Rick Joyer - Objawienia

Część I
 
 

W której zobaczyłem do jakiego stopnia Zły trzyma na uwięzi wierzących, ilu chrześcijan jest używanych przez wroga i jaki jest koszt ich oswobodzenia.



16 lutego 1995 roku otrzymałem sen, w którym zobaczyłem wielką armię wypuszczoną z pie­kła przeciwko Kościołowi. Dwa dni później otrzymałem wizję, w której ponownie zobaczy­łem ten szatański zastęp, ale o wiele wyraźniej.

Armia złego

Zobaczyłem demoniczną armię tak wielką, że rozciągała się tak daleko, jak sięgał mój wzrok. Była ona podzielona na dywizje, z których każ­da niosła inną chorągiew. Najbardziej na przód wysunięte były dywizje o nazwach: Duma, Wja-sna Sprawiedliwość, Powszechne Poważanie, Egoistyczne Ambicje, Niesprawiedliwy Osąd, ale największa ze wszystkich była Zazdrość. Przywódcą tej wielkiej armii był sam Oskarży­ciel Braci. Wiedziałem, że poza moim polem widzenia było wiele innych diabelskich dywi­zji. Wymienione przeze mnie stanowiły straż przednią tej strasznej, piekielnej armii, która już została wypuszczona przeciw Kościołowi.

Broń tego zastępu nosiła różne nazwy: mie­cze nazywały się Zastraszenie; oszczepy -.Zdra­da, a strzały - Oskarżenie, Plotka, Obmowa i Krytycyzm. Zwiadowcy i mniejsze oddziały de­monów o nazwach : Odrzucenie, Zgorzknia­łość, Niecierpliwość, Nieprzebaczenie i Pożą­danie Fizyczne były wysłane z przodu armii, aby przygotować wszystko przed głównym atakiem. W moim sercu wiedziałem, że Kościół nigdy przedtem nie doświadczył czegoś podobnego.

Głównym celem armii było wywoływanie rozłamów. Została ona wysłana, aby atakować każdy poziom relacji tzn. relacje kościołów ze sobą nawzajem, zgromadzeń z ich pastorami, mężów z żonami, dzieci z rodzicami, a nawet dzieci ze sobą nawzajem. Zwiadowcy zostali wysłani, aby zlokalizować wyłomy w kościo­łach, rodzinach czy poszczególnych osobach. Wówczas Odrzucenie, Pożądanie mogły je wy­korzystać i stworzyć większy wyłom dla nad­ciągających dywizji.

Najbardziej szokującą częścią wizji był fakt, że jeźdźcy w tym zastępie poruszali się nie na koniach, ale na chrześcijanach! Większość z nich była dobrze ubrana, wzbudzała szacunek i wyglądała na dystyngowanych i wykształco­nych. Byli to ci chrześcijanie, którzy otworzyli się na siły ciemności do takiego stopnia, że wróg mógł ich używać, a oni myśleli, że są używani przez Boga. Oskarżyciel wie, że dom podzielo­ny nie może się ostać. Armia ta reprezentuje jego ostateczną próbę wywołania całkowitego podziału w Kościele, co z kolei doprowadziło­by Kościół do zupełnego odejścia od łaski

Więźniowie

Za tymi pierwszymi dywizjami ciągnęło wielu innych chrześcijan, którzy również byli więźnia­mi tej armii. Wszyscy oni byli poranieni, a pil­nowały ich małe demonyJ)trachu.^Wydawało się, że było więcej więźniów niż demonów w tej armii. Zadziwiające było to, że więźniowie ci wciąż mieli swoje miecze i tarcze, ale ich nie używali. Szokujący był fakt, że tak liczni mogli być więźniami tak niewielu demonów Strachu.Mogły one z łatwością być zniszczone czy od­
parte, jeżeli więźniowie po prostu użyliby swo­
jej broni. 
Niebo nad nimi było ciemne od sępów o na­zwie - Depresja. Lądowały one na ramionach więźnia i wymioTbwały na niego. To, co zwy­miotowały, było potępieniem. Kiedy dosięgło ono więźnia, wstawał on i przez chwilę masze­rował trochę prościej przed siebie, a potem prze­wracał się, będąc słabszym niż wcześniej. Po­nownie dziwiłem się, dlaczego więźniowie, po prostu nie zabiją sępów swoimi mieczami. Mo­gli to z łatwością uczynić.

Czasami słabszy z nich potykał się i upadał. Jak tylko znalazł się na ziemi, pozostali wię­źniowie zaczynali dźgać go swoimi mieczami, szydząc przy tym z niego. Następnie przywoły­wali sępy, aby pożarły tego, który upadł, jeszcze zanim umarł.

Gdy tak to obserwowałem, zdałem sobie spra­wę, że więźniowie ci sądzili, iż wymiociny po­tępienia były prawdą od Boga. Następnie zro­zumiałem, że tak naprawdę byli oni przeświad­czeni, że maszerują w armii Boga! Dlatego też nie zabijali małych demonów Strachu ani sępów - sądzili bowiem, że byli to wysłannicy Boga. Ciemność pochodząca z chmury sępów bardzo utrudniała widzenie i dlatego więźniowie naiw­nie akceptowali wszystko jako pochodzące od Boga.

Jedynym dostarczanym im pożywieniem były wymiociny sępów. Ci, którzy odmawiali jedze­nia ich, po prostu słabli i upadali. Ci, którzy je­dli, umacniali się, ale mocą pochodzącą od Złe­go. Więźniowie ci z kolei zaczynali wymioto­wać na pozostałych. Gdy któryś zaczynał to czy­nić, demon, który tylko na to czekał, dostawał go do jeżdżenia. W ten sposób awansował on do przednich dywizji.

Gorszym nawet od tego, co zwymiotowały sępy, był obrzydliwy szlam, którym demony zanieczyszczały chrześcijan, na których jecha­ły. Tym szlamem była: pycha, egoistyczne am­bicje, itp. w zależności od nazwy dywizji, do której przynależeli. Jednakże szlam ten sprawiał, że chrześcijanie czuli się o tyle lepiej niż po oskarżeniach, że z łatwością wierzyli, iż demo­ny były wysłannikami Boga i rzeczywiście my-



śleli, że szlam ten był pomazaniem Ducha Świę­tego.

Następnie doszedł mnie głos Pana mówią­cy: „To jest początek armii wroga dni ostatecz­nych. To jest ostatnie zwiedzenie Szatana, a jego końcowa siła zniszczenia jest uwalniana, gdy używa chrześcijan, aby atakowali innych chrze­ścijan. Przez wieki używał tej armii, ale nigdy nie był w stanie uwięzić tak wielu dla swych demonicznych celów. Nie bój się, Ja też mam armię. Musicie teraz powstać do walki i wal­czyć, dlatego że dłużej nigdzie nie będzie moż­na się ukryć przed tą wojną. Musicie walczyć_o iiioje_Królestwo,..prawds.i...tych, którzy zostali zwiedzeni."

Byłem tak napełniony wstrętem i gniewem z powodu armii Złego, że chciałem raczej umrzeć niż żyć w takim świecie. Słowo od Pana było na tyle zachęcające, że od razu zacząłem wołać do chrześcijan, którzy byli więźniami. Krzyczałem, że zostali zwiedzeni, myśląc, że będą mnie słu­chać. Kiedy to uczyniłem, cała armia obróciła się, aby na mnie popatrzeć, a ja wciąż nawoły­wałem. Myślałem, że chrześcijanie przebudzą się i zrozumieją, co się z nimi dzieje, ale za­miast tego wielu z nich zaczęło sięgać po swe strzały, aby do mnie strzelać. Pozostali po pro­stu wahali się, jak gdyby nie wiedzieli, co o mnie sądzić. Zrozumiałem wtedy, że wołałem przed­wcześnie i że było to pomyłką.

Bitwa się rozpoczyna

Następnie obróciłem się i zobaczyłem stojącą
za mną armię Pana. Uformowana była ona z ty­
sięcy
'żołnierzy,
aleTi tak przeciwnik znacznie
przewyższał nas liczebnie. Tylko niewielu było
ubranych w całą zbroję. Większość była więc
tylko częściowo osłonięta. Duża cześć chrze­
ścijan była już poraniona. Ponadto większość
z tych, którzy mieli przywdzianą całą zbroję,
posiadała bardzo małe tarcze. Wiedziałem, że
nie osłonią ich one przed rzezią, która miała
nadejść. ^Większość tych żołnierzy stanowiły
kobiety i dzieci.                                        "

'Za arrńiąwlókł się tłum podobny do wię­źniów podążających za armią Złego, ale o zu­pełnie innym charakterze. Wydawali się oni być bardzo szczęśliwi gdyż bawili się i śpiewali pie­śni świętując i przenosząc się z jednego małego obozu do innego. Wszystko to przypominało mi atmosferę w Woodstock. Próbowałem podnieść głos, aby ostrzec ich, że nie jest to czas na zaba­wy, że bitwa ma się zacząć, ale tylko kilku mnie usłyszało. Ci, którzy usłyszeli, pokazali mi „znak pokóju"(peacesign) i powiedzieli, że nie wierzą w wojnę i że Pan nie pozwoli, aby przy­darzyło im się cokolwiek złego. Próbowałem wytłumaczyć im, że Pan dał nam zbroję w określonym celu, ale oni odparli, że osiągnęli stan pokoju i radości, gdzie już nic im nie grozi. Zacza^emjjorąco się modlić, aby Pan przydał_wiary (tarcz) tym w zbrojach, aby po­mógł nam chronić tych, którzy nie byli gotowi do bitwy.

Podszedł do mnie posłaniec, wręczył mi trąbę i kazał, abym w nią szybko zadął. Uczyniłem to i ci, którzy mieli na sobie przynaj­mniej część zbroi, natychmiast za­reagowali natężając słuch. Przy­niesiono im więcej elementów zbroi, które szybko nałożyli. Zau­ważyłem, że ci, którzy byli pora-

nieni wcale nie włożyli zbroi na swe rany, ale zanim udało mi się coś powiedzieć, zaczęły spa­dać na nas strzały nieprzyjaciela. Każdy, kto nie miał na sobie całej zbroi, został ugodzony. Ci, którzy nie przykryli swoich ran,j>onownie_,zo-stali^ranianTwle same miejsca.

Ci, którzy byli trafieni strzałą obmowy, na­tychmiast zaczynali obmawiać tych, którzy nie byli zranieni. Trafieni przez plotkę - zaczynali plotkować i wkrótce powstał duży podział w naszym obozie. W następstwie tego sępy rzuci­ły się, aby porwać poranionych do obozu wię­źniów. Poranieni wciąż mieli miecze i mogli z łatwością ich użyć, ale nie robili tego. Tak na­prawdę byli oni zadowoleni z faktu, że są prze­noszeni przez sępy, gdyż byli aż tak rozgniewa­ni na pozostałych.

Widok tego, co działo się z tyłu naszego obo­zu, przedstawiał się jeszcze gorzej. Panował tam całkowity chaos. Tysiące poranionych i jęczą­cych leżało na ziemi. Wielu z tych, którzy nie byli poranieni po prostu siedziało w osłupieniu nie mogąc uwierzyć w to, co się stało. Poranie­ni i siedzący w niedowierzaniu byli szybko po-



rywani przez sępy. Niektórzy próbowali pomóc poranionym odganiając od nich sępy, ale pora­nieni byli tak rozzłoszczeni, że odgrażali się i odpychali tych, którzy próbowali im pomóc.

Wielu z tych, którzy nie byli poranieni, po prostu uciekało z pola bitwy tak szybko, jak tyl­ko mogli. To pierwsze spotkanie z wrogiem było tak niszczące, że byłem sam kuszony, aby dołą­czyć do innych w uciecz­ce. Potem niektórzy z nich zaczęli na nowo pojawiać się w pełniejszej zbroi i z dużymi tarczami. Uprze­dnia wesołość gromady zmieniła się w budzące szacunek zdecydowanie. Zaczęli zajmować miejsca tych, którzy upadli, a na­wet zaczęli formować nowe szyki, by chronić tyły i boki. Ci właśnie wnieśli ze sobą wielką odwagę i każdy postano­wił wytrwać i walczyć aż do śmierci. Natychmiast nadeszły trzy wielkie anioły o imionach Wiara, Nadzieja i Miłość i stanęły za nami, a tarcze wszystkich zaczęły się powiększać.

Droga w górę

f Mieliśmy miecze o nazwie Słowo Boże oraz * "strzały, których nazwy odpowiadały prawdom biblijnym. Chcieliśmy strzelać, ale nie wiedzie­liśmy jak to zrobić, aby równocześnie nie ugo­dzić chrześcijan, na których jechały demony. Następnie przyszło nam do głowy, że jeżeli chrześcijanie będą trafieni przez prawdę, prze­budzą się i zwalczą swych oprawców. Wypu­ściłem kilka strzał. Prawie wszystkie z nich ugo­dziły chrześcijan. Gdy dosięgały ich strzały prawdy, nie budzili się, nie zostali poranieni, tylko stawali się wściekli a demony jadące na nich wzmacniały się. Fakt ten zaszokował każ­dego tak, że zaczęliśmy myśleć, iż bitwa ta może być niemożliwa do wygrania. Jednak dzięki Wierze, Nadziei i Miłości byliśmy pewni, że przynajmniej jesteśmy w stanie utrzymać się na swoich pozycjach. Potem pojawił się kolejn a nioł o imieniu Mądrość i skierował nas, aby­śmy walczyli z góry, która była za nami.

Góra, na całej swojej wysokości, posiadała występy. Im wyżej, tym bardziej występ stawał się węższy i trudniej było na nim stać. Każdy kolejny poziom nosił nazwę jakiejś biblijnej prawdy. Niższe poziomy nazwane były zgodnie z podstawowymi prawdami, takimi jak „Zbawie­nie", „Uświęcenie", „Modlitwa", „Wiara", itp., a wyższe poziomy nosiły nazwy bardziej zaa­wansowanych biblijnych prawd. Im wyżej się wspinaliśmy, tym większe stawały_się naszejar; czeT i miecze oraz mniej strzał nieprzyjaciela ''mogło dosięgnąć naszą pozycję.

Tragiczna pomyłka

Niektórzy z tych, którzy zostali na niższych po­ziomach, zaczęli zbierać strzały nieprzyjaciela i wypuszczać je z powrotem. Okazało się to być tragiczną pomyłką. Demony z łatwościąuska-kiwały przed strzałami, przez co trafiały one chrześcijan. Kiedy chrześcijanin został dosię­gnięty przez jedną ze strzał Oskarżenia czy Ob­mowy, demon Zgorzknienia lub Gniewu podla­tywał i usadawiał się na tej strzale. Następnie zaczynał on oddawać mocz i kał swojej truci­zny na wierzącego. Gdy wierzący miał dwa lub trzy takie demony, oprócz Dumy czy Własnej Sprawiedliwości, które wcześniej posiadał, za­czynał się sam upodabniać do ohydnych posta­ci demonów.

Wszystko to widzieliśmy z wyższych pozio­mów, ale ci na niższych poziomach, którzy uży­wali strzał wroga, nie mogli tego zobaczyć. Po­łowa z nas zdecydowała się wspinać dalej, pod­czas gdy druga połowa zeszła w dół na niższe poziomy, aby wytłumaczyć przebywającym na nich, co się dzieje. Następnie każdy został ostrzeżony, aby wspinał się bez zatrzymywania, z wyjątkiem kilku, którzy pozostali na każdym z poziomów, aby pomagać innym żołnierzom posuwać się wyżej.

Bezpieczeństwo

Gdy osiągnęliśmy poziom zwany „Jedność Bra­ci", żadna ze strzał nieprzyjaciela nie mogła nas dosięgnąć. Wielu w naszym obozie zdecydowa­ło, że byli wysoko na tyle, na ile tego potrzebowali. Rozumiałem to, gdyż z każdym kolejnym poziomem grunt pod nogami był coraz bardziej niepewny. Równocześnie jednak, inrwyżej po­dążałem, czułem się o wiele mocniejszy Fcoraz bardziej wprawiony w używaniu mojej broni, więc wspinałem się dalej.

Wkrótce byłem na tyle wprawiony, że trafia­łem demony bez dosięgania chrześcijan. Czu­łem, że jeżeli będę kontynuował wspinaczkę to będę mógł dosięgnąć moimi strzałami przywód­ców zastępu Złego, którzy stali za swoją armią. było mi przykro, że tak wielu zatrzymało się na niższych poziomach, gdzie byli bezpieczni, ale nie mogli dosięgnąć wroga. Pomimo to, siła i charakter tych, którzy wspinali się dalej, rosły i czyniły ich wielkimi zwycięzcami. Wiedziałem, że każdy z nich zniszczy wielu wrogów.

Na każdym z poziomów leżały rozrzucone strzały Prawdy. Wiedziałem, że były one pozo-"śtawione przez tych, którzy spadli z tej pozycji. Wszystkie te strzały nosiły nazwy odpowiada­jące nazwie Prawdy na tym poziomie. Niektórzy niechętnie zbierali te strzały, aleja wiedziałem, że potrzebowaliśmy wszystkich, jakie tylko -mogliśmy mieć, aby zniszczyć ten wielki zastęp poniżej nas. Podniosłem jedną, wypuściłem ją i z taką łatwością trafiłem demona, że inni rów­nież zaczęli zbierać strzały i wypuszczać je. Za­częliśmy dziesiątkować kilka dywizji wroga. Z tego powodu cała armia złego skupiła na nas swoją uwagę. Przez pewien czas wydawało się, że im większe było nasze zwycięstwo, tym bar­dziej wzrastała nasza opozycja. Pomimo, że nasze zadanie wydawało się nie mieć końca przydawało nam wiele radości.

Słowo naszą kotwicą

Nasze miecze powiększały się z każdym kolej­nym poziomem. O mało nie pozostawiłem mój za sobą, gdyż nie wydawał mi się potrzebny na wyższych poziomach. W końcu zdecydowałem, że będzie lepiej, jeśli go zatrzymam, ponieważ miecz został mi dany w jakimś konkretnym celu. Wbiłem go w ziemię i przywiązałem się do nie­go na czas walki z nieprzyjacielem. Wtedy usły­szałem głos Pana skierowany do mnie: „Wyko­rzystałeś mądrość, która pozwoli ci wspinać się dalej. Wielu upadło, bo nie użyło odpowiednio swoich jnieczy jako jcptwicy". Wydawało się, że nikt inny nie usłyszał głosu, ale wielu zau­ważyło, co zrobiłem i zrobiło to samo.

Zastanawiałem się, dlaczego Pan nie prze­mówił do mnie zanim podjąłem tę decyzję. Wówczas odczułem, że jednak w jakiś sposób już wcześniej mówił mi o tym. Wtedy zobaczy­łem, że moje całe życie było przygotowaniem na tę godzinę. Byłem przygotowany w takim stopniu, w jakim do tej pory słuchałem Pana i byłem Mu posłuszny w życiu. Wiedziałe również, że z jakiegoś powodu, mądrość i zrozu­mienie, które teraz miałem, nie mogło być mi ani dodane, ani odebrane w tej bitwie. Stałem sig^do głębi wdzięczny zajtażdąjjróbę, jakiej doświadczyłem w swoim życiu oraz żałowałem, że w owym czasie nie doceniałem ich bardziej.

Wkrótce nasze strzały dosięgały demony z prawie doskonałą dokładnością. Wściekłość, jak ogień i siarka, zapanowała w armii nieprzy­jaciela. Wiedziałem, że chrześcijanie będący w pułapce tamtej armii, odczuwali teraz siłę tego gniewu. Nie mogąc nas dosięgnąć celowali do siebie nawzajem. Widząc bezcelowość wypu­szczania na nas strzał, wróg wysłał do ataku sępy. Ci, którzy wcześniej nie użyli swych mie­czy jako kotwicy, mogli zabić wiele sępów, ale jednocześnie byli spychani z półek skalnych, na których stali. Niektórzy z nich lądowali na niż­szych poziomach, ale inni spadali na sam dół, skąd byli porywani przez sępy.

Nowa broń

Strzały Prawdy rzadko przeszywały sępy na wylot, ale raniły je dostatecznie mocno, aby odeprzeć ich atak. Za każdym razem, gdy zo­stawały odgonione, niektórzy z nas wdrapywali się na kolejny poziom. Gdy osiągnęliśmy po­ziom zwany „Galacjan Dwa Dwadzieścia", zna­leźliśmy się powyżej poziomu, do którego mo­gły dolecieć sępy. Na poziomie tym niebo nad nami prawie oślepiało nas swym blaskiem i pięk­nem. Czułem pokój jak nigdy przedtem.

Poprzednio mój duch walki był naprawdę motywowany w dużym stopniu zarówno przez nienawiść i obrzydzenie dla wroga, jak i przez dobro Królestwa, prawdę i miłość do więźniów. Ale to właśnie na tym poziomie dogoniłem Wia­rę, Nadzieję i Miłość, za którymi postępowa­łem dotąd w pewnym oddaleniu. Na tym poziomie prawie powaliła mnie ich chwała. Gdy do­goniłem je, obróciły się do mnie i zaczęły na­prawiać i nabłyszczać moją zbroję. Wkrótce zmieniła się zupełnie i ukazywała ich chwałę. Gdy dotknęły mojego miecza zaczął on promie­niować wspaniałym blaskiem. Wówczas Miłość powiedziała: „Tym, którzy osiągnęli ten poziom, powierzono moce nadchodzącego wieku, ale muszę nauczyć was jak się nimi posługiwać."

Poziom „Galacjan Dwa Dwadzieścia" był tak szeroki, że nie było już żadnego niebezpieczeń­stwa upadku. Znajdowała się tam również nieo­graniczona ilość strzał, z wypisaną na nich na­zwą: Nadzieja. Kilka z tych strzał wypuściliśmy na sępy poniżej nas. Okazało się, że strzały te z łatwościązabiłyje. Około połowa ztych, którzy osiągnęli ten poziom, kontynuowała walkę za pomocą łuków i strzał, podczas gdy pozostali znosili strzały w dół do tych, którzy dalej pozo­stawali na niższych poziomach. Sępy wciąż nad­latywały falami na niższe poziomy, ale za każ­dym razem było ich mniej. Z „Galacjan Dwa Dwadzieścia" mogliśmy dosięgnąć każdego wroga, z wyjątkiem samych przywódców, którzy ciągle byli poza naszym zasięgiem. Zdecydo­waliśmy się nie używać strzał Prawdy, aż nie zniszczymy wszystkich sępów, ponieważ stwo­rzona przez nie chmura depresji sprawiała, że prawda była mniej skuteczna. Zajęło nam to dużo czasu, ale zupełnie nie czuliśmy się zmę­czeni.

