Salar de Uyuni


 

Włóczykije Round The World Expedition / Wyprawa z Włóczykijami dookoła świata

 

 Ameryka Południowa

Strona Główna

 

Salar de Uyuni, pustynia, wulkany i jeziora...

   Boliwia południowo zachodnia 2007.07.12-15

 

Uyuni, niewielka miejscowość będąca punktem startowym wycieczek organizowanych na salary, południe Boliwii, niesamowite jeziora, wulkany i gorące źródła. Dotarliśmy tutaj rano i jeden dzień zatrzymaliśmy się w miasteczku (bardziej z powodu atrykułu bo w czasie wyprawy o dostępie do takich dóbr cywilizacji jak internet można zapomnieć). Ale dzieki temu dowiedzieliśmy się również, że pomimo z góry ustalonych cen na wyjazdy, które  we wszystkich agencjach są jednakowe, w niektórych można negocjować. W agencjach przy rynku nie chcą obniżać cen, ze względu na stałe kontrole. Natomiast na oddalonej nieco Av. Arce, na której nocowaliśmy, rozmowa wyglądała już całkiem inaczej i w efekcie pojechaliśmy za cenę 35% niższą (zamiast 100 zapłaciliśmy po 65$ od osoby).

 

Nasza ekipa na najbliże trzy dni składała się z kierowcy i kucharza Romera w jednej osobie, pieciu Chilijczyków i naszej dwójkiJ Pierwszym punktem programu każdej z grup jest odwiedzenie cmentarzyska pociągów, które tak naprawdę jest jednym wielkim złomowiskiem starych, nieużywanych parowozów.

No a potem już wyjazd na Salar de Uyuni. Wrażenie jest takie jakby stanąć na śodku morza, które jest zamarznięte, tylko zamiast lodu czy wody jest sól, po ktorej można chodzić. Biel odbijająca się jeszcze od słońca powoduje, że trudno wytrzymać bez okularów przeciwsłonecznych. Gdzie nie spojrzeć wokół: morze z soli i końca na horyzoncie nie widać. Coś nieasmowitego!!! Aż sami się dziwiliśmy, że o tym cudzie natury tak mało się u nas mówi- praktycznie przed przygotowaniami do wyjazdu nigdy o tym nie słyszeliśmy – a naprawde jest to coś pięknego i niewiarygodnego. Najlepsze, co do dej pory widizeliśmyJ A w porze deszczowej wrażenie musi być jeszcze mocniejsze, gdyż ta cała powierzchnia solna pokryta jest kilkudziesięciocentymetrową warstwą wody, w której odbija się niebo....

 

Gdzieś pośrodku salara znajduje się Isla de Pescados- powulkaniczne wzgórze, które w morzu soli faktycznie wygłąda jak wyłaniająca się z niego wyspa. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że cała jest porośnięta gigantycznymi kaktusami.... i tam właśnie (jak wszystkie pozostałe grupy) mieliśmy obiadek. Potem  kolejne kilometry salara i początku pustyni by po południu dotrzeć na miejsce noclegu: hotel cały z soli: ściany, krzesła, łóżka, podłogi, lampy.... czuliśmy się prawie jak w WieliczceJ 

 

Hotel znajdował się w wiosce, w której oprócz paru domków, sklepiku i oczywiście boiska do piłki nożnej nie było nic.... środek pustyni. W jadalni był mały piecyk, do którego wrzucano pozbierane wysuszone trawy i maleńkie gałązki pustynnych krzaczków- żadnego większego, kawałka drewna... bo skąd coś takiego można tam wziąć. Więc cały czas trzeba było dokładać do ognia. A nam, w tym niesamowitym klimacie rozkręciła się niezła imprezka – chilijczycy mieli ze swobą dwie butelki pisco, w hotelu było troche piwa...  zrobio się całkiem sympatycznie. Nawet za 5 boliwianów można było wziąć cieply prysznic! Więc już do szczęscia nie było nic więcej potrzebne.

 Taka ciekawostka kulturowa: W jednej z pierwszych rozmów z kolegami oczywiście pojawił się temat rodziny, jej wielkości, więzi rodzinnych i utrzymywaniu  pożniejszych relacji. Wiedzieliśmy, że w Ameryce Południowej zawsze były duże rodziny, bardzo silnie związane ale gdzieś tak kojarzyliśmy, że to się zmienia i teraz to głównie w biednych rejonach, w górach, wśród indian rodziny są wielodzietne. A tutaj się okazało, że u każdego z chłopaków (trochę od nas młodszych gdyż wszyscy nadal studiują)  jest ich od 5-7 w domu. I wszyscy są z tzw. klasy średniej, każdy się kształci a co najlepsze ich podejcie do zakładania własnych rodzin jest podobne. Nie tak jak u nas gdzie model 2+2 to już taka calkiem spora i standardowa rodzina. Od razu można było zauważyć, że mają do czynienia z młodszym rodzeństwem, bo znali wszystkie gry, zabawy i sztuczki, które gdzieś kiedyś i my poznaliśmy będąc dziećmi ale o nich kompletnie nie pamiętaliśmy i chyba dopiero przypomnimy sobie jak sami doczekamy się potomków. Dlatego koledzy od razu załapali kontakt z dziećmi właścicieli hotelu, których było w sumie 6 z czego czworka kilkuletnich maluchów. Więc było dużó śmiechu i radości a dzieciaki towarzyszyły nam przez prawie cały wieczór.

