Pujili, Laguna Quilotoa... Cotopaxi


 

Włóczykije Round The World Expedition / Wyprawa z Włóczykijami dookoła świata

 

 Ameryka Południowa

Strona Główna

W sobotę wieczorem (9 czerwca) dotarliśmy do Latacungi gdzie, o czym jeszcze nie wiedzieliśmy, czekały nas 4 bardzo intensywne dni...

 

Na początek okazało się, że w odległej o 10 km Pujili trwa fiesta z okazji Bożego Ciała (Corpus Cristi). Z całego Ekwadoru właśnie w prowincji Cotopaxi i własnie w miejscowości Pujili święto to jest najbardziej hucznie i tradycyjnie obchodzone.

My w planach mieliśmy dwudniową wyprawę do słynnego jeziora Quilotoa – według przewodników najpiękniejszego jeziora wulkanicznego w Ekwadorze więc wczesnym rankiem w niedzielę, rozpoczęliśmy ją od odwiedzenia Pujili....

 

Pujili i Corpus Cristi (Boże Ciało) 2007.06.10  

 

W tym regionie obchody Bożego Ciała są połączeniem święta religii katolickiej  z wcześniejszymi tradycjami żyjących tam plemion indiańskich, które mniej więcej w tym czasie, w okresie żniw, tradycyjymi tancami radości dziekowały Słońcu i Matce Ziemi za plony i żywność które otrzymali w połowie roku....

 

Od rana do miasteczka zjeżdżały tłumy ludzi z okolicznych wiosek, przyjażdzali czym się dało: autobusami, ciężarówkami wypełnionymi po brzegi czy terenówkami, które tutaj są najbardziej popularne, gdyż do wielu miejsc można dotrzeć tylko z napędem na 4 koła. Indianie i Indianki różnych szczepów w tradycyjnych kolorowych strojach, uliczni handlarze wszystkiego co tylko możliwe – gdyż przy okazji święta zawsze można pare groszy zarobić- była nawet kobieta z kilkoma kozami- u której można było kupić świeżo dojone (na poczekaniu) kozie mleko!!!!!  

Plac, na którym miały się odbywać główne uroczystości wypenielniony był powbijanymi w ziemię palami, na szczycie których poprzywiazywane były wszlkiego rodzaju dobra.... worki ze zbożem, ziemniakami, butle z oliwą, alkoholem czy innymi napojami, żywe owce i świnki morskie, wiaderka, miotły czy łopaty.... Jak się potem okazało, mężczyżni, który pierwszy, wspinali się po palach i zdobywali te dobra, tak by w efekcie wszystko pościągać.  Niestety, nie wiemy co dokładnie zwyczaj ten symbolizuje ale wyglądało to niesamowicie. Później była parada, w której prezentowały się  wszystkie regiony provincji Cotopaxi – każdy w swoich tradycyjnych strojach, z własnymi regionalnymi grajkami, ze specjalnymi rytualnymi tańcami dziekczynnymi, niosąc i rozrzucając tłumom produkty Matki Ziemi a głównie mandarynki. Było głośno i bardzo kolorowo a wszystko zakrapiane własnoręcznie przyrządzanym alkoholem, który  tancerze, oprócz produktów żywnościowych ze sobą nosili i nieustannie rozlewali... Po głównych uroczystościach całe Pujili chwiejnym krokiem zaczeło rozjeżdzać się do okolicznych miejscowości.

 

Również i my opuściliśmy świętującą miejscowość, żeby pojechać dalej.

 

Laguna Quilotoa 2007.06.11

 

Dwa różne autobusy, potem jeszcze dwa kilometry spaceru i dotarliśmy do krateru.... a w jego wnętrzu piękne, mieniace się kolorami – turkusu, zieleni, błękitu i granatu jezioro.... widok zapierający dech w piersiach a do tego tak silny wiatr, że naprawdę trudno było oddychaćJ Było jeszcze trochę czasu do zachodu słońca więc zeszliśmy na dół do jeziora (30 min w dół i około godziny z powrotem), tak by na dzień kolejny pozostała nam 5 godzinna trasa wokół jeziora, po zboczach krateru.

Nocleg w indiańskim hostelu przy kraterze... zastanwialiśmy się czy oni są już tak przystosowani do tej pogody (wiaru), że nie czują zimna.... budynek bez izolacji, z pojedynczymi szybami, w którym w nocy i rano para wylatywała z ust i my nawet w środku byliśmy ubrani we wszystko co mieliśmy ciepłego a oni nie wyglądali na zmarzniętych.....

Drugiego dnia, wyruszyliśmy wcześnie rano tak, by zdążyć o 13:00 na bezpośredni  autobus do Latacungi – gdyż z tego miejsca trudno się potem wydostać. Dwunastokilometrowy szlak prowadził zboczami krateru,  które były na wysokości od 3 do 4 tysięcy metrów i cały czas na zmianę wspinając się w górę lub schodząc w dół można było z jednej strony oglądać jezioro a z drugiej malownicze tereny górskie, pocięte dolinami, pojedyncze indiańskie osady i mieniace się kolorami małe poletka na zboczach wzgórz  (kolorowe pola na wzgórzach przypominały nam trochę małopolskę z lotu ptaka...) Po południu autobus powrotny do Latacungi i czas na podjęcie ostatecznej decyzji dotyczącej Cotopaxi.....

