludniowej nie wiedzieliśmy właściwie nic na temat Misji Jezuickich a wydaje nam się to bardzo interesujące dlatego na początek mały wtęp historyczny a dopiero potem szczegóły naszych poczynań....

 

Rys Historyczny

Misje jezuickie w Ameryce Południowej były jedynym tego typu „tworem” na świecie. W sumie założono ich ponad pięćdziesiąt lecz w pełni rozwineło się 30 z nich, na terenie trzech państw: Brazylii (7), Paragwaju (8) oraz Argentyny (15), z których 7 zostało wpisanych na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO – Sao Miguel w Brazylii, San Ignacio Mini, Santa Ana, Nstr. Senora de Loreto, Santa Maria la Mayor w Argentynie oraz Trinidad i Jesús w Paragwaju. Misje były spełnieniem swego rodzaju utopii.

Na początku XVII wieku Ameryka Południowa była kolonizowana w bardzo ekstensywny sposób. Tereny, na których powstały misje były niejako areną walki o wpływy portugalskie jak i hiszpańskie. Portugalscy zdobywcy,  rdzenną ludność zamieniali w swoich niewolników, natomiast hiszpańscy konkwistadorzy zamieszkujących te tereny indian Guarani wysyłali głównie do morderczej pracy w kopalniach srebra w Potosi (szacuje się się iż w tych kopalniach do tej pory zgineło ok 7-8 mln ludzi) lub zmuszali do pracy w tzw. encomiendach.

Tereny te były porośnięte gęstym lasem co utrudniało ich pełne wykorzystanie czy zdobycie.  Korona hiszpańska na początku XVII wieku oficjalnie pozwoliła jezuitom zakładać swoje placówki a pierwsza misja powstała w 1609 r. Dwa lata później ustanowiono prawo ich ochrony. W każdej placówce znajdował się kościół oraz rada, w pełni niezależnie nią zarządzająca. Prawo to także zakazywało wstępu, na teren misji, hiszpanom, metysom oraz czarnym jednocześnie gwarantując indianom, iż nigdy nie będą musieli pracować w encomiendach. Wydaje się, iż właśnie ten ostatni warunek a także schronienie przed portugalskimi łowsacmi niewolników, jakie dawała misja przyczyniły się do wielkiego ich sukcesu.

Jezuici stworzyli całkowicie nowy sposób chrystianizacji. W zakładanych przez siebie placówkach gromadzono (redukowano – stąd słowo redukcje) ok. 2-10 tys indian. Respektowano większość indiańskich zwyczjów a chrystianizacja odbywała się głównie poprzez sztukę – malarstwo, rzeźbę, śpiew. Każda misja była w samowystarczalną jednostką lecz mimo to prowadziła ożywioną wymianę handlową z innymi misjami a także z Europą. Ich organizacja oparta była na całkowictej wspólnocie dóbr... tak naprawdę był to swego rodzaju utopijny raj komunistyczny. Lecz nie tylko śpiewem i mlekiem kraina ta płynęła... placówki te były w pełni schierarchizowane i zmilitaryzowane... chyba troszkę nam to PRL przypomina. Misje były gnębione przez różnego rodzaju zarazy (średnia życia indianina wewnątrz była o pięć lat krótsza niż poza misją !!!). Równocześnie, nierzadko stawały się one celem ataków portugalskich bandeirantes (łowców niewolników), co było przyczyną ich przenoszenia  nawet o setki kilometrów i budowach od nowa.

