Cuenca


 

Włóczykije Round The World Expedition / Wyprawa z Włóczykijami dookoła świata

 

 Ameryka Południowa

Strona Główna

Ekwadorska perelka... Cuenca 2007.06.14-17

Kolejnym przystankiem  na naszej trasie była Cuenca,  trzecie pod wzgledem wielkości miasto Ewkadoru, a dzięki pięknej kolonialnej zabudowie należące do największych atrakcji tego kraju.

Dotarliśmy tu w środku nocy, po 8 godzinach jazdy autobusem, do ktorego wsiedliśmy praktycznie prosto po zejściu z Cotopaxi. Dlatego po dojechaniu na miejsce, jedyne co byliśmy w stanie zrobić to wziąć taksówkę i poprosić kierowcę o zawiezienie nas do jakiegoś, w miarę taniego i przyzwoitego hostelu. Potrzebowaliśmy snu....

Rankiem długo dochodziliśmy do siebie i tak naprawde zbyt wiele tego dnia nie zrobiliśmy: Na początek zmiana hostelu, na tańszy a przede wszystkim czystszy. Potem obiadek i długi spacer po mieście celem zaznajomienia się z nowym miejscem. Niestety, pogoda nie dodawała energii, cały czas było pochmurno i albo kropiło albo padał dość mocny deszcz. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że taka pogoda ma się utrzymać przez nastepne kilka dni i to właśnie ona zmobilizuje nas do szybszego wyjazdu z miasteczka.... 

 Natomiast dowiedzieliśmy się, że właśnie tego dnia a właściwie tego wieczora jest ostatni dzień obchodów Bożego Ciała (w tym mieście fiesta trwa całą oktawę).

W ciągu dnia objawia się tym, że cały rynek wypełniony jest kramami z wszelkiego rodzaju łakociami, słodyczami, ciasteczkami, tortami, galaretkami czy cukierkami. Natomiast po zmroku zaczyna się zabawa: gra muzyka – zespół na żywo na zmianę z puszczanymi ekwadorskimi hitami. Co jakiś czas wystepuje regionalna grupa tańca, ktoś puszcza petardy, sztuczne ognie czy, jak to nazwaliśmy, wysyła światełka do nieba – różnokształtne balony, zrobione z bibuły, mające od spodu niewielkie obciążenie, które po podpaleniu wypełnia balon gorącym powietrzem i unosi ku niebu.

A tak naprawde wszyscy czekają na punkt kulminacyjny czyli sztuczne ognie. Bardzo to jednak odbiega od kojarzonego przez na „pokazu” sztucznych ogni. Na rynku stoją trzy ogromne, kolorowe konstrukcje, zrobione z bambusowych pędów przybranych bibułą, na których zamontowane są przeróżne wiatraczki, z bożociałowym hasłem dziękczynnym i nazwiskiem fundatora. Cała taka konstrukcja wypełniona jest sztucznymi ogniami, które są połączone lontami w jedną całość. O określonej godzinie – podpalają lont i zaczyna się widowisko, wszystko strzela, kręci się – sztuczne ognie wirują wśród ludzi (tylko część strzela w góre- większośc na boki, w zebrany wokół tłum) – jest dużo śmiechu, hałasu, krzyków, kolorów, dymu i zapachu siarki. Kolejne konstrukcje podpalają w odstępach czasowych więc impreza przeciąga się praktycznie do północy.

Do tego wszystkiego, pomiędzy pokazami w tłum ludzi wbiegają tzw. „szalone krowy” faceci trzymający nad głowami i tańczący w takt muzyki duże, zrobione z jakiegoś tworzywa krowy, które również są całe upstrzone sztucznymi ogniami, ustawionymi na wysokośći ludzi i w nich skierowanymi. Krowy te wędrują przez cały rynek i oczywiście wpychają się w jak największy tłum, który z piskiem i śmiechem ucieka ile sił w nogach ma. I tak zabawa trwa....   Ci  to potrafią się bawić sztucznymi ogniami – pół nocy zajeło, żeby wszystko się wypaliło i wystrzelało....a u nas pokaz – oczywiście, dużo bardziej okazały, ale jak trwa 15 minut to już jest  bardzo długo.

Kolejne trzy dni upłyneły dość leniwie. Zmęczenie po Cotopaxi odezwało się z opóźnieniem i okazało się, że nasze organizmy potrzebowały więcej czasu niż myśleliśmy na zregenerowanie się. Więc dużo spaliśmy a poza tym byliśmy w kilku muzeach – miedzy innymi w muzeum kapeluszy, sombrera „panama”, które do dnia dzisiejszego wyrabia się ręcznieJ. Wszelkie kapulusze można tam  przymierzać do woli a miła pani opowiada o procesie ich wykonywania. Odwiedziliśmy też pobliskie miasteczko Chordeleg, słynące z filigranowych wyrobów jubilerskich i miło spędziliśmy urodziny Dominiki przypadkowo trafiając wieczorem na piwko do chyba  na wpół legalnej knajpki – Prohibido Centro Cultural. A wieczorem wybraliśmy się pierwszy raz od wyjazdu z Polski na tańce –  sympatyczne miejsce z muzyką na żywo – oczywiście salsąJ       

Początkowo mieliśmy w Cuence zatrzymać się na dłużej, by tutaj podszkolić swój hiszpański, ale po pierwsze odbywające się w Cuzco, 24 czerwca, najważniejsze inkaskie święto Inti Raymi (Święto Słońca), na które chcieliśmy zdążyć a po drugie niesprzyjająca pogoda przyczyniły się do zmiany planów i szybszego wyjazdu. Tym sposobem w niedziele w południe wsiedliśmy do pierwszego autobusu....    

...zdjęcia...

Cuenca - Album Zdjęć                                    Cuenca - Pokaz Slajdów