Modlitwa‎ > ‎

Ewangelia wg świętego Łukasza - XXIV

opublikowane: 18 maj 2017, 01:05 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 18 maj 2017, 01:06 ]
Dzisiaj bardzo wdzięczny fragment, nie wiadomo dlaczego nazywanym powołaniem Piotra i pierwszych apostołów. Ewangelista Marek w pierwszym rozdziale swojej ewangelii opowiada o powołaniu tych apostołów:

Przechodząc obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał Szymona i brata Szymonowego,
Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. Jezus rzekł do nich: «Pójdźcie za Mną, a sprawię, że się staniecie rybakami ludzi». I natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim. (Mk 1: 16–18)


Podobnie Mateusz:

Gdy Jezus przechodził obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał dwóch braci: Szymona, zwanego Piotrem, i brata jego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. I rzekł do nich: «Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi». (Mt 4: 18–19)

Łukasz cały epizod mocno koloryzuje. Tak dalece, że nie pojawia się w nim sama formuła powołania! Nie zmienia to jednak faktu, że mamy do czynienia z wydarzeniem historycznym, które dotyczyło czterech mężczyzn o konkretnych imionach, będących rybakami.

A fragment jest wdzięczny po części również dlatego, że pokazuje, iż Ewangelia to także przesilenie dwóch wolności, dwóch autorytetów: Jezusowego i człowieczego. W tym fragmencie konkretnie piotrowego.

Lectio divina, Ewangelia według świętego Łukasza XXIV

Pewnego razu - gdy tłum cisnął się do Niego aby słuchać słowa Bożego, a On stał nad jeziorem Genezaret - zobaczył dwie łodzie, stojące przy brzegu; rybacy zaś wyszli z nich i płukali sieci. Wszedłszy do jednej łodzi, która należała do Szymona, poprosił go, żeby nieco odbił od brzegu. Potem usiadł i z łodzi nauczał tłumy. Gdy przestał mówić, rzekł do Szymona: «Wypłyń na głębię i zarzućcie sieci na połów!». A Szymon odpowiedział: «Mistrzu, całą noc pracowaliśmy i niceśmy nie ułowili. Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci». Skoro to uczynili, zagarnęli tak wielkie mnóstwo ryb, że sieci ich zaczynały się rwać. Skinęli więc na wspólników w drugiej łodzi, żeby im przyszli z pomocą. Ci podpłynęli; i napełnili obie łodzie, tak że się prawie zanurzały. Widząc to Szymon Piotr przypadł Jezusowi do kolan i rzekł: «Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny». I jego bowiem, i wszystkich jego towarzyszy w zdumienie wprawił połów ryb, jakiego dokonali; jak również Jakuba i Jana, synów Zebedeusza, którzy byli wspólnikami Szymona. Lecz Jezus rzekł do Szymona: «Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił». I przyciągnąwszy łodzie do brzegu, zostawili wszystko i poszli za Nim. (Łk 5: 1–11)

Jezus głosi Słowo. Tym razem i po raz pierwszy poza synagogą. Czy dlatego, że towarzyszy temu wielki tłum, czy też dlatego, że Jezus chce ludziom Słowo ofiarować w ich przestrzeni życia, a synagoga niekoniecznie musi być czymś takim dla każdego spotkanego nad jeziorem człowieka. Byłoby to zgodne z tym, co wiemy o Jezusie, konfrontując Go z Janem Chrzcicielem. Do tego drugiego ludzie musieli przyjść, Ten Pierwszy szedł do ludzi. A współczesny Kościół gdzie się umiejscawia i kogo naśladuje? Jezusa czy Jana Chrzciciela?

Perspektywa zaczyna się zawężać. Na początku Jezioro Genezaret i tłum ludzi. Następnie dwie łodzie i czterech rybaków. Jeszcze dalej, już tylko jeden: Szymon Piotr. Znają się. Jezus dopiero co był w domu Szymona i uzdrowił jego teściową. Dzisiaj natomiast spotyka go w równie mało komfortowej sytuacji. Cała noc pracy. Bezwartościowej, bezsensownej. Mimo najlepszej wiedzy i najlepszych chęci i wysiłku. Nic. Frustracja. Tak chyba należałoby określić ów moment egzystencjalny, w którym Szymon się znajduje.

Czy Jezus może tę frustrację przemóc? „Wypłyń na głębię”[1], mówi do Szymona. Następnie do jego towarzyszy” „Zarzućcie sieci”. Zdanie, które jest majstersztykiem. Polecenie, rozkaz w liczbie pojedynczej skierowany do Szymona. Kolejny rozkaz już w liczbie mnogiej, do nich. Ale w między czasie rozgrywa się pewien dramat kompetencji. Kto z nich dwóch zna się na rybołówstwie. Przecież nie Jezus, syn (jak mówią mieszkańcy Nazaretu) cieśli. Ekspertem jest Szymon! To nie tylko znajomość fachu, ale i doświadczenie. Również takie negatywne: całą noc łowiliśmy i nic. Jeden z nich musi ustąpić; albo Jezus pod naporem argumentów Szymona (nie ta pora, nie to miejsce, po takiej nocce jak ta – mamy wszystkiego serdecznie dosyć. Kończymy i idziemy spać), albo Szymon. Tylko dlaczego miałby ustąpić? Kompetencje i doświadczenie przemawiają za nim, a nie za cieślą. Szymon jednak ustępuje, daje za wygraną. Na Twoje Słowo. Skoro tak, to musi się wpisać między tę liczbę pojedynczą a mnogą. Skoro przyjmuje słowo Jezusa, to musi teraz przekonać współtowarzyszy, że będą wbrew ich kompetencjom i doświadczeniu łowić. Zaczyna grać dla sprawy Jezusa swoim autorytetem. Wolność Jezusa wyciągnęła ręce po wolność Szymona. Jezus mu obiecuje, że zostanie rybakiem ludzi. Zaczyna od zaraz. Bo dla idei Jezusa musi złowić trzech swoich współtowarzyszy. Powtarzam – musi to zrobić wbrew ich kompetencjom i doświadczeniu.

I jeszcze jedno. Szymon Piotr zapisał się w historii jako lider Dwunastu, jako Pierwszy, niejako urzędowy świadek Zmartwychwstania Jezusa i jako ten, który się Go zaparł. Ale epizod opowiadany przez Łukasza ukazuje jeszcze jeden z rysów tej postaci. Ilekroć czytam początek piątego rozdziału Ewangelii Łukasza, myślę o ujmującej, urzekającej bezinteresowności Szymona Piotra. Przecież mógł próbować wykorzystać Jezusa. On, Rybak mógł się pokusić o myśl, że można jakoś (tylko jak) zgodzić Jezusa na takie codzienne wizyty nad jeziorem. Po co harować całą noc, skoro wystarczy łowić przez chwilę w miejscu i w czasie wskazanym przez Cudotwórcę. Szymon tej pokusie wykorzystania Jezusa nie ulega. Akt wiary żywi się bezinteresownością. Bez niej człowiek nigdy nie stanie się wierzący.        



ks. Adam Błyszcz

grafika: By Eugenio Hansen, OFS (Own work) GFDL, via Wikimedia Commons

[1] Po łacinie Duc in altum. Przytaczam to, gdyż tak nazywała się jezuicka seria wydawnicza poświęcona właśnie lectio divina. Wśród autorów na poczesnym miejscu był nieżyjący już arcybiskup Mediolanu, kardynał Carlo Maria Martini. We współczesnym Kościele chyba nikt nie uczynił więcej niż On dla popularyzowania lectio divina.