16 luty 2019

MADAME TUTLI PUTLI
Marta Grabysz, Ewa Ryks

TeaterSudio Lederman to maleńki teatr usytuowany w centrum miasta. Z powodu coraz częściej odbywających się tam polonijnych imprez stał się bardzo popularny wśród polskiej społeczności. Prosto z ulicy prowadzą strome schody w dół do foyer, i już jesteśmy w jakiejś innej rzeczywistości. O takich miejscach mówi się: magiczne, klimatyczne.

To tam 16 lutego Sztokholmski Salon Poezji zorganizował swój kolejny - uwaga! - już 30. wieczór. Tym razem gośćmi salonu były dwie krakowskie artystki Marta Grabysz (po raz drugi) i Ewa Ryks, które zaprezentowały spektakl oparty na twórczości Witkacego „Madame Tutli Putli”. To autorski program Ewy - wybrała fragmenty utworów Witkacego, skomponowała do nich muzykę. Zasiadając wielokrotnie przy fortepianie, usiłowała ze swoimi studentami zrobić z tego ciekawy spektakl, ciągle jednak nie była zadowolona. Dopiero spotkawszy Martę, odetchnęła z ulga - to było TO. Marta swoją interpretacją bezbłędnie trafiła we właściwy ton i koloryt, sprawiła, że Ewy muzyka zabrzmiała z tekstami Witkacego tak właśnie, jak oczekiwała jej twórczyni. Wzięły się zatem ostro do pracy, szlifując każdy utwór, aż poszybowały wysoko, wysoko, zdobywając Grand Prix na festiwalu Witkacowskim w Słupsku. Ten festiwal ma dużą środowiskową rangę, w jury same utytułowane persony, np. prof. Janusz Degler. W uzasadnieniu werdyktu było zdanie, że Marta i Ewa stworzyły wyjątkowy, niepowtarzalny duet. Skoro tak, należy się spodziewać, że panie przygotują jeszcze niejeden piękny, ciekawy program - potencjał jest!

Wróćmy jednak do wieczoru w Sztokholmie - Witkacy to bardzo trudny „materiał”, twórca kontrowersyjny, owiany złą legendą. Jego współcześni, tzw. dobrzy ludzie, opowiadali cudeńka o jego niemoralnym życiu, o słynnych „papojkach”, o firmie portretowej i eksperymentach z narkotykami. Lepiej jednak pamiętać, że był to niezwykle i wszechstronnie utalentowany artysta, którego twórczość do dziś fascynuje i zmusza do myślenia To erudyta i esteta, wrażliwy człowiek, który po odbyciu służby wojskowej w Carskiej Armii stracił wszelkie złudzenia na temat kondycji świata i ludzi - toteż ogromnie z tego powodu cierpiał. Może dlatego uciekał w stronę błazenady i ironii. Marta, pamiętając, że miał też niesłychane poczucie humoru, w kilku interpretacjach dyskretnie to podkreśliła - „A gdy ją ujrzał”, „Madame Tutli Putli”. Wybrane utwory potraktowała szalenie serio i kompletnie odżegnując się od błazenady, uwypukliła cały dramatyzm śpiewanych tekstów. Te teksty to w większości fragmenty dużych utworów scenicznych, jak choćby dramat „Nowe wyzwolenie” czy „W małym dworku”.

Na scenie dystyngowana i skupiona, z ogromnym ładunkiem ekspresji dosłownie zahipnotyzowała publiczność. Każda „piosenka” to osobny klejnocik, taka zamknięta forma jak maleńki spektakl teatralny. Oj, madame Grabysz robi co chce ze swoim głosem. Musiała nim udźwignąć cały wieczór. Nieruchoma jak posag, tylko sugestywna gestykulacja podkreślała raz grozę, raz ironię tekstu. Bez powodzi świateł. Bez scenografii. Puste ściany. Surowe dechy podłogi. Drobna sylwetka Ewy przy fortepianie i Marta przy mikrofonie w punktowym świetle. To musiało zrobić wrażenie na publiczności, to nagrodzono rzęsistymi, niemilknącymi oklaskami. A na bis „Demon”, po demonie kwiaty, gratulacje, rozmowy z widzami.

Oprócz zachwytów uchem wyłowiłam na widowni po spektaklu i to:

- po co ta obca piosenka na koniec?

Wyjaśniam: to ulubiony blues Marty, chętnie go śpiewa i śpiewała w poprzednim programie. Zważywszy, że Witkacy jest autorem tekstu, Ewa zgodziła się wielkodusznie na umieszczenie utworu w swoim autorskim programie. I to na finał.

- gdyby artystki wprowadziły widzów przed programem, tym samym komentarzem, który wygłosiły po programie -odbiór byłby pełniejszy.

Sądzę, że to przemyślą.

- akompaniament był stanowczo za głośny!

No… chyba tak…

- program był jakiś za krótki!

Za krótki? Ale jakże intensywny, na jakim diapazonie! A zresztą, czyż nie warto zostawić po sobie odrobinę niedosytu…

Krystyna Stochla

Comments