Jezioro Titicaca - Isla del Sol


 

Włóczykije Round The World Expedition / Wyprawa z Włóczykijami dookoła świata

 

 Ameryka Południowa

Strona Główna

 Copacabana i Wyspa Słońca – Jezioro Titicaca 2007.07.07-08

 

W Puno, w niedziele rano przesiedliśmy się do autobusu do Copacabany, miejscowości nad jeziorem Titicaca już po boliwiskiej stronie... samo jezioro, jeszcze z Puno, z okien autobusu nie wyglądało imponująco. Tak zresztą jak opowiadali napotkani wcześniej turyści i radzili od razu jechać na stronę boliwijską. Jak radzili tak też zrobiliśmy... W Copacabanie początkowo mieliśmy zostać na noc ale miejscowość jest tak mała, że w ciągu dwóch godzin przeszliśmy ją wzdłuż i wszerz a jedyną ciekawą rzeczą czy raczej miejscowym obyczajem było święcenie  nowych pojazdów. W samym poświęcaniu pojazdów nie ma nic dziwnego, zwłaszcza dla katolickiej miejscowości, niesamowita była jednak cała otoczka tego obrządku. Przede wszystkim, przed katedrą znajduje się mnóstwo kramów gdzie można kupić potrzebne bibeloty, którymi są wszelkiego rodzaju dekoracje samochodów: bukiety czy tylko płatki kwiatów,  girlandy ze sztucznych i prawdziwych kwiatów, miniatury domów, samochodów, pieniędzy (według wierzeń, po poświęceniu człowiek dorobi się tych wszystkich rzeczy). Dodatkowo sprzedawane są wina, szampany (tanie musujące wina) oraz piwo. Właściciele samochodu wraz z rodzinami, po poświęceniu,  zbierają się wokół swego pojazdu i świętują popijając alkohol i posilając się zakupionymi przekąskami. Tutaj również mieszają się kultura indiańska z wprowadzoną póżniej religią katolicką – jak samochody poświęca kapłan to alkohol i jedzenie jest już dla Matki Ziemi (Pacha Mama). Więc w całej miejscowości można wszędzie spotkać udekorowane, kolorowe pojazdy. Następnie, jeszcze tego samego dnia popłyneliśmy na Wyspę Słońca....

 Po dobiciu do brzegu czekały nas strome schody Inków prowadzące do położonej wyżej wioski, gdzie ulokowaliśmy się w  hosteliku z pięknym widokiem na jezioro i znajdujące się w tle ośnieżone góry Cordilliery Real. Samo jezioro położone jest na wysokości 3800 metrów więć wyższe wzniesienia na wyspie mają powyżej 4 000 dlatego możemy się poszczycić (hihihi), że w ciągu dwudniowego pobytu zaliczyliśmy kilka czterotysięcznikówJJ 

 

A tak poważnie to klimat na wyspie jest niesamowity.... jedno z najbardziej urokliwych miejsc w jakich dotychczas byliśmy... jezioro momentami wyglądające jak morze bo nawet brzegu na horyzoncie nie widać, a w zatokach piaszczyste plaże, szum fal, przycumowane kutry i ten specyficzyny zapach ryb... natomiast z innej strony wyspy na horyzoncie, za błękitną taflą wody widać wznoszące się ośnieżone sześciotysięczniki, liczne zatoczki i mniejsze wysepki dodają klimatu. I ten niewiarygodny spokój.... cisza, malowniczy zachód słońca i tylko od czasu do czasu oddzywające się gdzieś w oddali osły.... a po zmroku niezliczona ilość gwiazd... idealne miejsce na odpoczynek od zgiełku, ruchu i hałasu miasta oraz cywilizacji...

Tak sielankowo spędziliśmy popołudnie i wieczór a następnego dnia czekał nas spacer na północ wyspy i z powrotem. Droga na północ prowadziła wschodnim wybrzeżem wyspy, przez niewielkie malownicze wioski i zatoczki. Powracaliśmy wybrzeżem zachodnim, praktycznie całkiem odludnym przez górki, łąki i pustkowia.... Trasa liczy kilkanaście ładnych kilometrów w jedną strone, więc w drodze powrotnej dość się sprężaliśmy by zdążyć jeszcze coś zjeść przed odpłynięciem ostatniej barki do Copacabany gdzie czekał na nas autobus do La Paz....