 

Wulkan Cotopaxi (5 897 m.n.p.m.) 2007.06.12-13

 

Po długich dyskusjach, mimo obaw i strachu, który na zewnątrz głównie Dominika okazywała,  podjęliśmy wyzwanie i postanowiliśmy spróbować zdobyć Wulkan Cotopaxi  znajdujący się na wysokości 5 897 m.n.p.m.)!!!!!

Wybraliśmy agencję (gdyż tutaj już konieczny był przewodnik i specjalistyczny sprzęt), przymierzyliśmy sprzęt:  buty, raki, spodnie przeciwdeszczowe i ciepłe polarowe, dodatkowe czapki, rekawice, ochraniacze, raki, czekany.... pozostało nam dokupienie napojów, czekolady, wypoczynek i wyspanie się przed czekającą nas wyprawą.....

O 10 rano spotkaliśmy się w agencji, poznaliśmy naszego przewodnika – Isralea, amerykanina Allego, który również jechał oraz jego przewodnika. Na tej trasie przewodnik ma ze sobą maxymalnie 2 osoby.  Dla 3 osób musi być już dwóch przewodników.

 

Samochodem podjechaliśmy na wysokość 4500 m i stamtąd doszliśmy do schroniska na wysokości 4800 m.n.p.m. (najwyższa dotychczasowa wysokość na jakiej byliśmy), gdzie mieliśmy wypocząć i spróbować się przespać.  Nie wolno nam było dopuścić do zmarznięcia którejkolwiek częsci ciała, co nie było łatwe, gdyż temperatura w schronisku wahała się w okolicach 0 stopni. Dominika nawet na chwilę nie zdjemowała rekawiczek i czapki. O godzinie 18 była  kolacja a potem czas na sen... dobrze się mówi tylko gorzej zrealizować: przede wszystkim pora nie taka jak do snu, dodatkowo wysokość i zimno... Ale trzeba było się postarać bo o północy mieliśmy pobudkę.....

 

Małe śniadanie, ubranie się, ostateczne sprawdzenie sprzętu i przed pierwszą w nocy wyruszyliśmy.... W ciemnościach widać było tylko osobę idącą przed a w górze przed nami lub w dole za nami migające światełka lampek innych grup również zmierzających na Cotopaxi. Po godzinie doszliśmy do lodowca i tutaj był czas na założenie raków i dla bezpieczeństwa związanie się linami.

 

Po raz pierwszy w życiu mieliśmy się wspinać po lodowcu (używać raków i czekana- przynajmniej Dominika) i po raz pierwszy w życiu znaleźliźmy się na tej wysokości.... Tak w ogóle to już kolejne rzeczy, i mamy nadzieje nie ostatnie, które na tym wyjeździe robimy po raz pierwszy w życiu.

Chwila odpoczynku i ruszyliśmy.... każdy ze swymi własnymi myślami, wolno, w skupieniu i ostrożnie stawiając każdy krok, utrzymując przyczepność i równowagę, co z każdą chwilą stawało się trudniejsze z powodu wzmagającego się wiatru i padającego śniegu. Motywacja, adrenalina, determinacja dawały siłę do kolejnych kroków, wspinania się wyżej i wyżej....   Jednak pogoda  nie sprzyjała.... silny, porywisty i przejmująco zimy wiatr powodował, że lepiej było, chociaż coraz ciężej, bez przerwy iść niż zatrzymywać sie na odpoczynek bo momentalnie człowiek marzł. Było do tego stopnia zimno, że kiedy piliśmy napój izotoniczny, po wyciągnięciu z plecaka a w trakcie picia zdążył zamarznąć w plastikowej butelce – trwało to może minutę.... niesamowite.

 

Dotarliśmy na wysokość 5 600 m.n.p.m., zaczęło świtać, była godzina 5:30 rano, widzieliśmy ścianę lodu jeszcze przed nami, według Israela zostało jeszcze jakieś 2 godziny  do krateru wulkanu. Dwie godziny po jeszcze bardziej stromym zboczu i bardziej odsłonietym na wiatr... co dla nas było już nie do wyobrażenia gdyż w tym momencie wiart  nie pozwalał stanąć pionowo, najlepiej było być praktycznie przyklejonym do podłoża i przemieszczać się na czworakach....

Przeszliśmy jeszcze parę króków i przewodnik podjął decyzję o powrocie... wiart był zbyt silny, widoków i tak żadnych nie było a dalsze wchodzenie stawało się coraz bardziej niebezpieczne,   każdy kolejny krok  był walką z wiatrem i własnym zmęczonym organizmem.... a już i tak wyglądalismy jak sople lodu.

 

Niestety pogody nie można przewidzieć i zwłaszcza w górach nie zawsze udaje się zrealizować to co się chciało.... tego ranka żadna z grup nie dotarła na szczyt.... było zbyt niebezpiecznie.  Jednak my byliśmy szczęśliwi – potwornie zmęczeni ale zadowoleni. Pokonaliśmy obawy,  strach i podjelismy wyzwanie, spróbowaliśmy! Dotarliśmy na wysokość 5600 metrów!  I co najważniejsze, mimo potwornego zimna i zmęczenia, spodobało nam się!!!!J

 

...zdjęcia...

Cotopaxi - Album Zdjęć                                        Cotopaxi - Pokaz Slajdów

 

Laguna Quilotoa - Album Zdjęć                  Laguna Quilotoa - Pokaz Slajdów

 

Pujili - Album Zdjęć                                                 Pujili - Pokaz Slajdów