Ollantaytambo, Aguas Calientes i Machu Picchu
 

Włóczykije Round The World Expedition / Wyprawa z Włóczykijami dookoła świata

 

 Ameryka Południowa

Strona Główna

2007.07.02-06, Ollantaytambo, Aguas Calientes i Machu Picchu...

 

 Z niewielkim opóźnieniem, w poniedziałek rano wsiedliśmy w autobus do Urubamby, gdzie zmieniliśmy środek transpotru na combi (busik toyota), który nas dowiózł do Ollantaytambo...

 

Tu należy się małe wyjaśnienie dotyczące naszego planu dotarcia do osławionego Zaginionego Miasta. Można to zrobić na kilka sposobów:

 

Najbardziej popularny i chyba najdroższy to tzw. Szlak Inków – 4 dniowy trekking organizowany tylko przez zrzeszone agencje, mający z góry ustaloną cenę, na który dziennie może wyjśc ograniczona, bardzo niewielka ilość osób. Dlatego bilety na konkretny dzień, nazwisko i numer paszportu (bilety te są niezmienialne), zwłaszcza w sezonie należy wykupić na długo przed (czasem nawet pare miesięcy). Oczywiście tego nie zrobiliśmyJ bo na pare miesięcy przed to wiedzieliśmy jedynie kiedy mamy przylot i wylot z Ameryki Południowej....

 

Kolejna możliwość to dotarcie z Cuzco do miejscowości Aguas Calientes, znajdującej się pod Machu Picchu, pociągiem (trasa liczy 112 kilometrów), który dla turystów, a tylko takie bilety możemy kupić, kosztuje bagatela 73 $ (pociąg w wersji backpacker), albo ponad 100$- pozostałe pociągi. Co za zdzierstwo! Cenę biletu można trochę obniżyć dojeżdżając autobusem do Ollantaytambo, które jest 30 km. przed Aguas Calientes. Stamtąd pociąg kosztuje jedyne 57$ (backpacker), 77$ pozostałe lub 47$ backpacker nocny (cena obniżona, gdyż nocą nie można podziwiać otaczających widoków). Tutaj należy nadmienić, że dla autochtonów cena biletów diametralnie się różni i wynosi aż 10$!  Drugą istontną kwestią jest fakt, że do Aguas Calientes nie dochodzi żadna droga więc pociąg jest jedynym środkiem transpotru docieracjącym do tej miejscowości. A co najlepsze, pociąg ten nie należy nawet do Peruwiańczyków – więc cała kasa z  biletów turystycznych ląduje w Hiszpani!

 

Kolejną trasę proponują agencje turystyczne organizujące trekingi alternatywne do Inka Trail i przebiegające przez Santa Maria (do której prowadzi jeszcze droga) i Santa Teresa a ostatecznie docierające do Aguas Calientes. Zastanawialiśmy się nad zrobieniem tej trasy – oczywiście na własną ręke, ale jest ona dość okrężna. Poza tym częściowo prowadzi po torach, zwłaszcza w miejscu gdzie jest tunel, więc trzeba dokładnie znać rozkłady pociągów, żeby się przypadkowo na jakiś w nim nie natknąć! No i potrzeba na to kilku dni. A dodatkowo w informacji jeszcze coś wspominali o zamkniętej drodze z powodu zerwanego mostu... no i oczywiście nikt nie wiedział ile dokładnie będzie zamknięta, na początku mówili o 2-3 dniach (to było zaraz po naszym przyjeździe do Cuzco). Po tygodniu nadal nie wiedzieli....  

 

Więc my, po przemyśleniu wszystkich za i przeciw, zgadzając się co do kwestii, że jest wiele innych, mniej turystycznych i skomercjalizowanych a pięknych miejsc do zorganizowania trekkingów zdecydowaliśmy się na pociąg z Ollantaytambo –oczywiście najtańszy: backpaker nocnyJ  Jak postanowiliśmy tak uczyniliśmy... plan był, by w poniedzialek w nocy dojechać pociągiem do Aguas Calientes, we wtorek nad ranem wyruszyć na Machu Picchu, spedzić tam cały dzień i w środę nad ranem wracać.....