Wiara, Nadzieja i Miłość, które z każdym poziomem wzrastały, tak jak nasza broń, były teraz tak wielkie, że wiedziałem, iż mogą je dojrzeć ludzie będący daleko poza polem bi­twy. Ich chwała promieniała nawet na obóz wię­źniów, wciąż będących pod wielką chmurą sę­pów. Radość i podekscytowanie wciąż wzrastały w każdym z nas. Czułem, że bycie w tej armii, w tej bitwie jest jedną z największych przygód wszechczasów.

Po zniszczeniu większości sępów atakują­cych do tej pory naszą górę, zaczęliśmy celo­wać do sępów nad więźniami. Gdy chmura ciem­ności stopniowo malała, a słońce zaczęło świe­cić, więźniowie stopniowo budzili się, jakby z głębokiego snu. Natychmiast poczuli obrzydze­nie z powodu stanu w jakim byli, zwłaszcza z powodu wciąż pokrywających ich wymiocin z których zaczynali się oczyszczać. Gdy spostrze gli

Wiarę, Nadzieję i Miłość, zoba­czyli górę, na której byliśmy i za­częli do niej biec. Horda Złego po­słała na nich deszcz strzał Oskar­żenia i Obmowy, ale oni nie zatrzy­mali się. Zanim dotarli do góry ugo­dziło ich tuzin lub więcej strzał, ale' oni wydawali się nawet tego nie za­uważać. Ich rany goiły się w cza-1 się, gdy wspinali się na górę. Taki więc wraz ze znikaniem chmury de­presji wszystko wydawało się łatwiejsze.

Zasadzka

Wcześniejsi więźniowie przejawiali teraz wielką radość z powodu wy­ratowania. Byli tak przepojeni wdzięcznością za każdy zdobyty poziom góry, że zrodziło to w nas większą wdzięczność za biblijne prawdy. Wkrótce w byfych więźniach powstało mocne postanowie­nie, aby zwalczyć wroga. Przywdziali oni zbro­je i błagali, aby mogli wrócić i zaatakować prze­ciwnika. Myśleliśmy o tym, jednakże podjęli­śmy decyzję, że powinniśmy wszyscy pozostać na górze, aby walczyć. Ponownie głos Pana przemówił do mnie: „Już drugi raz mądrze wy­brałeś. Nie możecie wygrać, jeżeli będziecie próbowali zwalczyć wroga na jego własnym te­renie. Musicie pozostać na mojej Świętej Górze."

Byłem zupełnie zaskoczony, że podjęliśmy kolejną decyzję o takiej wadze, tylko dzięki przemyśleniu i po krótkim przedyskutowaniu jej. Wówczas zdecydowałem, że uczynię, co w mojej mocy, aby nie podejmować kolejnych decyzji dotyczących czegokolwiek bez modli­twy. Wówczas od razu przystąpiła do mnie Mą­drość, wzięła mnie mocno za ramiona, popatrzy­ła mi w oczy i powiedziała: „Musisz to zrobić!" Wtedy zauważyłem, że pomimo, iż cały czas byłem na poziomie "Galacjan Dwa Dwadzie­ścia", niepostrzeżenie przesunąłem się na samą krawędź, skąd mogłem z łatwością spaść. Po­nownie popatrzyłem w oczy Mądrości, a ona po­wiedziała z jak największą powagą: "Uważaj, gdy myślisz, że stoisz, abyś nie upadł. W tym życiu możesz spaść z każdego poziomu."

 

Węże

Przez długi czas kon­tynuowaliśmy zabija­nie sępów i strącanie demonów, które dosia­dały wierzących jak rumaków. Nauczyli­śmy się, że strzały spe­cyficznych Prawd będą skuteczniejsze, gdy wystrzelimy je w konkretne demony. Wiedzieliśmy, że bę­dzie to długa bitwa, ale nie ponosiliśmy już więcej ofiar w lu­dziach i wspięliśmy się już ponad poziom "Cierpliwość". Pomimo to, że demony siedzą­ce na chrześcijanach były zestrzelone, nielicz­ni podchodzili do góry. Wielu przejęło naturę demonów i nawet bez nich trwało w zamrocze­niu. Stopniowo, gdy rozpraszała się ciemność spowodowana przez demony, zobaczyliśmy, że ziemia wokół stóp wierzących porusza się. Spo­strzegłem wtedy, że ich nogi były oplecione przez węże nazywające się_Wstyd_

Wypuściliśmy strzały prawdy w kierunku węży, ale nie przyniosło to zbyt dużego efektu. Następnie próbowaliśmy strzał Nadziei, ale bez rezultatu. Z "Galacjan Dwa Dwadzieścia" bar­dzo łatwo było pójść wyżej, więc zaczęliśmy wspinać się na wyższe poziomy.

Wkrótce natrafiliśmy na ogród, który był naj­piękniejszym miejscem, jakie kiedykolwiek wi­działem. Nad wejściem do ogrodu widniał na­pis: „BezwarunkowaMiłpść Ojca." Było to naj­wspanialsze i najbardziej zapraszające wejście jakie widziałem, więc chcieliśmy wejść. Gdy tylko to uczyniliśmy, zobaczyliśmy Drzewo Życia pośrodku ogrodu, który cały czas był pil­nowany przez anioły o sile napawającej boja-źnią. Wyglądało na to, że nas oczekują, więc odważyliśmy się minąć je i podejść do drzewa. Jeden z nich powiedział: „Ci, którzy zdołają dojść do tego poziomu, którzy znają miłość Ojca, mogąjeść."

Nie zdawałem sobie sprawy, jak byłem głodny Gdy skosztowałem owocu, okazało się, że ł lepszy od wszystkiego, czego do fej pory óbowałem, ale też w pewnym sensie jego smak ł znajomy. Niósł ze sobą wspomnienia słoń, deszczu, pięknych pól, zachodu słońca nad orzem, a przede wszystkim wspomnienia lui, których kochałem. Z każdym kęsem zaczyłem kochać wszystko i wszystkich jeszcze irdziej. Wówczas namyśl zaczęli przychodzić moi wrogowie, a ja kochałem ich również.wkrótce to uczucie stało się wspanialsze niż :olwiek, wspanialsze nawet niż pokój na „Galacjan Dwa Dwadzieścia." Następnie usfyszagłos Pana, który powiedział: „To jest teraz oj powszedni chleb. Nigdy nie zostanie ci odeiny. Możesz jeść ile chcesz i tak często jak ;esz. Moja miłość nie ma końca." Popatrzyłem w górę na koronę drzewa, aby jaczyć skąd dochodził głos i ujrzałem, że była na śnieżnobiałych orłów. Miały oczy o przenikliwym spojrzeniu, najpiękniejsze jakie kie- kolwiek widziałem. Spoglądały na mnie, jakczekając na instrukcje. Jeden z aniołów poedział: „Zrobią, co im każesz. One jedzą że." Powiedziałem: „Lećcie! Pożryjcie wstyd,który związał naszych braci." Rozpostarły skrzydła zadął wielki wiatr, który uniósł je w powietrzu. Orły napełniły niebo oślepiającą chwałą. Pomimo, że byliśmy tak wysoko, mogłe usłyszeć odgłosy przerażenia dobiegające z ob< zu wroga na widok nadlatujących orłów.

Wówczas Pan Jezus osobiście stanął pośrć nas. Dotknął każdego i powiedział: „Muszę t raz podzielić się z wami rym, czym podzieliłe: się z waszymi braćmi po wniebowstąpieniu przesłaniem o Moim Królestwie. Najpotężnie sza armia wroga została zmuszona do odwrót ale nie jest zniszczona. Teraz nadszedł cza abyśmy maszerowali naprzód z Dobrą Nowir Mojego Królestwa. Orły zostały wypuszczone polecą z nami. Weźmiemy strzały z każdeg poziomu ale to ja jestem waszym Mieczem waszym Przywódcą. Teraz jest czas, aby uk zał się Miecz Pana."

Wówczas obróciłem się i zobaczyłem, że ca armia Pana stała w ogrodzie. Byli to mężcz; zni, kobiety i dzieci ze wszystkich ras i nań dów, każdy trzymał chorągwie, które w doski nałej jedności powiewały na wietrze. Wiedzi łem, że ziemia nie oglądała dotąd niczego t kiego. Wiedziałem, że wróg miał dużo więc broni i warowni na całej ziemi, ale nikt nie mó się ostać przed tą wspaniałą arłnią. Szepnąłer „To musi być dzień Pana." Wówczas cały z stęp odpowiedział budzącym bojaźń gromer „Dzień Pana Zastępów nadszedł."——————

 

 


część II


w której ujrzałem zjednoczony, pełen chwały Kościół, który powstał jako wielka armia do najbardziej decy­dującej bitwy wszechczasów, bitwy pomiędzy światłem i ciemnością. Bitwa ta już się zaczyna.



Staliśmy w Ogrodzie Boga pod Drzewem Ży­cia. Wyglądało to tak, jak gdyby cała armia zgro­madziła się tam klęcząc przed Panem Jezusem.

On właśnie dał nam polecenie, abyśmy_mńti-li do walki przez wzgląd na naszych braci, którzy byli wclaTw niewoli i przez wzgląd na świat, który wciąż kochał. Było to zarazem wspania­łe, jak i straszne polecenie. Wspaniałe dlatego, że pochodziło od Niego. Straszne, bo oznacza­ło, że musieliśmy opuścić Jego potężną obe­cność i Ogród, który był piękniejszy niż wszy­stko inne, co do tej pory widziałem. Wydawało się niepojęte opuścić to wszystko i udać się do walki.

Pan kontynuował swoje napomnienie: „Da­łem wam duchowe dary i moc oraz wzrastające zrozumienie Mojego słowa i Mojego królestwa, ale największą bronią, którą wam dałem jest Oj.-, cowska miłość, która jest objawiona we mnie. Ta miłość, która jest we mnie musi być waszym codziennym chlebem".

Pan nie wyglądał uderzająco pięknie, raczej zwyczajnie. Mimo to wdzięk, z jakim chodził czynił z Niego najpiękniejszą osobę, jaką kie­

dykolwiek widziałem. Było w Nim coś, co prze­wyższa ludzkie wyobrażenia dostojeństwa i szla­chetności. Żaden obraz z tych, które widziałem nje oddają Jego wyglądu, lecz poniekąd więk­szość z nich przypomina Go. Zacząłem się za­stanawiać nad tym, w jaki sposób On był tym wszystkim, co Ojciec ceni i kocha. On rzeczvwiście jest pełen łaski i prawdy, az do takiego stopnia, że nic innego nie wydaje się istotne. Kiedy zjadłem owoc z Drzewa Życia myśl o wszelkim dobru, jakie w ogóle znałem wypeł­niła mojąduszę. To samo uczycie, jednak wzmo­żone, towarzyszyło mi, kiedy mówił Jezus. Nig­dy nie chciałem opuścić tego miejsca. Przypo­mniałem sobie jak kiedyś miewałem myśli o tym, że nudne musi być dla aniołów ciągłe wielbie­nie Go. To zapewne musi być najlepsza część nieba. Trudno było mi uwierzyć, że wcześniej, w czasie posługi uwielbienia zmagałem się z nudą. Wiedziałem, że było tak tylko dlatego, że w tamtym czasie zupełnie nie doświadczyłem tej rzeczywistości.

UWIELBIENIE W DUCHU l W PRAWDZIE

Bardzo pragnąłem wrócić do tamtych chwil, kie­dy pozwalałem, aby w czasie uwielbienia mój umysł błądził lub był zajęty innymi rzeczami i naprawić je. Pragnienie by wyrazić moją ado­rację dla Niego stawało się prawie niemożliwe do opanowania. Musiałem Go uwielbiać! Kie­dy otworzyłem usta byłem zaskoczony tym spo­ntanicznym uwielbieniem, które wydobyło się ze mnie i z całej armii w tym samym czasie. Prawie zapomniałem, że nie byłem sam. Byli­śmy wszyscy w doskonałej jedności. Pełne chwały uwielbienie nie mogło być wyrażone w ludzkim ie7vkn przyciągało. Nie miało to jednak porównania z obecnością Pana i uwielbieniem, których do­świadczyłem. Opuszczenie tego miejsca będzie dla mnie największą ofiarą, jaką kiedykolwiek złożyłem. W tej chwili przypomniałem sobie to wszystko, co było we mnie. Zadziwiające, że tak szybko mogłem zapomnieć o tym, co wi­działem naturalnymi oczami, a tym, co widzia­łem sercem.

Ruszyłem do przodu i idąc za Mądrością za­dałem pytanie: „Modliłem się przez 25 lat aby zostać porwanym do trzeciego nieba tak jak Pa­weł. Czy to jest trzecie niebo?"

„Jest to jego część" - usłyszałem - ale jest jeszcze o wiele więcej."

„Czy będę mógł zobaczyć więcej?" - zapy­tałem.

„Zobaczysz dużo więcej. Właśnie cię prowa­dzę tam, gdzie zobaczysz więcej" - odpowie­działa. Zacząłem myśleć o Księdze Objawienia. „Czy objawienie Jana było częścią trzeciego nie­ba?" - spytałem.

„Część obajwienia Jana była z trzeciego nie­ba, lecz większość była z drugiego nieba. Pierw­sze niebo było przed upadkiem człowieka. Dru-' gie niebo jest to duchowa rzeczywistość w cza-"ślćf królowania zła nad ziemią. Trzecie niebo jest wtedy, kiedy miłość i panowanie Ojca zapanują nad ziemią przez

Str 9

waszego Króla."

„Jakie było pierwsze niebo?" - pytałem dalej czując przy tym chłodny dreszcz.

„Mądrościąjest nie rozpatrywać tego teraz" - odpowiedział mój towarzysz ze wzrastającą powagą. Zdawało się jakby moje pytanie dotknę­ło go. „Mądrościąjest szukać poznania trzecie­go nieba tak, jak ty szukasz teraz. Jest o wiele więcej do poznania w trzecim niebie niż mo­żesz ogarnąć przez całe swoje życie. To wła­śnie trzecie niebo jest tym królestwem, które masz głosić w tym życiu. W odpowiednim cza­sie, który nadejdzie zostaniesz pouczony o pierwszym niebie, lecz wiedzieć to teraz nie byłoby dla ciebie korzystne."

Postanowiłem zapamiętać ten chłodny dreszcz, który mnie przeszył jak i Mądrość ki­wającą w tym momencie głową, gdyż było to dla mnie potwierdzeniem moich myśli. Byłem pełen uznania dla tego anioła tak, że aż musia-

^

łem mu powiedzieć: „Jesteś wspaniałm



towa¬rzyszem, naprawdę będziesz podtrzymywał mnie na właściwej ścieżce."

„Rzeczywiście będę" - odpowiedział.

Byłem pewien tego, że odczuwam miłość pły­nącą od tego anioła. Była to miłość szczególna, gdyż nie odczuwałem jej ze strony innych anio­łów, którzy okazywali raczej troskę wynikającą z obowiązku niż miłość. Mądrość odpowiedziała na moje myśli, jak gdybym mówił na głos.

„Mądrościąjest kochać i nie mógłbym być mądrością gdybym cię nie kochałj Mądrością


jest też przyjmo-wać łagodność i surowość Boga. Mądrością jest ..-kochać Go i bać T się Go. Jesteś w zwiedzenuTjeśli czynisz inaczej. Jest to następna lekcja, jakiej mu­sisz się nauczyć" - powiedziała z powagą.

„Wiem o tym i sam nauczałem o tym wiele razy" -powiedziałem, po raz pierwszy czu­jąc się jak gdyby Mądrość mnie nie znała.

„Jestem twoim towarzyszem przez długi czas
i znam twoje nauczania" - odpowiedziała Mą­
drość. „Teraz nauczysz się o czym były niektóre
z twoich nauczań. Jak sam wiele razy mówiłeś:
^Sprawiedliwym staje się nie przez wiarę w|
umyśle, lecz przez wiarę w sercu."          
J
" Przeprosiłem, czując się przy tym zawstydzo­
ny, że w ogóle pytam. Anioł przyjął moje prze­
prosiny łaskawie. Wtedy właśnie uświadomiłem
sobie, że przez prawie całe moje życie zadawa­
łem mnóstwo pytań i rzucając Mądrości wyzwa­
nia, działałem często na własną szkodę.

DRUGA STRONA MIŁOŚCI

Mądrość mówiła dalej: „Jest czas uwielbiania Pana i czas oddawania Mu czci w bojaźni i z respektem. Jest czas, aby siać i czas, aby żąć. Mądrościąjest znać porę każdego z nich. Praw-

częła emanować od Pana. Dalej wokół złota było srebro. Za nim były kolory w takim bogactwie, jakiego nie widziałem nigdy wcześniej ludzki­mi oczami. Wszystkie one okrywały nas. W chwale doświadczyłem takich emocji, jakich nie Doznawałem wcześniej. W jakiś sposób rozu­miałem, że chwała ta była tam cary czas, lecz my zaczęliśmy widzieć ją wyraźniej kiedy nasz wzrok skupił się na Nim, tak jak to się stało w czasie uwielbienia. Im intensywniej uwielbiali­śmy Go tym, więcej chawały widzieliśmy. Jeśli to było niebo, to było o wiele lepsze niż kiedy­kolwiek marzyłem.

ZNALEZIENIE JEGO MIEJSCA ZAMIESZKANIA

Nie miałem pojęcia jak długo trwało to uwiel­

Str 10

bienie. Mogły to być minuty, lub miesiące. W tego rodzaju chwale niemożliwe było, aby zmie­rzyć czas. Na chwilę zamknąłem oczy, ponie­waż chwała, którą widziałem moim sercem była równie wielka jak ta, którą widziałem moimi fi­zycznymi oczami. Kiedy otworzyłem oczy by­łem zdumiony widząc, że w miejscu, w którym wcześniej stał Pan, stał teraz zastęp aniołów. Je­den z nich przystąpił do mnie i powiedział: „Za­mknij oczy." Kiedy to uczyniłem zobaczyłem znowu chwałę Pana, lecz tym razem większą.

Anioł wyjaśnił: „To co widzisz oczami swo­jego serca jest bardziej rzeczywiste niż to, co widzisz swoimi oczami naturalnymi." Sam nie­raz tak twierdziłem, ale jakże mało tym żyłem! Anioł kontynuował: „Właśnie z tego powodu Pan powiedział swoim pierwszym uczniom, że lepiej jest dla nich, aby On odszedł, gdyż Duch Święty będzie mógł przyjść. Pan mieszka w to­bie. Sam nauczałeś tego wiele razy, ale teraz musisz tym żyć, bo jadłeś z Drzewa Życia."

Potem anioł poprowadził mnie do bramy. Protestowałem, nie chciałem odchodzić. Anioł ujął mnie za ramię i spojrzał mi w oczy. Wtedy właśnie rozpoznałem w nim anioła Mądrości. „Nie musisz nigdy opuszczać tego Ogrodu. Ogród ten jest w twoim sercu, ponieważ sam Stwórca jest w tobiejragnąłeś najlepszej czę-ści - wielbić Go i być w Jego obecności na^za-wsze i nie będzie ci to nigdy zabrane". Przyją­łem to, co Mądrość powiedziała i spojrzałem jeszcze raz na owoce Drzewa Życia. Czułem,



że coś mnie pcha, aby zagarnąć wszystko, co tylko mogłem zanim odejdę. Znając moje my­śli, Mądrość delikatnie szturchnęła mnie: „Nie. VNawet ten owoc, gromadzony w obawie i lęku, zgnijeTuen owoc i to drzewo są w tobie ponie­waż On jest w tobie. Musisz w to uwierzyć."

Zamknąłem oczy i próbowałem zobaczyć Pana ponownie, lecz nie mogłem. Kiedy otwo-rzyełm oczy Mądrość wciąż stała wpatrzona we mnie. Z wielką cierpliwością mówiła dalej: „Za­smakowałeś rzeczywistości niebios. Niktjiie chce wracać do bitwy, kiedyjej posmakuje. Nikt nie chce opuszczać tej przemożnej obecności _Pana. Kiedy apostoł Paweł przyszedł tutaj, przez resztę swego życia walczył z tym, czy powinien zostać na ziemi i pracować dla Pana, czy też wrócić i wejść do Jego dziedzictwa. Jednak dzie­dzictwo Jego było tym większe, im dłużej po­zostawał. Teraz, kiedy masz serce przepełnio­ne prawdziwym uwielbieniem, zawsze będziesz chciał tu być i będzie to możliwe. Im mocniej twój wzrok będzie utkwiony w Niego, tym więk­sza, chwałę zobaczysz, niezależnie od miejsca, w którym będziesz."

W końcu słowa Mądrości przekonały mnie. Ponownie zamknąłem oczy, tym razem, by podziękować Panu za to wspaniałe doświadcze­nie i za życie, które mi dał. Zaraz zobaczyłem ponownie Jego chwałę, a duszę moją wypełniły wszystkie te emocje, które czułem poprzednio w czasie uwielbienia. Słowa Pana skierowane do mnie były tak głośne i wyraźne, że byłem pewien, że je usłyszałem: „Nigdy cię nie porzu­cę." „Panie - odpowiedziałem - wybacz mi moją niewiarę. Proszę pomóż mi, abym nigdy nie opu­ścił Cię."

WĘDRÓWKA l MĄDROŚCIĄ

Kiedy otworzyłem oczy zobaczyłem, że Mą­drość wciąż trzyma mnie za ramię. „Jestem pod­stawowym darem jaki ci został dany dla twojej pracy" - powiedziała. „Pokażę ci drogą i będę cię na niej podtrzymywać, lecz tylko miłość za­chowa cię wiernym. Najwyższą mądrością jest kochać Pana."

Mądrość wypuściła mnie ze swej dłoni i za­częła podążać w stronę bramy. Poszedłem za nią, miałem jednak mieszane uczucia. Pamię­tam radość walki i wspinaczkę na górę i to mnie przyciągało. Nie miało to jednak porównania z obecnością Pana i uwielbieniem, których do­świadczyłem. Opuszczenie tego miejsca będzie dla mnie największą ofiarą, jaką kiedykolwiek złożyłem. W tej chwili przypomniałem sobie to wszystko, co było we mnie. Zadziwiające, że tak szybko mogłem zapomnieć o tym, co wi­działem naturalnymi oczami, a tym, co widzia­łem sercem.

Ruszyłem do przodu i idąc za Mądrością za­dałem pytanie: „Modliłem się przez 25 lat aby zostać porwanym do trzeciego nieba tak jak Pa­weł. Czy to jest trzecie niebo?"

„Jest to jego część" - usłyszałem - ale jest jeszcze o wiele więcej."

„Czy będę mógł zobaczyć więcej?" - zapy­tałem.

„Zobaczysz dużo więcej. Właśnie cię prowa­dzę tam, gdzie zobaczysz więcej" - odpowie­działa. Zacząłem myśleć o Księdze Objawienia. „Czy objawienie Jana było częścią trzeciego nie­ba?" - spytałem.

