Pantanal


 

Włóczykije Round The World Expedition / Wyprawa z Włóczykijami dookoła świata

 

 Ameryka Południowa

Strona Główna

2007.07.22-27  Corumba, Pantanal i Campo Grande

 

Corumba

 

Ostatnie dwa kilometry do granicy z Brazylią… to tak niewiele ale jednak jakoś trzeba je pokonać a my wydaliśmy wszystkie boliwiany na jedzonko i zimne napoje bo było bardzo gorącą, samo poludnie, słońce przypiekało, na niebie ani jednej chmurki... a my z plecakami. Ruszyliśmy więc piechotąJ  Musieliśmy bardzo marnie wyglądać bo po kilku minutach marszu (co i tak dało nam w kość) zatrzymał się jakiś przemiły pan i całkiem bezinteresownie (o dziwo!!!) zawiózł nas do granicyJ

 

Oczywiście, nie można było przejść tak normalnie, bez oczekiwania bo przecież było południe i trwająca sjesta – a to święty czas odpoczynku i nawet funkcjonariusze graniczni ściśle go przestrzegają. Ba... nie tylko funkcjonariusze ale nawet w Santa Cruz (o czym nie wspomnieliśmy wcześniej) sjesta obowiązuje na cmentarzu, który w poludnie jest całkiem zamkniety!!!!! Wiec jak to zobaczyliśmy i nie mogliśmy wejść w południe na miejscowy cmentarz  sjestę graniczną przyjeliśmy całkiem naturalnie i spokojnie przeczekaliśmy swoje dwie godziny.

Ale dzięki temu poznaliśmy kolejnego przemiłego człowieka, który oczywiście miał w Corumbie znajomego prowadzącego hostel a nawet organizującego wyprawy na Pantanal.I tak od słowa do słowa, jak zwykle nie mając wcześniej nagranego żadnego noclegu wszystko się dobrze poukładało. Znajomy przemiłego pana (Diego) przyjechał po nas na granice, przywożąc jeszcze nocującą u niego kolejną parę celem dopełnienia formalności granicznych. Jak się miało potem okazać z Anthonym i Christiną,  z Południowej Afryki, spędziliśmy następne dwa tygodnie naszego podróżowania. Tomek cały wieczór negocjował z Diego cenę wyprawy w głab Pantanalu... no i się opłaciłoJ Oprócz 4 nocy w Pantanalu w cenę wliczony był transport Corumba – Pantanal – Campo Grande oraz noclegi w Corumbie i Campo Grande J  Jak się potem okazało inni turyści płacili więcej niż my za dwudniowy pobyt- czasami nasze studia i doświadczenie zawodowe są naprawdę użyteczneJJJ   

Tylko problemem jest kolejny nowy język – po portugalsku to już kiepsko się nam dogadać – Tomek jakieś zwroty i słowa jeszcze pamięta ale dla Dominiki to już czarna magia.... ale jakoś trzeba będzie sobie radzićJ

 

O samej Corumbie nie jesteśmy w stanie zbyt dużo powiedzieć gdyż, w przeciwieństwie do odwiedzonych wcześniej krajów, w Brazyli niedziela to dzień święty i wszystko jest pozamykane, a miasteczko opustoszałe -  jakby wymarłe. Tylko gdzieś z ogrodów czy różnych zacienionych patio dochodziła muzyka i odgłosy wypoczywających ludzi. Trafiliśmy natomiast do klubu bingo, gdzie wiele osób (w każdym przedziale wiekowym) mile spędzało niedzielny wieczór – tam przynajmniej można było coś przekąsić, napić się piwka, posłuchać muzyki i poogladać typowych brazylijczykowJ   Niestety, nie zabawiliśmy długo bo zmęczenie wcześniejszymi podróżami zrobiło swoje...

