Czy tak się da żyć? Rozważania na temat poliamorii


by Katarzyna Michalczak 

Czy tak się da żyć? Rozważania na temat poliamorii


W mejnstrimowym myśleniu „życie poza monogamią” jest synonimem „podwójnego życia”. Dopuszczalne kulturowo wyjście poza normę bycia wiernym czy wierną jednej osobie, z którą pozostaje się w relacji intymnej, to skok w bok. To wyjście ukradkiem, na chwilę, w momencie, gdy osoba, z którą się jest, nie patrzy. Pełną definicję sytuacji posiada zazwyczaj osoba, z którą się zdradza; osoba zdradzana pozostaje w nieświadomości, często motywowanej przez zdradzającego/ącą jej własnym dobrem. Jak powszechnie wiadomo, taki układ może funkcjonować świetnie przy spełnieniu kilku warunków (zdolności aktorskie osoby zdradzającej, skuteczne ukrywanie prawdy, zaufanie osoby zdradzanej) co do których trudno mówić o uczciwości wobec partnerów/ek. W momencie, gdy sprawa się wydaje, relacje gwałtownie się przeobrażają i zazwyczaj ostatecznie zostają po nich zgliszcza.

Poliamoryści wychodzą z tego schematu. Pozostawanie w jednej, monogamicznej relacji, uważają za ograniczające i dające dużo mniej możliwości rozwoju niż pozwolenie sobie i swoim najbliższym na wchodzenie w relacje intymne z rozmaitymi osobami w tym samym czasie. Ich zasady to komunikacja i zaufanie, a także szczerość i otwartość wobec poszczególnych partnerów/ek. Rozwiązania, jakie przyjmują dla realizacji tych ideałów, są jednak różne dla każdego poszczególnego związku. Zazwyczaj też ich praktyczne zastosowanie dalece odbiega od teorii poliamorii. Dlaczego?

Poniższe refleksje są wynikiem tak zwanego liźnięcia tematu. Moja wiedza w kwestii poliamorii dopiero raczkuje, choć zapowiada się prawdziwa pasja. Rozważania zawarte w tej pracy są wynikiem swego rodzaju obserwacji uczestniczącej: rozmawiałam z dwiema osobami, które próbowały poliamorii; poznałam bardzo dokładnie cztery historie różnych związków; sama przez krótki czas próbowałam tak żyć.

Intymność


Ludzie zazwyczaj dążą do stworzenia związku tak zwanego romantycznego, czyli miłosnego, który zakłada bliskość zarówno psychiczną, jak i fizyczną, czyli wspólne uprawianie seksu. Jednak bardzo ważną rolę w naszej kulturze odgrywa także związek przyjacielski, który dla wielu osób od miłosnego różni się tylko brakiem seksu. Rolę relacji przyjacielskich w życiu podkreśla w swojej książce „Nowa singielka” E. Kay Trimberger. Obala tam przekonanie o niezwykłej ważności relacji miłosnej, zwłaszcza dla kobiety, w samorozwoju, i zwraca uwagę na to, że skupianie się na jednej osobie i czynienie jej swoim najlepszym i najważniejszym przyjacielem czy przyjaciółką tylko z tego powodu, że dajemy tej osobie wyłączność seksualną, jest w samorozwoju hamujące. Przytacza wiele przykładów kobiet, które wyszły poza taki schemat i dzięki temu poczuły prawdziwą życiową satysfakcję. Jednocześnie podkreśla, że warunkiem uzyskania takiego efektu jest utrzymywanie wielu bliskich relacji przyjacielskich jednocześnie, że właśnie wielorakość relacji daje w życiu poczucie spełnienia. Trimberger, jako osoba żyjąca w celibacie, zdaje się w swojej książce minimalizować znaczenie seksu w życiu i z związkach. Dlatego skupia się na pokazaniu, że wielorakie związki, pozbawione aspektu seksualnego – a niekoniecznie pozbawione erotycznego – dają poczucie spełnienia. Jeśli trzymać się tej zasady, jednakże z założeniem, że seks jest w życiu niezbędny, można łatwo dojść do teorii poliamorii. Julian Deri, zajmująca się poliamorią zarówno naukowo, jak i osobiście, zauważa, że w naszej kulturze istnieje dychotomia pomiędzy przyjaźnią a miłością: ludzie mają tylko jednego kochanka czy kochankę, a reszta bliskich osób to przyjaciele. Uważa ona, że jeśli zerwiemy ten podział, pojawi się więcej możliwości doznawania intymności – całe spektrum różnych sposobów na to, by być z ludźmi [Warner 2009].