 

Taki był plan.... Jakież było nasze zdziwienie, gdy na stacji w Ollantaytambo okazało się, że po pierwsze chcąc jechać wybranym przez nas pciągiem możemy wrócić dopiero 6 lipca, w piątek, bo na wcześniejsze dni nie ma już miejsc!  Po drugie, rozkład jazdy pociągów z tej miejscowości, który otrzymaliśmy pare dni wcześniej w informacji w Cuzco, okazał się całkowicie nieprzydatny! Z Ollantaytambo jeździło tylko 3 czy 4 pociągi – oczywiście te najdroższe (a na rozkładzie mieliśmy jeszcze przynajmniej 4 backpackers!!!). Znowu chwila zastanowienia. Naturalnie po niemałym podniesieniu się ciśnienia we krwi i zdenerwowaniu na ichniejszy system, sprawnie działającą informację i  maksymalne wykorzystywanie turystów (bo tak jak przewidzieliśmy na cały pociąg, którym potem jechaliśmy był aż JEDEN wagon dla turystów). Co i tak nic nie dało, bo w tym wypadku byliśmy bezradni i trzeba było sytuację po prostu zaakceptować. Postanowiliśmy więc zostać jeden dzień w Ollantaytambo, kupić bilet  dopiero na wtorek  w nocy, środę mieć na zwiedzienie Zaginionego Miasta, cały czwartek poleniuchować w Aguas Calientes, o którym oprócz tego, że ma gorące źródła, które na początku trochę odrażają ale po wysiłku fizycznym na Machu Picchu są ukojeniem dla zmeczonego ciałaJ ,  nic więcej nie wiedzieliśmy. A w piątek rano wrócić do Cuzco i jeszcze tej samej nocy pojechać do Boliwii....

Dość szybko okazało się, że dobrze się stało z tymi biletami.

 

Ollantaytambo i ruiny potężnej inkaskiej twierdzy....

 

Wracając z dworca natrafiliśmy na przyjemny hostelik nad rzeczką z nasłonecznionym, oszklonym tarasem więc zalogowaliśmy się w nim i ruszyliśmy w poszukiwaniu obiadu... Miasteczko jest niewielkie i nastawione przede wszystkim na turystów, którzy odwiedzają je ze względu na wspaniałe ruiny potężnej inkaskiej twierdzy znajdującej się na zboczu wznoszącej się nad miastem góry (ceny są również BARDZO TURYSTYCZNE). Ponieważ zostawaliśmy na noc, zwiedzanie zostawiliśmy sobie na dzień kolejny. I dobrze zrobiliśmy bo już na obiedzie okazało się, że Dominikę dość szybko rozkłada przeziębienie... więc dalszą część dnia spędziła już w łóżku wygrzewając się i nie pozwalając chorobie się rozwinąć. Dlatego też wtorek minął nam trochę jak w zwolnionym tempie,  Dominika cały czas dochodziła do siebie. Na początek było długie śniadanie na tarasie – wygrzewanie się w słońcu i lektura a dopiero potem zwiedzanie. Ruiny okazały się naprawdę niesamowite, zwłaszcza jak człowiek uświadomił sobie że kilkunastotonowe bloki skalne, do budowy twierdzy, transportowane były z gór znajdujących się po przeciwległej stronie doliny.

Potem zakupy prowiantu na dzień kolejny i  obiadek. Słońce powoli zachodziło więć schroniliśmy się w pobliskiej knajpce i zabijaliśmy atakującą chorobę herbatką z rumem J. Przy okazji trafił się mecz (trwa Copa Americana) – z czego ucieszył się Tomek. I tak zbliżył się czas odjazdu pociągu....

 

Od wschodu do zachodu słońca na Machu Picchu.....