„Część obajwienia Jana była z trzeciego nie­ba, lecz większość była z drugiego nieba. Pierw­sze niebo było przed upadkiem człowieka. Dru-"gie niebo jest to duchowa rzeczywistość w cza-Iśle królowania zła nad ziemią. Trzecie niebo jest wtedy, kiedy miłość i panowanie Ojca zapanują nad ziemią przez waszego Króla."

„Jakie było pierwsze niebo?" - pytałem dalej czując przy tym chłodny dreszcz.

„Mądrością jest nie rozpatrywać tego teraz" - odpowiedział mój towarzysz ze wzrastającą powagą. Zdawało się jakby moje pytanie dotknę­ło go. „Mądrościąjest szukać poznania trzecie­go nieba tak, jak ty szukasz teraz. Jest o wiele więcej do poznania w trzecim niebie niż mo­żesz ogarnąć przez całe swoje życie. To wła­śnie trzecie niebo jest tym królestwem, które masz głosić w tym życiu. W odpowiednim cza­sie, który nadejdzie zostaniesz pouczony o pierwszym niebie, lecz wiedzieć to teraz nie byłoby dla ciebie korzystne."

Postanowiłem zapamiętać ten chłodny dreszcz, który mnie przeszył jak i Mądrość ki­wającą w tym momencie głową, gdyż było to dla mnie potwierdzeniem moich myśli. Byłem pełen uznania dla tego anioła tak, że aż musia­łem mu powiedzieć: „Jesteś wspaniałm towa­rzyszem, naprawdę będziesz podtrzymywał



mnie na właściwej ścieżce."

„Rzeczywiście będę" - odpowiedział. Byłem pewien tego, że odczuwam miłość pły­nącą od tego anioła. Była to miłość szczególna, gdyż nie odczuwałem jej ze strony innych anio­łów, którzy okazywali raczej troskę wynikającą z obowiązku niż miłość. Mądrość odpowiedziała na moje myśli, jak gdybym mówił na głos.


„Mądrością jest kochać i nie mógłbym być mądrością gdybym cię nie kochał. Mądrością jest też przyjmo­wać łagodność i surowość Boga. Mądrością^ jest kochać Go i bać się Go. Jesteś w zwiedzeniu jeśli czynisz inaczej. Jest to następna lekcja, jakiej mu­sisz się nauczyć" - powiedziała z powagą.

„Wiem o tym i sam nauczałem o tym wiele razy" -powiedziałem, po raz pierwszy czu­jąc się jak gdyby Mądrość mnie nie znała.

„Jestem twoim towarzyszem przez długi czas
i znam twoje nauczania" - odpowiedziała Mą­
drość. „Teraz nauczysz się o czym były niektóre
z twoich nauczań. Jak sam wiele razy mówiłeś:
[^Sprawiedliwym staje się nie przez wiarę "wj
umyśle, lecz przez wiarę w sercu."        

Przeprosiłem, czując się przy tym zawstydzo­ny, że w ogóle pytam. Anioł przyjął moje prze­prosiny łaskawie. Wtedy właśnie uświadomiłem sobie, że przez prawie całe moje życie zadawa­łem mnóstwo pytań i rzucając Mądrości wyzwa­nia, działałem często na własną szkodę.

DRUGA STRONA MIŁOŚCI

Mądrość mówiła dalej: „Jest czas uwielbiania Pana i czas oddawania Mu czci w bojaźni i z respektem. Jest czas, aby siać i czas, aby żąć. Mądrościąjest znać porę każdego z nich. Prawdziwa mądrość zna czas i pory u Boga. Przy­prowadziłem cię tutaj, bo jest czas, aby wielbić Pana w chwale Jego miłości. Teraz zabieram cię do innego miejsca, bo jest czas, aby wielbić Go w bojaźni przed Jego sądem. Do czasu kiedy nie poznasz obydwóch stron, możemy być od­dzieleni od siebie."

„Czy myślisz, że gdybym został z tyłu, tam w uwielbieniu pełnym chwały, mógłbym cię zgu­bić" - zapytałem z niedowierzaniem.

„Tak. Przychodziłbym do ciebie zawsze, kie­dy mógłbym, lecz nasze drogi rzadko by się przecinały. Trudno jest opuścić miejsce tak peł­ne chwały i pokoju, ale nie jest to pełne obja­wienie Króla. On jest jednocześnie Lwem Judy i Barankiem. Dla dzieci duchowych On jest Ba­rankiem. Dla dojrzewających jest On Lwem. Dla w pełni dojrzałych jest On, zarówno Lwem, jak i Barankiem. Wiedziałeś to w swoim umyśle i nauczałeś tego, lecz teraz będziesz wiedział to w swoim sercu, bo doświadczysz Sędziowskie­go Tronu Chrystusa."

POWRÓT DO WALKI

Przed opuszczeniem Ogrodu poprosiłem Mą­drość, abym mógł usiąść na chwilę i rozważyć wszystko to czego tam doświadczyłem. „Tak, powinieneś to zrobić - odpowiedziała - lecz mam lepsze miejsce dla ciebie."

Poszedłem za Mądrością poza bramy Ogro­du i zaczęliśmy zstępować z góry. Ku mojemu zdziwieniu bitwa wciąż trwała, lecz nie tak in­tensywnie jak wtedy, kiedy wchodziłem na górę. Na niższych poziomach wciąż latały strzały oskarżenia i oszczerstwa, lecz większość sił wro­ga, które jeszcze pozostały, skoncentrowała się na zaciętym ataku wielkich, białych orłów. Wi­dać było, że orły z łatwością wygrywały.

Wkrótce dotarliśmy prawie do podnóża góry. Tuż ponad poziomami: "Zbawienia" i "Uświę­cenia" był poziom "Dziękczynienia i Uwielbie­nia". Zapamiętałem ten poziom bardzo dobrze, ł gdyż jednego z największych ataków wroga do­świadczyłem wtedy, gdy próbowałem osiągnąć ten poziom. Kiedy już tam dotarliśmy reszta wspinaczki była o wiele łatwiejsza i nawet, je­żeli strzały przedzierały się przez naszą zbroję to uzdrowienie było o wiele szybsze.

Kiedy wróg dostrzegł mnie na tym poziomie



(wróg nie mógł widzieć Mądrości), zaczął spa­dać na mnie deszcz strzał. Bez trudu odparłem je mojątarcząi wróg przestał strzelać. Ich strzały kończyły się i nie mogli sobie pozwolić na ich marnowanie.

Żołnierze, którzy wciąż walczyli na niższych poziomach patrzyli na mnie ze zdziwieniem i szacunkiem, które sprawiały, że czułem się bar­dziej niewygodnie. Wtedy też właśnie po raz pierwszy zauważyłem, że_zmpjej tarczy i zbroi emanuje chwała Pana. Powiedziałem im, aby dalej wspinali się na górę i nie zatrzymywali w drodze, a wtedy również zobaczą Pana. Gdy tyl­ko zgodzili się od razu ujrzeli Mądrość. Zaczęli wtedy padać na kolana i oddawali jej chwałę, lecz ona ich powstrzymała i odesłała w dalszą drogę.

WIERNI

Czułem w sobie przepełniającą mnie miłość do tych żołnierzy. Większość z nich stanowiły ko­biety i dzieci. Ich zbroja była w nieładzie, a oni choć pokryci krwią, nie wycofali się z walki. Wciąż jeszcze byli pogodni i zachęceni. Powie­działem im, że zasługuj ą na więcej szaczunku niż ja, gdyż znieśli większe trudy walki i utrzy­mali swoje pozycje. Sprawiali wrażenie, że mi nie wierzą, mimo to docenili moje słowa, cho­ciaż ja i tak byłem przekonany, że jest to.praw-

da.

Każdy poziom góry musiał być zajęty przez żołnierzy, aby sępy nie splugawiły ich swoimi wymiocinami i ekskrementami do tego stopnia, że niemożliwe byłoby stać na nich. Większość poziomów zajęta była przez żołnierzy, którzy byli członkami różnych ruchów i denominacji, podkreślających prawdę poziomu, którego bro­nili. Zawsty sią z powodu mojej postawy wzglę­dem niektórych z nich. O wielu z nich sądzi­łem, że nie uczestniczą już w tej walce, lub zło­żyli broń, mimo to oni wciąż wiernie walczyli, stawiając opór atakującym wojskom wroga. Prawdopodobnie fakt, że bronili tych pozycji umożliwiał im wspinaczkę.

Z wielu poziomów widać było znaczną część góry i pola bitwy. Niektóre jednak były tak odi­zolowane, że walczący na nich żołnierze widzieli tylko swoje pozycje i zdawali się nie wiedzieć o reszcie toczącej się walki. Często byli tak zranieni przez strzały oszczerstwa i oskarżenia, że •l trudno im było przyjąć zachętę od tych, którzy przychodzili z wyższych poziomów i zachęcali ich do wchodzenia wyżej. Kiedy jednak ktoś przychodził z góry odzwierciedlając chwałę Pana, słuchali z wielką radością i wkrótce sami z odwagą i stanowczością zaczynali wspinać się wyżej. Kiedy obserwowałem to wszystko Mą­drość nie mówiła wiele, jednak sprawiała wra­żenie bardzo zainteresowanej moimi reakcjami.

ODKRYCIE RZECZYWISTOŚCI

Obserwowałem żołnierzy, którzy byli już na szczycie, a teraz licznie zaczynali schodzić na wszystkie poziomy, by zastąpić tych, którzy stali na swoich stanowiskach. Kiedy to uczynili, każ­dy poziom zaczął świecić niesioną przez nich chwałą. Wkrótce cała góra świeciła chwałą, oślepiając pozostałe na niej jeszcze sępy i de­mony. Chwały tej było tak dużo, że na całej górze zapanowała atmosfera ogrodu.

Zacząłem dziękować Panu i wielbić Go. Na­tychmiast znalazłem się ponownie w Jego obe­cności. Trudno było zapanować nad emocjami i chwałą, które wypełniały do głębi moją oso­bę. Doświadczenie to stało się tak intensywne, że musiałem przestać wielbić Pana. Mądrość stała obok mnie. Kładąc rękę na moim ramie­niu powiedziała: „Wchodzisz w Jego bramy z dziękczynieniem, w Jego przedsionki z uwiel­bieniem."

„Ale było to tak rzeczywiste! Czułem się, jak­bym był tam znowu!" - wykrzyknąłem.

„Byłeś tam" - odpowiedziała Mądrość. „To nie stało się bardziej rzeczywiste, niż ty." Tak, jak Pan powiedział do złoczyńcy na krzyżu: „Dzisiaj będziesz ze Mną w raju." Możesz wejść tam w każdym czasie. Pan, Jego raj i ta góra, wszystko to mieszka w tobie, ponieważ On jest w tobie. To, co wcześniej było przed­smakiem, teraz jest dla ciebie rzeczywistością, ponieważ wszedłeś na górę. Powodem dla które­go mnie widzisz, a inni widzieć nie mogą nie jest to, że ja wszedłem w twoją rzeczywistość, ale to, że to ty wszedłeś w rzeczywistość, w której ja mieszkam. Jest to rzeczywistość, którą znali prorocy i która dawała im wielką odwagę, nawet wtedy, kiedy stawali sami przeciwko ca-



ŚMIERTELNA PUŁAPKA

Spojrzałem ponownie w dół na rzeź i wycofi ce się powoli armie demonów. Za moimi ple mi coraz więcej otoczonych chwałą żołnie zajmowało swoje pozycje na górze. Wied; łem, że teraz było ich już wystarczająco di by zaatakować i zniszczyć pozostałe jesz hordy wroga.

„Jeszcze nie" - powiedziała Mądrość. „ patrz tam."

Spojrzałem w kierunku, który pokazyw ale musiałem osłonić moje oczy przed chw która emanowała z mojej własnej zbroi, aby kolwiek zobaczyć. Dostrzegłem coś, jakby ruszenie w dolinie.

Nie mogłem rozpoznać co widzęT,gdy_ż_ch ła, która świeciła z mojej zbroi, utrudniała patrzenie w ciemność. Poprosiłem Mądrość, dała mi coś, czym mógłbym zakryć mojązb tak, abyrrunógł coś zobaczyć. Dała mi zgr; ny płaszcz, abym go włożył. „Co to jest?" -pytałem czując się trochę urażony jego sza zna. „PflkonT - powiedziała Mądrość. „Nie dziesz w stanie dobrze widzieć bez niej."

Niechętnie założyłem go na siebie, ale tychmiast zobaczyłem wiele rzeczy, któi wcześniej nie mogłem zobaczyć. Spojrzałe: stronę doliny na to poruszenie, które wcześ ledwie dostrzegałem. Ku memu zdziwieniu tam cały oddział wroga czekający, aby zasa się na każdego kto by tamtędy przechodził, to za armia?"- zapytałem. „Jak udało im się u z bitwy bez szwanku?"

„To jest pycha" - wyjaśniła Mądrość. , to wróg, którego najtrudniej zobaczyć po p bywaniu wychwalę. Ci, którzy odmawiają z "żenią tego płaszcza, ucierpią bardzo z ręki wroga."

Kiedy spojrzałem na górę, zobaczyłem czonych chwałą żołnierzy przechodzących drugą stronę równiny, by zaatakować resztę dy wroga, który szykował się do zaatakow ich od tyłu. Zacząłem biec, aby ich powsl mać, lecz Mądrość zatrzymała mnie. „Nie żesz ich zatrzymać" - powiedziała. „Tylko nierze ubrani w ten płaszcz rozpoznają autorytet. Chodź ze mną. Jest jeszcze co< musisz zobaczyć zanim będziesz mógł pomóc w dowodzeniu wielką bitwą, która ma nadejść.

 



DOSTAWA CHWAŁY

Mądrość sprowadziła mnie z góry do najniższe­go poziomu, zwanego "Zbawienie". „Ty my­ślisz, że to jest najniższy poziom, ale to jest pod­stawa całej góry. W każdej podróży pierwszy krok jest najważniejszy i zazwyczaj najtrudniej­szy. Bez "Zbawienia" nie byłoby góry."

Byłem przerażony rzezią, jaka miała miej­sce na tym poziomie. Każdy żołnierz był bar­dzo ciężko ranny, jednak żaden nie umarł. Wie­lu z nich ledwo trzymało się krawędzi góry. Wielu zdawało się już odpadać, jednak nikt je­szcze nie spadł. Wszędzie znajdowali się anio­łowie, posługujący żołnierzom z taką wielką ra­dością, że aż zapytałem: „Dlaczego oni są tacy szczęśliwi?" „Ci aniołowie dostrzegli w nich odwagę, jakiej wymagało to, aby utrzymać się na krawędzi. Nie mogą pójść dalej, ale też nie poddali się. Wkrótce będą uzdrowieni i gdy zo­baczą chwałę na wyższej części góry zaczną się wspinać. Będą to najwięksi wojownicy nadcho­dzącej bitwy."

„Ale czy nie byłoby lepiej, gdyby wspinali się na górę razem z nami?" - protestowałem wi­dząc ich obecny stan.


„Byłoby lepiej dla nich, ale nie dla ciebie. Przez to, że zostali tutaj, ułatwili tobie wspi­naczkę, gdyż zatrzymali na sobie większą część sił wro­ga. Bardzo niewielu z tych, którzy sąna wyższych pozio­mach zchodzi z pomocą do innych, by przyprawidzć ich na górę. Ci jednak robią to. Nawet ci, którzy sami ledwo się trzymają, wyciągają ręce do innych, by ich wciągnąć na swój poziom. W rzeczywsto-ści większość potężnych wo­jowników przeprowadzona została do góry właśnie przez tych wiernych. Nie są oni wcale mniejszymi bo­haterami niż ci, którzy doszli do szczytu. Przy­nieśli wielką radość niebiosom przez to, że cią­gle prowadzą innych do "Zbawienia". Z tego właśnie powodu wszyscy ci aniołowie z nieba pragną im usługiwać, lecz tylko nieliczni spo­śród nich, najbardziej szanowani, dostępują tego."



Znowu poczułem się bardzo zawstydzony mój ą postawą względem tych wielkich świętych. Wielu z nas lekceważyło ich, kiedy wspinali­śmy się na wyższe poziomy. Popełniali oni wiele błędów w czasie walki, ale też najbardziej ujaw­nili pasterskie serce. Pan pozostawi 99 owiec, a pójdzie zatąjedną, która się zgubiła. Oni pozo­stali w miejscu, z którego wciąż mogli wycho­dzić do tych, którzy są zgubieni i zapłacili za to wielką cenę. Bardzo chciałem im pomóc, lecz niewiedziałem jak zacząć.

Wtedy Mądrość powiedziała: „To dobrze, że chcesz im pomóc, lecz najbardziej pomożesz wtedy, gdy pójdziesz robić to, do czego zosta­łeś wezwany. Oni wszyscy zostaną uzdrowieni i szybko zaczną wspinać się na górę. Znowu po­łączą się z tobą w walce. Oni są tymi nieustra­szonymi, którzy nigdy nie uciekną przed wro­giem."

MOC PYCHY

 

Zastanawiałem się, co mnie nauczyło więcej: schodzenie z góry, czy wchodzenie na nią. Na­gle moją uwagę przyciągnął hałas dochodzący z pola bitwy. Do tego momentu już tysiące po­tężnych wojowników przekroczyło równinę, aby zaatakować pozostałą część hordy. Wróg ucie­kał we wszyst­kie strony. Po­zostawał jed­nak jeden od­dział - "Py­cha". Był on całkowicie nie­widoczny i kroczył wprost na tyły masze­rującej armii wojowników, szykując się do wypuszczenia

gradu strzał. Wtedy też zauważyłem, że ci po­tężni wojownicy nie mieli zbroi na swoich ple­cach i byli całkowicie wystawieni na to, co mia­ło ich za chwilę uderzyć.Mądrość powiedziała: „Pomyślałeś o tym, że nie mają zbroi na plecach, co oznacza, że kiedy uciekasz przed wrogiem, jesteśpodatny na jego jilak. Mimo to wcześniej nigdy nie wiedziałeś,jak można być wystawionym na atak, kiedy się idzie w pysze."

Mogłem tylko skinąć głową z uznaniem. Za późno było, by zrobić cokolwiek. Nie do znie­sienia było również patrzenie na to. Mądrość jednak powiedziała, że muszę to zobaczyć. Ku memu zdziwieniu, kiedy strzały pychy godziły w wojowników, oni nawet tego nie zauwżyli. Wróg wciąż strzelał. Wojownicy krwawili i szybko słabli, lecz nie przyznawali się do tego. Wkrótce byli już zbyt słabi, by utrzymać swą tarczę i miecz. Porzucali je więc, twierdząc, że ich już nie potrzebują. Następnie zdejmowali swoje zbroje mówiąc, że także są już im nie potrzebne.

Pojawił się już następny oddział, posuwają­cy się bardzo szybko zwany ^Silne zwiedzejiie". Wypuścił on deszcz strzał wprost do celu. Po­tem obserwowałem już tylko jak zaledwie kilka demonów zwiedzenia odprowadzało tę niegdyś wielką armię pełnych chwały wojowników. Wszyscy oni zabrani zostali do różnych obo­zów o nazwach odpowiadających różnym dok­trynom demonów. Byłem zdumiony tym, że ta wielka niegdyś armia sprawiedliwych została tak doszczętnie pokonana i wciąż jeszcze nie wie­działa, co ją rozbiło. „Jak mogli ci, którzy byli tak silni, którzy przeszli tak długą drogę do szczytu i widzieli Pana, być tak podatni na atak."

„Pycha jest wrogiem, którego najtrudniej zo­baczyć i który wślizguje się od tyłu" - rozpa­czała Mądrść. „W pewien sposób ci, którzy do­tarli do największych wysokości są najbardziej narażeni na to, że upadną. Zawsze musisz pa­miętać o tym, że w tym życiu możesz upaść w każdym czasie i z każdego poziomu - kiedy sto? isz uważaj na to, abyś nie upadł. Wtedy, kiedy myślisz, że jesteś najmniej zagrożony upadkiem, to w rzeczywistości jesteś na niego narażony naj­bardziej. Większość ludzi upada zaraz po wiel­kim zwycięstwie."

MĄDROŚĆ W WALCE

Jak możemy ustrzec się przed tego rodzaju ata­kiem?" - zapytałem.

„Trzymaj się blisko mnie, pytaj Pana za njm podejmiesz ważne decyzje i miej na sobie ten J" płaszcz, a wtedy wróg nigdy nie będzie w s,tanie zaślepić cię tak, jak to zrobił z tamtymi."



Spojrzałem na mój płaszcz. Wyglądał tak sza­ro i bez znaczenia. Czułem, że przypominam w nim bardziej bezdomnego niż wojownika. Mą­drość odpowiedziała na to, jak gdybym mówił na głos: „Pan jest bliższy bezdomnym niż księ-ciom. Prawdziwei_siły_masz zawsze tyle, na ile chodzisz w łasce Boga, a On daje łaskę pokor­nym, Żadna broń wroga nie jest w stanie przebić tego płaszcza, ponieważ nic niejest w stanie po­konać Jego łaski. Dopóki będziesz nosił ten głaszcz, będziesz bezpieczny £rzedjtego rodzaju atakami."

Zacząłem się rozglądać, by zobaczyć jak wielu wojowników było wciąż jeszcze na górze. Za­skoczyło mnie to, że pozostało ich tak niewielu. Po tym jednak zauważyłem, że wszyscy oni mieli ten sam płaszcz pokory. „Jak to się stało?" - spy­tałem.

„Kiedy zobaczyli bitwę, której ty byłeś świad­kiem, wszyscy przyszli do mnie po pomoc i da­łam każdemu z nich ten płaszcz" - odpowiedzia­ła Mądrość.

„A ja myślałem, że byłaś ze mną przez cały ten czas!"

„Jestem z każdym, kto idzie za mną, aby peł-^, nić wolę Ojca" - odpowiedziała Mądrość.      '/'

„Ty jesteś Panem!" - zapłakałem.

„Tak" - odpowiedziała. „Powiedziałem ci, że nigdy cię nie porzucę, ani nie opuszczę. Jestem z każdym moim wojownikiem tak, jak jestem z tobą. Będę przy tobie we wszystkim, kiedy bę­dziesz wypełniał moją wolę i kiedy będziesz po­trzebował mądrości." Po tych słowach zniknęła.

POZYCJA W KRÓLESTWIE

Pozostałem stojąc pośrodku wielkiego oddzia­łu aniołów, który posługiwał rannym na pozio­mie "Zbawienia". Kiedy zacząłem przechodzić pośród tych aniołów, przyklękali, okazując mi wielki szacunek. W końcu zapytałem jednego z nich, dlaczego to robią, przecież nawet najmniej­szy z nich był potężniejszy ode mnie". „Z po-wodujjiaszcza" - odpowiedział. „To jest ozna­ka najwyższe[^ozycj|w Królestwie."