Problem w tym, że w naszej kulturze realizacja potrzeby intymności – takiej, w której skład wchodzi też intymność cielesna - została uwarunkowana wyłącznością. Jesteśmy bardzo do tej zasady przyzwyczajeni. Nawet, jeśli zdradzamy, oszukujemy samych siebie – gdy przyznamy przed całym światem, że tej wyłączności nie ma, możemy poczuć się nagle i niespodziewanie bardzo niekomfortowo.

Inspirując się cały czas treścią „Nowej singielki”, można zasugerować, że intymność – także ta w relacji erotycznej – nie jest zawsze jednakowa i nigdy nie będzie. Intymność tak naprawdę nigdy i z żadną osobą nie jest wszechogarniająca, bo w trakcie życia spotykamy osoby, z którymi rozumiemy się do rożnego stopnia na różnych płaszczyznach. Każdy związek jest inny i w każdym intymność wygląda inaczej, bo jest wypadkową lęków i potrzeb dwojga zupełnie różnych, odrębnych ludzi.

Czy możliwe jest istnienie intymności w związkach poliamorycznych? Wydaje się, że w pewnym sensie to właśnie tam może ona rozkwitnąć w pełni. Bo gdy dwoje ludzi przyzna, że jest w stanie rozwijać i pielęgnować intymność swojego związku w określonych dziedzinach i nie chce na siłę kreować jej tam, gdzie akurat nie występuje, mają szansę naprawdę niczego nie udawać i skupić się na tym, co rozwijające. Przyznać, że wszechogarniająca intymność jest utopią, że utopią jest też wyłączność intymności – bo nawet w relacjach monogamicznych zawsze znajdzie się ktoś inny, kto jedne z partnerów zrozumie lepiej w jakiejś ważnej dziedzinie - to prawdziwa sztuka, która otwiera poliamorystom mnóstwo nowych możliwości zarówno w związku, jak i dla samorozwoju. Ale czy wychodząc z jednej utopii, nie wpadają w drugą?


Spełnianie potrzeb


Intymność to jedna z potrzeb, jakie istota ludzka chce zaspokajać w związku. Oprócz niej istnieje jeszcze kilka innych, które również mamy skłonność zaspokajać w relacjach z innymi, i które niestety często z intymnością się wykluczają.

Na przykład seks. W długotrwałych związkach, gdzie namiętność opada, często potrzeba seksualnego zaspokojenia spychana jest na dalszy plan na rzecz właśnie potrzeby intymności. Partnerzy/rki wychodzą z założenia, że szukanie zaspokojenia poza związkiem zaburzyłoby jego integralność. Nawet, jeśli byłoby tak zwanym „czystym seksem”. W modelu „skoków w bok” osoba, która decyduje się na zdradę, liczy na to, że zatajenie przed partnerem/rką faktu, że uprawia seks z kimś innym, będzie gwarantem poczucia intymności. Natomiast poliamoryści nie tylko odrzucają założenie, że intymność i realizacja potrzeb seksualnych poza związkiem wykluczają się. Odrzucają też założenie, że realizacja potrzeb seksualnych oraz potrzeby intymności poza związkiem miałyby być dysfunkcyjne wobec intymności w związku już istniejącym.

Jak to możliwe? Poliamoryści podkreślają, że miłość to nie pieniądze: wkładanie jej w relację z jedną osobą nie oznacza niemożliwości dawania jej komuś innemu. Międzynarodowy znak poliamorii to serce oplecione znakiem nieskończoności: ma symbolizować przekonanie, że miłość romantyczna to nie pieniądze [Veaux]. Miłość jest nieograniczona – także jeśli chodzi o ilość osób, do których jest kierowana w tym samym czasie. Podobnie więc z intymnością: to, że utrzymuje się ją już z jakąś osobą, zupełnie nie stoi na przeszkodzie, aby zacząć ją budować z kimś nowym. Mnie z kolei przychodzi do głowy metafora drugiego dziecka: dla rodziców to, że się ono pojawia, w żaden sposób nie przekreśla ważności pierwszego dziecka; podobnie z kolejnym. Mimo, że relacja intymna ma zupełnie inny charakter niż relacja rodzic – dziecko, jest to także miłość. I nie ustaje ona w momencie pojawienia się nowego obiektu. Teoria poliamorii, gdy się nad nią zastanowić, to piękna idea, bo jej zasadą jest miłość ponad wszystko, prawdziwe bycie z kimś cokolwiek się stanie, nieopuszczanie, gdy już się powie „kocham”. Taka idea wydaje się dużo etyczniejsza od praktykowanej w naszej kulturze monogamii seryjnej, gdzie z powodu tak w gruncie rzeczy irracjonalnego jak zakochanie w kimś innym, opuszcza się związek, który budowało się z najbliższą osobą przez wiele lat.