 

Godz 22:00 – pociąg dotarł do Aguas Calientes i tą garść turystów zalała fala miejscowych oferujących noclegi czy zapraszających do restauracji. My zostaliśmy w pierwszym hostelu na jaki natrafiliśmy- i jak się okazało wybór był idealny: najlepszy gorący prysznic na jaki w dotychczasowej podroży natrafiliśmyJ

Mała dygresja o prysznicach....

Tu należy zaznaczyć, że prysznic z „agua caliente” mimo, że oferowany jest zawsze, wcale nie jest sprawą oczywistą- na ten temat możnaby długo dywagować, ale w skrócie: Najczęściej są prysznice na prąd, w których należy tak ustawić ciśnienie wody (jeżeli w ogole jest ono w miare duże to już jest dobrzeJ) by cała aparatura się włączyła ale, żeby nie leciało za dużo wody bo wtedy nie zdąży się zagrzać. A najczęściej jest tak, że woda docierająca do głowy jest w miarę ciepła ale jak już spływa niżej to o jej cieple można zapomnieć. Albo jeszcze inna, równie częsta sytyacja, że wody nie można ustawić – z małym ciśnieniem leci ciurkiem wrzątek a jak chce się go schłodzić zwiekszając strumień to od razu woda robi się zimna. Więc i tak źle i tak niedobrze.  A tutaj i ciśnienie było duże i woda gorąca i można ją było dobrze ustawić.....po prostu żyć nie umieraćJJ  Nawet sobie nie uświadamialiśmy jak wielki wpływ na nasze samopoczucie mogą mieć takie małe rzeczy – nawet do tekstu o zaginionym mieście wkradła się dygresja na temat prysznica....   

          

A wracając do głównego tematu, wieczorem zrobiliśmy jeszcze kanapki. W tym kraju, a właściwie podczas kursu hiszpańskiego odkryliśmy na nowo awokado.  Pasta z awokado, pomidorów i limonki (proste i bardzo smaczne) jest idealnym wypelnieniem bułek, które urozmaiciliśmy jeszcze kupionym u Indianki wiejskim serem. Potem już sen.

 

Budzik nastawiony na 04:00, przed piątą wyjście, miasto jeszcze śpi, po ulicach kręcą się pojedynczy turyści. Na szlaku, gdzieś wyżej miga jakaś latarka -  ktoś idzie przed nami. Z tyłu, w oddali  również  jakieś głosy. Cieszy nas, że więcej jest takich, którzy tą 8 kilometrową trasę pokonują piechotą bo zaraz na początku mijamy jeszcze cichy i śpiący przystanek z czekającymi na turystów kilkudziesięcioma autokarami,  które za kolejne 15$ dowożą na górę i z powrotem...

 

Autokary ruszyły około 6:00. Więc kiedy dotarliśmy do wejścia była już dość długa kolejka (zastanawialiśmy się co będzie sią działo jak zaczną dojeżdżać pierwsze poranne pociągi z Cuzco czy Ollantaytambo). Bilet wstępu to wydatek kolejnych 40$ (oczywiście przewodnik to koszt dodatkowy).  I wreszcie byliśmy w osławionym Zaginionym Mieście Inków. Wyszliśmy pod Dom Stróża, skąd roztacza się znany całemu światu widok na Machu Picchu z górą Wayana Picchu w tle. Tam zaczekaliśmy wschód słońca... i pierwsze promienie oświetające ruiny.

Od turystów dowiedzieliśmy się, że na wznoszącą się w tle Wayana Picchu wpuszczają dziennie tylko 400 osób więc nie można się zbyt długo ociągać z decyzją bo można być 401 osobą i nic z tego... znowu nam się trochę ciśnieniec podniosło... ale byliśmy na tyle wcześnie, że bez obaw zdążyliśmy (potem sprawdzaliśmy, że ostatnią osobę wpuszczono w południe). Trasa choć bardzo stroma zapełniona była ludźmi, trochę jak wyjście na Giewont w sezonie letnim. Na trasie najwięcej pojawiło się Japończyków (są oni czystym narodem... a więc aby sobie przypadkiem o skałki rączek nie pobrudzić każdy jeden miał białe rękawiczki heee...J) Na szczęście był tam jeszcze jednen, dłuższy szlak prowadzący do znajdującej się w dolinie światyni księżyca i ze szczytu schodziliśmy już inną, okrężna drogą prowadzącą przez świątynie.