 

Pantanal

 

Duża, południowo-zachodznia  część Brazylii to podmokłe tereny zwane Pantanalem, które są siedliskiem niezliczonej ilości ptaków i zwierząt, a na dodatek lasy nie są tam tak geste jak w amazonii dlatego dużo łatwiej można podglądać tętniące tam życie, tym samym dużo więcej można zobaczyć....

Nasze 5 dniowe obcowanie z dziewiczą przyrodą rozpoczęliśmy od dwugodzinnej podróży autobusem a następnie przesiedliśmy się do czekającej na nas ciężarówki z odsłoniętą paką (żeby z również z drogi móć podziwiać przyrodę).  Tak dotarliśmy do środka Pantanalu, w głąb buszu, który na kolejne dni stał się naszym domem. Hacjenda (Ecological Expeditions), w której nocowaliśmy składała się z trzech pomieszczeń noclegowych (w każdym po kilkanaście hamaków), które zamiast okien miały siatki chroniące przed komarami, kilku namiotów, jadalni i sanitariatów z wodą (ogrzewaną jedynie słońcem hihihi).  

Ludzie, głównie młodzi, w zależności od długości pobytu cały czas się zmieniali – codziennie ktoś wyjeżdzał i codziennie ktos nowy się pojawiał.. międzynarodowa mieszanka i przekrój wszystkich narodowośći. Sympatycznie bo grupy i tak są małe więc wyprawy na spotkania z naturą  są bardzo kameralne ale w wolnych chwilach można porozmawiać i jest z kim posiedzieć wieczorem przy ognisku a przy okazji zdobyć bezcenne informacje praktyczne o różnych, odwiedzonych przez nich miejscach  w Ameryce PołudniowejJJ Nas interesowało głównie Rio, jako kolejny punkt na naszej trasie. Trzeba przyznać, że opowieści nie były zachwycające. Przykładowo duńczycy mówili, że wszyscy turyści jakich spotkali zostali w Rio obrabowani – co nie napawało optymizmem, a jednemu Amerykaninowi w pierwyszm dniu pobytu ukradziono aparat. Do tego ceny noclegów też nie brzmiały zachęcająco – Rio pod tym względem jest bardzo drogim miastem. Ale tutaj z pomocą przyszli nasi przyjaciele z Południowej Afryki (Mrówka i Kryśka – jak ich nazywaliśmy) Okazało się, że mają namiar na jakieś mieszkanie po 100 reali za nocleg i prawdopodobnie jest idealne dla 4 osób – bo dla nich samych byłoby to za drogie ale dla czwórki wychodzi po 25 za nocleg – więc jak na warunki Rio to super cenaJ  a w dodatku mieszkanie jest podobno zaraz przy plaży (normalnie za sale wieloosobową w hostelach płaci się około 35 reali).

W Pantanalu dni są pełne relaksu i spokoju – pierwsze co usłyszeliśmy po przybycu: „calm down... enjoy pantanal....”  Organizacyjnie wyglądają podobnie: pobudka o 6 rano, gąg oznajmiający czas posiłków służy również jako budzik. Pomiędzy 7- 8 rano (czas brazylijski więc ścisłej godziny nie ma sensu ustalać) ciężarówki rozwożą grupy w różne miejsca. Powrót na obiad, dwie godziny sjesty i po południu kolejne wyprawy. Okolo 19 kolacja, chwila przy ognisku i człowiek zapada w głeboki sen tak, że nawet chrapiące głośno osoby nie przeszkadzają zbytnio w zaśnięciuJ  My razem z Anthonym i Christiną byliśmy w jednej grupie a naszym przewodnikiem został Max.