W szczytowym okresie rozwoju wszystkie misje jako całość były tak naprawdę małą potęgą ekonomiczną. Zagospodarowały teren wielkości dzisiejszej hiszpanii (!!!), a ich populacja liczyła 140 000 osób. Ta mała potęga ekonomiczna była jednak  nie w smak hiszpańskiej koronie, nie czerpiącej z niej zysku. To właśnie doprowadziło do wygnania jezuitów z Ameryki Południowej. W znanym filmie „Misja” historia redukcji kończy się wraz z odejściem Jezuitów... Ale tak naprawdę hiszpanom nie chodziło o zniszczenie tej potęgi lecz o podporządkowanie jej sobie. Od momentu wygnania jezuitów  w 1767 roku misje powoli podupadały gdyż nowi ich zarządcy (głównie franciszkanie czy dominikanie) przede wszystkim nie znali języka guaranii (z tego powodu nie umieli się porozumiewać się z ich mieszkańcami) a także wprowadzali nowe praktyki religijne jak i organizacyjne co burzyło dotychczasowy porządek.  Prawdziwy kres misji przyszedł jednak w latach 1816-1819 głównie za sprawą „El Supremo” - Dr. José Gaspar Rodríguez de Francia, pierwszego dyktatora Paragwaju.

 

San Ignacio Mini - ruiny Misji Jezuickich

Po raz kolejny w trakcie naszej wyprawy okazało się, że nie warto wszystkiego dokładnie planować. Mieliśmy listę kilku hosteli w San Ignacio Mini, którą otrzymaliśmy od napotkanych w Foz do Iguacu Polaków ale okazała się ona całkiem niepotrzebna. Kierowca autobusu, którym jechaliśmy zaproponował, że podwiezie nas pod same ruiny misji oraz hotel, pytając czy mamy gdzie spać. Ledwo się zatrzymał, zatrąbił znacząco informując o swojej obecności i zaraz potem przejeła nas kobieta z pobliskiego hotelu. Kierowca zdążył tylko nas poinformować, że na podstawie biletów autobusowych bedziemy mieć zniżkę. Dodatkowo, ze względu na brak turystów,  Tomek wynegocjował jeszcze lepszą cenę i w ciągu dwóch minut od przyjazdu zalogowaliśmy się w pokoju. W sam raz, żeby zdążyc na nocne zwiedzanie misji. Potem okazało się, że mieliśmy szczęście, gdyż  wszystkie hotele z listy znajdowały się dalej i na pewno nie zdążylibyśmy na 19:00 do ruin. A tak, mieliśmy okazję pójść na tzw. „nocny spacer z przewodnikiem”, który opowiedział nam całą historię Misji Jezuickich w tym regionie, wczuć się w klimat dzięki oświetleniu  ruin oraz  puszczanej muzyki z tego okresu a następnie, w ramach tego samego biletu wrócić tam dnia kolejnego i zwiedzić muzeum oraz cały teren w świetle dziennym.

Dopiero po tym wszystkim, nieźle już zgłodniali zajęliśmy się znalezieniem posiłku. Tutaj, mieliśmy okazję, po raz pierwszy spróbować słynnych argentyńskich steków.... Przyznajemy, że wszystko co o nich mówią to szczera  PRAWDA! Są ogromne, soczyste, aromatyczne i rozpływające się ustach – takiego mięsa to jeszcze nie jedliśmy! Do tego zimne piwo - pychota!

 