Ale jak przeprowadzić to w praktyce? Najważniejsza w dążeniu do poliamorycznych ideałów jest wzajemna komunikacja wszystkich zainteresowanych osób. I co za tym idzie, liczenie się z ich potrzebami [Kulesza, 2009]. To zasada, która powinna przyświecać każdemu związkowi. Ale moim zdaniem, właśnie tutaj zaczynają się poważne schody. Pojawiają się pytania: w komunikacji ważna jest szczerość – ale na ile tej szczerości możemy sobie pozwolić? Kiedy zadamy komuś ból? I na ile się przed taką ewentualnością bronić? Jaką ilość tego bólu możemy włączyć w pakiet swojego planu na życie? Ile mówić? Kiedy zatajenie czegoś jest już oszukaniem? Czy zaznajamiać ze sobą swoich kochanków i swoje kochanki? Czy decydować się na relacje intymne z kochankami swoich kochanków/ek? Na ile można sobie pozwolić na spontaniczność w postępowaniu i podejmowaniu decyzji? Na ile można tu przewidzieć konsekwencje? W trójkącie miłosnym jednej z moich informatorek, mimo zasady szczerości i komunikacji, którą przyjęto, jedna z osób wchodzących w relację zaczęła tworzyć małe tajemnice pomiędzy nią a dwiema pozostałymi osobami. Tajemnice, niby nieszkodliwe, miały budować intymność w każdej z diad, tymczasem stały się zarzewiem silnej zazdrości i przyczyną poczucia niepewności, które doprowadziło do zakończenia relacji.

Komunikacja komunikacją, ale potrzeby, które wykształciliśmy w sobie w procesie socjalizacji, bardzo często uniemożliwiają zgodę na inny związek miłosny osoby, z którą w związku miłosnym pozostajemy. Nawet, jeśli poczucie intymności zostaje zachowane, w praktykowaniu poliamorii chwieje się w posadach poczucie bycia w centrum. Stąd małe tajemnice kochanki mojej informatorki: dzięki nim miała ona poczucie, że panuje nad sytuacją, że to ona pociąga za sznurki i że to na nią są skierowane oczy obu bliskich jej osób. Inna potrzeba, jaka pojawia się w związku, to potrzeba symetryczności. Poczucie, że nasze działania są w jakiś sposób symetryczne w stosunku do działań drugiej osoby, jest nam niezbędne, aby uniknąć frustracji. Do symetryczności relacji często dąży się dla samego celu zachowania jej poczucia, nawet, gdy faktycznie ona nie ma miejsca (bo symetryczność w związku również jest swego rodzaju utopią). Stąd wielkim problemem w realizacji ideałów poliamorii wydaje mi się fakt, że w związku dwojga ludzi każde z nich w danym momencie pozostaje zazwyczaj na zupełnie innym niż to drugie etapie relacji. Jedno może być nadal zakochane i nie widzieć potrzeby wchodzenia w relacje z innymi, podczas gdy drugie czuje już stabilizację, spadek namiętności, i jest na nawiązanie nowej relacji w pełni gotowe. Poczucie stabilizacji wiąże się z poczuciem bezpieczeństwa. W stanie zakochania takiego poczucia nie ma się – dopiero się do niego dąży. A poczucie bezpieczeństwa jest warunkiem zaufania.


