Treking Santa Cruz Llanganuco


 

Włóczykije Round The World Expedition / Wyprawa z Włóczykijami dookoła świata

 

 Ameryka Południowa

Strona Główna

Trekking Santa Cruz - Llanganuco 2007.05.30-06.02

 

Cordillera Blanca

 

Trekking 4 dniowy: Dolina Santa Cruz – Przełęcz Punta Union (4750 m.n.p.m.) – Dolina Huaripampa - Jeziora Llanganuco  (Park Narodowy Huascaran)

 

I dzień:

 

Pobudka o 6 rano, pakowanie ostatnich rzeczy i spacer w poszukiwaniu busa tzw. „colectivo” do Caraz (60km na północ od Huaraz). Nawet nie zdążyliśmy się zatrzymać, a w planie było jeszcze śniadanie, gdy jeden z naganiaczy zabrał nas do przejeżdżającego pojazdu, który niestety nie miał bagażnika na dachu, więc musieliśmy zapłacić jeszcze za plecaki – bo na naszych kolanach czy obok siedzeń nie było szans ich zmieścić, gdyż miejsca w busie przystosowane są dla dużo mniejszych osobnikówJ.

 

W Caraz (2200m.n.p.m.) przesiadka do kolejnego „colectivo”, którym mieliśmy dojechać do Cashapampy (2900 m.n.p.m.)-  miejsca startu. Bus się znalazł, nawet pełny, więc jedyne pół godziny zajęło, żeby wszystkie worki zapakować na dach i mogliśmy ruszać.... Oczywiście o asfalcie na drodze mowy nie było a na dodatek na naszej trasie dwa mosty były właśnie remontowane dlatego nasz bus jechał ...czymś, co nawet ścieżką nie było i na piechotę balibyśmy się tamtędy przejść .... nie mówiąc już o przejechaniu... ale tutaj wszystko jest możliwe, dało się przejechać.... Dotarliśmy. Wreszcie mogliśmy ruszyć: było południe a przed nami 5 godzin marszu doliną Santa Cruz.

 

W przeciwieństwie do większości napotkanych turystów nie mieliśmy ze sobą przewodnika, kucharza i osłów, które nosiłyby nasze bagaże. Cały, czterodniowy ekwipunek nosiliśmy na plecach,  czemu się wszyscy dziwiliJ,  a za przewodnika służyła nam po prostu mapaJ

 

Na trasie zjedliśmy wreszcie nasz śniadanio – obiad a potem już tylko pozostało równomierne:  krok, krok za krokiem, krok...... co jakiś czas przystanek na złapanie oddechu, uzupełnienie płynów czy wzmocnienie się suszonymi owocami..... i tak przez prawie 16 kilometrów, każdy ze swoimi własnymi myślami i otaczającą nas przyrodą...., która jest tam po prostu przepiękna.  Około 17 znaleźliśmy sobie nad rzeką kawałek płaskiego terenu na nasze obozowisko.

Tu trzeba zaznaczyć, że kiedy ma się ze sobą kucharza, przewodnika i tragarzy w postaci osłów  to przychodzi się już na gotowe: namioty są rozbite, jedzenie właśnie się gotuje i można tylko odpoczywać.

Cała frajda polega jednak na tym, żeby to miejsce na obozowisko znaleźć, potem rozbić namiocik, wyciągnąć kuchenkę i wreszcie przygotować jedzenie, które wówczas smakuje najlepiej....... no chyba, że pada deszcz..... 

Ledwo skończyliśmy kolacje zaczęło właśnie padać..... i tak praktycznie całą noc.....

 

II dzień

 

Obudziliśmy sie około 7 rano. Nie padało ale o słońcu można było zapomnieć natomiast otaczające nas chmury nie napawały optymizmem. Zjedliśmy śniadanie, namiot już prawie robił się suchy i tyle było naszego zadowolenia... chmury prawie nas przykryły i ponownie się rozpadało... Cóż było robić – zabraliśmy sie więc za sudoku. W międzyczasie, pomimo deszczu słychać było  kilku przechodzących turystów – jak się potem okazało parę Kanadyjczyków i parę Niemców. Ale oni nie musieli czekać, aż namiot choć trochę przeschnie a potem go składać,  po śniadaniau wyruszali a składaniem obozowiska zajmowali się inni....