„Przecież to jest zwykły płaszcz" - zaprote­stowałem.

"

„Nie!" - powiedział anioł. Odziany jesteś w Bożą łaskę. Nie ma większej mocy ponad nią."

„Ale przecież są tysiące tych, którzy noszą takie same płaszcze. W jaki sposób może to (znacząc pozycję?"

„Wy jesteście potężnymi zwycięzcami, sy-lami i córkami Króla. On nosił ten sam płaszcz, :iedy chodził po ziemi. Tak długo, jak długo esteś w niego odziany nie ma takiej mocy w liebie i na ziemi, która mogłaby się tobie oprzeć, iażdy w niebie i w piekle rozpoznaje ten jlaszcz. My jesteśmy jego sługami, ale On mie-izka w was i wy jesteście odziani w Jego łakę."

   W jakiś sposób wiedziałem, że gdybym nie nosił tego płaszcza i gdyby moja zbroja połyskiwając chwałą byłaby wyeksponowana, wte-Idy oświadczenie anioła i ich zachowanie wzglę-1 dem mnie mogłobyjiaprawdę karmić, moją py­chę. Nie mogłem czuć się pyszny i arogancki w tak zgrzebnym płaszczu. Mimo to moje zaufa­nie do płaszcza zaczęło we mnie rosnąć bardzo szybko.

POWRÓT ORŁÓW

W następnej chwili zobaczyłem zbliżającą się, wielką, białą chmurę. Już z samego faktu, że ją widziałem, wzrastała we mnie nadzieja. Chmu­ra ta wypełniła atmosferę nadzieją, tak jak słoń­ce wschodząc. Rozpoznałem w niej wielkie, bia­łe orły, które przyleciały z Drzewa Życia. Za­częły lądować na górze, zajmując pozycję na każdym poziomie u boku wojowników.

 

Ostrożnie i z respektem podszedłem do orła, który wylądował blisko mnie, ponieważ jego obecność była dla mnie ekscytująca. Kiedy spoj­rzał na mnie swoimi przenikliwymi oczami, wie­działem, że nic nie mogę przed nim ukryć. Jego wzrok był tak stanowczy i srogi, aż poczułem przeszywający mnie dreszcz. Zanim zdążyłem zapytać, już mi odpowiedział.

„Chcesz wiedzieć kim jesteśmy. Jesteśmy ukrytymi prorokami, którzy zachowani byli na tę godzinę. Jesteśmy oczami tych, którym dana była potężna Boża broń. Widzieliśmy wszystko co czyni Pan i co planuje wróg przeciwko wam. Przebiegliśmy wzrokiem całą ziemię i wiemy wszystko, co potrzeba wiedzieć w czasie wal­ki."

„Czy nie widziałeś tej walki, która miała miej­sce?" - zapytałem poirytowany, „Czy nie mo­głeś pomóc tym wojownikom, którzy właśnie zostali zabrani do niewoli!".

„Tak. Widzieliśmy to wszystko i moglibyśmy im pomóc, gdyby tylko tego chcieli. Ale nasza pomoc jedynie by ich zatrzymała. Możemy wal­czyć tylko w tych bitwach, do których Ojciec nas posyła i możemy pomóc jedynie tym, którzy w nas wierzą. Tylko ci, którzy przyjmują nas jako proroków mogą przyjąć nagrodę proroka lub korzyści z naszej posługi. Ci, którzy znale­źli się w zasadzce nie mieli na sobie takiego pła­szcza jaki ty masz. Ci zaś, którzy nie mają na sobie tego płaszcza nie mogą zrozumieć, kim jesteśmy. Wszyscy potrzebujemy siebie nawza­jem. Dotyczy to także tych, którzy są wciąż zra­nieni i wielu innych, których ty jeszcze nie

znasz.'

SERCE ORŁA

Rozmawiając z orłem bardzo szybko zacząłem myśleć jak orzeł. Po tej krótkiej dyskusji mo­głem wejrzeć w serce orła i znać go tak jak on zna mnie. Orzeł zauwżył to.

„Masz trochę z naszych darów, chociaż nie są one dobrze rozwinięte. Nie używałeś ich za dużo. Jestem tu, aby obudzić te dary i nauczyć was jak ich używać. W ten sposób nasze poro­zumiewanie będzie pewne. Musi ono być pew­ne, inaczej będziemy cierpieć wiele niepotrzeb­nych strat, nie wspominając utraconych wspa­niałych możliwości odniesienia zwycięstwa." „Skąd teraz przybyłeś?" - zapytałem. „Jemy węże" - odpowiedział orzeł. „Wróg jest naszym chlebem. Naszym pokarmem jest czynienie woli Ojca. Jego wolą zaś jest zni­szczyć dzieła szatana. Każdy zjedzony przez nas wąż przyczynia się do wzrostu naszej wizji. Każda zwalona przez nas twierdza wroga, umac­nia nas, abyśmy mogli szybować wyżej i pozo­stawać dłużej w górze. Przybywamy właśnie z uczty, gdzie pożeraliśmy węże wstydu, które zniewoliły wielu twoich braci i sióstr. Wkrótce i oni tu dotrą. Nadchodzą z orłami, którzy po­zostali przy nich, aby im pomóc odnaleźć drogę i ochronić ich przed kontratakami wroga."

Orły były bardzo pewne siebie, lecz nie były wyniosłe. Wiedziały kim są i do czego zostały powołane. Znały też nas i znały przyszłość. Ich pewność uspokajała mnie, a tym bardziej ran­nych, leżących wokół nas. Byli oni zbyt słabi,



Kiedy orzeł spojrzał na nich, jego wyraz twarzy również się zmienił. W miejsce surowości i zde­cydowania, które okazywał, kiedy patrzył na mnie, wobec zranionych przejawiał łagodność i współczucie. Orzeł rozpostarł swoje skrzydła na mnie i zaczął delikatnie wachlowć, tworząc chłodny, odświeżający powiew, który przepły­wał nad zranionymi. Był on całkiem inny od tych powiewów, których doświadczyłem w swoim życiu. Z każdym oddechem czułem jak nabie­ram sił i jedności umysłu. Wkrótce ranni po­wstali i zaczęli wielbić Boga z takim oddaniem, że łzy popłynęły mi z oczu. Znowu czułem ogromny wstyd z powodu tego, że lekceważy­łem tych, którzy pozostali na tym poziomie. Dla nas, którzy wchodziliśmy do góry wydawali się słabi i nierozumni, jednak oni przecierpieli wię­cej niż my i pozostali wierni. Bóg ich podtrzy­mywał, a oni kochali Go wielką miłością.

Spojrzałem na górę. Wszystkie orły trzepo­tały delikatnie skrzydłami. Każdy czuł się od-świeżony przez ten powiew i wszyscy zaczęli wielbić Boga. Na początku uwielbienie płyną­ce z różnych poziomów nie było harmonijne, lecz po pewnym czasie na każdym poziomie wszyscy śpiewali w doskonałej jedności. Nigdy nie słyszałem na ziemi czegoś tak pięknego. Nie chciałem, aby kiedykolwiek się skończyło. Usły­szałem w tym to samo uwielbienie, jakie zna­łem z Ogrodu, lecz teraz brzmiało ono o wiele pełniej. Wiedziałem, że brzmi ono o wiele pięk­niej teraz, ponieważ wielbimy Boga w obliczu naszych wrogów pośród ciemności i zła, które nas otaczały na górze.

Nie wiem jak długo trwało to uwielbienie, mogły to być godziny, dni, lub minuty. W pew­nym momencie orły przestały machać skrzydła­mi i uwielbienie się skończyło.

„Dlaczego przestaliście?" - zapytałem stoją­cego obok mnie orła, z którym rozmawiałem.

„Dlatego, że teraz sąjuż zdrowi" - odpowie­dział wskazując na rannych, którzy teraz stali w doskonałej kondycji. „Prawdziwe uwielbienie

 

może uzdrowić każdą ranę" - dodał.

„Proszę zróbcie to jeszcze raz" - błagałe

„Będziemy to robić wiele razy, lecz nie nas należy decydować kiedy. Powiew, który < łeś, to był powiew Ducha Świętego. On nas ] wadzi, a nie my Jego. On uzdrowił zraniony wprowadził jedność, która potrzebna jest w > ce. Prawdziwe uw|elbienie wylewa cenny jęk na głowę JeziasaTpotem zaś spływa na^ ciało", czyniąc nas jednym TWrnTz~sobą wzajenTNikt z tych, którzy stają się je zNim nie pozostaje zraniony lub nieczysty. J Jcrew. jesLżyciem-ł-spływa na nas, kiedy Taje my się z Nim. Jeśli jesteśmy z Nim złączeń złączeni też jesteśmy z resztą ciała, a prze Jego krew przepływa przez wszystkich. Czyż w ten sposób leczysz rany na swoim ciele zamykasz je, aby krew mogła nadal dopły do zranionych członków i przynosić odbudo nie? Kiedy_część Jego ciała jest zraniona i sisz złączyć się w jedności z tą częścią do < su, aż będzie całkowicie uzdrowiona. Wsz> jesteśmy jedno z Nim".

Wciąż jeszcze trwałem w uwielbieniu, więc to małe nauczanie zdawało się dla n najpotężniejsze, jakie kiedykolwiek słyszał pomimo tego, że słyszałem je i sam głosi wiele razy. Kiedy Duch Święty się porusza, l de słowo wydaje się przepełnione chwałą, i zależnie od tego jak jest proste. Wypełniło n ono taką miłością, że chciałem ściskać każd dookoła, nawet starego surowego orła.

Nagle przypomniałem sobie potężnych ' jowników, którzy dopiero co zostali wzięci niewoli. Orzeł odczuł to, ale nie powiedział słowa. Po prostu obserwował mnie intensyw W końcu zapytałem: „Czy możemy odzys tych, którzy się właśnie zgubili?"

ZRANIONE SERCE KRÓLA

„Tak. Dobrze, że to odczuwasz" - odez się w końcu. „Nie jesteśmy całością i na uwielbienie nie jest pełne, dopóki całe ciało będzie odbudowane. Dopóki nie zgromadzi się wszyscy razem, nawet w najbardzej pi pełnionym chwałą uwielbieniu i w prawdzi obecności Króla. To tak, jakbyś kochał wsz; kie swoje dzieci, lecz był zmartwiony z po' du tego jednego, które jest chore i zranione. ran­nych, leżących wokół nas. Byli oni zbyt słabi,



 

 

aby mówić i właściwie tylko siedzieli, przysłu­chując się mojej rozmowie z orłem. Patrzyli na niego jak patrzy zgubione dziecko na rodzica, który właśnie je odnalazł.

może uzdrowić każdą ranę" - dodał.

aby mówić i właściwie tylko siedzieli, przysłu­chując się mojej rozmowie z orłem. Patrzyli na niego jak patrzy zgubione dziecko na rodzica, który właśnie je odnalazł.

WIATR DUCHA

Kiedy orzeł spojrzał na nich, jego wyraz twarzy również się zmienił. W miejsce surowości i zde­cydowania, które okazywał, kiedy patrzył na mnie, wobec zranionych przejawiał łagodność i współczucie. Orzeł rozpostarł swoje skrzydła na mnie i zaczął delikatnie wachlowć, tworząc chłodny, odświeżający powiew, który przepły­wał nad zranionymi. Był on całkiem inny od tych powiewów, których doświadczyłem w swoim życiu. Z każdym oddechem czułem jak nabie­ram sił i jedności umysłu. Wkrótce ranni po­wstali i zaczęli wielbić Boga z takim oddaniem, że łzy popłynęły mi z oczu. Znowu czułem ogromny wstyd z powodu tego, że lekceważy­łem tych, którzy pozostali na tym poziomie. Dla nas, którzy wchodziliśmy do góry wydawali się słabi i nierozumni, jednak oni przecierpieli wię­cej niż my i pozostali wierni. Bóg ich podtrzy­mywał, a oni kochali Go wielką miłością.

Spojrzałem na górę. Wszystkie orły trzepo­tały delikatnie skrzydłami. Każdy czuł się od-_świeżony przez ten powiew i wszyscy zaczęli wielbić Boga. Na początku uwielbienie płyną­ce z różnych poziomów nie było harmonijne, lecz po pewnym czasie na każdym poziomie wszyscy śpiewali w doskonałej jedności. Nigdy nie słyszałem na ziemi czegoś tak pięknego. Nie chciałem, aby kiedykolwiek się skończyło. Usły­szałem w tym to samo uwielbienie, jakie zna­łem z Ogrodu, lecz teraz brzmiało ono o wiele pełniej. Wiedziałem, że brzmi ono o wiele pięk­niej teraz, ponieważ wielbimy Boga w obliczu naszych wrogów pośród ciemności i zła, które nas otaczały na górze.

Nie wiem jak długo trwało to uwielbienie, mogły to być godziny, dni, lub minuty. W pew­nym momencie orły przestały machać skrzydła­mi i uwielbienie się skończyło.

„Dlaczego przestaliście?" - zapytałem stoją­cego obok mnie orła, z którym rozmawiałem.

„Dlatego, że teraz są już zdrowi" - odpowie­dział wskazując na rannych, którzy teraz stali w doskonałej kondycji. „Prawdziwe uwielbienie



może uzdrowić każdą ranę" - dodał.

„Proszę zróbcie to jeszcze raz" - błagałem.

„Będziemy to robić wiele razy, lecz nie do nas należy decydować kiedy. Powiew, który czu-Jeji, tpjjył powiew Ducha Świętego. On nas pro­wadzi, a nie my Jego. On uzdrowił zranionych i wprowadził jedność, która potrzebna jest w wal-ce. Prawdziwe uwielbienie wylewa cenny o l e- V jęk na głowę Jezusa, potem zaś spływa na całe * jnaFó, czyniąc nas jednym żTlim i z sobą na-wza[ern. Nikt z tych, którzy stają się jedno ż~Nirn nie pozostaje zraniony lub nieczysty. Jego jcrew jfisLżyciem i spływa na nas, kiedy łączy­my się z Nim. Jeśli jesteśmy z Nim złączeni, to złączeni też jesteśmy z resztą ciała, a przez to Jego krew przepływa przez wszystkich. Czyż nie w ten sposób leczysz rany na swoim ciele, że zamykasz je, aby krew mogła nadal dopływać do zranionych członków i przynosić odbudowa­nie? Kiedy_£zęść Jego ciała jest zraniona mu­sisz złączyć się w jedności z tą częścią do cza­su, aż będzie całkowicie uzdrowiona. Wszyscy jesteśmy jedno z Nim".

Wciąż jeszcze trwałem w uwielbieniu, tak więc to małe nauczanie zdawało się dla mnie najpotężniejsze, jakie kiedykolwiek słyszałem, pomimo tego, że słyszałem je i sam głosiłem wiele razy. Kiedy Duch Święty się porusza, każ­de słowo wydaje się przepełnione chwałą, nie­zależnie od tego jak jest proste. Wypełniło mnie ono takąmiłością, że chciałem ściskać każdego dookoła, nawet starego surowego orła.

Nagle przypomniałem sobie potężnych wo­jowników, którzy dopiero co zostali wzięci do niewoli. Orzeł odczuł to, ale nie powiedział ani słowa. Po prostu obserwował mnie intensywnie. W końcu zapytałem: „Czy możemy odzyskać tych, którzy się właśnie zgubili?"

ZRANIONE SERCE KRÓLA

„Tak. Dobrze, że to odczuwasz" - odezwał się w końcu. „Nie jesteśmy całością i nasze uwielbienie nie jest pełne, dopóki całe ciało nie, będzie odbudowane. Dopóki nie zgromadzimy się wszyscy razem, nawet w najbardzej prze­pełnionym chwałą uwielbieniu i w prawdziwej obecności Króla. To tak, jakbyś kochał wszyst­kie swoje dzieci, lecz był zmartwiony z powo­du tego jednego, które jest chore i zranione. On także kocha wszystkie swoje dzieci, lecz teraz najwięcej uwagi skupia na tych, które są ranne, lut w ucisku. Właśnie przez wzgląd na Niego nie możemy się wycofać dotąd, aż wszyscy nie będziemy odbudowani. Dopóki ktokolwiek jest ranny, On również jest ranny."

WIARA, KTÓRA PORUSZA GÓRY

Siedząc obok orła głęboko zastanawiałem się nad tym, co mi powiedział. W końcu zapyta­łem: „Wiem, że Mądrość mówi do mnie przez ciebie, gdyż słyszę Jej głos, kiedy mówisz. By­łem tak pewny siebie przed ostatnią bitwą, że z powodu tej zarozumiałości, omal nie zostałem wzięty do niewoli tak, jak tamci wojwonicy. Z łatwością mógłbym być pojmany z nimi, gdyby Mądrość mnie nie powstrzymała. Walczyłem bardziej z powodu nienawiści do wroga niż z chęci uwolnienia braci, choć i to był jeden z moich motywów. Teraz, odkąd po raz pierwszy przyszedłem do góry i walczyłem w tej wielkiej bjtwie, zacząłem myśleć, że większość dobrych rzeczy, które robiłem, robiłem z niewłaściwych pobudek, natomiast w wielu złych rzeczach, które uczyniłem, moje motywacje były właści­we. Im więcej się uczę, tym bardziej czuję się niepewny.

„Musiałeś spędzić długi czas z Mądrością" -odpowiedział orzeł.

„Była ze mną na długo przed tym, zanim ją rozpoznałem i obawiam się, że przez większość czasu byłem na nią zamknięty. W pewnym sen­sie wiem, że czegoś ważnego wciąż mi jeszcze brakuje. Czegoś co muszę mieć, zanim pójdę znowu do walki. Nie. wiem jednak co to jest."

Spojrzenie orła stało się jeszcze bardziej wni­kliwe. Zwrócił się do mnie. „Znasz także głos Mądrości, kiedy mówi do ciebie w twoim ser­cu. Szybko uczysz się, bo masz na sobie płaszcz. To co teraz odczuwasz, to jest prawdziwa wia­ra."

„Wiara!" - wybuchnąłem. „Ja tu mówię o po­ważnych wątpliwościach!"

„Mądry jesteś, kiedy wątpisz w siebie. Praw­dziwa wiara, to poleganie na Bogu, nie na sobie i swojej wierze. Jesteś blisko tego rodzaju wia­ry, która może poruszyć tę górę i musisz ją ru­szyć. Jednak masz rację. Ciągle brakuje ci cze­goś bardzo ważnego. Wciąż jeszcze potrzebu-

 



jesz wielkiego objawienia Króla. Choć wspią­łeś się na szczyt góry i po drodze przyjmowałeś pewne prawdy, chociaż nawet stałeś w Ogro­dzie Boga, zasmakowałeś Jego bezwarunkowej miłości i oglądałeś wiele razy Jego Syna, wciąż rozumiesz tylko część nauki Boga i do tego po­wierzchownie."

Wiedziałem, że jest to prawda i pocieszają­ce było to usłyszeć. „Źle osądzałem ludzi w wielu sytuacjach. Mądrość nieraz ocaliła mi ży­cie, lecz Jej głos we mnie jest wciąż bardzo ci­chy, a_k£zyk_rnoich myśli i uczuć_vyciążjest za głośny. O wiele wyraźniej słyszę Mądrość", gdy mówi przez ciebie, niż kiedy mówi w moim ser­cu, dlatego też wiem, że muszę się trzymać bli­sko ciebie."

„Jesteśmy tutaj, bo nas potrzebujecie" - od­powiedział orzeł. „Jesteśmy tutaj również dla­tego, że my potrzebujemy was. Ty otrzymałeś dary, których ja nie mam, a ja otrzymałem dary, których ty nie masz. Doświadczyłeś rzeczy, których ja nie doświadczyłem, ja zaś doświad­czyłem rzeczy których ty jeszcze nie znasz. Orły dane wam zostały aż do końca, a wy zostaliście dani nam. Ja będę blisko ciebie przez pewien czas, a potem musisz przyjąć inne orły. Wszy­stkim nam powierzone zostały sekrety Pana, a nie każdemu z osobna."

DRZWI PRAWDY

Po tych słowach orzeł poderwał się ze skały, na któnej siedział i poszybował aż do krawędzi poziomu, na którym staliśmy. „Chodź tutaj!" powiedział. Kiedy podszedłem do niego, zoba­czyłem schody prowadzące w dół do samej pod­stawy góry. Były tam małe drzwi.

„Dlaczego ich wcześniej nie widziałem?'-' -spytałem.

„Kiedy po raz pierwszy przyszedłeś do tej góry, nie zatrzymałeś się na tym poziomie na tyle długo, by się rozejrzeć" - odpowiedział.

„Skąd o tym wiesz? Czy byłeś tu wtedy, kie­dy po raz pierwszy przyszedłem do tej góry?"

„Wiedziałbym o tym nawet wtedy, gdybym tu nie był, ponieważ wszyscy, którzy omijają te drzwi, robią to z tego samego powodu. W rze­czywistości jednak byłem tutaj" - odpowiedział. „Byłem jednym z tych żołnierzy, których tak szybko mijałeś idąc pod górę." Wtedy to właśnie rozpoznałem w tym orle człowieka, którego spotkałem po moim nawróceniu. Człowieka, z którym zamieniłem właściwie kilka zdań. Orzeł kon­tynuował: „Bardzo wtedy chcia­łem iść za tobą. Byłem na tym po­ziomie już tak długo, że potrzebowałem zmia­ny. Nie mogłem jednak tak po prostu zostawić wszystkich tych zgubionych dusz, które wciąż próbowałem tu doprowadzić. Kiedy w końcu oddałem siebie Panu, by pełnić Jego wolę, nie­zależnie od tego czy będę miał iść, czy zostać. Mądrość przystąpiła do mnie i pokazała mi te drzwi. Powiedziała mi, że jest to krótsza droga do szczytu. W ten właśnie sposób dotarłem do szczytu przed tobą i zostałem zmieniony w orła."

Następnie przypomniałem sobie, że na kilku poziomach widziałem już takie drzwi. Pamię­tam też, jak byłem zdziwiony, kiedy zerknąłem do środka. Nie odważyłem się wejść głębiej w żadne z nich, ponieważ byłem skoncentrowany na bitwie i próbowałem dostać się na górę. „Czy mogłem wejść w jedne z nich i iść prosto na szczyt?" - spytałem.

„Nie jest to takie proste" - odpowiedział orzeł nieco poirytowany. „Za każdymi drzwiami są różne drogi, z których tylko jedna prowadzi do szczytu." Oczywiście znając moje następne py­tanie mówił dalej. „Inne prowadzą do następ­nych poziomów góry. Ojciec tak je zaplanował, aby każdy wybrał tę drogę, która doprowadzi go do poziomu potrzebnej mu dojrzałości."

„Niesamowite jak On to zrobił?" - pomyśla­łem, lecz orzeł usłyszał moje myśli.

