Huantar de Chavin & San Marco


 

Włóczykije Round The World Expedition / Wyprawa z Włóczykijami dookoła świata

 

 Ameryka Południowa

Strona Główna

Huantar de Chavin & San Marco 25.05.2007

W piątek postanowiliśmy sobie zrobić odpoczynek od trekkngu i wybraliśmy się na wycieczkę krajoznawczą do Chavin, miejscowości odległej o ponad 100 km od Huaraz. Tam właśnie w pięknej dolinie obok wioski odkryte zostały pozostałości jednej z najważniejszych peruwiańskich kultur preinkaskich - Chavin. Jest tam kompleks architektoniczny, z bardzo dobrze zachowanymi poddziemnymi, wentylowanymi korytarzami  pochodzący sprzed ponad 3000 lat.  Natomiast na powierzchni głównie pasą się alpaki...

Ponieważ wioska jest położna po drugiej stronie gór, autokar musi się przebić krętą, wąską i  często kamienistą drogą przez przełęcz na wysokości 4500 metrów. My, przezornie, żeby nie mieć problemów z biletami kupiliśmy je dzień wcześniej, i za radą pani sprzedającej, wybraliśmy miejsca z lewej strony autokaru, ze względu na ładniejsze widoki.

Wiedząc że autokar na pewno nie odjedzie o przewidzianej godzinie, przyszliśmy na przystanek 5 minut wcześniej, właśnie trwało ładowanie do bagażników worków zboża, ziemniaków oraz innych najróżniejszych towarów. Zdążyliśmy kupić sobie śniadanie i jako jedni z pierwszych zajęliśmy miejsca w autokarze. Dopiero  kwadrans po godzinie odjazdu w środku zaczął sie robić ruch..... nagle pojawił się  tłum przechodzący od przodu do tyłu i z powrotem, zmieniający miejsca, upychający torby i liczne pakunki w lukach nad siedzeniami... Wreszcie ludzie jakoś się usadowili ale na koniec przyszedł pan od biletów i im wszystkim kazał się poprzesadzać – zgodnie z numerami miejsc zapisanymi na biletach (jakby sami nie mogli według tych numerów siadać). No i zaczal się kolejny cyrk....(wszyscy i wszystko tam i z powrotem). W końcu z półgodzinnym opóźnieniem szczęśliwie wyruszyliśmy...

Jeszcze na dobre autokar nie ruszył a jeden gostek zaczął rozdawać wszystkim cukierki – oczywiście rozdawanie polega na sprzedawaniu i wciskaniu wszystkim kitu, że to prezent od firmy transportującej, no ale parę centimów to on jednak mógłby za nie dostać....:) Autochtoni dzielili się z nim centimami, więc i my dorzuciliśmy mu pół sola – a co:)  Koleś wysiadł na rogatkach Huaraz i myśleliśmy, że przed nami już spokojne trzy godziny jazdy do Chavin....

Jeszcze na dobre nie zaczeliśmy konsumować cukierków (notabene nie najwyższych lotów) a tu wyskakuje następny czarodziej.... u nas zapewne, jakby koleś się nie uspokoił po dwóch minutach dostałby strzała... no ale peruwiańczycy to spokojny naród więc go słuchali (my niestety też). Mówiąc krótko, krzyczał,  na ile tylko mu płuca pozwalały. Zaczął swój wywód od przejścia z wszystkimi pasażerami na per amigo (przyjaciel)... następnie przyszły opowieści jak to peruwiańczycy sie żle odżywiają, że w diecie jest mało warzyw i takie tam..... no i w końcu znalazł sobie głównego wroga – KURCZAKA !!! Prawdą jest, że kurczak jest tu w diecie wszechobecny, ale to chyba jak w połowie państw na świecie.... czy aby jednak jest on aż tak zły... dowiedzieliśmy się że tłuszcz kurczaka prowadzi do osteoporozy, że przez kurczaka źle się wchłania żelazo i prowadzi to do anemii, kurczak powoduje problemy ze snem... i jeszcze parę przypadłości których nie zrozumieliśmy. Jednym słowem KURCZAK to wróg publiczny numer JEDEN. Po chwili gostek zza pazuchy wyciągnął przecudowny środek, dzięki któremu dalej można wcinać kurczaki do woli a jednocześnie strzec się wszystkich okropnych chorób.... wyciąg z owoców NONI... no i kolejna litania jakie to Noni nie jest dobre i takie tam... a na dodatek, że jest peruwiańskie a każdy peruwiańczyk powinien wcinać peruwiańskie rzeczy... i inne tego typu cuda... potem mały chwyt marketingowy, że jedna saszetka kosztuje 8 soli ale, że dziś dla AMIGOS jest specjalna promocja i za trzy zapłacą 10 soli.... oczywiście jedna trzecia autobusu zrobiła zakupy.... W końcu myśleliśmy, że to już koniec a tu zza pazuchy pojawia się następny środek „NONI coś tam”..... tym razem już krócej to trwało.... zdążyliśmy się dowiedzieć, iż człowiek powinien się koniecznie dogłębnie oczyszczać co trzy miesiące. Dzięki noni „NONI coś tam” człowiek po dziesięciu minutach ląduje w toalecie i jest wewnętrznie czyściutki jak niemowlak.... znowu jedna czwarta autokaru postanowiła się oczyścić zaraz po podróży.... Wszystko to trwało z niezłą godzinę .... ale czego się człowiek nie nauczy.... Pamiętajcie !!!  KURCZAK to wróg a najważniejsze na kolei są przepisy BHPJ