 

Drugi i trzeci dzień wyprawy to przemierzanie setek kilometrów pustynnych terenów szutrowymi drogami. Dlatego samochody terenowe na te wyprawy są niezbęzne. Wielkie putkowie jakim jest Altiplano od czasu do czasu urozmaicone było wznoszącymi się wulkanami, powulkanicznymi jeziorami, które ze wzgledu na zawartość przeróżnych mineralów stały się atrakcjami turystycznymi i obowiązkowymi punktami programu oraz co jakiś czas pojawiały maleńkie biedne osady. Do tej pory zastanawiamy się z czego ci ludzie na tych terenach żyją... nie było tam widać żadnych poletek bo w sumie zamiast ziemi jest sam piach, tylko gdzieniegdzie pasące się lamy... 

I tak zobaczyliśmy jezioro, nad którym żyją całe stada Flamingów, Jezioro Colorado, nad którym nocowaliśmy (na wysokości 4350 m.n.p.m.), które po południu, jak slońce odbija się pod odpowiednim kątem jest koloru czerwono - ceglastego.  Robi wrażenie! Laguna Verde (4300 m.n.p.m.), od zawartych w nim minerałów, jak sama nazwa wskazuje jest koloru zielonego – niestety my dokladnie nie mogliśmy tego doświadczyć bo jezioro było po prostu zamarznięte.

Tutaj należy się wzmianka o naszym kolejnym noclegu nad jeziorem Colorado. Kobieta w agencji uprzedzała, że jest „muy basico” i naprawde taki był... Byłoby to wszystki do przeżycia gdyby nie panujące tam zimno. Miejsce jest na wysokości 4300 metrów więc po pierwsze temperatura dużo niższa a po drugie, co było najgorsze, przerażliwie zimny i silny wiart. PO dotarciu na miejsce wszyscy wybraliśmy się na spacer nad jezioro. Niestety nawet nie doczekaliśmy tam do zachodu słońca i po godzinie wróciliśmy kompletnie przewiani i przemarznięci do hotelu (tak go też szumnie nazywano). Jedyna różnica  była taka, że byłiśmy chronieni przed wiatrem, choć i tak w niektórych oknach brakowało szyb, jedna była np. zastąpiona opartymi o ścianę taczkami a szczelność pozostałych pozostawiała wiele do życzenia. Do tego temperatura raczej niewiele się różniła od tej na zewnątrz. Pokoje były wieloosobowe a na korytarzy ustawione były stoły gdze jadło się kolację. O toaletach lepiej nie wspominać. Byliśmy ubrani we wszystkie ciepłe rzeczy,opatuleni w koce a i tak nie mogliśmy się zagrzać (gorzej niż w schronisku pod Cotopaxi).  Po kolacji zrobiło się troche lepiej a w końcu wszyscy wylądowaliśmy w jednym pokoju gdzie rozkręciła się mała międzynarodowa imprezka (reprezentowane były: Chile, Polska, Brazylia, Argentyna, Kolumbia, Francja, USA, Anglia, Meksyk, Hiszpania...) Każdy wyciągnął co miał mocniejszego i dopiero od dużej ilości osób w jednym, zamkniętym pomieszczeniu (było nas tam około 25 osób), rozgrzania procentami zrobiło się cieplej. O 21 wyłączono nam prąd wieć poratowaliśmy się latarkami (obowiązkowy gadget na takim wyjeżdzie) i w sumie było całkiem sympatycznie. A rano pobudka o 4:30...

W łazience (jeśli moża ją tak nazwać) mokra wieczoram podłoga rano była zamarznięta – i można się było na nej zabić. Dwulitrowe picia: woda i cola, które na noc zostały w samochodzie też były wielkimi bryłami lodu... Na szczęście w porannym punkcie programu był najpierw gejzer a potem gorące źródła, gdzie każdy z wielką ulgą mógł się po takiej nocy rozgrzać...  Ostatni dzień to, po kilku porannych atrakcjach, w dużej mierze powrót do Uyuni a ponieważ trzech chłopaków wysiadło na granicy z Chile wracaliśmy tylko w czworkę i mogliśme się wygodnie rozłożyć i większość drogi przespać. A nocą czekał nas kolejny pojazd – tym razem autobus do Potosi....

 

...zdjęcia...

Boliwia Pd.-Zach. - Album Zdjęć                      Boliwia Pd.-Zach. - Pokaz Slajdów

 

Salar de Uyuni - Album Zdjęć                               Salar de Uyuni - Pokaz Slajdów

 

Cmentarz Parowozów - Album Zdjęć            Cmentarz Parowozów - Pokaz Slajdów