„To było bardzo proste - kontynuował orzeł, jak gdybym myślał na głos - dpirzałpśćjducho-wa jest zawsze uwarunkowana chęcią poświę­cenia swoich własnych pragnień dla dobra Królestwa i przez miłość do innych."

Nie zważałem na to wszystko, co mówił. W pewnym sensie wiedziałem, że muszę wejść w te drzwi, które znajdowały się przede mną i że najlepiej będzie uczyć się tego wszystkiego od kogoś, kto był przede mną i oczywiście wybrał właściwą drogę do szczytu.

„Nie poszedłem wpost do szczytu, ani też nie spotkałem nikogo, kto by to uczynił" - powie­dział orzeł. „Ale doszedłem tam o wiele szyb­ciej niż większość, ponieważ nauczyłem się



dużpj) poświęcaniu samego siebie wtedy, kie­dy walczyłem tutaj, na poziomie "Zbawienia". Pokazałem ci te drzwi, ponieważ masz na sobie płaszcz i tak czy inaczej byś je znalazł, jednak jest mało czasu i jestem tu, aby pomóc ci doj­rzeć szybko. Na każdym poziomie są drzwi i każdejjrpwadządo skarbów, które przewyższają twoje zrozumienie. Nie mogą być one osiągnię­te fizycznie, ale każdy skarb, który będziesz trzy­mał w ręce, będziesz mógł nieść w swoim ser­cu. Twoje serce jest skarbnicą Boga. Do czasu, kiedy ponownie osiągniesz szczyt, twoje serce zawierać będzie skarby cenniejsze niż wszyst­kie skarby na świecie. Nie będą ci one nigdy odebrane, są twoje na wieki, ponieważ ty nale­żysz do Boga. Ruszaj. Sztormowe chmury już się gromadzą i wielka bitwa jest blisko."

„Czy pójdziesz ze mną?" - prosiłem.

„Nie" - odpowiedzał. „Moje miejsce jest te­raz tutaj. Mam dużo do zrobienia, muszę po­móc tym, którzy są zranieni. Ale zobaczymy się tutaj znowu. Spotkasz wielu moich braci i sióstr orłów zanim powrócisz. Oni będą w stanie po­móc ci lepiej niż ja tam, gdzie ich spotkasz."

SKARBY NIEBA

Pokochałem orła tak bardzo, że trudno mi było znieść to, że muszę go opuścić. Cieszyłem się na myśl, że znowu go zobaczę. Teraz jednak drzwi przyciągały mnie jak magnes. Otworzy­łem je i wszedłem. Chwała, którą zobaczyłem była tak uderzająca, że natychmiast padłem na kolana. Złoto, srebro i cenne kamienie były da­leko piękniejsze od tego wszystkiego, co kie­dykolwiek widziałem na ziemi. Sala, w której byłem zdawała się nie mieć końca. Podłoga była ze srebra, filary ze złota, sufit zaś wysadzany czystymi diamentami, połyskującymi wszelki­mi kolorami, jakie znałem, a nawet takimi, których nigdy nie widziałem. Wszędzie byli nie­zliczeni aniołowie, odziani w różne stroje, odmienne od wszelkich ludzkich wzorów.

Kiedy przechodziłem przez salę, aniołowie oddawali mi pokłon. Jeden z nich podszedł do mnie i przywitał mnie po imieniu. Wyjaśnił mi, że mogę iść wszędzie i oglądać wszystko, co chcę w tym pomieszczeniu. Nie było nic ukry­tego dla tych, którzy przeszli przez te drzwi.

Zaniemówiłem na widok całego otaczające­go mnie piękna. W końcu stwierdziłem, że jest tu nawet piękniej niż w Ogrodzie, w którym by­łem. Ku memu zdziwieniu anioł odpowiedział: „To jest Ogród! To jest jeden z pokojów w domu Twojego Ojca. My jesteśmy twoimi sługami."

Kiedy spacerowałem, wielki oddział szedł za mną. Odwróciłem się i spytałem ich przywód­cę, dlaczego idą za mną. „Z powodu płaszcza -odpowiedział - Jesteśmy tutaj, aby służyć cilfir raz w bitwie, która jest przed tobą."

Nie wiedziałem co mam z nimi robić, więc po prostu szedłem dalej. Przyciągnięty zosta­łem do wielkiego, niebieskiego kamienia, który wyglądał jakby zawierał w sobie słeńce i chmu­ry-

Kiedy go dotknąłem, wypełniło mnie to samo odczucie, jakie miałem wtedy, kiedy zjadłem owoc z Drzewa Życia. Poczułem wzrastającą we mnie energię, wielką jasność umysłu i mi­łość do wszystkiego i wszystkich. Zacząłem przyjmować chwałę Pana. Im dłużej dotykałem kamienia, tym bardziej chwała wzrastała. Nie chciałem zdejmować moich rąk z kamienia, jed­nak chwała stała się tak intensywna, że musia­łem się odwrócić.

Wtedy mój wzrok padł na przepiękny zielo­ny kamień. „A co ten kamień ma w sobie?" -spytałem anioła stojącego obok.

"Wszystkie te kamienie to skarby zbawienia. Dotykasz teraz niebiańskiej rzeczywistości, a ten kamień to "odbudowanie życia"" - powie­dział.

Kiedy dotknąłem zielonego kamienia zaczą­łem widzieć ziemię w pełnym bogactwie kolo­rów. Kolorów przybywało im dłużej trzymałem ręce na kamieniu. Rosła też moja miłość do wszystkiego tego co widziałem. Zacząłem tak­że dostrzegać harmonię pomiędzy wszystkimi żyjącymi istotami w takim stopniu, w jakim nig­dy wcześniej tego nie doświadczałem. Zobaczy­łem chwałę Pana w Jego stworzeniu. Narastało to aż do momentu, kiedy się ponownie odwróci­łem.



Wtedy właśnie uświadomiłem sobie, że zu­pełnie nie mam poczucia czasu i nie wiem jak długo tam jestem. Wiedziałem jednak ,że moje pojęcie Bożego wszechświata znacznie wzro­sło przez dotknięcie tych dwóch kamieni, a było ich tam dużo, dużo więcej. W tym jednym po­koju było więcej niż można było ogarnąć przez całe swoje życie.

„Ile jest jeszcze takich pokoi jak ten?" - spy­tałem anioła.

„Na każdym poziomie tej góry znajdują się takie pokoje jak ten."

„Jak można doświadczyć wszystkiego co jest w tym jednym pokoju, a tym bardziej we wszy­stkich?" - spytałem.

„Zawsze musisz to robić. Skarbów zawar-tych w podstawowych prawdach o Jezusie jest tyle, że starczyłoby na wiele więcej niż jedno życie. Nikt z ludzi nie może poznać o nich wszy­stkiego w swoim całym życiu, musisz jednak wziąć to, co ci jest teraz potrzebne i iść dalej w stronę swojego przeznaczenia."

Zacząłem myśleć o wiszącej nad głową bi­twie i o wojownikach wziętych do niewoli. Nie była to miła myśl w tak chwalebnym miejscu, lecz wiedziałem, że będę zawsze musiał wra­cać do tego pokoju i że teraz mam niewiele czasu na to, aby odnaleźć drogę na szczyt, a potem ponownie wrócić do walki.

Zwróciłem się do anioła: „Musisz pomóc mi znaleźć drzwi prowadzące do szczytu."

Anioł spojrzał na mnie zmieszany. „My je­steśmy twoimi sługami, ale ty musisz nas pro­wadzić. Cała góra jest dla nas tajemnicą. Wszy­scy pragniemy zgłębić tę tajemnice, ale jak tyl­ko opuścimy ten pokój, będziemy uczyć się wię­cej niż ty."

„Czy wiecie gdzie są wszystkie drzwi?" -spytałem.

„Tak. Ale nie wiemy, gdzie one prowadzą. Są takie, które wyglądają bardzo zachęcająco, niektóre są zwyczajne, a niektóre wręcz odpy­chające. Jedne są nawet straszne."

„W tym miejscu są drzwi, które są odpycha­jące?" - spytałem z niedowierzaniem. „Są drzwi, które są straszne? Jak to możliwe?"

„Nie wiemy, ale mogę ci je pokazać."

„Pokaż, proszę" - prosiłem.

Przechodziliśmy obok skarbów nie do opi­sania, z których wszystkie tak mnie pociągały,

że z trudem opierałem się chęci, aby je dotknąć. Było tam także wiele drzwi. Na każdych wpi­sana była prawda biblijna. Kiedy anioł nazwał je "zachęcającymi" czułem jakby słowo to nie oddawało w pełni ich charakteru. Bardzo chcia­łem wejść w każde z nich, lecz moja ciekawość odnośnie "strasznych drzwi" pchała mnie do przodu. W końcu zobaczyłem je. "Straszne" to było mało powiedziane. Ogarnął mnie taki strach, że aż mi dech zaparło.

ŁASKA l PRAWDA

Odwróciłem się do drzwi i szybko wycofałem. W pobliżu był piękny, czerwony kamień, do którego niemalże przylgnąłem. Kiedy położy­łem na nim .ęce, natychmiast znalazłem się w Ogrodzie Getsemane i zobaczyłem Pana w cza­sie modlitwy. Widok ten był jeszcze straszniej-szy od drzwi, które widziałem wcze­śniej. Przerażony oderwałem ręce od kamienia i wyczerpany upadłem na podłogę. Bardzo chciałem wrócić do niebieskiego lub zielonego kamienia, musiałem jednak na nowo zebrać swo­je siły i odzyskać orientację. Aniołowie szybko otoczyli mnie usługując mi. Otrzymałem napój, który mnie ożywił. Wrotce czułem się wystarczająco do­brze, aby powstać i wrócić do innych kamieni. Mimo to powracająca wciąż wizja Pana pogrążonego w modlitwie zmusiła mnie do tego, abym się zatrzy­mał.

„Co to było?" - zapytałem.

„Kiedy dotykasz kamieni jesteśmy w stanie zobaczyć część tego, co ty wi­dzisz i odczuwać w części to, co ty czu­jesz" - powiedział anioł. „Wiemy, że wszystkie te kamienie są wielkimi skar­bami i że objawienia, które w sobie mają są bezcenne. Przez moment oglą-dliśmy Pana w agonii, przed Jego ukrzyżowaniem i przez chwilę czuliśmy to, co On czuł tej straszliwej nocy. Trudno jest nam zrozumieć, jak nasz Bóg mógł tak cierpieć. Jego cierpienie sprawia, że jeszcze bardziej docenia­my to, jakim zaszczytem jest służyć wam, dla których On umarł."



Słowa anioła były jak świetliste pioruny tra­fiające w moją duszę. Walczyłem w wielkiej bitwie. Wspinałem się na szczyt góry. Cała ta rzeczywistość duchowa stała mi się tak znajo­ma, że prawie już nie zauważałem aniołów i prawie na równi mogłem rozmawiać z wielki­mi orłami, mimio to wciąż nie mogłem dzielić choćby przez moment cierpień mojego Króla bez chęci ucieczki do przyjemniejszych do­świadczeń. „Nie powinienem być tutaj" - pra­wie wykrzyknąłem. „Ja sam bardziej niż kto­kolwiek inny zasługuję na to, by być więźniem złego!"

"Panie" - powiedział niśmiało anioł „Wszy­scy rozumiemy to, że nikt z nas nie jest tutaj dlatego, bo na to zasługuje. Jesteś tutaj, bo zo­stałeś wybrany przed założeniem świata. Nie wiemy jaki jest twój cel, ale wiemy, że jest on wielki dla każdego, kto jest na tej górze."

„Dziękuję ci. Jesteś bardzo pomocny. Będąc tutaj moje emocje zostały bardzo rozciągnięte i za­nosiło się na to, że prze­krzyczą mój umysł. Masz rację. Nikt nie jest tutaj, bo na to zasługuje. Na­prawdę im wyżej się wspi­namy, tym bardziej czuje­my się niegodni, aby tam być i tym więcej łaski po­trzebujemy, by tam zo­stać. Jakim sposobem ja się tam w ogóle dostałem po raz pierwszy?"

„Łaska" - odpowie­dział anioł.

Jeżeli chcesz mi po­móc - powiedziałem - to proszę cię powtarzaj mi to słowo za każdym razem ciedy zobaczysz mnie w zagubieniu lub depresji. To słowo zaczynam rozu­mieć bardziej niż wszyst-de inne i zawsze przyno­si ono światło do mojej duszy. Teraz muszę wrócić do czerwonego ka­mienia. Wiem, że jest to największy skarb w tym pomieszczeniu i nie mogę wyjść stąd dopóki nie poniosę tego skar­bu w moim sercu." Mimo to wiedziałem, że jest to prawda.

RZECZYWISTOŚĆ ŁASKI

Czas, który spędziłem przy czerwonym kamie­niu był najbardziej bolesnym doświadczeniem, jakie kiedykolwiek przeżywałem. Wiele razy po prostu nie mogłem wytrzymać i musiałem wy­cofać ręce. Kilkakrotnie wracałem do niebieskie­go lub zielonego kamienia, by odnowić moją duszę przed ponownym podejściem. Niesamo­wicie trudne było powracanie do niebieskiego kamienia, ale za każdym razem moja miłość i uznanie wobec Pana wzrastało przez to bardziej niż przez cokolwiek innego, czego doświadczy­łem lub kiedykolwiek się uczyłem.

W końcu, kiedy obecność Ojca oddzieliła mnie od Jezusa na krzyżu, nie mogłem już tego znieść. Zrezygnowałem. Widziałem, że anioło­wie, którzy byli ze mną, w pełni zgodzili się z tym. Nie było już we mnie tak mocnej woli, aby ponownie wrócić do kamienia. Nie czułem na­wet potrzeby, aby wracać do niebieskiego ka­mienia. Zwyczajnie położyłem się na podłodze i szlochałem nad tym, co Pan przeszedł. Płaka­łem dlatego, że wiedziałem, iż opuściłem Go tak, jak Jego uczniwie. Zawiodłem Go, tak jak oni wtedy kiedy najbardziej ich potrzebował.

Po tej chwili, która zdawała się trwać kilka dni, otworzyłem oczy i zobaczyłem innego orła stojcego obok mnie. Przed nim znajdowały się i trzy kamienie: niebieski, zielony i czerwony.

„Zjedz je" - powiedział.

Kiedy zjadłem, cała moja istota została od­nowiona i zarówno wielka radość, jak i trzeźwość przepłynęły przez moją duszę. Kiedy powstałem zauważyłem, że te same trzy kamienie znajdują się w rękojeści mojego miecza, a także na obu moich ramionach.

„Teraz są one twoje na zawsze" - powiedział orzeł. „I nie mogą ci być zabrane i nie możesz ich stracić."

„Ale nie skończyłem jeszcze przy tym ostat­nim" - powiedziałem.

„Chrystus sam dokończy tą próbę" - odpo-wiedzał. „Spisałeś się dobrze, ale teraz musisz iść dalej."



„Gdzie?" - spytałem.

„Sam musisz zdecydować. Ale biorąc pod uwagę, że masz mało czasu, proponuję ci abyś jak najszybciej próbował dostać się na górę" -odpowiedział orzeł.

Wtedy przypomniałem sobie o drzwiach. Za­cząłem iść w kierunku tych, które tak mnie wcze­śniej przyciągały. Kiedy doszedłem do pierw­szych nie było już we mnie tego uczucia co po­przednio. Przy następnych było to samo.

„Coś się zmieniło" - powiedziałem na głos.

„Ty się zmieniłeś" - odpowiedział cały zastęp aniołów zgodnym chórem.

Obejrzałem się i spojrzałem na nich. Zdzi­wiony byłem zmianą jaką w nich zobaczyłem. Nie wyglądali już tak niewinnie jak wcześniej. Teraz sprawiali wrażenie mądrzejszych i bardziej dostojnych niż wszystkie inne anioły, które wcze­śniej widziałem. Wiedziałem, że w nich odzwier­ciedlona jest ta zmiana, która zaszła we mnie, nie chciałem już jednak myśleć o sobie.

„Proszę cię o radę" - powiedziałem do dowód­cy.

„Słuchaj swojego serca - odparł. - Tam teraz mieszkająte wielkie prawdy."

„Nigdy nie byłem w stanie zaufać swojemu własnemu sercu - powiedziałem. - Jest skłonne do oszustwa, zwodzenia i własnych ambicji, przez ten hałas trudno nawet usłyszeć Pana kie­dy mówi do mnie."

„Panie, mając czerwony kamień w swoim ser­cu nie sądzę abyś w ogóle miał jeszcze ten pro­blem" - rzekł dowódca z nieukrywaną pewno­ścią.

Przylgnąłem do ściany myśląc o tym, że orzeł zostawił mnie w chwili kiedy go najbardziej po­trzebuję. Przeszedł tę drogę wcześniej i wiedział, które drzwi wybrać. Wiedziałem jednak, że po­winienem wybrać sam.

Kiedy tak rozważałem zauwżyłem, że "stra­szne drzwi" są jedynymi, które przychodzą mi do głowy. Z ciekawości zdecydowałem wrócić tam i zajrzeć do środka. Poprzednim razem wy­cofałem się od nich tak szybko, że nie zauważy­łem nawet jaką prawdę reprezentują.

Kiedy podszedłem do nich, poczułem lęk przepływający w moim wnętrzu, lecz nie było to tak straszne jak przedtem. W przeciwieństwie do innych, wokół tych drzwi było bardzo ciemno i musiałem podejść naprawdę bardzo blisko, aby móc przeczytać zapisaną na nich prawdę. Lekko zdziwiony przeczytałem:

SĘDZIOWSKI TRON CHRYSTUSA

„Dlaczego ta prawda jest taka straszna?" - spy­tałem na głos wiedząc, że aniołowie mi nie od­powiedzą. Patrząc na nie wiedziałem, że wła­śnie tymi drzwiami mam iść dalej.

„Jest wiele powodów, dla których te drzwi są takie straszne" - odpowiedział znajomy mi głos orła. „Bardzo się cieszę, że wróciłeś" - od­powiedziałem. „Czy dokonałem złego wyboru?"

„Nie! Dobrze wybrałeś. Te drzwi doprowa­dzą cię do szczytu góry szybciej niż jakiekol­wiek inne. Są straszne, ponieważ największy lęk w stworzeniu ma swoje źródło za tymi drzwia­mi - święta bojaźń Boga. Największa mądrość, jaką człowiek może posiąść w tym lub nadcho­dzącym życiu znajduje się za tymi drzwiami, lecz niewielu przez nie przejdzie."

„Ale dlaczego te drzwi są takie ciemne?" -spytałem.

„Światło wokół tamtych drzwi odzwiercie­dla uwagę jaką poświęca dzisiaj Kościół praw­dom znajdującym się za nimi. Prawda znajdu­jąca się za tymi drzwiami jest jedną z najbar­dziej lekceważonych w tym czasie, ale jest też jedną z najważniejszych. Zrozumiesz to kiedy tam wejdziesz. Największy autorytet jaki czło-



wiek może otrzymać będzie powierzony tylko tym, którzy wejdą tymi drzwiami. Kiedy ujrzysz Chrystusa siedzącego na tronie też będziesz przygotowany, by usiąść obok Niego" - odparł.

„Tak więc te drzwi nie były ciemne, gdyby­śmy poświęcali więcej uwagi tej prawdzie?" -spytałem.

„Dokładnie tak. Gdyby człowiek znał chwa­łę, która objawia się za tymi drzwiami, byłyby one najwspanialsze ze wszystkich - powiedział orzeł. Jednakże wciąż są to najtrudniejsze do przejścia drzwi. Dostałem polecenie, aby wrócić i zachęcić cię, bo będziesz tego wkrótce potrze­bował. Ujrzysz największą chwałę, ale także naj­większą grozę. Wiedz jednak, że ponieważ wy­brałeś trudną drogę teraz, potem będzie ci ła­twiej. Ponieważ jesteś chętny, aby poznać tę trudną prawdę teraz, nie będziesz cierpiał później. Wielu uwielbia poznawać Jego łagod­ność, lecz niewielu pragnie poznawać Jego su­rowość. Dopóki nie znasz obu zawsze jesteś w niebezpieczeństwie tego, że będziesz zwiedzo-ny i odpadniesz od Jego łaski."

„Wiem, że nigdy bym tu nie przyszedł, gdy­bym nie spędził czasu przy czerwonym kamie-nu. Jak mógłbym wciąż obierać łatwą drogę, kie­dy jest to tak sprzeczne z naturą Pana?"

„Teraz jednak wybrałeś dobrze, więc szyb­ko idź dalej. Następna wielka bitwa ma się roz-począć i będziesz potrzebny na froncie."__

 

 

 

 

Część III

Po raz ostatni rozejrzałem się po wielkim pokoju znajdującym się wewnątrz góry. Tam właśnie były trzymane skarby prawd o Zbawieniu. Wydawało się jakby pokój ten w swojej przestrzeni i pięknie nie miał końca. Nie mogłem sobie wyobrazić, że pokoje, które zawierały inne prawdy wiary mo­gły być bardziej wspaniałe. To pomogło mi uświa­domić sobie dlaczego tak wielu chrześcijan nie chce nigdy opuścić tego miejsca. Ogromne klej­noty reprezentujące różne aspekty zbawienia, emenowały chwałą przewyższającą wszelkie ziemskie pojęcie piękna. Było to wspaniałe i nie do opisania. Wiedziałem, że mógłbym tam zostać na wieczność i nigdy się nie znudzić.

Orzeł stojący obok mnie prawie wykrzyknął: „Musisz iść dalej!" Potem już bardziej łagodnie powiedział: „Nie ma większgo pokoju i bezpie­czeństwa nad to, gdy się mieszka w Bożym Zba­wieniu. Zostałeś tu przyprowadzony, abyś o tym wiedział, bo tam, gdzie idziesz będziesz tego po­trzebował. Nie możesz jednak zostać tu dłużej."

