Trochę o mnie

Nazywam się Jerzy. Nie jestem pierwszej młodości, bo skończyłem już 74 lata. Wcale nie uważam się za staruszka. Przeszedłem swoje i trochę podupadłem na zdrowiu, ale w dalszym ciągu działam, nie zamykam się w czterech ścianach mieszkania. Właśnie teraz- będąc na emeryturze, czuję, że na prawdę żyję;)

W Górze- małej miejscowości nieopodal Rawicza, mieszkam od około 40 lat. Przyjechałem tutaj ze swoją rodziną- żoną Anią i synem Robertem, poszukując pracy. Los sprawił, że osiedliliśmy się w Górze na stałe. To właśnie w tym miejscu odnaleźliśmy nasz dom. Zanim jednak przyjechałem do Góry sporą część życia spędziłem w Warszawie i Niemczech. 

Urodziłem się w stolicy i tam mieszkałem razem z rodzicami oraz rodzeństwem. Matka z ojcem dbali o naszą edukację i pragnęli, aby ich dzieci mogły pochwalić się dobrym wykształceniem. Mi nie było jakoś śpieszno do nauki dlatego nigdy nie zdecydowałem się na studia. Ukończyłem we Warszawie szkołę zawodową. Wyuczyłem się na ślusarza. Stwierdziłem, że dobry fach w ręku przyniesie mi wygodne życie. Pełen entuzjazmu i młodzieńczego zapału zmieniałem kolejne prace. Ciągle mi czegoś brakowało. Zawsze byłem wesołym, energicznym chłopakiem i chyba to powodowało, że nie potrafiłem usiedzieć w miejscu. W końcu werwa zaprowadziła mnie za granicę. Pojechałem do Niemiec pracować w papierni. Nie tyle chodziło o dobry zarobek, co o poznanie nowych ludzi, innej kultury i przeżycie jakiejś przygody. Z racji tego, że jestem rodzinnym człowiekiem, często brałem urlop i zjeżdżałem do domu. W wakacje 1964 roku moje życie wywróciło się do góry nogami. Wtedy poznałem swoją ukochaną żonę- Anię. Przyjechała z Poznania na wycieczkę do Warszawy, razem z koleżankami z pracy. Tak mnie oczarowała, że nie umiałem przestać o niej myśleć. Po kilku dniach spędzonych w stolicy wyjechała, ale na tym nie zakończyła się nasza znajomość. Przez długi okres czasu pisaliśmy do siebie. Kiedy tylko mogłem wracałem do Polski i jechałem do mojej Ani. Trochę upłynęło w rzecze wody, aż zrozumiałem, że nie chcę się z nią rozstawać. Wiosną 1965 oświadczyłem się Aniulce, a we wrześniu odbył się nasz ślub. 

 Z moją żoną na ślubie wnuczki Basi.

Po ślubie Ania opuściła Poznań i zamieszkała w Warszawie, we wspólnie kupionym mieszkanku. Ja niestety dalej pracowałem w Niemczech. Nie potrafiłem przekonać żony do wyprowadzki.  W 1967 Ania urodziła mi pierwszego syna- Roberta. Wraz z jego narodzinami postanowiłem wrócić do kraju. Uświadomiłem sobie, że rodzina jest najważniejsza. Powrót do Polski był bardzo ciężki. Nie umiałem się tutaj odnaleźć, a do tego doszły problemy ze znalezieniem pracy. Przez jakiś czas żyliśmy z oszczędności- skromnie, bo skromnie, ale razem. Nasza sytuacja uległa poprawie, w momencie kiedy dowiedziałem się, iż na zachodzie poszukują pracowników. Nie wiele się zastanawiając, wyruszyłem samotnie na teraźniejszy Dolny Śląsk. Zatrzymałem się w miejscowości Góra. Optymistycznie rozpocząłem poszukiwania pracy. Szczęśliwie szybko udało mi się zdobyć robotę i już niebawem pracowałem w Spółdzielni Mleczarskiej. Chwilę później dostałem mieszkanie. Po niecałym miesiącu dołączyła do mnie rodzina. 

Lata szybko zaczęły uciekać. Ani się obejrzałem, rodzina znowu się powiększyła- żona urodziła kolejną dwójkę. Po 15 latach pracy opuściłem mleczarnię i przeszedłem do Centrum Komputerowych Systemów Automatyki i Pomiarów "Mera-Elwro".Tam pracowałem aż do emerytury. Moje dzieci dorosły i założyły własne rodziny, a ja razem z Anią staliśmy się dziadkami jedenaściorga wnuków:)



Sięgając wspomnieniami wstecz mogę powiedzieć, iż zaprzestanie pracy nie stanowiło dla mnie żadnego szoku. Przez całe moje dotychczasowe życie byłem aktywny, uprawiałem sport, wyruszałem w Bieszczady. W związku z tym wiedziałem, że emerytura nie będzie nudna. Zamierzałem wykorzystać ją na rozwijanie pasji i zainteresowań, które wcześniej zaniedbałem z powodu obowiązków rodzinnych i zawodowych. Teraz mogłem się poświęcić jeździe na rowerze, grzybobraniom, wędkarstwu, uprawie ogródka oraz kontaktom z wnukami.


RAWICKI UNIWERSYTET TRZECIEGO WIEKU

Oprócz realizacji swoich zainteresowań zacząłem uczęszczać na zajęciach Rawickiego UTW. Zaciągnął mnie tam mój sąsiad. Na początku byłem sceptycznie nastawiony, ale już po pierwszym spotkaniu miałem pozytywne odczucia. Stwierdziłem, iż warto zaryzykować i zacząłem regularnie pojawiać się na zajęciach. UTW stało się dla mnie sposobem na życie. W ramach członkostwa chodzę na wykłady plenarne, zajęcia informatyczne, językowe. Uczestniczę w rekreacji ruchowej oraz wycieczkach. Aktualnie szykuję się na wycieczkę do Drezna. Udział w zajęciach daje mi mnóstwo korzyści- mam lepsze samopoczucie, czuję się radosny i podekscytowany. Dzięki spotkaniom aktualizuję wiedzę i zdobywam nową, przypominam sobie język, podtrzymuję sprawność oraz poznaję wspaniałych ludzi.

Najciekawsze są lektoraty i zajęcia komputerowe. Za sprawą warsztatów informatycznych nie boję się nowoczesnych technologii i chętnie sięgam po nowe gadżety. Komputer, internet czy telefon komórkowy nie są już dla mnie taką wielką tajemnicą. Bez telefonu nie ruszam się z domu, posiadam własnego laptopa zakupionego z pomocą wnuka Arka i nieograniczony dostęp do internetu. Kiedy czegoś potrzebuję sięgam do sieci i szukam. Płacę rachunki przez internet, robię przelewy, zaglądam do swojego konta. Czasami nawet grywam w internetowe szachy. Bez wątpienia, komputer oraz telefon to potrzebne urządzenia.

Na co dzień wykorzystuję telefon komórkowy 



MOJA RECEPTA NA POMYŚLNĄ STAROŚĆ TO:
  1. OBECNOŚĆ KOCHAJĄCEJ RODZINY.
  2. AKTYWNOŚĆ FIZYCZNA.
  3. ROZWIJANIE ZAINTERESOWAŃ.
  4. DUŻO OTWARTOŚCI I UŚMIECHU NA TWARZY!!

Z MOJĄ SYNOWĄ MARIOLĄ

ŚLUB SYNA ROBERTA

ROCZEK WNUCZKA

NA RYBACH Z WNUKIEM ARKIEM