 

Trasa ta okazała się być dużo przyjemniejsza bo całkiem pusta – jak byśmy byli w zupełnie innym, nieturystycznym miejscu. Świaczyło o tym nawet podejście Peruwiańczyków: jak szlak na Machu Picchu i potem na WayanaPicchu był dobrze oznakowany, na każdym zakręcie strzałki kierunkowe, to już na tej mniej uczęszczanej trasie jak ręką odjął (mimo, że to ten sam obiekt, za który płaci się te same pieniądze za wstęp) żadnego oznakowania. Na szczęście, ścieżka była jedna a otaczający las tak gęsty, że nie dało się z niej zboczyć.

 

Popołudnie spędziliśmy na przemierzaniu labiryntu ruin Zaginionego Miasta i wygrzewaniu się na słońcu. Nigdzie nam się nie spieszyło więc wraz z nielicznymi turystami zaczekaliśmy jeszcze na zachód słońca i dopiero potem ruszyliśmy na dół, z powrotem do Aguas Calientes. Znowu oprócz nas  tylko kilka osób schodziło na piechotę, pozostali, wygodni wsiedli do oczekujących autobusów.... pozostawimy to bez komentarzy.

Nasze odczucia:

Pomimo wszystkich ceregieli z dojazdem, biletami, różnymi ograniczeniami i niespójności organizacyjnej Zaginione Miasto Inków jest po prostu niesamowite. Największe wrażenie zrobiło na nas jego położenie – przepiękne miejsce wśród gór. A ta, na której zbudowane zostało miasto oddzielona jest od pozostałych okalającą ją, zieloną doliną rzeki Urubamba. Dodadkowo ruiny, mimo że w 50% procentach zrekonstruowane są ogromne i świadczą o wcześniejszej świetności i potędze miasta. Więc mimo całej komercji warto ponieść te wydatki i zobaczyć Zaginione Miasto Inków na własne oczyJ

Aguas Calientes.....     

 

Wieczór i cały kolejny dzień spędziliśmy na leczeniu obolałych mięśni w Aguas Calientes. Miasteczko okazało się być sympatyczne, położone w wąskiej dolinie rzeki Urubamba, w najszerszym miejscu miało może 4 równoległe uliczki.  Tak jakby na końcu doliny Chochołowskiej wybudować miasto... Otoczone z każdej strony wysokimi i bardzo stromymi górami a idąc w górę rzeki zwężało się do jednej, głównej ulicy, która cała wypełniona była hotelami i restauracjami a na jej końcu, u podnóża gór znajdowały się gorące źródła... Rzeczywiście, czystością nie grzeszyły ale były idealne na zmęczone mięśnie J, no i pierwszy raz mieliśmy sposobność do opalania się w Am. Pd.. Dodatkowo, co nam się bardzo spodobało,  24 godziny na dobę trwało w restauracjach „Happy Hour” na drinki „4 w cenie 1”!!!! Jedzenie było dość drogie wiec posilaliśmy się nie na głównej, turystycznej ulicy ale z happy hour, aż żal było nie korzystaćJJ  

 

A w piątek znowu pobudka przed piątą: najpierw pociąg, potem autobus i przed południem wróciliśmy do Cuzco. Ostatnie spacery brukowanymi uliczkami, świeże soki na głównym, miejskim targu, ulubione lody, nadrobienie zaległości internetowych. Na koniec jeszcze zachód słońca na rynku i .... nocny autobus do Puno a stamtąd już wyjazd do Boliwi....     

 

FOTKI....

Ollantaytambo - Pokaz Slajdów                                             Machu Picchu - Pokaz Slajdów

Ollantaytambo - Album Zdjęć                                                  Machu Picchu - Album Zdjęć