Program wszystkich przyjeżdzających jest taki sam tylko kolejność różna. Spacery po buszu i oglądanie napotkanych zwierząt i ptaków (niestety dla nas wiele nazw pozostalo tajemnicą gdyż nie rozumiemy ich angielskich czy portugalskich tłumaczeń).  Przejazd konno.  Łowienie piranii, co jest fajną zabawą bo jeszcze nigdy nie widzieliśmy tak szybkiego łowienia ryb. Zarzucasz  wędkę z kawałkiem surowego mięsa i z brzegu widzisz jak piranie momentalnie podpływają i teraz zależy, czy uda im się zjeść mieso omijając haczyk czy łapią od razu cały kawałek razem z haczykiem. I rybka na kolacje złowionaJ Jest jeszcze pływanie łódką. W sumie każda wyprawa jest inna – w zależności od tego czy chodzisz po lesie czy płyniesz łódką czy jeżdzisz konno oglądasz wszystko z różnych perspektyw. Inne rzeczy można zobaczyć – nawet przejście tego samego odcinka w różne dni dałoby odmienne wrażenia bo zwierzęta są przecież na wolności i cały czas się przemieszczają.  Do tego  wszystko jest przepełnione spokojem a wokoło tylko odgłosy tętniącej życiem przyrody.... Spędzony czas w Pantanalu chyba najlepiej będzie zobrazowany na zdjęciach, do których serdecznie zapraszamy.

Nawet nie wiemy kiedy  mineło nam te pięć dni, które po podrózach i miastach były tak odmienne i spokojne, zdala od jakiejkolwiek cywilizacji.... ale w końcu trzeba było wracać.

 

Campo Grande

 

Najlepsze co było w Campo Grande to jeszcze ten darmowy nocleg z pysznym śniadankiem no i gorący prysznic, który człowiek po tych pięciu dniach bardzo docenia (gdzie jak się okręcało wodę – oczywiście zimną- to z rury najpierw wyskakiwały małe żabki.... dlatego lepiej nie stać bezpośrednio pod nią tylko poczekać aż zacznie się lać woda) J

Poza tym miasto jest głównie miejscem wypadowym do Pantanalu i niczym szczególnym się nie wyróżnia.

Tutaj mogliśmy jednak już zauważyć kilka istotnych różnic dotyczących Brazylii w porównaniu z wcześniej odwiedzonymi krajami. Przede wszyskim LUDZIE -  są bardzo otwarci i pomocni. Wystarczy, że stoich z rozłożoną mapą i zagubioną miną od razu ktoś się zatrzymuje i sam z siebie pyta czy może nam pomóc, a utobusie czy sklepie, nie ma z tym problemuJ. Przechodzisz ulicą witają cię, mówią dzień dobry, życzą miłego dnia no a najważniejsze, że się cały czas uśmiechająJJ

No i jeszcze jedna, dość podstawowa ale jakże istotna  rzecz jaką jest jedzenie – jest pyszniutkie! Dużo warzyw, owoców, bardzo dobre mięsa.... W porze obiadowej bardzo popularne są tutaj  bufety – albo wstęp za określoną cenę i wtedy jesz ile tylko dasz radę albo jedzenie na wagę. W obu przypadkach ma się do wyboru dość urozmaicony szwedzki stół i  przynajmniej można zjeść to na co przychodzi ochotaJ  No a najważniejsze to kawa – wreszcie jest pyszna mała, mocna, słodka, czarna, pachnąca kawa – wszędzie, o każdej porze dnia i nocyJ  Bo tu trzeba nadmienić, że w poprzednich krajach nie dało się tego pić – albo saszetka rozpuszalnej kawy z całym kubkiem wody – okropność albo z ciepłym mlekiem co smakowało jak nasza inka noi z prawdziwą kawą miało niewiele wspólnego. A my, jak niektórzy wiedzą, dobrą kawę to sobie cenimyJJ   

W Campo Grande byliśmy tak naprawde do popołudnia. Potem czekało nas 24 godziny w autobusie i wreszcie przed nami miasto legenda – Rio de Janeiro......

 

...zdjątka...

 

Pantanal - Album Zdjęć                                        Pantanal - Pokaz Slajdów

 

Campo Grande - Album Zdjęć                         Campo Grande - Pokaz Slajdów