Po przenaukowej podróży dotarliśmy na miejsce, gdzie około półtorej godziny zwiedzaliśmy  kompleks archeologiczny Chavin. W samej wiosce poza ruinami niczego wiecej nie ma, więc chcieliśmy od razu wracać do Huaraz – doszliśmy do głównej drogi, no i super, wlasnie stał tam autokar – dobiegliśmy, bez biletów, ale udalo nam sie wsiąść!!! W środku gorąco i tłum ludzi- o miejscach siedzących nie było nawet mowy, w przejsciu pomiędzy siedzeniami również nie było szans się zmieścić – zostaliśmy więc w szoferce, razem z kilkoma innymi osobami. Co okazało się dużo lepszym rozwiązaniem gdyż przynajmniej było czym oddychać oraz było widać drogę, którą jechaliśmy. Niestety, niezbyt długo nacieszyliśmy się podróżą....

Po około 10 kilometrach, na dość wąskim i stromym podjeździe, którego połowa wysypana była górami kamieni do wyrównywania drogi nasz autokar sie zatrzyamał.... no i już wiecej nie ruszył..... Mało tego, że nie ruszył, to całkowicie zatarasował przejazd.....po godzinie zarówno na przeciwko jak i za nami ustawił się sznurek samochodów i autokarów... z dość poddenerwowanymi ludźmi... po długim deliberowaniu wpuścili na ten drugi pas koparkę, żeby wyrównała choć troche  kamienie – tym samym przysypując nasz rozkraczony autokar... Sprawa z autokarem okazała się być na tyle  poważna, że nie było sensu czekać na naprawę więc razem z napotkaną w szoferce peruwainką Marlene postanowiliśmy wrócić do Chavin, żeby kupić bilety na kolejny autobus, czy zorganizować inny transport do Huaraz.

Po chwili marszu na horyzoncie pojawił się samochód znajomych Marlene (pary amerykanów, którzy jako wolontariusze pracują w San Marco – jej rodzinnym miasteczku, kilkanaście kilometrów za Chavin). Mimo, że samochód był załadowany, znalazło sie dla naszej trójki miejsce.... w bagażniku toyoty combiJJ

Za radą Marlene, pojechaliśmy do San Marco, które jest troszkę większe od Chavin i tam podobno można już kupić bilet autobusowy z wyznaczonym miejscem a poza tym, Marlene bardzo chciała nam je pokazać. W San Marco praktycznie nie ma turystów i tam, po raz pierwszy wołano za nami „gringo”. Nasza przesymatyczna przwodniczka, oprowadziła nas po miasteczku i jego okolicy, opowiadając o wszelkich zawiłościach i historiach jej mieszkańców oraz swojej rodziny, obdarowała nas własnoręcznie robioną biżuterią i potem odprowadziła na przystanek.....

Według godziny na bilecie, autokar miał być o 16:30, pojawił się bagatela...godzinę póżniej.... i tym razem mimo, że mieliśmy bilety  udało nam się wsiąść jedynie do szoferki. Dla nas było to już maksimum osób, które mogą się zmieścić w tym autobusie ale w jakim bylismy błędzie... w kolejnym miasteczku wsiadło jeszcze pare osób i potem znowu i znowu.... część upchała się gdzieś w przejsciu pomiędzy siedzeniami a w szoferce, w kulminacyjnym momencie, razem z kierowcą było nas 16 osób!!!!!  A przed nami 3 godziny jazdy przez góry.... Dominika, patrząc na to wszystko, tylko tak wspomniała o wpajanych jej,  przez prawie 5 lat w BP, wszelkich zasadach bezpiecznej jazdy....

Jeszcze kolejna rzecz zadziwiła nas w tej podróży, dojeżdżaliśmy już do Huaraz i na obrzeżach miasta autokar sie zatrzyamł i kazano nam, czyli wszystkim osobom nie majacym miejsc siedzacych wysiadać i czekać, na jakiś inny pojazd, który miał  podjechać... No i stało się jasne.... kierowca z panem od biletów kręcą wałki.... miejsca siedzące były sprzedane w kasie a wszyscy pozostali płacili im do ręki..... więc jeśli na dworzec w Huaraz dojedzie tylko tyle osób ile miejsc siedzących to się nie muszą z tego rozliczyć..... widać każdy tutaj sobie radzi jak może.....

A my cały czas  zaznajamiamy się z różnicami kulturowymi bo na każdym kroku coś nas zaskakuje....  I tak z planowanej kilkugodzinnej wycieczki zrobiła się całodzienna – po prostu Ameryka PołudniowaJ 

 

...zdjęcia... 

 

San Marco - Album Zdjęć                                                San Marco - Pokaz Slajdów

 

Huantar de Chavin - Album Zdjęć                      Huantar de Chavin - Pokaz Slajdów