„Bóg ma inną definicję pokoju i bezpieczeń­stwa niż my mamy. Być rannym w walce jest wiel­kim honorem. Dlatego właśnie apostoł Paweł cheł­pił się z tego, że był bity i kamieniowany. Nie ma odwagi dopóki nie ma prawdziwego niebezpieT-. czeństwa. Pan powiedział do Jozuego, że pójdzie z nim walczyć o ziemię Obiecaną, lecz ciągle po­wtarzał i napominał go, aby był mężny i mocny, ponieważ miał walczyć, a to wiązało się z nie­bezpieczeństwem. W ten sposób Pan próbuje tych, ^którzy godni są Obietnic, kochają Boga i Jego za­opatrzenie bardziej niż swoje własne bezpieczeń-



Stwo./Odwag5ijest demonstracją prawdziwej wia­ry. Pan nigdy nie obiecał, że Jego droga będzie łatwa, lecz że będzie tego warta. Odwaga tych, którzy walczyli na poziomie sprawiła, że anioło­wie w uznaniu patrzyli na to, co Bóg zaplanował dla upadłej ludzkości. Otrzymali swoje rany w po­tężnym ataku, lecz nie rezygnowali i nie wycofali się. Pomimo, tego, wspinając się pod górę byłeś w stanie walczyć w autorytecie, który uwalniał wię­cej dusz. Dużo więcej dusz wypełni to miejsce, ku wielkiej radości nieba, jeżeli pójdziesz dalej." Odwróciłem się i spojrzałem na ciemne i od­pychające drzwi, na których napisane było: Sę­dziowski Tron Chrystusa. Tak jak ciepło i pokój wypełniały moją duszę za każdym razem, kiedy patrzyłem na piękne skarby zbawienia, lęk i po­czucie brzaku bezpieczeństwa ogarnęły moją du­szę, kiedy spojrzałem na te drzwi. Wszystko we mnie chciało zostać w tym pokoju i nic nie chcia­ło przekroczyć tych drzwi. Znowu orzeł odpowie­dział na moje myśli: „Zanim przekroczysz te drzwi do jakiejkolwiek z wielkich prawd, będziesz miał podobne odczucia. Czułeś się tak nawet wtedy, kiedy wkraczałeś do tego pokoju ze skarbami Zba­wienia. Te obawy są rezultatem upadku. Są one owocem z Drzew Poznania Dobra i Zła. Pozna­nie z tego Drzewa sprawiło, że^czujemy się za­grożeni i skupieni na sobie. Poznanie Dobra i Zła sprawia, że prawdziwe poznanie Boga napawa lę­kiem, kiedy w istocie każda sprawa z góry pro­wadzi do większego pokoju i bezpieczeństwa. NaweJ^sjjdy Boga jjowinny być pożądane, ponie­waż wszystkie Jego drogi są doskonałe. przystojny niż inni, których znałem na ziemi. Przystąpił do mnie z pewnością i godnością ja­kiej nigdy wcześniej w nim nie widziałem, ani w nikim innym.

„Niebo jest czymś znacznie piękniejszym niż to, o czym mogliśmy marzyć będąc na ziemi." -rozpoczął. „Ten pokój jest tylko przedsionkiem rzeczywistości chwały, która daleko przekracza nasze możliwości pojmowania. Prawdąjest rów­nież to, że druga śmierć jest stra­szniejsza niż są­dziliśmy. Ani nie­bo, ani piekło nie są takie, jakie my­śleliśmy, że są. Gdybym wiedział na ziemi to, co wiedziałem tutaj, nie żyłbym w spo­sób, w jaki żyłem. Bóg obdarzył cię wielką łaską, jeśli _________ przyszedłeś tutaj zanim umarłeś" - powiedział pa­trząc na moje ubranie.

Spojrzałem na siebie. Wciąż miałem na sobie stary płaszcz pokory, a pod nim zbroję. Czułem się brudny i nieokrzesany stojąc przed tymi, którzy byli tak dostojni i piękni. Pomyślałem, że będę w poważnych tarapatach, jeżeli pokażę się tak przed Panem. Podobnie jak orzeł, mój znajomy mógł zrozumieć moje myśli i odpowiedział na nie:

„Ci, którzy przyszli tutaj mając na sobie ten płaszcz, nie muszą się bać niczego. Ten płaszcz jest oznaką najwyższej rangi, zaszczytem, dlate­go też wszyscy kłaniają się tobie, kiedy przecho­dzisz."

„Nie jest to niewłaściwe" - kontynuował. „Tu­taj okazujemy sobie wzajemnie należny szacunek. Nawet aniołowie nam tu służą, ale tylko nasz Bóg i Jego Chrystus są uwielbieni."

Wciąż byłem zawstydzony. Musiałem się po­wstrzymać, aby nie kłaniać się tym wspaniałym, a jednocześnie, w tym samym czasie chciałem schować się z powodu mojego wyglądu. Potem zacząłem rozpaczać, że moje myśli były tak samo głupie tutaj, jak na ziemi i że każdy je tutaj zna! Ponownie mój znajomy odezwał się:

„Mamy teraz niezniszczalne ciała, a ty nie. Je­steśmy w stanie rozumieć o wiele więcej niż naj­lepszy ziemski umysł może zgłębić. Jesteśmy już wolni od myśli zaprzątniętych grzechem. Całą



wieczność spędzać będziemy na pomnażaniu zdolności rozumienia. Na ziemi nie możesz zro­zumieć tego, co tutaj rozumiejąnajmniejsi, a my do nich należymy."

„Jak możecie być najmniejsi?" - zapytałem z niedowierzaniem. „Jest tutaj arystokracja. Nagro­dą za nasze ziemskie życie jest pozycja, jaką mamy tutaj. Ten wielki tłum, to są ci, których Pan nazwał "głupimi pannami". Znaleźliśmy Pana i ufaliśmy w Jego Krzyż dla uwolnienia od potępienia, ale tak naprawdę niejy-liśmy dla Niego, lecz dla siebie. Nie trzymaliśmy naszych lamp wypełnio­nych oliwą Ducha Świętego. Mamy ży­cie wieczne, lecz zmarnowaliśmy na­sze życie na ziemi."

Byłem naprawdę zdziwiony tym, co usłyszałem, lecz wiedziałem, że nikt :utaj nie może kłamać.

"Głupie panny" zgrzytały zębami w ciemności - protestowałem.

„My także. Smutek, jakiego do­świadczyliśmy, kiedy okazało się, jak

bardzo zmarnowaliśmy nasze życie, przewyższał wszelki możliwy smutek na ziemi. Ta ciemność i ten smutek mogą być zrozumiane tylko przez tych, którzy tego doświadczyli. Oczywiście ciemność ta jest spotęgowana, kiedy objawiona jest w obli­czu chwały Tego, którego my zawiedliśmy. Sto­isz teraz pośród najniższych rangą w niebie. Nie ma większego głupca nad tego, który zna wspa­niałe zbawienie Boże, a potem idzie i żyje po swo­jemu. Przyjść tutaj i zostawić tę szaleńczą rze­czywistość jest cierpieniem przekraczającym wszystko, czego dusza ziemska może doświad­czyć. My jesteśmy tymi, którzy przecierpieli tę ciemność zewnętrzną z powodu tych najwięk­szych głupstw."

Byłem wciąż nieufny. „Przecież ty jesteś bar­dziej pełen chwały, radosny i pełen pokoju niż to mogłem sobie wyobrazić, nawet względem tych w niebie. Nie czuję w tobie żadnego wyrzutu su­mienia, a wciąż wiem, że nie możesz kłamać. Nie ma to dla mnie sensu."

Patrząc mi prosto w oczy kontynuował: „Tak­że nas Pan kocha miłością większą niż możesz sobie wyobrazić. Przed Jego Sędziowskim Tro­nem posmakowałem największej ciemności w duszy i żalu, jakich tylko można doświadczyć. Chociaż tutaj nie mierzymy czasu tak jak, wy to robicie, zdawało mi się, że trwało to tak długo, jak całe moje życie. Wszystkie moje grzechy,

wybryki, których nie odpokutowałem, przesunę­ły się przed wszystkimi, którzy sątutaj. Żalu tego nie zrozumiesz, dopóki nie doświadczysz tego sam. Ja to czułem. Byłem w największej ciemno­ści piekła, nawet wtedy, kiedy stałem przed Pa­nem. On trwał niewzruszony dopóki całe moje życie nie zostało wyświetlone przede mną. Kiedy wyraziłem skruchę, powiedziałem „przepraszam" i poprosiłem o Miłosierdzie Jego Krzyża. On otarł łzy z moich oczu i odsunął ciemność. Spojrzał na mnie z miłością, przewyższającą wszystko. Dał mi ten płaszcz i nie odczuwałem już dłużej ciem­ności czy goryczy, których zaznałem stojąc przed Nim, aleje pamiętam. Tylko tutaj możesz pamię­tać takie rzeczy bez ciągłego uczucia bólu. Chwila na najniższym poziomie nieba jest o wiele lepsza niż tysiące lat życia na ziemi. Teraz moja roz­pacz nad głupstwami, które uczyniłem została przemieniona w radość. Wiem, że będę się rado­wał na zawsze, nawet będąc na najniższym po­ziomie w niebie."

Znowu zacząłem myśleć o skarbach Zbawie­nia. W pewnym sensie wiedziałem, że wszystko to, co ten człowiek mówił zostało w nich obja­wione. Za każdym krokiem pod górę, lub we­wnątrz niej, Jego drogi stawały się bardziej bu­dzące strach, a jednocześnie bardziej wspaniałe od tych, które znałem wcześniej.

Patrząc na mnie uważnie mój znajomy powie­dział: „Niejesteś tu po to, aby zrozumieć, lecz po to, aby doświadczyć. Następny rangą poziom jest wielokrotnie wspanialszy niż ten tutaj. Każdy na­stępny poziom jest bardziej niesamowity od po­przedniego. Jest tak dlatego, że każdy następny poziom jest bliżej tronu, skąd cała chwała pocho­dzi. Mimo tego nie czuję już smutku z powodu moich błędów. Tak naprawdę na nic nie zasługu­ję. Jestem tutaj tylko przez łaskę i jestem wdzięcz­ny za to, co mam. Naprawdę On jest godzien, aby Go kochać. Mógłbym teraz robić wiele cudow­nych, godnych podziwu rzeczy w różnych sferach nieba, ale wolę zostać tutaj i oglądać Jego chwałę nawet jeżeli stoję na końcu."

Potem spoglądając w dal dodał: „Wszyscy w niebie są teraz w tej sali, by oglądać, jak Jego wiel­kie tajemnice są odsłaniane i obserwować tych z was, którzy walczyć będą w ostatniej bitwie."'

„Czy możesz Go widzieć stąd?" - spytałem. „Ja widzę Jego chwałę w oddali, ale Jego nie mogę zobaczyć."

„Widzę znacznie lepiej od ciebie" - odpowie­dział. „Tak, widzę Go i wszystko co robi, nawet



stąd. Mogę Go słyszeć. Mogę też oglądać ziemię. On dał nam tę moc. Jesteśmy wielkim obłokiem świadków, którzy was oglądają."

Odszedł do szeregu, a ja idąc dalej próbowa­łem zrozumieć to wszystko, co do mnie powie­dział. Gdy spojrzałem na ten wielki zastęp, o którym wspomniał, że byli "głupimi pannami", które przespały swoje ziemskie życie, wiedzia­łem, że gdyby ktoś z nich pojawił się teraz na zie­mi byłby wielbiony jak Bóg, a wciąż byli najmniej­szymi z tych, którzy tu byli!

Zacząłem się zastanawiać nad wszystkimi chwilami w moim życiu, które zmarnowałem. Byłem tym tak przygnębiony, że przestałem o tym myśleć. Następne fragmenty z mojego życia za­częły przebiegać przed moimi oczami. Zacząłem odczuwać okropny żal z powodu pewnego grze­chu! Byłem także jednym z największych głup­ców. Może trzymałem więcej oliwy w swojej lam­pie, lecz teraz wiedziałem, jak nierozumny by­łem porównując siebie do innych w tym, co robię i co jest ode mnie wymagane. Ja też byłem jed­nym z tych głupich świętych!

W momencie kiedy myślałem, że upadnę pod ciężarem tego straszliwego odkrycia, podszedł do mnie człowiek. Rozpoznałem w nim tego, które-, go ceniłem jako jednego z mężów Bożych. W ja­kiś sposób jego dotyk ożywił mnie. Przywitał mnie ciepło. Kiedyś chciałem zostać jego uczniem. Spo­tkałem go kiedyś osobiście, ale nie przypadliśmy sobie do gustu. Jak wielu innych tak i ja, próbo­wałem zbliżyć się do niego na tyle, aby móc się od niego uczyć. To go irytowało do tego stopnia, że w końcu poprosił mnie, abym odszedł. Przez lata czułem się winny odnośnie tej sytuacji. Po­mimo, że wyrzuciłem to ze swojego umysłu, wciąż nosiłem ciężar tego niepowodzenia. Kiedy go zo­baczyłem, wszystko wyszło na wierzch i niezdro­we uczucie powróciło do mnie. Teraz wyglądał on dostojniej, co sprawiało, że czułem się jeszcze bardziej zawstydzony moim ubogim wyglądem. Chciałem się ukryć, lecz nie było sposobu, abym mógł go uniknąć. Ku memu zdziwieniu jego cie­pły stosunek do mnie był tak szczery, że w ogóle nie byłem skrępowany. Czułem się tak, jakby nie było między nami żadnej bariery. W istocie wy­pływająca z niego miłość niemalże całkowicie usunęła moją nieśmiałość.

„Gorliwie czekałem na to spotkanie" - powie­dział.

„Czekałeś na mnie?" - spytałem. „Dlaczego?"

„Jesteś jednym z wielu, na których czekam. Aż

do moj'ego sądu nie rozumiałem, że byłeś jednym z tych, którym miałem pomóc, nawet uczyć, a ja cię odrzuciłem."

„Proszę pana" - zaprotestowałem. „Byłoby to dla mnie wielkim zaszczytem, gdybym mógł być pańskim uczniem. Jestem bardzo wdzięczny za ten czas, który spędziliśmy razem, jednak byłem tak arogancki, że zasłużyłem sobie na odrzuce­nie. Wiem, że moja buntowniczość i pycha za­wsze powstrzymywały mnie przed tym, abym miał prawdziwego duchowego ojca. To nie była pana wina, lecz moja."

„Prawdąjest, że byłeś pyszny, lecz nie dlate­go byłem na ciebie zły. Było to spowodowane bra­kiem bezpieczeństwa, stąd chciałem kontrolować każdego, kto był obok mnie. Przyjąłem postawę wrogą wobec ciebie, ponieważ nie chciałem byś zadawał mi pytania i bałem się, że nie przyjmiesz tego co mówię. Zaczynałem czuć, że jeżeli nie będę cię kontrolował pewnego dnia przeszkodzisz mi i mojej posłudze. Ceniłem moją posługę bar­dziej niż ludzi, których On mi powierzył, abym bezpiecznie doprowadził ich do dojrzałości. W większości przypadków zawaliłem. Wielu z nich doświadczyło wielkich zranień i zawodów, których przy mojej pomocy mogli uniknąć. Wie­lu z nich jest obecnie więźniami złego. Zbudo­wałem ogromną organizację i miałem znaczny wpływ w Kościele, lecz największy dar, jaki Bóg mi powierzył to byli ci, których posłał do mnie na uczniostwo, a z których wielu odrzuciłem. Gdy­bym nie był takim egoistą skoncentrowanym na swojej własnej racji, byłbym tutaj królem. Powo­łany byłem do jednego z największych tronów. Wszystko czego dokonałeś i dokonasz byłoby również na moim koncie w niebie. Zamiast tego większość rzeczy, którym poświęciłem moją uwa­gę miała niewielkie znaczenie w prawdziwej wieczności. To, co wygląda dobrze na ziemi, wy­gląda całkiem inaczej tutaj. To, co uczyni cię królem na ziemi, często będzie kamieniem pod-knięcia na drodze do tego, abyś stał się królem tutaj. To, co uczyni cię królem tutaj, jest poniża­ne i niedoceniane na ziemi. Czy przebaczysz mi?"

„Oczywiście" - opowiedziałem trochę zanie­pokojony. „Lecz ja także potrzebuję twojego prze­baczenia. Wciąż myślę, że to moje naprzykarza-nie i buntowniczość sprawiły ci te trudności."

„Prawda, że nie byłeś doskonały i że rozezna­łem właściwie niektóre twoje problemy. Nie jest to jednak powód do odrzucenia. Pan nie odrzucił świata, kiedy zobaczył jego wady. Nie odrzucił



mnie, kiedy zobaczył mój grzech. Oddał swoje życie za mnie. Zawsze ten największy musi od­dać swoje życie za najmniejszego. Ja byłem bar­dziej dojrzały. Miałem więcej autorytetu niż ty, ale stałem się jak jedna z kóz w przypowieści. Odrzuciłem Pana przez to, że odrzuciłem innych, których On posłał do mnie."

Kiedy mówił, jego słowa dotykały mnie bar­dzo głęboko. Ja także byłem winien tego wszyst­kiego od czego się nawracał. Przesunęło mi się przed oczami wielu młodych mężczyzn i kobiet, których wcześniej usunąłem sprzed swoich oczu uważając, że nie są wystarczająco ważni w moim obecnym czasie. Z wielką desperacją chciałem za­wrócić ich i zgromadzić! Ten smutek, który teraz poczułem był nawet gorszy od tego, który czułem odnośnie zmarnowanego czasu. Zmarnowałem lu­dzi! Teraz wielu było rannych, znaleźli się w nie­woli wroga pojmani w czasie bitwy na górze. Cała ta bitwa była dla ludzi, a jednak ludzie byli uwa­żani za najmniej ważnych. Walczymy bardziej za prawdy niż za ludzi, którym zostały dane. Wal­czymy bardziej o posługi, przechodząc obok lu­dzi. A wielu ludzi myśli o mnie jako o przywódcy duchowym! Naprawdę jestem najmniejszym ze świętych."

„Rozumiem jak się czujesz" - wtrącił inny męż­czyzna. Był to człowiek, który uważany był za największego lidera chrześcijańskiego wszech­czasów.

„Paweł apostoł powiedział pod koniec swego życia, że był najmniejszym ze świętych. Potem, tuż przed śmiercią nazwał siebie nawet "najwięk­szym z grzeszników". Gdyby nie nauczył się tego na ziemi, byłby w niebezpieczeństwie, bo stałby się najmniejszym ze świętych w niebie. Ponie­waż nauczył się tego na ziemi, teraz jest jednym z najbliższych Panu i będzie na wieki zajmował jednąz najwyższych pozycji. Spotkanie tego czło­wieka w towarzystwie "głupich świętych" było dla mnie największą niespodzianką, jaką miałem do tej pory. „Nie mogę uwierzyć, że ty jesteś jed­nym z tych głupich, którzy przespali swoje życie na ziemi. Dlatego jesteś tutaj?"

„Jestem tu, gdyż popełniłem jeden z najpoważ-nienszych błędów, jakie można popełnić będąc tym, któremu powierzono dobrą nowinę o Zba­wicielu. Paweł przeszedł od traktowania siebie jako najniższego z apostołów do uważania siebie jednym z największych grzeszników. Ja przyją­łem odwrotną drogę. Wiedziałem, że jestem jed­nym z największych grzeszników, który znalazł

łaskę, by później stać się największym apostołem. Stało się tak z powodu mojej pychy, braku po­czucia bezpieczeństwa. Tak jak nasz przyjaciel tutaj, podobnie i ja zacząłem atakować wszyst­kich tych, którzy nie myśleli tak, jak ja. Tych, którzy poszli za mną, odarłem z ich własnego po­wołania, nawet z ich własnej osobowości, naci­skając, aby stali się tacy, jak ja. Nikt wokół mnie nie mógł być sobą. Nikt nie ośmielał się pytać, gdyż zmiażdżyłbym go na proch. Myślałem, że przez umniejszanie innych sam stanę się więk­szy. Myślałem, że mam być Duchem Świętym dla każdego. Z zewnątrz moja posługa wyglądała jak sprawnie działająca maszyna, w której każdy trwał wjedności. Był doskonały porządek. Był to jed­nak porządek obozu koncetracyjnego. Przyjąłem dzieci, które były własnością Pana i uczyniłem je automatami według mojego wyobrażenia, a nie Jego. Na koniec nie służyłem już nawet Bogu, tyl­ko idolowi, którego sam dla siebie zbudowałem. U schyłku mego życia stałem się właściwie wro­giem prawdziwej Ewangelii, przynajmniej w praktyce, nawet jeżeli moje książki i nauczania zdawały się nienagannie biblijne."

„Jeżeli prawdą jest, że stałeś się wrogiem Ewangelii, to jakim sposobem wciąż tutaj jesteś?" - zapytałem.

„Przez łaskę Boga. Naprawdę wierzyłem w krzyż mojego zbawienia, nawet jeżeli innych trzy­małem z dala od Niego; prowadząc ich raczej do siebie. Pan pozostaje nam wierny, nawet jeśli my wierni nie jesteśmy. Także przez łaskę Pan za­brał mnie z ziemi wcześniej, tak by ci, którzy byli pode mną, mogli znaleźć Go i poznać."

Nic nie mogło mnie bardziej zaskoczyć niż to, kiedy pomyślałem, że może to być prawdą. Hi­storia dała nam zupełnie inny obraz. Czytając co się dzieje w moim sercu kontynuował:

„Bóg ma inaczej zapisaną historię niż ci na zie­mi. Z tych książek otrzymałeś przelotne spojrze­nie i nie wiesz, jak ono jest inne. Ziemska histo­ria przemija, ale książki, które są tutaj zostaną na wieki. Jeżeli potrafisz radować się niebem pamię­tając o twoim życiu, jesteś naprawdę błogosła­wiony. Ludzie widzą przez ciemne okulary, więc ich historia będzie zawsze zaciemniona, a czasa­mi zupełnie mylna. Niewielu, nawet bardzo nie­wielu chrześcijan ma dar rozeznania. Bez tego daru niemożliwe jest właściwe rozeznanie praw­dy obecnej lub przeszłej. Do czasu, kiedy nie zna­lazłeś się tutaj i nie zostałeś obnażony sądzisz in­nych przez pryzmat zniekształconych uprzedzeń



i poglądów, zarówno pozytywnych, jak i nega­tywnych. Dlatego właśnie zostaliśmy obrzezani, aby nie sądzić przed czasem. Dopóki nie znaj­dziemy się tutaj po prostu nie jesteśmy w stanie zobaczyć do końca tego, co jest w sercach innych, czy spełniają dobre, czy złe uczynki. Bywały do­bre motywacje w nawet najgorszych ludziach i złe motywacje w najlepszych z nich. Tylko tutaj człowiek może być osądzony zarówno z uczyn­ków, jak i motywów."

„Czy teraz, kiedy wrócę na ziemię będę w sta­nie ocenić historię właściwie?"

„Jesteś tutaj, ponieważ modliłeś się do Pana, aby sądził cię surowo, by skorygować twą bezli-tosność po to, byś mógł lepiej Jemu służyć. To była jedna z najmądrzejszych próśb, jakie mia­łeś. Mądrzy osądzają samych siebie, aby nie byli sądzeni. Bardziej rozumni proszą Pana o sąd, po­nieważ zdają sobie sprawę, że nie mogą osądzić dobrze samych siebie. Znalazłeś się tutaj i opu­ścisz to miejsce z mądrością i rozeznaniem, lecz na ziemi zawsze będziesz patrzeć przez ciemne okulary, przynajmniej do pewnego stopnia. Two­je doświadczenia tutaj pomogą ci znać ludzi le­piej, lecz w pełni możesz znać ich tylko wtedy, kiedy w pełni jesteś tutaj. Gdy opuścisz to miej­sce, będziesz raczej pod wrażeniem jak mało znasz ludzi, a nie jak dobrze ich znasz. Odnosi się to także do historii ludzi. Otrzymałem przy­zwolenie, aby rozmawiać z tobą, gdyż w pewnym sensie prowadziłem cię w uczniostwie poprzez moje książki. Ta prawda, którą poznasz o mnie bardzo ci pomoże" - podsumował wielki refor­mator.