Zazdrość i zaufanie


Poczucie bezpieczeństwa w związku rodzi zaufanie. A zaufanie jest warunkiem intymności. Łatwo i jedno, i drugie osiągnąć na krótką metę, ale ich utrzymanie wiąże się z dużym wysiłkiem, powszechnie znanym jako dbanie o związek, które już w monogamii pochłania mnóstwo energii i czasu – a co dopiero w sytuacji, gdy relacji jest więcej i każda wymagająca. Miłość, owszem, może być nieograniczona także pod względem ilości osób nią obdarzanych, ale czas i energia poświęcane na jej pielęgnowanie mają ramy jak najbardziej ograniczone i utopią jest utrzymywać, że dając jednej bardzo bliskiej osobie swoją uwagę, nie zabiera się jej innej bardzo bliskiej osobie. Poliamoryści bronią się tu, że ta energia, której poświęcanie komuś innemu krytykują w poliamorii zwolennicy monogamii, w związku na zasadzie wyłączności także nie jest wcale kierowana w stronę partnera/rki. Z jednej strony to słuszna uwaga. Ale z drugiej strony, istnieje psychologiczna różnica pomiędzy weekendem spędzonym na turnieju szachowym a weekendem z kochanką w górach. Objawia się ona dobitnie przede wszystkim osobie, która dzwoni w porze obiadu zapytać: „Kochanie, jak ci minął dzień?”. Poza tym, co ważne, w poliamorii tak naprawdę nie uniknie się stawiania priorytetów. Jedna z osób przeciwnych poliamorii, z którymi rozmawiałam, zapytała, jak postąpi poliamorystka czy poliamorysta, gdy dwie ukochane osoby znajdą się jednocześnie w dwóch różnych szpitalach z poważnych zdrowotnych powodów. W środku nocy wsiądzie w taksówkę – i który szpital wybierze? Wtedy pojawi się nagła, ostra, nieunikniona konieczność wyboru i to zawsze będzie wybór kogoś raniący. Świadomość, że nie ma się pewności, czy ukochana osoba na pewno będzie przy nas w momencie zagrożenia, i to nie dlatego, że musi być codziennie bezwzględnie dyspozycyjna w pracy, tylko dlatego, że ktoś inny jest ważniejszy, jest niezmiernie bolesna i podkopuje podstawy związku. Racjonalnie rzecz biorąc, różnica powodów nie powinna mieć znaczenia, bo w obu przypadkach sprawa sprowadza się do tego, że na najbliższą osobę nie możemy liczyć. Jednak świadomość, że my nie możemy liczyć, aby liczyć mógł ktoś inny, jest dużo bardziej bolesna niż dojście do wniosku, że nasz/a partner/ka jest egoistycznym/ą pracoholikiem/czką. Świadomość, że ktoś inny jest ważniejszy dla osoby, która jest najważniejsza dla nas, rodzi brak symetryczności, brak pewności i co za tym idzie, brak zaufania. Bo, wracając do metafory drugiego dziecka, problemem pierwszego w sytuacji pojawienia się drugiego jest zazwyczaj właśnie zazdrość, z którą rodzinie często bardzo trudno sobie poradzić.

Odczuwanie zazdrości wynika z braku pewności siebie – nie tylko w związku, ale też w sensie indywidualnym. A więc właściwie powinna być ona warunkiem rozpoczynania poliamorycznego życia. Bo zdobywanie jej w trakcie jest bardzo trudne. (Tu sprawdza się zasada psychologiczna głoszona w odniesieniu do monogamii, że wchodzić w związki powinno się mając poczucie wartości na stabilnym poziomie). Zazdrość powoduje strach, stany lękowe. Większość z moich informatorek i informatorów – a także ja sama - przyznaje, że podczas utrzymywania relacji poliamorycznych były one ich udziałem. Lęki nie są wcale takie bezpodstawne, bo na nową relację decydują się zazwyczaj, jak już pisałam, osoby stabilnie czujące się w związku dotychczasowym. Takie osoby w dużo mniejszym stopniu odczuwają atrakcyjność partnera/rki. A więc, strach przed straceniem tej osoby nie jest już tak paraliżujący. I tutaj dochodzimy do paradoksu: w relacji długodystansowej poczucie bezpieczeństwa jest większe niż na początku związku, ale większa też staje się realność tego, że zostaniemy porzuceni. Dlatego tak naprawdę zgoda na inną relację intymną, wynikająca z zaufania, niesie ze sobą ogromne ryzyko dla związku.


Z moich obserwacji wynika, że poliamoria może być twórczym sposobem na życie, ale jest niezmiernie trudna do przeprowadzenia tak, żeby ilość cierpienia rekompensowała ilość szczęścia wszystkich zaangażowanych. Konflikty, nieuniknione generalnie w związkach, tutaj mnożą się wprost proporcjonalnie do tego, jak mnożą się związki. Takie życie wymaga wiele wysiłku, czasu i energii. Warto zauważyć, że osoby żyjące w poliamorii bardzo rzadko wykonują zawody wymagające stałej pracy „od – do”.



Bibliografia:

  1. Haritaworn Jin, Lin Chin – ju, Klesse Christian, Poly/logue: A critical Introduction to Polyamory, Sexualities Dec 2006, http://sexualities.sagepub.com/ 16.10.2008

  2. Klesse Kristian, Polyamory and its ‘Others’: Contesting the Terms of Non – Monogamy, Sexualities Dec 2006, http://sexualities.sagepub.com/ 16.10.2008

  3. Kulesza Tomek, Poliamoria. Polska strona o poliamorii, http://tomek.kulesza.googlepages.com/ 11.02.2009

  4. Trimberger E. Kay, Nowa singielka, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2008

  5. Veaux Franklin, Polyamory? What, like, two girlfriends? http://www.xeromag.com/fvpoly.html, 11.02.2009

  6. Warner Andrea, Love, sex & kink: three’s company; www.westender.com 11.02.2009