 Wreszcie i my, pomiedzy jedną falą deszczu a drugą złożyliśmy nasz dobytek i ruszyliśmy w stronę kolejnego noclegu i tak samo pomiędzy jedną falą deszczu a drugą  później się  rozbijaliśmy. O podejściu bliżej Punta Union ne mogło być mowy więc po zaledwie trzech godzinach dotarliśmy do kolejnego campingu – Taullipampa na wysokości 4250 m.n.p.m. i tam już zostaliśmy. 

Nawet nie liczyliśmy ile razy padało a momenty przejaśnień były tak krótkie, że jedyne co udało nam się ugotować to woda na herbate i potem na zupki chińskie. Do tego widoczność była naprawde marna. W nie najlepszych humorach poszliśmy tak  wcześnie spać, że o pierwszej w nocy przebudziliśmy się wyspani.... a tu przed nami jeszcze przynajmniej pięc godzin leżenia.... Nie padało, Tomek wyszedł sprawdzić i zaraz wrcił po aparat – bezchmurne niebo a w tle ośnieżone szczyty oświetlone przez księżyc. Żeby tylko taka pogoda do rana się utrzymała.....

 

III dzień  - Punta Union (4750 m.n.p.m.)

 

Pobudka 7 rano....nie pada.... Dominika niepewnie uchyla wejście do namiotu..... właśnie pierwsze promienie słońca wydostają się zza otaczających gór i zaczynają oświetlać namiocik.... bezchmurne niebo.... od razu uśmiech na twarzy.... nowa energia... Tomek chwyta za aparat i wybiega robić zdjęcia a Dominika zabiera się za przygotowanie śniadania. Nadal aż trudno uwierzyć, że się udało, pogoda jak na zamówienie, żeby zdobyć przełęcz.

 Dopiero rano można było zobaczyć w jak pieknym miejscu usytuowany był camping – widoki niesamowite..... i takie już były przez cały dzień – z każdym krokiem w górę bardziej spektakularne – no a najlepsze już na samej górze: z każdej strony rozpościerające się,  lśniące w słońcu, ośnieżone szczyty, gdzieniegdzie małe, polodowcowe jeziorka.....Dla takich chwil i widoków naprawde warto żyć.... a na pewno warto trochę się potrudzić by wyjść na górę.... Satysfakcja, radość, zmęczenie, uśmiech na twarzach.... wszystko naraz....

Potem chwila wytchnienia i odpoczynku przed dalszą drogą.....  Trzeba dojść jak najdalej, żeby na ostatni dzień niedużo pozostało. Więc jeszcze cztery godziny marszu piękną doliną Huaripampa. W ciągu jednego dnia z wysokości 4250 m.n.p.m. przeszliśmy przez przełęcz na 4750 by zatrzymać się na noc na wysokości 3700 m. n.p.m.

 

 

 

IV dzień

 

Na ostatni dzień zostało niecałe 3 godziny marszu i duża niepewność co do powrotnego środka transportu. Nie wiedzieliśmy jak możemy się wydostać z Vaquerii, która była ostatnim punktem na naszej trasie. Jednak przewodnik poznanych Kanadyjczyków zapewnił nas, że są busy – na pewno do godziny pierwszej. Dlatego zebraliśmy się wyjątkowo wcześnie, tak by iść w tym samym czasie co osoby z przewodnikami.... Dochodziliśmy na miejsce, gdy jeden busik odjeżdzał- kolejny za półtorej godziny – więc nie namyślając się długo, w nagrodę  kupiliśmy sobie po zimnym piwku i się relaksowaliśmyJ

 

A przed nami była jeszcze długa podróż – pierwszy busik, którym jechaliśmy musiał przebić się przez przełęcz na ponad 4000 m – droga oczywiście kręta, wąska, stroma i kamienista  by po ponad dwóch  godzinach przejechać obok jezior Llanganuco i wreszcie dotrzeć do Yungay, skąd złapaliśmy kolejnego busa tym razem już do Huaraz....

Zmeczeni ale szczęśliwi wieczorem dotarliśmy do naszego hostelikuJ. 

 

...zdjęcia...

Santa Cruz - Llanganuco - Album Zdjęć                   Santa Cruz - Llanganuco - Pokaz Slajdów