Przystąpiła do mnie kobieta, której nie znałem. Jej piękno i wdzięk zapierały dech, ale nie była ona w żaden sposób uwodzicielska czy zmysło­wa. Była dokładną definicją godności i szlachet­ności.

„Byłam jego żoną na ziemi" - zaczęła. „Więk­szość z tego, co wiesz o nim pochodzi właściwie ode mnie. Dlatego to, co ci chcę powiedzieć nie jest o mnie, lecz o nas. Możesz zreformować Ko­ściół bez zreformowania swojej duszy. Możesz nadawać kierunek historii nie czyniąc jednak woli Ojca i nie wywyższając Jego Syna. Jeżeli oddasz się tworzeniu ludzkiej historii możesz to robić, ale będzie to dzieło, które przeminie i zniknie jak smuga dymu."

„Przecież praca twojego męża i twoja wpły­nęły na każde następne pokolenie i to pozytyw­nie. Trudno sobie wyobrazić jak ciemny byłby świat bez tego, co zrobiliście" - zaprotestowałem.

„Prawda. Możesz jednak zyskać cały świat a na duszy swej ponieść szkodę. Jeżeli zachowu­jesz duszę w czystości, oddziaływujesz na ten świat, odzwierciedlając wiecznie trwałe Boże cele. Mój mąż stracił swoją duszę dla mnie. Odzy­skał ją dopiero pod koniec swojego życia, ponie­waż ja zostałam zabrana z ziemi, aby mógł to uczynić. Większość z tego co robił, robił bardziej dla mnie niż dla Pana. Wywierałam nacisk na nie­go, a nawet przekazywałam jemu większość wie­dzy, którą wykorzystywał w nauczaniu. Użyłam go jako narzędzie w celu zaspokojenia potrzeb mojego ego - ponieważ jako kobieta w tamtym czasie, nie mogłam być uważana za duchowego przywódcę. Przejęłam kontrolę nad jego życiem. Wkrótce doprowadziłam do tego, że robił wszy­stko aby udowodnić swoją tożsamość przede mną."

„Musiałeś ją bardzo kochać" - powiedziałem patrząc na niego.

„Nie. Nie kochałem jej wcale, ani ona też mnie nie kochała. Po zaledwie kilku latach małżeństwa praktycznie nawet się nie lubiliśmy. Jednak po­trzebowaliśmy siebie nawzajem, więc znaleźliśmy sposób, by razem pracować. Im większe odnosi­liśmy sukcesy, tym bardziej stawaliśmy się nie­szczęśliwi i tym więcej kłamstw stosowaliśmy by ogłupić tych, którzy szli za nami. Byliśmy nie­szczęśliwi i puści pod koniec naszego życia. Im większy wpływ osiągasz przez promowanie sa­mego siebie, tym więcej starań musisz dołożyć, aby swój autorytet utrzymać i tym ciemniejsze i okrutniejsze staje się twoje życie. Królowie bali się nas, a my baliśmy się wszystkich - od króla po chłopa. Nie mogliśmy nikomu ufać, ponieważ żyliśmy w takim kłamstwie, że nie mogliśmy ufać sobie nawzajem. Głosiliśmy miłość i zaufanie po­nieważ, chcieliśmy aby każdy nas kochał i nam ufał. W ukryciu jednak obawialiśmy się każdego i pogardzaliśmy każdym. Jeśli głosisz najwięk­sze prawdy i nimi nimi nie żyjesz, jesteś jedynie największym hipokrytą."

Ich słowa uderzyły mnie tak jakbym dostał młotkiem. Zobaczyłem, że moje życie zmierza w tym samym kierunku. Jak wiele robiłem, by pro­mować siebie bardziej niż Chrystusa? Zacząłem widzieć, jak wiele robiłem tylko po to, by udowo­dnić swoje racje przed innymi, szczególnie tymi, którzy mnie nie lubili lub co do których czułem, że w pewnym sensie rywalizują ze mną. Zaczą­łem dostrzegać, jak wiele rzeczy w moim wła-



snym życiu zbudowanych było najfundamencie moich projekcji i wyobrażeń, które przekłamywa­ły to, kim byłem naprawdę. Tu jednak nie mo­głem się ukryć. Ten wielki obłok świadków znał mnie takim, jakim byłem pod zasłoną moich za­projektowanych motywów.

Spojrzałem znowu na tę parę. Byli teraz tacy niewinni i prawdziwie szlachetni, że niemożliwe było poddawać w wątpliwość ich motywy. Otwar­cie eksponowali swoje najgorsze grzechy przez wzgląd na mnie i byli szczerze zadowoleni, że mogą to robić.

„Mogłem mieć złe wyobrażenie o was, waszej historii i waszych książkach, a jednak teraz cenię was nawet bardziej. Modlę się, abym wyniósł z tego miejsca tęjczystpść i wplripść, jaką wy teraz macie. Jestem zmęczony ciągłym próbowaniem dorastania do moich wyobrażeń o sobie. O, jak tęsknię za tą wolnością!" Rozpaczałem desperac­ko pragnąc zapamiętać każdy szczegół z tego spo­tkania. Potem wielki reformator dał mi ostatnie napomnienie:

„Nie próbuj uczyć innych tego, czego sam nie robisz. Reformacja nie jest po prostu doktryną. Prawdziwa reformacja pochodzi tylko z jedności ze Zbawicielem. Kiedy jesteś związany z Chry­stusem w jednym jarzmie, niosąc ciężary, które ci daje, On będzie z tobą i będzie niósł je za cie­bie. Możesz czynić jego dzieło tylko wtedy, kie­dy robisz je z Nim, nie zaś dla Niego. Tylko Duch jTipże spłodzić to, co jest z Ducha. Jeżeli jesteś w jednym jarzmie z Nim nie będziesz robił niczego przez wzgląd na politykę lub historię. Cokolwiek robisz z powodu nacisku politycznego lub oko­liczności, to zaprowadzi cię do kresu twojej praw­dziwej posługi.

Rzeczy czynione po to, aby wpłynąć na histo­rię w najlepszym przypadku przekreślą twoje do­konania. Jeżeli nie żyjesz tym, co głosisz do in­nych, zamykasz sobie drogę do wyższego Boże­go powołania, tak jak my to zrobiliśmy. Powiem ci, co utrzyma cię na ścieżce życia - kochaj Zba­wiciela i szukaj Jego chwały. Wszystko cokolwiek robisz, aby wywyższyć samego siebie, pewnego dnia doprowadzi cię do strasznego upokorzenia. Wszystko, co robisz z prawdziwej miłości do Zba­wiciela by wychwalać Jego Imię, będzie posze­rzać granice Jego Królestwa i ostatecznie dopro­wadzi cię do wyższego miejsca. Żyj dla tego, co jest zapisywane tutaj i nie troszcz się o to, co jest zapisywane na Ziemi" Kiedy odeszli, znów po­czułem się przytłoczony moim grzechem. Wspo mnienie o chwilach, gdy wykorzystywałem ludzi do moich własnych celów albo gdy wykorzysty­wałem pełne chwały imię Jezusa, aby wypełniać swoje ambicje lub poczuć się lepiej, zaczęło spły­wać na mnie.

Teraz, kiedy stałem twarzą w twarz z chwałą i mocą Tego, którego tak bardzo wykorzystywałem, było ono dla mnie bardziej obrzydliwe, niż by­łem w stanie znieść. Nigdy wcześniej nie znałem większej rozpaczy.

Zdawło mi się, że minęła wieczność, odkąd wi­działem przepływających obok mnie ludzi i wy­darzenia, gdy poczułem, że jakaś kobieta podno­si mnie znowu na nogi. Byłem porażony jej czy­stością, szczególnie teraz, gdy czułem się tak zły i brudny.

Miałem ogromne pragnienie, aby uwielbić ją z powodu jej czystości.

Zwróć się do Syna" - powiedziała stanowczo. „Twe pragnienie uwielbienia mnie lub kogokol­wiek innego, jest tylko próbą odwrócenia twej uwagi od siebie i usprawiedliwienia siebie przez uwielbienie tego czym nie jesteś. Jestem czysta, ponieważ zwróciłam się do Niego. Potrzebujesz zobaczyć stan swojej duszy, ale nie wolno ,ci na tym poprzestać, nie możesz też oddać się mar­twym uczynkom. Zwróć się do Niego."

Powiedziała to tak delikatnie i z miłością i tro­ską, że w żaden sposób nie czułem się zraniony, czy obrażony.

Gdy zobaczyła, że zrozumiałem, mówiła da-lej:

„Czystość, którą zobaczyłeś we mnie, była pierwszą rzeczą, jaką dostrzegł mój mąż, gdy by­liśmy młodzi. Moje motywacje były wtedy sto­sunkowo czyste. Ale zanieczyściłam jego miłość i moją czystość pozwalając mu wielbić mnie w niewłaściwy sposób.

Nigdy nie staniesz się czysty uwielbiając tych, którzy są bardziej czyści od ciebie. Musisz przejść ponad tym, aby znaleźć Tego, który sprawił, że stali się czyści i w którym nie ma grzechu. Im bardziej ludzie wielbią nas i im więcej przejmu­jemy tej chwały, tym dalej schodzimy ze ścieżki życia. Potem żyjemy dla chwały ludzkiej, stara­jąc się zdobyć władzę nad tymi, którzy nam jej nie oddają. To stało się naszą śmiercią, a także tych, którzy zajmujątutaj najniższe miejsca, choć zostaliśmy powołani do najwyższych."

Chcąc jeszcze przedłużyć rozmowę, zapytałem o pierwszą rzecz jaka przyszła mi do głowy.

„Czy jest tobie i twojemu mężowi trudno być



tutaj razem?"

„Wcale nie. Wszystkie relacje, które miałeś na ziemi, trwają nadal tutaj i wszystkie są oczyszczo­ne przez sąd. Im więcej ci przebaczono, tym bar­dziej kochasz. Oczywiście, Pan przebaczył nam więcej niż ktokolwiek inny i tutaj wszyscy ko­chamy Go bardziej niż kogokolwiek. Gdy prze­baczamy sobie nawzajem, wzrasta nasza wzajem­na miłość. Teraz nasza relacja trwa nadal i jest znacznie głębsza i bogatsza, gdyż dołączyliśmy do dziedziców zbawienia. Tak głęboko jak głę­boko są rany może wpływać miłość, gdy zosta­niemy uzdrowie­ni. Możliwe, że doświadczyliśmy tego na ziemi, ale nie nauczyliśmy się przebaczać w danym nam cza­sie. Gdybyśmy nauczyli się prze­baczać, rywaliza­cja, która pojawi­ła się w naszym życiu i nawyk schodzenia na niewłaściwą dro­gę, nie mogłyby w nas się zako­rzenić. Jeśli na­prawdę^ kochasz, z łatwością bę­dziesz przebaczać Im trudniej jest ci przebaczyć tym_dale jesteś od prawdziwej miłości. Przebaczenie jest niezbędne, jeśli chcesz utrzymać się na ścieżce życia. Bez niego wiele rzeczy może wytrącić cię z przeznaczonego dla ciebie kierun­ku."

W tym samym czasie uświadomiłem sobie, że nie pamiętam, abym kiedyś wcześniej spotkał bar­dziej atrakcyjną osobę niż ta kobieta, która do­prowadziła mnie do konfrontacji z moją niepra­wością.

Ale nie chodziło o to, że ona mnie pociągała, po prostu nie chciałem od niej odchodzić.

Zamierzała już odejść, lecz odgadując moje myśli zawróciła dzieląc się ze mną jeszcze jedną wnikliwą uwagą:

„Czysta prawda wypowiedziana w czystej mi­łości, zawszejifdzie^ociągać. Będziesz pamiętać ból, który tutaj czujesz i to będzie pomocne do końca twojego życia. Ból jest dobry, pokazuje ci, gdzie jest problem. Nie często możemy od­czuwać ból, który naświetla nasz problem, lecz Jego prawda zawsze wskaże nam drogę do wol­ności i prawdziwego życia. Gdy sobie to uświa­domisz, będziesz radował się nawet w twoich próbach, które są dane po to, by pomóc ci trwać na ścieżce życia. Także to, że jestem dla ciebie atrakcyjna nie jest niczym nieomylnym. To jest przy_ci£Jganie, które powstaje między kobietą a mężczyzną dane na początku, które jest zawsze czyste w swojej prawdziwej formie. Gdy czysta jjrawda łączy się z czystą miłością, mężczyzna może być taki, jaki miał być od chwili stworze­nia, bez koneczności dominacji, wypływającej z poczucia bezpieczestwa. Kobieta może być taka, jaka miała być od chwili stworzenia, ponieważ jej miłość zastąpi strach. Mitaść nigdy nie będzie manipulować, nie będzie też kontrolować z bra­ku poczucia bezpieczeństwa, ponieważ miłość wyklucza strach. Miejsce, w którym relacja może być najbardziej zanieczyszczona, jest równocze­śnie miejscem, gdzie może być najbardziej speł­niona. Jeśli twój umysł jest odnowiony przez Du­cha Świętego, relacje nie będą dla ciebie okazją brania od innych bez dawania. Dawamejestjnaj-większym spełnieniem, jakie kiedykolwiek mo­żemy osiągnąć. Od^wanje^Panu. «^stego_uwiel-bienia jest jeJ^,ę_.rtfzejismaliiejauU£b3- Jest to tak ekscytujące, że nawet najcudowniejsza rela­cja na ziemi jest w porównaiu z tym tylko prze­lotnym błyskiem. Twoje słabe i pozbawione chwa­ły ciało nie jest w stanie znieść tego, czego do­świadczamy tutaj w uwielbieniu. Dopiero wtedy relacje mogą się stać tym, czym powinny być. Prawdziwa miłość nie szuka swego lecz pragnie najniższego miejsca w posłudze. Jeżeli ja i mój mąż zachowalibyśmy to w naszym małżeństwie, siedzielibyśmy teraz tuż obok Króla, a ta wielka sala byłaby wypełniona większą liczbą dusz."

Po tych słowach zniknęła wśród rzędów peł­nych chwały.

Spojrzałem w stronę tronu, a bijąca z niego chwała była tak wielka, że zatrzymałem się w osłupieniu.

„Po każdym spotkaniu, z twoich oczu zostaje usunięta zasłona, tak, że widzisz Go o wiele wy­raźniej. Zamienia cię nie tylko to, że widzisz Jego chwałę, ale również to, że spotykasz ludzi, którzy pomagają ci usunąć rożne zasłony, zniekształca­jące wizjejtogaj



Otrzymałem więcej zrozumienia niż mogłoby dać mi wieloletnie studiowanie na ziemi. Miałem uczucie, że wszystkie lata moich studiów i po­szukiwań na ziemi posuwały mnie do przodu w iście ślimaczym tempie. Nawet gdybym mógł żyć o wiele dłużej, nie byłbym w stanie zrozumieć tyle co oni, chociaż ledwie co tutaj się dostali.

Wtem jakiś inny człowiek wyłonił się spośród rzędów. Pochodził z naszych czasów, a ja zupeł­nie nie miałem pojęcia, że umarł. Nigdy nie spo­tkałem go na ziemi, ale prowadził wspaniałą po­sługę, którą bardzo szanowałem. Przez ludzi, których wyszkolił, tysiące zostało zbawionych i dzięki nim powstało wiele wspaniałych kościo­łów. Zapytał, czy mógłby mnie objąć przez chwi­lę. Zgodziłem się, choć czułem się niezręcznie. Gdy mnie przytulił poczułem wielką miłość biją­cą od niego tak, że przestałem go zauważać, aż do momentu, kiedy wstał. Gdy mnie puścił po­wiedziałem, że jego uścisk uzdrowił mnie z cze­goś. Jego radość z tego powodu była olbrzymia. Potem zaczął mi opowiadać, dlaczego zajmował najniższą rangę w niebie:

„Pod koniec życia stałem się arogancki, że nie , mogłem" wyoBrazić sobie, aby Pan mógł zrobić \ coś znaczącego bez mojego udziału. Zacząłem ranić tych, którzy byli namaszczeni i krzywdzić proroków Pana. Byłem samolubnie dumny, gdy Pan używał jednego z moich uczniów i stałem się zazdrosny, gdy Pan poruszał się przez kogoś spo­za mojej posługi. Szukałem czegokolwiek, co było nieprawidłowe, aby ich atakować. Nie wiedzia­łem, że za każdym razem kiedy to robię obniża się moja pozycja tutaj."

„Nie miałem nigdy pojęcia, że robiłem coś ta­kiego" - powiedziałem zaskoczony.

„Namawiałem moich podwładnych, aby prze­prowadzali śledztwa i robili za mnie brudną ro­botę. Kazałem im przeszukiwać ziemię, by zna­leźć jakiś błąd lub grzech innych, aby potem to ujawnić. Stałem się kamieniem potknięcia, który produkował jemu podobnych, sialiśmy strach i podział w Kościele, ajwszystko w imię chronie­nia prawdy. W swoim własnym wymiarze spra­wiedliwości zmierzałem do samozniszczenia i własnego potępienia.

W swoim wielkim miłosierdziu Pan pozwolił, abym został dotknięty chorobą, która doprowa­dziła mnie do powolnej, i upokarzającej śmierci. Zanim umarłem zrozumiałem wszystko i nawróci­łem się. Jestem wdzięczny, że w ogóle mogę być tutaj. Mogę być ostatni, ale to i tak dużo więcej niż zasługuję. Nie mogę opuścić tego pomieszcze­nia, aż nie przeproszę wszystkich, których tak bar­dzo skrzywdziłem."

„Mnie nigdy nie skrzywdziłeś" - powiedzia­łem.

„Ależ zrobiłem to" - odparł. „Wiele ataków, których doświadczyłeś pochodziło od tych, których podburzałem i zachęcałem do napaści na innych. Choć, być może, nie ja bezpośrednio ich dokonałem, Pan złożył na mnie odpowiedzialność za tych, którzy to uczynili."

„Rozumiem. Oczywiście, że ci przebaczam."

Zacząłem przypominać sobie, że robiłem do­kładnie tę samą rzecz, choć na mniejszą skalę. Przypomniałem sobie, jak pozwalałem byłym członkom Kościoła, którzy byli rozczarowani i źli, rozsiewać tę truciznę wokół tego Kościoła nie po­wstrzymując ich. Widziałem, że pozwalając im na to, zachęcam ich, aby dalej tak czynili. Pamię­tam, że myślałem, iż można to usprawiedliwić ze względu na błędy tego Kościoła. Potem przypo­mniałem sobie, że nawet powtarzałem wiele z tych historii, usprawiedliwiając się, że robię to, aby wiedzieć o co i jak się modlić. Wkrótce fala wspo­mnień o innych tego typu wypadkach zalała moje serce. Znowu Zło i ciemność w duszy zaczęły mnie przygniatać.

„Ja tobie byłem kamieniem podknięcia!" Jęk­nąłem upadając na kolana. Wiedziałem, że zasłu­guję na śmierć, na najgorszą część piekła. Nigdy wcześniej nie widziałem tak wielkiego okrucień­stwa i braku litości, jakie teraz dostrzegałem w moim sercu.

„Zawsze pocieszamy się myślą, że właśnie ro­bimy Bogu przysługę, atakując Jego własne dzie­ci" - usłyszałem pełen zrozumienia głos mężczy­zny. „Dobrze, że widzisz to tutaj, ponieważ mo­żesz wrócić. Proszę, ostrzeż moich uczniów o cze­kającym ich losie, jeśli się nie nawrócą. Wielu z nich jest powołanych, aby być królami tutaj, ale jeśli się nie nawrócą spotkają się z najgorszym osądem ze wszystkich. Moja upokarzająca chor-ba była łaską Boga. Gdy stałem przed Tronem Pana, prosiłem, aby zesłał taką łaskę moim uczniom. Ja nie mogę przedostać się do nich, ale Pan dał mi ten czas z tobą. Proszę, przebacz tym, którzy cię atakowali i uwolnij ich. Oni naprawdę nie rozumieją, że czynią dzieło Oskarżyciela. Dziękuję, że przebaczyłeś mi, ale proszę im tak­że przebacz. W twojej mocy leży zatrzymanie tych grzechów lub przykrycie ich miłością. Błagam, abyś kochał twoich nieprzyjaciół."



Prawie nie słyszałem co mówił, byłem tak bar­dzo przygnębiony moim grzechem. Ten człowiek był pełen chwały, był czysty i najwyraźniej po­siadał moc, której nie znamy na ziemi. Wciąż bła­gał mnie z większą pokorą niż kiedykolwiek wi­działem. Czułem tak wielką miłość wypływającą z niego, że nie mogłem nawet sobie wyobrazić, że mógłbym mu odmówić. Jednak nawet bez jego miłości, czułem się o wiele bardziej winny od tych, którzy mnie atakowali.

„Z pewnością zasługuję na więcej ponad to, co oni mi zrobili" - odparłem.

„To prawda, ale nie o to tutaj chodzi" - odpo­wiedział.

„Każdy na ziemi zasługuje na drugą śmierć, ale nasz Zbawiciel przyniósł nam łaskę i prawdę. Jeżeli mamy wykonywać Jego dzieła, wszystko musimy robić w łasce i prawdzie. Prawda bez Łaski jest tym, co przynosi nasz nieprzyjaciel, gdy przychodzi jako "anioł światła"".

„Jeśli mogę być zwolniony od tego, będę w sta­nie im pomóc" - rzekłem. „Ale czy nie widzisz, że jestem dużo gorszy niż oni w ogóle mogą być?"

„Wiem, że to co przeszło przez twój umysł, było złe" - dopowiedział z głęboką miłością i ła­ską. Wiedziałem, że teraz troszczy się tak samo o » mój stan, jak i o stan swoich uczniów.

„Tojest niebo!" - wykrzyknąłem. „To napraw­dę je^t światło i prawda. Jak mogliśmy, żyjąc w tak wielkiej ciemności, stać się tak pyszni, my­śląc, że wiele wiemy już o Bogu. Panie!" - zawo­łałem w kierunku tronu. „Pozwól mi zanieść to na ziemię".