Apostoles -  Muzeum Yerba Mate

Kolejny dzień mieliśmy dość intensywny. Rano, jeszcze przed śniadaniem i wylogowaniem się z hotelu ruszyliśmy zobaczyć ruiny w świetle dziennym (to chyba jedyne muzeum na tym kontynencie, które jest otwarte od siódmej rano) a o godzinie 11:00 siedzieliśmy już w autokarze do Posadas. Tam, zostawiliśmy bagaże w przechowalni, a sami zmieniliśmy autobus na jadący do wspominanego już Apostoles. Dotarliśmy tam.... i co dalej... wiedzieliśmy jedynie, że gdzieś tutaj w okolicy powinno znajdować się muzeum Yerba Mate. Była 14:30- trwała sjesta. Miasteczko było całkowicie opoustoszałe, jakby wymarłe. Na dworcu dowiedzieliśmy się, że muzeum faktycznie istnieje ale 12 km dalej i znajduje się ono w środku niczego więc żadne autobusy tam nie jeżdżą. Obeszliśmy miejscowość wdłuż i wszerz. W jedynym napotkanym, otwartym barze uzyskaliśmy informacje, że na skróty będzie to około sześciu kilometrów. Co było robić. W końcu specjalnie po to przyjechaliśmy. Poszliśmy we wskazanym przez barmana kierunku. Niedługo skończyły się zabudowania, skończył się asfalt, wokół były pola i łąki. Po ponad trzech kilometrach nie napotkaliśmy na żadną informację o muzeum. Byliśmy w środku Ameryki Południowej, pośrodku niczego, nawet nie wiedzieliśmy gdzie dokładnie idziemy oraz czy dobrze idziemy... Trochę źli na własną bezmyślność zawróciliśmy. Chcieliśmy zdążyć na wcześniejszy autobus...

Miasteczko wyglądało już inaczej – pojawili się jacyś ludzie na ulicach oraz na dworcu. Wtedy nas olśniło, żeby zapytać taksówkarza. Chwila rozmów, negocjacji i znalazł się pan, który zdecydował się nas tam zabrać i na nas poczekać. Był razem z synem więc wszyscy razem zwiedziliśmy muzeum. Muzeum okazało się być upamiętnieniem dokonań Juana Szychowskiego, syna polskich emigrantów (facet był niesamowity, większosć maszyn, z których korzystał zrobił ręcznie!), którego rodzina posiada obecnie jedną z największych planacji oraz firm produkujących Yerba Mate. Muzeum jest gratisowe i bardzo dobrze przygotowane, łącznie z nagraniami w każdej z sal ekspozycyjnych. Znajduje się faktycznie ponad 12 kilometrów od Apostoles. Piechotą w życiu byśmy tam nie trafili! Dodatkowo zostaliśmy tam poczęstowani Yerba Mate a na do widzenia każdy jeszcze dostał upominek (ćwierćkilowege opakowanie produkowanej tam Mate). Byliśmy zadololeni! Mimo początkowych komplikacji plan został zrealizowany a muzeum nam się bardzo podobało! Teraz tylko trzeba zakupić bombille (rurkę do picia Yerba Mate) i spożytkować otrzymane prezenty...

 

Trinidad - ruiny Misji Jezuickich 

Po powrocie do Posadas zalogowaliśmy się w hostelu a kolejnego ranka ruszyliśmy do urugwajskiego Trinidadu – zwiedzić najlepiej zachowane ruiny jezuickich misji. Faktycznie, są one dużo większe i w lepszym stanie niż te w San Ignacio. Mają jednak ogromny minus, poza ruinami nic tam nie ma: żadnych informacji, opisów, wytłumaczenia, ani słowa o historii. Byliśmy zadowoleni, że przyjechaliśmy tam dopiero po odwiedzeniu San Ignacio. W przeciwnym razie znaczyłyby one dla nas tyle co nic – trochę kamieni a tak mogliśmy rozpoznać poszczególne jej części wiedzieliśmy z czego misje się składały i dlaczego tak wyglądały…

Chcieliśmy w Paragwaju spędzić cały dzień ale tak naprawdę nie było tam zbyt wiele do zobaczenia. Charakterystyczne dla Ciudad del Este (przygranicznego miasta) wszechobecne targowisko ze wszytkim i niczym (marną tandetą) jakoś do nas nie przemawiało. Mając też na uwadze ogromne korki w Posadas woleliśmy mieć trochę czasu w zapasie (co okazało się cąłkiem słusznym podejściem), żeby spkojnie zdążyć na nocny autobus do Buenos Aires…

 

...zdjęcia...

 Trinidad - Album Zdjęć                                             Trinidad - Pokaz Slajdów

 

San Ignacio Mini - Album Zdjęć                                        San Ignacio Mini - Pokaz Slajdów