 

Mała ciekawostka dotycząca Ameryki Południowej. Wiedzieliśmy, że piłka nożna to tu rzecz święta i narodowy sport w każdym kraju ale nie zdawaliśmy sobie sprawy jak to w rzeczywistości wygląda. W piłkę gra tu każdy i kiedy tylko może. W każdej, nawet najmniejszej dziurze... gdzieś wysoko w górach, czy tutaj na wyspie jest boisko do piłki nożnej.  Wystarczy, że jest kilka lepianek, chatek, domków – czasami nawet nie widać nigdzie szkoły ale boisko jest zawsze! A co najlepsze praktycznie zawsze ktoś na nim gra a już obowiązkowo popołudniami, po pracy czy po szkole.

 

Podróż  Copacabana – La Paz

 

Pozdróż z Copacabany do La Paz miała trwać zaledwie 3 godziny więc do celu mieliśmy dotrzeć jeszcze na późną kolację (21.30)...... mieliśmy....   Autobus do którego wsiedliśmy 10 minut przed odjazdem prezentował się lekko mówiąc bardzo marnie, a „zapachy” się w nim unoszące na pewno nie były francuskimi perfumami. Na starcie miał już połgodzinne opóźnienie (na szczęście, będąc dwa miesiące w Ameryce Południowej zdążyliśmy się już przyzwyczić do latynoamerykańskiego podejścia do czasuJ). W końcu wyruszyliśmy.... droga prowadząca do La Paz najpierw wędruje w górę na wysokość około 4200 m.n.p.m.. Niestety naszemu wyjazdowi towarzyszyło ostre załamanie pogody... najpierw deszcz, a potem śnieg wraz z silnym wiatrem – jak się później okazało był to jeden z najostrzejszych ataków zimy w Ameryce Południowej. Śnieg spadł nawet w Buenos Aires – pierwszy raz od 89 lat !!!

 

Nasz „wysokiej klasy” autobus z deszcem sobie radził wyśmienicie.... niestety ze śniegiem nie było już tak dobrzeL W trakcie wzmagającej się zamieci Dominika zadała pytanie czy aby przypadkiem nasz autobus ma opony zimowe heeee, Tomek musiał ją uświadomić że opony naszego pojazdu lata świetności mają już za sobą i nawet nie pamiętają jak wyglądał bieżnik. Po około 1h  15min opady śniegu i wiatr były już tak silne, że autobus się zatrzymał. Kierowca stwierdził, iż musimy poczekać aż sytuacja się uspokoi.  W autobusie zaczeło robić się potwornie zimno ale na szczęśie mieliśmy ze sobą śpiwór – rzecz obowiązkowa w podróżach autobusem w rejonie Andów. Czas oczekiwania został nam umilony filmem.... jak zwykle bijatyka w wydaniu dalekowschodnim. Po dwóch godzinach ruszyliśmy dalej, by po kolejnej godzince dotrzeć do miejsca, w którym mieliśmy przeprawić się „promem”. Niestety fale okazały się za duże i musieliśmy spędzić tam dalszą część nocy. „Prom” to tak naprawde tratwa wyposażona w silnik spalinowy na którą wjeżdza autobus, a pasażerowie przeprawiają się motorówką. W Polsce promy takie przymocowane są do liny, która jest rozwieszona między brzegami – ten nie był do niczego przymocowany.... mieliśmy uzasadnionego pietra, iż cało nie dotrze do drugiego brzegu.... pal licho autobus ale w nim znajdowały się nasze plecaki !!! Na szczęście dotarł... o 8.00 rano my i autobus byliśmy w jednej trzeciej drogi. Dalsza trasa przebiegała dość sprawnie... aż do przedmieść La Paz. Dookoła La Paz, położonego w głębi kanionu rozciąga się tak zwane El Alto (położone o 400 metrów wyżej) – najszybciej rozwijające się miasto Boliwii, które jest tak naprawdę ogromnym slumsem. I właśnie ono było całe zaśnieżone. Na głównych wjazdach do La Paz stoją bramki, w których trzeba uiszczać opłatę wjazdową. Dlatego nasz cudowny autobus, by tego uniknąć przedzierał się przez zasypane ubocza El Alto... zdążyliśmy się zakopać w śniegu i błocie chyba pięć razy .... no ale w końcu szczęśliwie, po 16,5 godzinach jazdy dotarliśmy do La Paz...  

  

...zdjęcia...

Jezioro Titicaca - Album Zdjęć                              Jezioro Titicaca - Pokaz Slajdów