Natychmiast całe zastępy piekielne zamarły. Wiedziałem, że stoję w centrum ich uwagi. Czu­łem się tak nic nieznaczący wśród nich, pełnych chwały, ale gdy uświadomiłem sobie, że wszyscy patrzą na mnie, poczułem zalewającą mnie falę lęku. Miałem wrażenie, że nie bądzie większego sądu niż ten, który mam przed sobą. Czułem się jak największy wróg chwały i prawdy. Niemożli­we było, abym kiedykolwiek mógł w całym swo­im zepsuciu ponieść rzeczywistość tego pełnego chwały miejsca i Jego obecności. Byłem pewien, że nawet szatan nigdy nie odpadł tak daleko od łaski, jak ja. Tojest piekło, pomyślałem. Nie ma większego bólu niż być tak złym jak ja i wiedzieć, że taki rodzaj chwały istnieje. Bycie usuniętym z tego miejsca, było największą torturą, jaką mo­głem sobie wyobrazić. Nic dziwnego, że demony są tak wściekłe i oszalałe.

Gdy poczułem, że zaraz zostanę odesłany do

najgłębszych obszarów piekła zawołałem -„Jezu!" Szybko ogarnął mnie pokój. Wiedziałem, że znów muszę ruszać w stronę chwały i w jakiś sposób miałem pewność, że właśnie to mam zro­bić. Posuwałem się, aż do chwili, gdy ujrzałem mężczyznę, którego uważałem za jednego z naj­większych pisarzy czasów. Uważałem, że głębia prawdy w jego pracach była najprawdopodobniej największa, z jaką spotkałem się podczas moich studiów.

„Zawsze chciałem pana spotkać" - wydusiłem z trudem.

„Ja również" - odpowiedział z wielką szcze­rością.

„Mam wrażenie, że znam pana i czytając pań­skie prace czułem, że wjakiś sposób pan również mnie zna. Myślę, że zawdzięczam panu więcej niż komukolwiek, kto nie był wymieniony w Bi­blii" - kontynuowałem.

„Jesteś bardzo łaskawy" odparł. „Żałuję tylko, że ni służyłem ci lepiej. Byłem płyt­ką osobą i moje pisarstwo było również płytkie. Bardziej było napełnione mądrością tego świata niż Bożą prawdą."

„Odkąd tu jestem i nauczy­łem się tego wszystkiego wiem,

że musi to być prawda, jednak wciąż myślę, że pańskie książki sąjedynymi z najlepszych na zie­mi." - odrzekłem.

„Masz rację" - powiedział słynny pisarz. „To jest takie smutne. Każdy z nas tutaj, nawet ci naj­bliżej Króla przeżyliby swoje życie inaczej, gdy­by mogli żyć ponownie, myślę, że sam przeżył­bym je zupełnie inaczej. Byłem poważany przez królów, lecz zawiodłem Króla królów. Używałem darów i zrozumienia, które otrzymałem, aby przy­ciągnąć ludzi bardziej do siebie i mojej mądrości niż do Niego. Poza tym znałem Go tylko ze sły­szenia i sprawiałem, że inni poznawali Go w taki właśnie sposób^ Zmusiłem ich, aby polegali na mnie i mnie podobnym. Zwracałem ich bardziej ku rozumowemu rozważaniu niż ku Duchowi .Swlętemu, którego prawie nie znałem. Nie wska­zywałem na Jezusa, ale na siebie i takich jak ja, którzy udawali, że Go znają. Gdy ujrzałem Go tutaj, pragnąłem zniszczyć wszystko co napisa­łem w drobny mak, tak jak Mojżesz uczynił ze złotym cielcem. Mój umysł stał się moim bożkiem i chciałem, aby każdy oddawał mu hołd wraz ze mną. Twój szacunek dla mojej osoby wcale mnie



nie cieszy._Gdj^m_spedżiLtak_dużo czasu szu-,kając GOjjilejjpędziłem jszukając wiedzy ćTNiTn, by tą wiedzą zrobić na innych wrażenie, wtedy wielu z tych, którzy są obecnie na najniższych po­ziomach siedziałoby na tronach dla nich przygo­towanych, a także wielu innych wypełniłoby to miejsce."

Przez to, że spędziłem tu już trochę czasu wiem, że twoja ocena jest prawidłowa, ale czy nie jesteś trochę za surowy dla siebie" - spyta­łem. „Twoje prace karmiły mnie duchowo przez wiele lat i z tego co wiem wielu innych także."

„Nie jestem zbyt surowy. Wszystko co powie­działem jest prawdą i potwierdziło się, kiedy sta­łem przed tronem. Dużo tworzyłem, ale dano mi więcej talentów niż większości na tej sali i zako­pałem je we własnej pysze i ambicjach. Podobnie Adam, który mógł poprowadzić całą rasę ludzką

do najbardziej chwalebnej przyszłości, a przez swój upadek doprowadził biliony dusz do trage­dii. Z autorytetem wiąże się odpowiedzialność. Im więcej otrzymujesz autorytetu, tym większy jest w tobiejaotencjał do czynienia zarównc) do­bra, jak i zła. Ci, którzy będą panować z Nim na wieki, będą znać odpowiedzialność "najlepszego gatunku". Nikt nie stoi sam, każdy ludzki upadek lub zwycięstwo oddziałuje na następne pokole­nia daleko bardziej niż to rozumiemy. Tysiące ludzi, których ja dobrze poprowadziłbym, mogło­by przyczynić się do tego, aby tutaj były miliony ludzi więcej. Każdy, kto rozumie prawdziwą istotę autorytetu, nie będzie go nigdy szukał, lecz jedy­nie go przyjmie, jeśli wie, że jest złączony jed­nym jarzmem z Panem, jedynym, który może po­nieść ten autorytet bez podknięcia. Nigdy nie szu­kaj dla siebie wpływów, lecz Pana i bądź gotów przyjąć Jego jarzmo. Mój wpływ nie syci twojego serca, lecz raczej twoją pychę zdobywania wiedzy.

„Skąd mam wiedzieć, że nie postępuję tak samo?" - zapytałem myśląc o moim pisarstwie. „Ucz się tak, aby znaleść aprobatę w oczach

Boga, nie człowieka" - odparł odchodząc w stro­nę rzędów. Nim zniknął, uśmiechając się delikat­nie dał mi ostatnią radę: „Nie naśladuj mnie."

W tej rzeszy ludzi zobaczyłem wiele kobiet i mężczyzn żyjących w moim czasie i tych, których znałem z historii. Zatrzymywałem się jeszcze wie­le razy, aby porozmawiać z nimi. Wciąż byłem zaszokowany, że tak wielu, których spodziewa­łem się widzieć na najwyższych pozycjach, znaj­dowało się na najniższych poziomach nieba. Wie­lu spotkała ta sama historia - popadli w śmiertel­ny grzech pychy po wielkich zwycięstwach.lub zazdrości, gdy inny człowiek był tak samo nama­szczony jak oni. Inni popadli w pożądliwość, znie­chęcenie, lub zgorzknienie przy końcu swojego życiai musieli być zabrani nim przekroczyli linię prowadzącą do potępienia. Wszyscy dali mi to samo ostrzeżenie: im wyższy jest autorytet ducho­wy, w którym chodzisz, tym bar­dziej możesz upaść jeśli odstąpisz odjniłości l jjpkory.

Gdy podążałem w stronę sę­dziowskiego tronu, mijałem tych, którzy zajmowali wyższą pozycję w królestwie. Po tym jak wiele za­słon zostało zerwanych ze mnie na skutek spotkań z tymi, którzy po-_______ tknęli się na tych samych co ja pro-

blemach, zacząłem spotykać tych, którzy odnie­śli zwycięstwo. Spotkałem pary, które wiernie do końca służyły Panu. Ich chwała była nie do opi­sania, a ich zwycięstwo zachęciło mnie by pozo­stać na ścieżce życia i służyć Panu wiern-ie. Ci, którzy potknęli się, potknęli się o rozmaite rze­czy. Ci, którzy zwyciężyli, wszyscy dokonali tego w ten sam sposób - nigdy nie odeszli od całkowi­tego oddania się „największemu przykazańiujjrii-łości Boga. Dzięki temu ich służba była wykony­wana dla Pana, nie zaś człowieka. To byli ci, którzy wielbili Baranka i szli za Nim dokądkol­wiek On szedł.

Gdy wciąż nie byłem nawet w połowie drogi do tronu, to co było niesamowitą chwałą w pierw­szych rzędach, teraz w porównaniu z chwałą, którą mijałem, wydawało się ciemnością. Największe piękno świata nie dorównywało niczemu w nie­bie. Powiedziano mi też, że pokój ten jest jedynie przedsionkiem tej niesamowitej rzeczywistości!

Mój marsz do tronu mógł trwać dni, miesiące, a nawet lata. Niemożliwe było w tym miejscu, aby zmierzyć czas. Ku memu niezadowoleniu wszy­scy okazywali mi wielki szacunek, nie ze wzglę-



du na to kim byłem lub co zrobiłem, lecz zwy­czajnie dlatego, że byłem wojownikiem w bitwie ostatnich dni. W pewien sposób przez tę bitwę chwała Boga objawiona zostanie w lalojjx>sób,_ że stanie się świadectwem dla każdej mocy i au-_ torytetu, stworzonych i tych co powstaną, na wieczność. Podczas tej bitwy chwała krzyża zo­stanie objawiona, a Boża mądrość będzie pozna­na w wyjątkowy sposób. Być w tej bitwie, ozna­czało otrzymać jeden z największych zaszczytów danych ludzkiej rasie.

Gdy dotarłem do Sędziowskiego Tronu Chry­stusa, zauważyłem, że ci na najwyższych pozio­mach zajmowali trony będące częścią Jego tro­nu. Nawet najmniejszy z tych był wspanialszy niż najwspanialszy tron na ziemi. Niektórzy z nich byli władcami miast na ziemi i wkrótce mieli za­jąć swoje miejsce, inni byli władcami spraw nie­bieskich, a inni spraw tworów fizycznych, takich jak system gwiezdny czy galaktyki. Jednak wi­dać było, że ci, którym powierzono autorytet nad miastami, otoczeni byli większym szacunkiem niż ci, którym dano autorytet nad galaktykami. War­tość jednego dziecka była znacznie większa niż wartość galaktyki gwiezdnej, ponieważ Duch Święty zamieszkał w ludziach i Pan wybrał ludzi jako miejsce swojego wiecznego zamieszkania. W obecności Jego chwały cała ziemia wydawała się tak nieznacząca, jak pyłek kurzu, a jednocze­śnie otoczona szacunkiem w taki sposób, że uwa­ga całych zastępów niebios skupiona była na niej.

Teraz stojąc, czułem się jeszcze mniejszy niż pył. Mimo to spoczywał na mnie Duch Święty w tak wspaniały sposób, jak nigdy dotąd. Tylko dzię­ki Jego mocy mogłem stać. Tutaj dopiero zrozu­miałem Jego posługę jako pocieszyciela. On pro­wadził mnie przez całą podróż pomimo tego, że ledwie Go zauważałem. Pan był zarówno bardziej^ delikatny jak i bardziej straszny niż to sobie mo­głem wyobrazić. W Nim zobaczyłem Mądrość, która towarzyszyła mi w drodze na górę i czułem poufałość podobną do tej, jaką czułem wśród wie­lu moich przyjaciół na ziemi. Rozpoznałem Go jako Tego, którego słyszałem często mówiącego przez innych. Poznałem także Tego, którego czę­sto odrzucałem, gdy przychodził do mnie przez innych. Widziałem zarówno Baranka, jak i Lwa, Pasterza, jak i Oblubieńca, ale przede wszystkim widziałem Sędziego.

Nawet w Jego niezwykłej obecności, Pocieszy­cie! był tak blisko mnie i w tak wspaniały sposób, że czułem się wygodnie. Oczywiste było, że Pan

w żaden sposób nie chciał, abym czuł się niewy­godnie. Chciał jedynie, abym poznał prawdę. Ludzkie słowa nie są w stanie dostatecznie oddać tego, jak wspaniałe i jednocześnie przynnoszące ulgę było stać przed Panem. Przeszedłem już ten etap, kiedy zastanawiałem się czy osąd będzie dobry, czy zły. Teraz wiedziałem, że będzie on właściwy i mogłem zaufać mojemu Sędziemu.

W pewnym momencie Pan spojrzał na otacza­jące Go trony. Wiele z nich było już zajętych, jed­nak wciąż wiele miejsc było wolnych. Potem po­wiedział: „Te trony sadła zwycięzców, którzy słu­żyli mi wiernie we wszystkich pokoleniach. Mój Ojciec i Ja przygotowaliśmy je przed założeniem świata. Czy jesteś godzien usiąść na jednym z nich?"

Przypomniałem sobie, że kiedyś jeden z mo­ich przyjciół powiedział: „Kiedy wszechmogący Bóg zadaje ci pytanie, nie znaczy to, że szuka in­formacji." Spojrzałem na trony. Spojrzałem na tych, którzy na nich zasiedli. Zobaczyłem wśród nich bohaterów wiary, ale ogólnie większość z nich nie była mi znana na ziemi.

O wielu z nich wiedziałem, że byli misjona­rzami, którzy spędzili swe życie z dala od świata, nigdy nie dbali o to, by pamiętano o nich na zie­mi, zawsze zależało im tylko na Nim. Byłem tro­chę zaskoczony widząc takich, którym się powo­dziło dobrze na ziemi lub tych, którzy byli wład­cami i okazali się wierni w tym co zostało im po­wierzone. Wyglądało jednak na to, że wiernie modlącą się kobiety i matki zajmowały więcej tro­nów niż inne grupy.

W żaden sposób nie mogłem odpowiedzieć „tak" na pytanie Pana o to, czy uważam się za godnego usiąść tam, pośród nich. Nie byłem go­dzien usiąść w towarzystwie żadnej z tych osób. Otrzymałem szansę, aby biec w wyścigu po więk­szą nagrodę w niebie lub na ziemi i zawiodłem. Byłem w desperacji, jednak wciąż pozostawała jedna nadzieja. Chociaż większość mojego życia była niepowodzeniem, to jednak wiedziałem, że znalazłem się tutaj zanim moje życie na ziemi się skończyło. Kiedy wyznałem, że nie jestem go­dzien On zapytał - „Ale czy chcesz jedno z tych miejsc?"

„Z całego mojego serca" - odpowiedziałem.

Pan spojrzał na rzędy tronów i powiedział: „Te puste miejsca mogły zostać zapełnione każdym pokoleniem. Zaprosiłem tu każdego, kto wzywa mojego imienia. Wciąż są one wolne. Teraz nade­szła ostatnia bitwa i ci, którzy byli otatnimi staną



się pierwszymi. Te miejsca zostaną zapełnione przed końcem bitwy. Tych, którzy tu zasiądą roz­poznasz po dwóch rzeczach: będą nosić płaszcz

pokory i będą podobni do mnie. Ty masz już ten płaszcz. Jeśli zdołasz go zatrzymać i nie stracisz w trakcie bitwy, kiedy tu przyjdziesz, będziesz też podobny do mnie. Wtedy będziesz też godzien usiąść na tym tronie, bo ja uczynię cię godnym. Zostały mi dane wszelka władza i autorytet i tyl­ko ja mogę nimi władać. Tylko wtedy, kiedy w pełni będziesz trwać we Mnie, zwyciężysz i po­wierzony ci będzie autorytet. Teraz odwróć się i spójrz na mój dom".

Odwróciłem się i spojrzałem w kierunku, z którego przyszedłem. Stąd mogłem widzieć całą salę. Tego pełnego chwały widoku nie da się po-rówać z niczym na ziemi. Miliony ludzi wypeł­niały rzędy. Każdy z osobna na najniższych po­ziomach był wspanialszy niż cała armia i wiedzia­łem, że miał też więcej mocy. Widok ten był tak niesamowity, że trudno mi było ogarnąć wzrokiem tę pełną chwały panoramę. Mimo to wiedziałem, że tylko zaledwie część tej przestrzeni była wy­pełniona rzędami i wciąż pozostawało dużo miej­sca.

Odwróciłem się i spojrzałem na Pana. Ku mo­jemu zdziwieniu zobaczyłem łzy w Jego oczach. Otarł łzy ze wszystkich oczu, tylko nie ze swo­ich. Gdy łza spłynęła po policzku złapał ją w dłoń i wyciągnął w moją stronę.

„To jest Mój kielich. Czy wypijesz go ze Mną?"

Nie mogłem odmówić. Kiedy Pan mówił dalej poczułem Jego ogromnąmiłość. Pomimo tego, że byłem tak brudny On wciąż mnie kochał. Chciał, abym był blisko Niego, choć na to nie zasługiwa­łem. Zwrócił się do mnie:

„Kocham ich wszystkich miłością, której te­raz nie możesz zrozumieć. Kocham także tych, którzy mieli tu być, ale nie przyszli. Pozostawi­łem dziewięćdziesiąt dziewięć owiec, by pójść za tą jedną, która się zgubiła. Moi pasterze nie zo-stawiąjednej, aby pójść za dziewiesięcioma dzie­więcioma, która wciąż jest zgubiona. Przyszedłem ocalić zgubione. Czy podzielisz ze mną moje ser­ce, aby pójść ratować zgubionych? Czy pomożesz zapełnić to miejsce? Czy pomożesz zapełnić te trony i inne miejsca w tej sali? Czy podejmiesz te starania, aby przynieść radość niebiosom, Mnie i mojemu Ojcu? Ten sąd jest dla mojego własnego domu, a mój własny dom nie jest pełen. Bitwa nie zakończy się dopóki wszystkie miejsca nie zosta ną/apełnione. Dopiero wtedy nadejdzie czas, aby odkupić ziemię i usunąć zło z mojego stworze­nia. Jeśli wypijesz mój kielich, będziesz kochał zgubionych tak bardzo, jak Ja."

Potem wziął kelich tak prosty, że byłem zdzi­wiony, że coś takiego może znajdować się w po­koju tak pełnym chwały. Umieścił w nim swoją łzę, a potem podał mi kielich. Nigdy nie próbo­wałem niczego równie gorzkiego. Wiedziałem, że w żaden sposób nie mogę wypić wszystkiego, czy nawet większości, ale byłem zdeterminowany wy­pić tyle, ile mogłem. Pan cierpliwie czekał, aż wy­buchnąłem tak wielkim płaczem, że czułem się jakby niezmierzone rzeki łez wypływały ze mnie. Płakałem za zaginionych, lecz bardziej jeszcze płakałem za Pana.

Spojrzałem na Niego czując, że już nie zniosę tego bólu. Wtem zaczął wypełniać mnie pokój zmieszany z Jego miłością. Nigdy nie czułem cze­goś tak wspaniałego. To była żywa woda, która mogła tryskać na wieki. Potem poczułem się tak jakby te wody, przepływające we mnie, zapłonę­ły ogniem. Miałem wrażenie, że ten ogień pochło­nie mnie, jeśli nie zacznę ogłaszać majestatu Jego chwały. Nigdy nie czułem tak wielkiego pragnie­nia, by głosić, by Go uwielbić i czerpać każdy oddech na chwałę Jego Ewangelii.

„Panie!" - wykrzyknąłem, zapominając o wszystkich wokół, „Teraz wiem, że ten tron sądu jest także tronem łaski i teraz proszę Cie^p łaskę służenia Tobie. Ponad wszystko Panie proszę Cię o łaskę, by dokończyć moje zadanie. Proszę Cię płaską kochania Ciebie, abym był uwolniony od kłamliwych wizji i egoizmu, które niszczą moje życie. Wołam do Ciebie o Zbawienie od samego mnie i zła mojego serca. Wołam, aby ta miłość, którą teraz czuję, wciąż przepływała w moim ser­cu. Proszę, abyś dał mi Twoje serce, Twoją mi­łość. Proszę Cię o łaskę Ducha Świętego, aby przekonał mnie o moim grzechu. Proszę Cię o łaskę Ducha Świętego, abym świadczył o tym, j aki naprawdę jesteś. Proszę Cię o łaskę, abym świad­czył o tym, co przygotowałeś dla tych, którzy przyjdą do Ciebie. Proszę o łaskę nade mną, abym głosił prawdę o tym sądzie. Proszę o łaskę, abym mógł dzielić się z tymi, którzy zostali powołani, aby zająć te puste trony, aby dać im słowo życia, które utrzyma ich na ścieżce życia, udzieli im wia-



ry, aby czynili to, do czego zostali powołani. Pa­nie, błagam Cię o tę łaskę".

Pan powstał. Potem wszyscy, którzy siedzieli na tronach oraz wszyscy, których mogłem ogar­nąć wzrokiem także powstali. Jego oczy płonęły ogniem, jakiego nigdy wcześniej nie widziałem.

„Wołałeś do mnie o łaskę. Tej prośbie nigdy nie odmawiam. Wrócisz, a Duch Święty będzie z tobą. Tutaj zasmakowałeś zarówno mojej dobro­ci, jak i surowości. Musisz o nich pamiętać jeżeli chcesz utrzymać się na ścieżce życia. Prawdziwa miłość

równo dobroć, jak i surowQ,ść,.w przeciwnym ra­zie popadniesz w zwiedzenie. Przez łaskę otrzy­maną tutaj możesz znać obie. Łaską mojąbyło to, że mogłeś przeprowadzić rozmowy z braćmi tu­taj. Zapamiętaj je".

Po tych słowach skierował swój miecz na moje serce, potem na usta, a potem ręce. Gdy to uczy­nił z Jego miecza wyszedł ogień i rozpalił mnie w wielkim bólu.

„To także jest łaska" - powiedzał. „Jesteś jed­nym z tych, których przygotowałem na tę godzi­nę. Głoś i pisz o wszystkim, co tu zobaczyłeś. Opowiedz moim braciom o tym, co usłyszałeś ode Mnie. Idź i zwołaj moich kapitanów na ostatnią bitwę. Idź, stań w obronie biednych, zgnębionych, wdów i sierot. Takie jest posłanie moich kapita­nów i tam ich znajdziesz. Moje dzieci są więcej warte niż gwiazdy na niebie. Karm moje owce, opiekuj się tymi najmniejszymi. Zanieś im słowo Boga, aby mogli żyć. Idź do walki. Idź i nie cofaj się. Idź szybko, Ja przyjdę szybko. Bądź mi po­słuszny i przyspiesz dzień mojego przyjścia."

Po Jego słowach oddział aniołów przystąpił do mnie, by eskortować mnie w drodze do tronu. Ich dowódca idący obok zwrócił się do mnie:

„Teraz, kiedy powstał, nie usiądzie aż bitwa się nie skończy. Siedział do momentu, kiedy nie nadejdzie czas, aby Jego wrogowie zostali poło­żeni u Jego stóp. Ten czas nadszedł. Zastępy anio­łów, które stały gotowe od tej nocy kiedy skonał, teraz zostały uwolnione na ziemię. Hordy piekieł też ruszyły. Jest to czas, na który czekało całe stworzenie. Wielka tajemnica Boga się dokona. Będziemy teraz walczyć aż do końca. Będziemy walczyć razem z tobą i twoimi braćmi."

Obudziłem się.

 

 

 


 



 

 


Comments